[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (12 wrzesnia 2003)


TOMASZ ZIEJA

Chleba naszego
powszedniego...


Stara, drewniana lada cukiernicza z szufladami wyszlifowanymi przez pokolenia klientow. To tylko jeden z wielu eksponatow Muzeum Chleba w Radzionkowie kolo Bytomia, w ktorym daje sie odczuc zapisana historie. Smak nie tak dawno minionej codziennosci.

Muzeum powstalo dzieki wieloletniej pasji kolekcjonerskiej Piotra Mankiewicza. Zbieral wszystko, co wiazalo sie z praca piekarzy, ciastkarzy, z chlebem, a przez to jednoczesnie z naszymi minionymi codziennymi przezyciami.

- Dlaczego tak mocno zafrapowal mnie chleb? Jestem dzieckiem czasu wojny, gdy rarytasem byla kromka posmarowana smalcem. Znam smak glodu i prawdziwa wartosc chleba - tlumaczy pan Piotr.

Na Slasku chleb mial szczegolne znaczenie. W okolicach Rybnika nazywano go zdrobniale chlebinikiem. Jeszcze w latach 60. minionego wieku, a nawet pozniej wypiekaly chleb gospodynie w domach. Raz w tygodniu, koniecznie przed poludniem, roznosil sie po okolicy smakowity zapach. Upieczone w podluznych badz okraglych slomiankach bochny wyjezdzaly z pieca. Gospodyni czestowala sasiadki, by te wyrazily swoja opinie o wypieku. Potem nastepowaly rewanzowe zaproszenia.

Z pieczeniem wiazaly sie liczne przesady. Nie pozyczano sprzetu piekarniczego, by domu nie opuscilo szczescie. Podobnie zakwasu. Dzis piekarze tlumacza ten zwyczaj racjonalnie - w dziezach, na lopatach rozwijaly sie specyficzne kultury bakterii, ktore decydowaly o wyjatkowym, niepowtarzalnym smaku chleba kazdej z gospodyn.

Zasuszona kromke chleba darowanego przez matke w dniu wesela corka przechowywala w serwetce do konca zycia. Gdy niewielka nawet okruszyna chleba przez nieuwage upadla na ziemie, nalezalo ja podniesc i ucalowac. Wiele tych zwyczajow nawet i na Slasku zamarlo. Nikt pewnie nie zegna znakiem krzyza bochenka krojonego przez elektryczna maszynke.

Magiczne muzeum bez tabliczek

Trudno byloby wskazac w Muzeum Chleba przedmiot, ktory nie mialby swoich lat, swojej historii. Opowiada o niej zwiedzajacym Piotr Mankiewicz lub tez - pod jego nieobecnosc - jeden z pracownikow.

Juz na poczatku postawil sobie za cel, by inaczej niz w wielu ciekawych, bogato wyposazonych, ale martwych muzeach, w jego wlasnym tetnilo zycie. Zrezygnowal w duzej czesci ze szklanych gablot. Z tabliczek: "Nie dotykac". Brak podpisow pod eksponatami ("z poczatku sie nie dorobilem, teraz juz nie chce" - wyjasnia) zacheca do rozmowy, do stawiania pytan.

Sa wiec drewniane dzieze do wyrobu ciasta, slomiane talerze, na ktorych bochenki wsuwano do pieca, lopaty na dlugim trzonku, "pomietla" ze slomy lub gesiego skrzydla. Akcesoria niezbedne do wypieku, dzis karnie ustawione na polkach, niegdys mialy moc... magiczna. Wystawiane w czas burzy przed domem, chronily zagrode przed uderzeniem pioruna.

W nastrojowym secesyjnym saloniku - planowanej kawiarni - zwraca uwage utrzymany w doskonalym stanie kredens cukierniczy. To dar od Mariana Wozniaka, renomowanego cukiernika z krakowskiej ulicy sw. Tomasza. Niezwykla przygode przezyl wlasciciel z innym ofiarodawca. Biednie ubrany mezczyzna czekal na niego siedzac na murku. Przyniosl do muzeum krajalnice. Powiedzial przy okazji, ze od 14 lat nie kupuje chleba, bo boli go, gdy widzi, jak wiele chleba ludzie marnuja. Wydawal sie znajomy. Przy przygotowaniu kolejnego numeru "przymuzealnej" gazety Klient, Piekarz i Cukiernik, pan Piotr zerknal na okladke jednego z wczesniejszych numerow. Stary czlowiek, krojacy chleb, bohater reprodukowanego obrazu byl - a przynajmniej wydawal sie byc - tym samym, ktorego goscil u siebie.

Sa w muzeum dokumenty. Stare swiadectwa moralnosci dla czeladnikow, swiadectwa pracy, list wyzwolenczy, jaki wystawil uczniowi krakowski cukiernik Paris Maurizio.

Nie brakuje zabytkowych maszyn, czesto jeszcze z poczatkow wieku. Bezwzglednie eliminowane z zakladow przez nowoczesniejsze, bardziej wydajne badz rygorystyczne zalecenia dotyczace higieny, laduja na wysypiskach smieci.

Pan Piotr obawia sie, ze wraz z nimi znikna malenkie, rodzinne piekarnie, manufaktury niezdolne rywalizowac - przynajmniej na razie - ze zmechanizowanymi kombinatami piekarniczymi.

- Bedac w Niemczech zajrzalem do sklepiku z wypiekami z takiego malego zakladu. Kosztowaly trzy razy tyle, co w supermarkecie, ale mialy niepowtarzalny, indywidualny charakter. Widac bylo, ze kazdego bochenka dotknela dlon piekarza. Sprzedawca z wyzszym wyksztalceniem. Klienci - pan mecenas, pan doktor, traktowali zakup chleba jak swieto - wspomina.

Chlebus maximus

Choc pan Piotr twierdzi, ze nie poluje specjalnie na eksponaty, wciaz jeszcze chetnie zaglada na gielde staroci w Bytomiu. Jest na tyle znany i popularny, ze handlarze zostawiaja dla niego wszystko, cokolwiek wiaze sie z piekarskim lub cukierniczym fachem.

Najdluzej szukal szklanego pieniazka na chleb. Kupil taki z napisem "1 chleb", by zaraz dowiedziec sie, ze znajomy zbieracz dysponuje pieniazkiem na "pol bulki". Nie poprzestal, dopoki rarytas nie znalazl sie w muzeum.

Kalendarz lwowski z 1911 r., z reklamami piekarniczymi ("Najlepszy chleb z piekarni Merkury"), trafil do Radzionkowa via... Wlochy. Piotr Mankiewicz przypuszcza, ze byc moze odbyl ze swoim posiadaczem daleka droge przez Sybir, potem szlakami wojsk generala Andersa az po Italie.

Na pocztowce z 1907 r. wasaty krakowiak odkrawa kromke z niewiarygodnie wielkiego, siegajacego piersi doroslego mezczyzny bochna. Okazuje sie, ze to slynny chleb pradnicki, prawdziwy olbrzym o wadze 30 funtow (czyli 15 kilogramow). Docenial jego zalety Oskar Kolberg: "Bialy i smaczny, czysto zytni, tem sie szczegolniej zaleca, ze im czerstwiejszy tem lepszy, a nawet w pare tygodni po upieczeniu, jesc go jeszcze mozna z prawdziwa przyjemnoscia". Pisal o chlebie pradnickim Wincenty Pol:

A to idzie z laski Boskiej
Chleb pradnicki, chleb krakowski!
By u wozu przednie kolo
Toczy sie do dom wesolo.

Piekarz, chleb i nogi w dziezy

Zdarza sie przeciez, ze kolejny nabytek to pretekst do rozpoczecia kwerendy w archiwach. O wyrabianiu niegdys chleba nogami nie pamietali juz najstarsi z najstarszych piekarzy z wielopokoleniowymi tradycjami. Zaskoczyl pracownikow niemieckiego muzeum chleba w Ulm. "Niemozliwe. Moze kiedys w Egipcie?" - zastanawiali sie. Pokazal im obrazek na holenderskim talerzu z ich wlasnej ekspozycji. W centrum piekarz wsadza bochny do pieca, z boku siedzi czlowiek z nogami w dziezy. Przypadkowo w jednej z ksiazek znalazl informacje, ze do 1920 r. wolno bylo miesic ciasto nogami. Zdarzaja sie takie odkrycia, ktore zaskakuja nawet jego.

Jednak na pytania zwiazane z niektorymi eksponatami nie znalazl jak dotad odpowiedzi.

- Szalenie malo zachowalo sie swiadectw. Nie ma obrazow o piekarzach, nie ma figur piekarzy. Pewnie dlatego ze nie mieli czasu na sztuke, bo wciaz pracowali - mowi.

Na gieldzie staroci w Bytomiu udalo sie zakupic pamiatkowe tableau z 1934 roku czeladnikow piekarniczych i cukierniczych z Leszna. Jedna z pracownic, wskazujac mezczyzne na zdjeciu, zaskoczyla go stwierdzeniem: "Przeciez to moj sasiad. Mieszka w Piekarach".

Okazalo sie, ze po wojnie, gdy na ziemie opuszczane przez Niemcow sciagali Polacy, takze piekarze z Leszna wsiedli na rowery i przyjechali. Zdjecie robil im rowniez krajan, fotograf z Leszna. Byc moze umarl i rodzina wyprzedala pamiatki.

Chleb pod zamknietymi powiekami

W Muzeum Chleba Piotr Mankiewicz najchetniej wita dzieci. Z tego powodu pojawil sie przy wejsciu kacik ucznia. Lawka zastawiona kalamarzami, z tabliczka do pisania, liczydlem i drewnianym piornikiem. Ten ostatni to niezwykla atrakcja. Przywolujac stare, przyslowiowe "wziac piornikiem po lapach" proponuje, by mali goscie skosztowali tej frajdy. O dziwo, wyciaga sie gaszcz chetnych dloni.

Cieszy go zasluchanie przedszkolakow, dzieci z pierwszych klas szkoly podstawowej. Zdejmuje z polki niepokazny, nieco pordzewialy przedmiot.

- To reczne zarna. Gdy wybuchla wojna, Niemcy wydali najpierw dwa rozporzadzenia: by oddac radio i wlasnie zarna. Zamknijcie oczy. Wyobrazcie sobie, jak rodzina, dziadek, babcia siedza w piwnicy i miela powoli, cierpliwie na zarnach garsc maki - opowiada, a maluchy poslusznie zamykaja oczy.

Gdy wychodza z muzeum, sa zamyslone, spokojne. Niewiele w nich z tej halasliwej gromady, jaka tu weszly kilkadziesiat minut wczesniej.

Uczy je szacunku dla chleba i... grzecznosci. Przypomina stary zwyczaj piekarzy, ktorzy czestowali dzieci cukierkami, by przyciagaly na zakupy rodzicow (dzis ten zwyczaj zostal tworczo zaadoptowany przez rozne kampanie promocyjne). Daje dzieciom po cukierku ze stojacego na starej ladzie cukierniczej, szklanego sloja, ale zostawia tylko temu, kto powie: "Dziekuje".

Najwieksza atrakcja dla malych gosci jest oczywiscie samodzielny wypiek niewielkich buleczek. Z gotowego ciasta, dostarczonego przez radzionkowska, 90 lat istniejaca piekarnie, wyrabiaja formy jakie tylko podpowie im fantazja. Czasem ledwo widac im nosy znad stolow. Potem zwiedzanie, a na zakonczenie - degustacja swiezo wylowionych z pieca, wlasnych bulek.

Muzeum zdobylo sobie tak wielka popularnosc, ze wycieczki rezerwuja terminy z wielomiesiecznym wyprzedzeniem.

Chleb herbowy

"Szlachta legitymuje sie rodowymi herbami. Mieszczanie, rzemieslnicy mieli swoje znaki rodowe - gmerki. Znakiem piekarza jest niepowtarzalny smak jego chleba. Smak, ktory pamietaja pokolenia i cala okolica" - przekonuje na lamach swojej gazety Piotr Mankiewicz.

Muzeum Chleba w Radzionkowie ocala swiat piekarzy, swiat chleba. Zanim te swiaty znikna na dobre, rozplyna sie w nowoczesnosci bez indywidualnego wyrazu.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail