PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (19 wrzesnia 2003)


JERZY KRZYZANOWSKI

Swiadek hanby

(Fragment wiekszej calosci)


Nowym wodzem byl dwudziestoparoletni student. Mial ruda czupryne i okulary zsuwajace sie na dol nosa, ale mimo ze wygladal na roztargnionego intelektualiste, wypowiadal sie nadzwyczaj rozsadnie, praktycznie i przekonujaco, kiedy krazyli po Zamkowej Gorze, niby dwaj starzy koledzy pograzeni we wspominkach. Wyspowiadal najpierw Staszka dosc szczegolowo i widac zadowolony z tego, co uslyszal, wzial go konfidencjonalnie pod ramie i teraz sam zaczal mowic:

- Nie gniewaj sie, ze bede ci mowil po imieniu, tak nam bedzie wygodniej. Ja jestem Rysiek, niech nam to wystarczy, bo ani ja twojego, ani ty mojego nazwiska znac nie potrzebujemy. Papiery jakies masz?

- Tylko stara legitymacja szkolna, jeszcze z Warszawy.

- To doskonale. Postaram ci sie o zaswiadczenie, ze jestes uchodzca. Wszystko to, co powiedziales wyglada fantastycznie ciekawie, a do naszych planow pasuje jak ulal. Bo, widzisz, przyszedl teraz nowy okres walki, bez broni na razie, bez strzelania na razie, tylko glowki musza pracowac. Nie posle cie w teren, bo bys sie tam zagubil, a w miescie bedziesz bardziej przydatny, poniewaz nikt cie tu nie zna. Od swojego adwokata wyprowadzisz sie zaraz, to niebezpieczne miejsce. Widzisz, on bronil komunistow, ale jakich? Z KPP, tych samych, ktorych Ruscy w zeszlym roku rozwalili, wiec i on sam bedzie u nich na liscie podejrzanych. Dziewczyny tez znam, lewicuja troche, moga pojsc na wspolprace z takich czy innych powodow, chocby dlatego, zeby chronic ojca, wkupic sie w laski Rosjan. Obie troche zbyt swobodnych obyczajow jak na moj gust, ale taka moda wsrod tej lewackiej mlodziezy. Precz z burzuazyjna moralnoscia! Niech zyje wyzwolenie kobiet! No, mniejsza z tym. Oddaj staremu forse, powiedz, ze nabrales cykorii, spietrales sie, ze nie umiesz robic takich rzeczy. Trudno, rozczaruje sie do ciebie, ale to niewazne. Wyprowadzisz sie do jednej wdowy, starszej pani, bedziesz na razie u niej mieszkal, a obiady jadal w Czerwonym Krzyzu. Na razie. Dopoki cie nie wezwiemy.

- To znaczy - kiedy? Jak dlugo?

- Niedlugo, mozesz byc pewny. Widzisz… No, dobrze, moge ci juz teraz powiedziec. Mamy obserwowac pewna grupe ludzi, scislej mowiac - literatow. Zarowno naszych, tutejszych, jak i tych, co zjechali do miasta przez wrzesien. Idzie o to, ze ci ludzie sa, ze sie tak wyraze, na swieczniku, moga i pewnie zechca ksztaltowac opinie publiczna, pewne poglady spoleczne, a co za tym idzie i polityczne. Z ich zdaniem wielu bedzie sie liczyc, rozumiesz? Bo Ruscy to rozumieja doskonale, beda sie starali wykorzystac lewicowe sympatie roznych tu Kurylukow i jemu podobnych, ich glosami przekonywac nas, ze maja racje. Obsadza nimi prase, radio, a te z kolei wplywac maja na szeroka publike. Propaganda na wielka, niespotykana u nas skale. Otoz idzie o to, zeby podejsc jak najblizej do tego srodowiska, sluchac, patrzec, notowac, co sie tam dzieje.

- Ale skad ja? - zaprotestowal. - Ledwie trzy klasy gimnazjum skonczylem.

- Nic nie szkodzi. Nie bedziesz doslownie wsrod nich, ale kolo nich, kapujesz? Wiemy juz, ze chca oderwac sie od istniejacego przy Ossolinskich Zwiazku Literatow, szykuja swoj wlasny zwiazek pisarzy, ze staraja sie o lokal w palacyku jednego hrabiego, a on nie ma nic przeciwko temu, bo mu zostawia cale pietro, w ten sposob ochroni swoja wlasnosc w tych niespokojnych i dla arystokratow raczej niekorzystnych czasach. Postaramy sie ciebie tam wsadzic na byle jaka robote - sprzatajacego, pomocnika dozorcy, gonca, byle jaka. Nikogo z naszych tam nie dam, bo latwo by im bylo sprawdzic, kto i co, jakie powiazania, a jak rozszyfruja jednego, to sie popruje caly lancuszek. A ty jestes uchodzca, czlowiek bez powiazan, bez kontaktow, szczesliwy, ze zlapal dobra posadke, rozumiesz?

- No co ja mam tam robic? To znaczy dla nas?

- To, co powiedzialem. Sluchac, patrzec, notowac, a raz na pare dni bedziemy sie spotykac, wszystko mi przekazesz, a ja dalej, wyzej…

- A po co?

- Fajne pytanie. Widzisz, nasz rzad daleko, w Paryzu, ale chce wiedziec o wszystkim, co sie dzieje w kraju. Moc przeciwdzialac, wplywac, a jesli nawet nie, to przynajmniej miec pelny obraz sytuacji. A my, to znaczy organizacja, musimy wiedziec, bo przeciez wzielismy na siebie odpowiedzialnosc za postawe spoleczenstwa, musimy torpedowac wszelkie zamiary komunistycznej penetracji.

- A sa juz jakie?

- Na razie niewiele, ale sa. A beda wieksze, coraz wieksze. Sam zobaczysz.

Patrzyl wiec, widzial, zaczynal powoli pojmowac reguly gry, jaka prowadzili Rosjanie. Po dosc nieprzyjemnym rozstaniu z mecenasem i Krysia ("jestes niewdzieczny, po prostu i zwyczajnie niewdzieczny"), po dwoch tygodniach mieszkania u pani Romanowiczowej, gdzie bylo mu dobrze jak w domu, przeprowadzil sie na Kopernika, do strozowki przy pieknym, dwupietrowym palacyku hrabiego Bieleckiego, gdzie istotnie, jak zapowiedzial Rysio, caly parter zajety zostal przez Komitet Organizacyjny, zwany z sowiecka Komorgiem, nowo tworzonego Zwiazku Pisarzy Radzieckiej Ukrainy, odcinajacego sie od przedwojennego, dotychczas grupujacego piszacych miejscowego Zwiazku Zawodowego Literatow Polskich. Stopniowo coraz ich wiecej przychodzilo do bialego palacyku, coraz glosniejsze byly i dyskusje, i akcje, a Staszek, palac w piecach, krecac sie po salonie, uprzatajac z popielniczek niedopalki, a potem podajac palta mial mnostwo okazji, zeby przypatrzec sie tym ludziom, poznac ich, posluchac ich rozmow.

Wkrotce znal ich wszystkich - od wielkiego, krzykliwego Borejszy, poprzez surowa Wande Wasilewska i jej prostackiego meza, po ktorego zabojstwie zwiazala sie z naslanym z Kijowa Korniejczukiem, przygladal sie gromadzie wiecznie skloconych Zydow z ponuro zezujacym Aleksandrem Watem na czele i rownie odpychajacym Adamem Wazykiem, sluchal z przejeciem, jak Broniewski, nieustraszony Broniewski, deklamowal swoje wiersze o polskim zolnierzu, odroznial cichutka Haline Gorska od rozentuzjazmowanej komunizmem Elzbiety Szemplinskiej, mial ich wszystkich jak na dloni, sluchal i nie mogl sie nadziwic zmianom nastepujacym w szalenczo rosnacym tempie. Ze zdumieniem patrzyl, jak do palacyku coraz czesciej zachodzic zaczal slynny Boy-Zelenski, potem czytal w "Czerwonym Sztandarze" wypowiedzi tych wszystkich ludzi, jakze inne od cichych rozmow podsluchanych przy spokojnej partii szachow, w dobrze ogrzanym podczas tej strasznej zimy salonie. Slyszal, jak szeptem powtarzano okreslenie mlodego Adolfa Rudnickiego, ktory mawial, ze sa jak rzodkiewka - czerwoni tylko z wierzchu, lecz w srodku biali…

Rozumial coraz lepiej dwulicowosc, jaka sie kierowali, z jednej strony usilujac pozostac Polakami, pisarzami, ludzmi niezaleznego ducha, z drugiej zas schlebiajac i plaszczac sie przed Sowietami, od ktorych zalezalo wszystko - od dostaw wegla do ogrzewania palacyku az po problematycznej wartosci kariery i dobrze platne publikacje. A nad calym tym swiatkiem gorowala na podescie schodow wysoka, majestatyczna postac pana hrabiego, ktory swoich lokatorow laskawie tolerowal, byle mu tylko nie przeszkadzali w ustalonym trybie zycia. W sumie sprawialo to wyjatkowo obrzydliwe wrazenie, a Staszek byl swiadkiem hanby.

Az nagle na to dostojnie patronujace zyciu miasta grono padl blady strach i poploch. Najpierw, pod koniec stycznia czterdziestego roku, zaaresztowano duza grupe literatow pod pretekstem awantury w jakiejs restauracji, potem, w lutym, nastapila pierwsza wywozka, a w dwa miesiace pozniej nastepna, ktora nie oszczedzila nawet pana hrabiego - wywieziono go razem z reprezentacyjnie wygladajaca pania hrabina, a na pocieche pozwolono zabrac potezne kufry, wyladowane wszelkim dobrem, co mialo im pozwolic przezyc wygnanie na kazachstanskim stepie.

Po tym kwietniu zrobilo sie po prostu strasznie. Ludzie, ktorych postawe dotychczas okreslal w swoich raportach jako doskonala, raptownie znizac sie zaczeli do poziomu najbardziej serwilistycznych kolegow, gazety drukowaly ich upokarzajace, wiernopoddancze wystapienia, nawet szeptane rozmowy w Zwiazku przycichly, a przy szachowych stolikach slyszalo sie teraz niewiele wiecej niz dwuznaczne "szach" i "mat". Bywalcy bialego palacyku stoczyli sie na dno upodlenia.

Staszek staral sie nie poddawac tej przygnebiajacej atmosferze, zachowac spokoj, choc nieraz bylo o to trudno. Raz jeden ogarnal go wstyd tak wielki, ze z ledwoscia potrafil sie opanowac, zeby nie zrobic czegos szalenczego. Przyjechal wtedy do Lwowa sowiecki powiesciopisarz Aleksiej Tolstoj i po uroczystym na jego czesc bankiecie wstapil do Zwiazku na kawe i kieliszek koniaku, szybko zmieniony na pokaznych rozmiarow butelke. Sprzatal wlasnie Staszek gore niedopalkow bielomorow z popielniczki na jego stoliku, gdy uslyszal, jak ten odrazajacy tluscioch pochylil sie do wygladajacego jak podrzedny fryzjerczyk Korniejczuka, blysnal okularami w strone polskiego stolika i prawie glosno powiedzial:

- "Eto nie pisatieli. Eto prostitutki".

Chlopak powstrzymal drgniecie reki, cicho sie usunal, a dopiero potem, w swojej strozowce, zaniosl sie pierwszym od miesiecy, zalosnym placzem.

O wszystkim tym raportowal regularnie, raz na tydzien spotykajac sie w kinie najpierw z Rysiem, a po jego wywiezieniu z Tomaszem, jego nastepca w Zwiazku Walki Zbrojnej, tak bowiem teraz nazywala sie konspiracyjna organizacja. Mial zle poczucie, ze niewiele w jego dzialalnosci bylo elementow zbrojnej walki, rozumial jednak, jak niezbedny byl wywiad tego rodzaju dla rosnacego w sile polskiego podziemia. Docieraly czasami do niego nielegalnie kursujace gazetki i biuletyny, pozna juz noca udawalo mu sie niejednokrotnie dorwac do stojacego w salonie radia i lowic czy to londynskie BBC, czy francuskie Radio Toulouse, posluchac prawdziwych wiadomosci o tym, co sie dzieje na szerokim swiecie, poza hermetycznie zamknieta granica sowieckiej okupacji.

Podobnie jak wszyscy Polacy gleboko przezyl upadek Francji, entuzjazmowal sie najpierw bitwa o Narwik, a potem sukcesami polskich pilotow w Bitwie o Wielka Brytanie, staral sie sledzic, gdy tylko mogl, rozwoj wydarzen, wciaz wierzac, ze przyniosa upragniona wolnosc. A tymczasem wokol szalaly aresztowania, deportacje, przesladowania. Lwow, ten ongis piekny i sloneczny Lwow, dzis wytapetowany czerwonymi szmatami i olbrzymimi plakatami, z ktorych straszyly podobizny sowieckich przywodcow, zamarl w przerazeniu.

Pierwszy rok okupacji minal jak ciezki sen. Czytal Staszek - bo musial - "Czerwony Sztandar", potem "Nowe Widnokregi", znajdowal na ich lamach nazwiska ludzi widywanych codziennie w Klubie Pisarza, skrzetnie odnotowywal ich wystapienia, a nie omieszkal tez zapisac udzialu Boya-Zelenskiego w obchodzie powitania nowego, podobno szczesliwszego roku 1941. Chociaz nie znal sie wcale na literaturze, a francuskiej tym bardziej, okreslenie przez szanownego profesora Balzaka jako "prekursora literatury marksistowskiej" wydalo mu sie na tyle znamienne, ze zapisal je takze w swoim meldunku.

Sposrod wszystkich tych czlonkow i bywalcow Klubu najbardziej przypadl mu do gustu wysoki, chudy Adam Bromberg, redaktor dzialu polskiego w Panstwowym Wydawnictwie Mniejszosci Narodowych, ktory tym sie od innych odroznial, ze ostentacyjnie podawal reke mlodemu pracownikowi, jakby podkreslic pragnal lacznosc miedzy intelektualistami a roboczym ludem Ukrainskiej Sowieckiej Republiki. A ze przy tej okazji wsuwal mu w dlon kilka hrywien czy nawet rubli, co bylo dodatkowym symbolem tej jednosci, choc nieraz zastanawial sie Staszek podajac mu palto, czy nie powinien w gescie proletariackiej rownosci zrobic tego samego? Na razie jednak klanial sie nisko obywatelowi redaktorowi (towarzyszowi? - bron Boze!) i chowal datek do kieszeni, przy czym i ten fakt odnotowywal w kolejnym sprawozdaniu. Trzeba byl zyc i trzeba bylo sluzyc.

Totez niespodziewany nalot NKWD na siedzibe lojalnych, zdawaloby sie, pisarzy, zastal go zupelnie nieprzygotowanego. Od poltora prawie roku tak wrosl w to srodowisko, poczul sie tak pewny w cieniu rzekomych autorytetow literackich, ze uderzenie w twarz i plugawe przeklenstwo cywila w skorzanej kurtce bylo calkowitym zaskoczeniem. Wyciagneli go noca ze strozowki, od razu pobili, skuli i odwiezli do swojej centrali przy Pelczynskiego. A stamtad, po dlugim i bolesnym badaniu, do wiezienia na Lackiego, tak blisko od bialego palacyku, tak ironicznie blisko…

Wywieziono go w kwietniu 1941 roku, na trzy miesiace przed zajeciem Lwowa przez Niemcow, ktorzy bezlitosnie rozprawiali sie z pozostalymi w miescie pisarzami, przez poltora roku usilujacymi udawac pisarzy polskich, nie tylko sowieckich. Byla to zbrodnia szeroko komentowana i szczegolowo pozniej badana przez historykow tego okresu. Nie pozostal natomiast zaden slad po dzielnym zolnierzu konspiracji, znanym jedynie jako "Warszawiak".


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail