[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (8 sierpnia 2003)


Jerzy Piekarski (1954-2003)

 

Przezyl zaledwie niespelna pol wieku. W Przegladzie Polskim z 25 lipca zamiescil zdjecie z festiwalu "rzezbiarzy, ktorzy tworza w nietrwalej materii - piasku". Patrzac na to zdjecie twarzy u podnoza wiezy, niby to Zikkuratu, "domu fundamentow nieba i ziemi", promienistej powaznej twarzy jakoby slonca, pytam jak we snie, co sklonilo Jerzego do wyboru tego piaskowego, sypkiego obrazu przemijania, kruchosci zycia ludzkiego na kilka dni przed nagla smiercia? Jakze nietrwala jest materia naszego zycia. Zdajemy sobie z tego sprawe zwlaszcza przy rozstaniach.

Slowa dziennikarza sa jak rzezby z piasku, ukazuja sie raz, zapadaja w serce albo nie, rzadko wchodza do trwalych bibliografii. Sa po prostu przezyciem chwili. Chwile te rzezbia nas, nakladaja sie jak uderzenia dluta. Dziennikarska dola jest bolesna, bo ktoz zna autorstwo uderzen, kropli informacyjnych otwierajacych nas na swiat i komu mamy byc za nie wdzieczni? W ostatniej mojej rozmowie z Jerzym ta niejako teskna nuta przebila z jego slow, jakoby nie znal czytelnika i jego wdziecznosci: "Komu jestem potrzebny, komu przydaje sie moja pisanina?". Nawiazywalem do Biblii: "ostatni beda pierwszymi," wskazujac na ostatnia strone Przegladu, na ktorej krolowal swoim "Ze swiata kultury". Na szczescie uwazal, w pewnej mierze zartobliwie, ze gazety czyta sie od konca. A krolowal zaskakujaco. Co tydzien wydobywal z prasy swiatowej, poglebianej lektura literatury fachowej, ciekawostki dotyczace zycia kultury, do ktorej luksusem dostepu cieszy sie zaledwie niewiele osob w naszym zabieganym zyciu. Stad moja wdziecznosc dla niego za to. Nie pisal wylacznie sprawozdawczo, pisal refleksyjnie i chwytal momenty zaskakujace, ujmowal istote rzeczy, kojarzyl z tym, co Polakom znane i bliskie, przyozdabial wyborem zaskakujacych zdjec, stanowiacych niezalezne od narracji, dodatkowe tresci.

Jerzy Piekarski urodzil sie 21 stycznia 1954 roku w Krakowie. Do Stanow Zjednoczonych przywedrowal poprzez Bad Soden-Salmünster w Niemczech, gdzie trafil niemal prosto z wiezienia stanu wojennego jako aktywista Solidarnosci, redaktor gazety Obserwator Robotniczy i korespondent innych gazet zwiazku. Po polonistyce skonczonej w Polsce uzyskal Master of Arts w Utica College (NY, 1983-84), przy pomocy stypendium z Fundacji Kosciuszkowskiej. Studia kontynuowal na Syracuse University (1986) i University of Michigan, Ann Arbor (1987-1988), gdzie byl dobrze zapowiadajacym sie naukowcem z perspektywa doktoratu. Zdecydowal sie jednak na wyjazd z rodzina na Zachodnie Wybrzeze. Kalifornia nie oszczedzila mu gorzkiej walki o byt, typowej dla emigranta. Jerzy podejmowal sie roznych dorywczych prac, probowal nawet sprzedawac samochody, poki nie uzyskal pozycji tlumacza z polskiego na angielski w kompanii telefonicznej AT&T. To pozwolilo mu pracowac w domu i pisac. Nie byla to praca wedlug serca i zdolnosci Jerzego, ale dawala chleb; z jednej strony sluzyla Polakom nieznajacym jezyka angielskiego, a znajdujacych sie w potrzasku, na ogol prawnym, z drugiej byla deprymujaca, gdyz tlumaczyl przewaznie dla policji i sadu. Bedac humanista patrzyl w brutalne oblicze polskiego emigranta i spotykal sie z wulgarnoscia osobnikow, ktorym pomagal. Szukal wiec odskoczni starajac sie o rozne biblioteczne prace w Stanfordzie. Niestety nie mial ani doswiadczenia bibliotecznego, ani umiejetnosci zaprezentowania swoich atutow intelektualnych w stosunkowo obcym mu kulturowo srodowisku. Byc moze zrodlo jego niepowodzenia lezalo w jego sarmackim zwyczaju calowania rak bibliotekarek na wstepnych rozmowach o prace. Pisze o tym trywialnym elemencie z przymruzeniem oka, jako przyklad zderzenia kultur, Jerzy bowiem, jak mi sie wydaje, tej bariery w swoim stylu myslenia nigdy nie przekroczyl. Przyjalem go do mojego dzialu gromadzenia zbiorow slowianskich w tejze bibliotece na 10 godzin w tygodniu, na ktore przyjezdzal przez piec lat, do czasu wyjazdu z Kalifornii, z odleglej o dwie i pol godziny drogi Mariny kolo Monterey. Tak zaprzyjaznilismy sie. Stanfordzkie srodowisko naukowe, biblioteka i ksiegarnia byly mu intelektualnie i duchowo potrzebne.

W tym okresie spedzal sporo czasu na lonie przyrody, miedzy innymi w Big Sur. Spotykal tam grono "cyganerii artystow" oraz szukal ciszy i odprezenia. Wloczyl sie po zakamarkach Nevady i Kalifornii. Z tych wedrowek powstalo sporo interesujacych reportazy zamieszczonych w Przegladzie Polskim i w ukazujacym sie wowczas jeszcze w jego rodzinnym Krakowie Przekroju. Pisal miedzy innymi o palacu Hearsta w San Simeon, o Bodie - "miescie bezprawia" w Nevadzie, o zlocie Kalifornii, o Uniwersytecie Stanforda, o sekwojach. W tych artykulach wykazywal swoj dziennikarski instynkt, zdolnosc wydobywania dawno zapylonych kurzem czasu wiadomosci, historyjek i skandali, nadawania swoim opowiesciom obok dokumentacyjnej wagi polotu i czaru. Wyczuwal ludzi minionych dni, oddychal pieknem przyrody, zaskakiwal metafora, trzymajac czytelnika w napieciu literackim i oczekiwaniu nastepnego emocjonalnego zdania-obrazu. Byl reporterem-poeta. Przeprowadzal rowniez i publikowal rozne wywiady, pisal sprawozdania z amerykanskich i miedzynarodowych konferencji slawistycznych. W wywiadach stawial pytania krotkie, zwiezle, madre i skromne. Nie chcial powiedziec wiecej niz jego rozmowca, by zablysnac wlasna erudycja. Pisal rowniez na tematy aktualne: polityczne, o szkolnictwie amerykanskim, o Papiezu. Proponowal, w intrygujacym stylu dziennikarskim, tematyke nieoczekiwana, otwierajaca okno na otaczajacy nas swiat. Zwiazal sie przede wszystkim z Przegladem Polskim, ale mial tez plany szerszej wspolpracy z Przekrojem i jego kolportazu w Ameryce. Pisal, choc rzadko, do Kultury paryskiej oraz do O.K. America.

W rozmowie wstrzemiezliwy, w szerszym gronie Jerzy byl czlowiekiem zamknietym w sobie. Mial chyba niewielu prawdziwych przyjaciol, a sam byl przyjacielem lojalnym. Swoje bogate zycie emocjonalne pokrywal pozornym chlodem, ktory postronni odczytac mogli jako forme cynizmu lub obojetnosci. Lecz Jerzy musial mowic o ludziach, ktorych kochal, a mowil tylko dobrze. Dumny byl z osiagniec swojej corki, a w okresie, w ktorym bylem z nim blisko, z niepokojem patrzyl na swoje nikle mozliwosci finansowe w obawie, czy pozwola mu one na sfinansowanie jej studiow. Jednym z najblizszych jego przyjaciol byl Jan Kowalik, dziennikarz, bibliograf, poeta, kolekcjoner polskiej prasy emigracyjnej, gawedziarz o szerokich wiezach z polskimi kolami emigracyjnymi na calym swiecie. Mowil o nich dlugo i ciekawie. Kowalik znal rowniez moc polonikow kalifornijskich. Jerzy byl pilnym sluchaczem, umial stawiac pytania wywolawcze, mobilizowac pamiec. Wynikiem pierwszych spotkan z Kowalikiem w sierpniu 1990 roku byly opublikowane w Przegladzie wywiady z nim. Dzis nie da sie wyluskac tego, co z opowiadan Kowalika przebija w artykulach Piekarskiego. Byly to bratnie dusze. Kowalik byl Jerzemu intelektualna, dziennikarska i osobista ostoja w Kalifornii. Po smierci Kowalika Jerzy przyjechal specjalnie z Nowego Jorku na pogrzeb. Na kilka tygodni przed swoja smiercia zabral wdowe po Janie, Emmy Kowalik, do miejsc rodzinnych meza w Polsce. Byl to piekny gest dla starszej, schorowanej kobiety, ktorej sprawil ogromna radosc poswiecajac na to czesc swoich wakacji. Planowali nastepne wyprawy.

Czy poczucie niedosytu intelektualnego, jakas forma samoniedowartosciowania, niespelnionych marzen byla jego slaboscia, czy po prostu pokora? Jerzy byl czlowiekiem skromnym. Odpowiedz byc moze przeziera z akademickiej wprawki literackiej z klasy o kompozycji: "Jelen na cenzurowanym" (Przeglad Polski, 15 pazdziernika 1987 r.), ktora cytuje jako ilustracje sylwetki pisarskiej Jerzego. Opisujac bole tworczosci pisarskiej i gotowosc wyslania artykulu do "najbardziej szanowanego magazynu literackiego w calym kraju" tak konczy: "Teraz wolasz zone. - Chcesz cos przeczytac? - pytasz. - I nie mow, ze znowu ci sie nie podoba. Ona patrzy z uwaga i lekko potrzasa glowa. - I co? Dobre, nie? Powiedz, czy to nie bardzo dobre? - Tak, oczywiscie, moj drogi - odpowiada - to dobre. - Powiedz cos wiecej - niecierpliwisz sie - tyle tylko masz do powiedzenia? - Wiesz co, moj drogi - slyszysz w odpowiedzi - nie mowisz tu nic nowego. Powtarzasz stare banaly. Jedyna rzecz, ktorej mi brakuje, to ksiezyc w pelni i ryczacy jelen. Ale za to masz psa. To nawet lepsze niz jelen".

W liscie do mnie pisal: "Chyba wszyscy troche piszemy wiersze". Nie sadze jednak, by je publikowal. Obdarzyl mnie jednym z nich, wiec dorzuce go do dorobku Jerzego:

Rysunek

Zawsze jak rysuje
To mi nie wychodzi.
Przepraszam,
Zawsze jak maze
To nie wychodzi
Moze tym razem?
No, juz przestaje mazac i rysowac
Dobranoc!
Jednak nie (to moja Ona)
Myslalem, ze juz poszla spac
Rozzloszczona, bo
Nie umiem
z nia rozmawiac
Ale nie - ona tylko poszla
umyc zeby
I juz wraca
Chyba znowu cos narysuje.

Po wyjezdzie Jerzego z Kalifornii jego przygody w Pensylwanii, w Nowym Jorku i podroze po swiecie obserwowalem juz z daleka, poprzez sporadyczne kontakty e-mailowe i telefoniczne oraz odgadywalem je na lamach Przegladu. Te karty swojego zycia zapisal w innych, nieznanych mi sercach. A w moim pozostaje obraz wiernego przyjaciela, pomocnika w borykaniu sie z piorem i mysla. Obraz, ktory rzezbi i zamyka sie wdziecznoscia.

Wojciech Zalewski

 

------------------------------------------------------------------------------------------

Odcienie blekitu

Boginie losu, corki Zeusa, Lachesis, Kloto i Atropos przeda nic zycia. Nikt nie wie, czym kieruje sie Atropos, kiedy ja przecina. Czy ona sama wie, co robi? Moze przypadkiem, w chwili nieuwagi lub zmeczenia przecina nic komus, kto swego snu tu na ziemi jeszcze nie dokonczyl i powinien zyc. A moze Atropos zna reguly, ktorych nie mozemy pojac, dopoki zyjemy? Wyroki losu sa niepojete. Pytanie - dlaczego wlasnie on - zawsze zostaje bez odpowiedzi.

Wiadomosc o smierci Jurka wydala mi sie okrutna i bezsensowna pomylka, czyms, co nie moglo sie zdarzyc. Bylo w nim tyle ciekawosci zycia, tyle marzen, ukrytych pasji, nie zawsze mozliwych do zrealizowania planow. Plonal wysokim plomieniem, ktory go zniszczyl przedwczesnie. Zbyt niespokojne i niepokorne mial serce. Zbyt szybko biegl naprzod, nie myslac o tym, ze kazda droga naprzod jest droga ku koncowi. "Naprzod!" - to glos smierci, ktora wabi, aby sie pospieszyc. Nie kazde serce wytrzymuje tempo. Zmienny los przynosi sporo rozczarowan i goryczy. Jurek z godnoscia to znosil i wierzyl, ze ma jeszcze dosc czasu, zeby zrealizowac swoje plany i marzenia.

Tylko bliscy przyjaciele wiedzieli, jak romantyczne, czule i delikatne bylo serce Jurka. Umial ukrywac prawdziwa twarz za maska ironii i kpiny. Czasami tylko, przez przypadkowo uchylone drzwi mozna bylo dostrzec promien swiatla, wzruszajaca bezbronnosc uczuc, mlodziencza naiwnosc, brak jakiegokolwiek wyrachowania i wielka chec obdarowywania tych, ktorych kochal i akceptowal. Kiedys podarowal mi zegarek. Ot tak, bez zadnej okazji. "Popatrz, moj jest taki sam, tyle ze meski, wiec wiekszy. Pamietaj, masz go zawsze nosic...". Kiedy umiera ktos bliski, znaki zabobonne staja sie zgodne z uczuciami duszy.

Chce zawolac: - Poczekaj jeszcze! Zatrzymaj sie! Jak mozesz tak odejsc bez pozegnania? - Nikt nie odpowie. Nie mozna zawrocic. Jego czas skonczyl sie bezpowrotnie.

Widywalismy sie rzadko, znalismy sie krotko, ale to zupelnie nie ma znaczenia. Kilka lat temu przylecialam do Nowego Jorku. Na lotnisku czekal Jurek. Wysoki, ciemny, przystojny mezczyzna spojrzal na mnie z zaciekawieniem, nieufnoscia i rezerwa, bez konwencjonalnego powitalnego usmiechu. Ale od razu wiedzialam, ze bedziemy przyjaciolmi. I tak sie stalo. Jak mam teraz uwierzyc, ze nigdy nie spotkamy sie nad oceanem, nie pojdziemy ulubiona trasa prowadzaca do mostu Verrazano, nie pojedziemy przez most-tunel na Chesapeake Bay, sluchajac po drodze muzyki Buena Vista Social Club, nie zabladzimy w okolicach Williamsburga. Nigdy juz Jurek nie powie: "To przez ciebie, wiedzmo, zgubilismy droge. Lubisz wyprowadzac na manowce".

Zostawil po sobie tak duzo pustej przestrzeni. Ta pustka ma kolor blekitu nieba i oceanicznej wody.

Maria Towianska-Michalska

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail