[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (11 lipca 2003)


JAN ZIELINSKI

Wislawa Szymborska skonczyla 80 lat

Jest

Jest druga obok Marii Curie-Sklodowskiej Polka wyrozniona Nagroda Nobla. To chyba wiekszy tytul do chwaly niz fakt, ze nalezy do grona czworga polskich laureatow literackiego Nobla (pewnie nalezaloby tu dodac jednego jeszcze prozaika, ktory wprawdzie pisal w jidysz i po angielsku, ale byl takze piewca polskich pejzazy). Mozna nawet podejrzewac, ze te dwie kobiety obdarzone scislym umyslem i zainteresowaniem dla praw rzadzacych przyroda wiecej laczy niz Szymborska z manichejskim i zmyslowym zarazem Miloszem, ze nie wspomne juz o dawniejszych poprzednikach: o niezwykle skutecznym manipulatorze zbiorowej wyobrazni i o tym przedziwnym amalgamacie impresjonisty z ekspresjonista na podlozu naturalistycznym i z przymieszka symbolistyczna. Wezmy chocby wiersz Niebo z tomu Koniec i poczatek - kopernikanski w zamysle obalenia tradycyjnego podzialu na niebo i ziemie, uzmyslawiajacy, ze niebo jest tuz, "za plecami, pod reka, na powiekach", ze jest "wszechobecne". O tym, ze czlowiek bez wzgledu na punkt obserwacji "O / w i e l e k r o c / w i e c e j / n i e b i o s / o g l a d a, / N i z e l i / z i e m i..." pisal juz Norwid w liryku Niebo i ziemia z tomu Vade-mecum, ale Norwidowi chodzilo o uzasadnienie poszukiwan metafizycznych ("ci sie wciaz o n i e b i e troi"), podczas gdy Szymborska zwraca uwage na materialnosc nieba, na jego zlozona z drobinek strukture:

Sypkie, plynne, skaliste,
rozplomienione i lotne
polacie nieba, okruszyny nieba,
podmuchy nieba i sterty.

*

Jest podgladaczka kulis. Tam, gdzie inni widza tylko fasade, ona szuka drugiego dna, zaglada rzeczywistosci pod podszewke. Jak w wierszu Wrazenia z teatru (z tomu Wszelki wypadek), gdzie przyznaje, ze w tragedii najwazniejszy jest dla niej "akt szosty" - usuwanie zbednych rekwizytow, ozywanie trupow, powrot zaginionych bez wiesci i ta "niepoprawna gotowosc rozpoczecia od jutra na nowo". A moze nawet nie tyle akt szosty, co chwila, kiedy opada ciezka zaslona ("naprawde podniosle jest opadanie kurtyny" pisze z wlasciwym sobie gustem do antynomii) i w waskiej szparze przy ziemi widac, jak reka siega po upuszczony kwiat, inna po miecz, a jeszcze inna, niewidzialna, budzi wzruszenie ("sciska mnie za gardlo"). Nie wzrusza teatralna iluzja, tylko jej obrzeza, "ludzkie" odruchy aktorow, szczelina miedzy swiatem fikcji a rzeczywistoscia, co skrzeczy.

*

Jest przekorna do bolu. Wezmy bardzo znany wiersz Dwie malpy Breughla z popazdziernikowego tomu Wolanie do Yeti. Przeczytajmy na nowo, z godnym jego tematyki dystansem polwiecza bez mala. Kim sa ci sedziowie w skorze malp, odbierajacy od narratorki egzamin "z historii ludzi"? Skoro najlepszych synow narodu jeszcze niedawno obdarzano epitetami "zaplutych karlow reakcji" i "psow lancuchowych imperializmu", czyz rownie dobrze nie mozna ich porownac do uwiazanych na lancuchu malp? I od razu rodzi sie skojarzenie z trojca malp, z ktorych jedna nie widzi, druga nie slyszy, trzecia nie mowi. W wierszu jedna "wpatrzona we mnie, ironicznie slucha". Skoro wpatrzona i slucha, to znaczy, ze ma zasloniete usta. Druga "niby to drzemie", wiec zapewne ma zasloniete oczy. Pozostaje ta trzecia, z zaslonietymi uszami. Zostala zlikwidowana? Wiersz bylby wowczas zyciowym egzaminem, zdawanym przed przesladowanymi, spowiedzia z grzechu (posredniego) wspoluczestnictwa. Ale w tamtym czasie porownac przesladowanych "w minionym okresie" ludzi do malp, to wymagalo niezlej dozy przekory. A moze bylo jeszcze inaczej? Skad pewnosc, ze podmiot mowiacy jest czlowiekiem? Moze tez utozsamia sie z malpa, ta trzecia, co zaslaniala sobie uszy, nie chciala slyszec krzykow torturowanych i biadan rodzin aresztowanych, a teraz, jakajac sie i popadajac w bezradne milczenie, slucha, jak wyrzut sumienia odzywa sie "cichym brzakaniem lancucha"? Przekora pozostaje.

*

Jest zonglerka slow. Nie jak dadaisci w rodzaju Schwittersa, co rozcinali tekst na poszczegolne slowa, mieszali je i ukladali na nowo, zaprzegajac do pomocy przypadek. Nie jak Bialoszewski, ukladajacy slowa w rodziny, kazacy im staczac miedzy soba pojedynki i z zaciekawieniem oczekujacy na rezultat walki. Zongluje slowami w pelni swiadomie, z mistrzostwem wielkich artystow cyrku. Nie sa to slowa abstrakcyjne, mechanicznie wyciete, przypadkowe: kazde ciagnie za soba wlasna otoczke frazeologiczna, zwyczajowe miejsce w szyku i wielosc znaczen. Mysle tu przy tym nawet nie o takich wierszach jak Akrobata (z tomu Sto pociech), ale o takich, jak Ruch (z tegoz tomu):

Ty tu placzesz, a tam tancza.
A tam tancza w twojej lzie.
Tam sie bawia, tam wesolo,
Tam nie wiedza nic a nic.
Omal ze migoty luster
Omal ze plomyki swiec.

Zacytowalem sam poczatek tego wiersza, rytmem przypominajacego Marie Malczewskiego, zeby wprowadzic w atmosfere zonglowania slowami pomiedzy skrajnymi emocjami, na skraju widomego. Ale najczesciej mamy do czynienia z zonglowaniem slowami w wierszach-definicjach, jak Cebula z tomu Wielka liczba ("Cebulasta na zewnatrz,/ cebulowa do rdzenia") albo w wierszach, rozwijajacych sie niczym wachlarz, jak Mozliwosci z tomu Ludzie na moscie ("Wole kraje podbite niz podbijajace"). Albo w tomie Koniec i poczatek - w wierszu tytulowym, o trawie, co po kazdej wojnie porasta "przyczyny i skutki", czy w wierszu Nic darowane, gdzie dokonuje sie bezlitosny obrachunek z przemijania ("Bede zmuszona soba/ zaplacic za siebie,/ za zycie oddac zycie").

*

Jest zarliwa obronczynia pojedynczosci, stara sie oslonic jednostke przed masa. We wspomnianych Mozliwosciach deklarowala: "Wole siebie lubiaca ludzi/ niz siebie kochajaca ludzkosc". W wierszu Spis ludnosci (z tomu Sto pociech) utozsamiala sie przekornie ze wspolczesnym Homerem, co pracuje, rzecz znamienna, w urzedzie statystycznym i zapewne pisze wieczorami ("Nikt nie wie, co robi w domu") epopeje przeludnionego swiata, nieskonczenie liczniejszego od starozytnosci, ktorej tez bylo za duzo, po przeciez, jak wiadomo, siedem miast klocilo sie o to, gdzie tamten Homer przyszedl na swiat, siedem miast odkopano na miejscu Troi ("O szesc za duzo/ jak na jedna epopeje"), a teraz mamy "trzy miliardy sedziow" i nikla szanse na spotkanie drugiego czlowieka:

Mijamy sie na wiecznosc w domach towarowych
kupujac nowy dzbanek.

Dzbanek, dopowiedzmy, na ktory pewnie nikt juz nie natrafi w jakichs wykopaliskach przyszlosci. Jeden z wielu miliardow dzbankow. Podobnie jak na Fotografii tlumu (z tomu Wszelki wypadek) zacieraja sie rysy indywidualne, "moja glowa statystyczna" juz nawet nie rozpacza, ze jest "wymienna" i jesli cos wspomina, "to chyba przyszlosc gleboka". Ten lek przed masa nabiera cech obsesji. W tytulowym wierszu z tomu Wielka liczba mamy znamienne wyznanie:

Cztery miliardy ludzi na tej ziemi,
a moja wyobraznia jest jak byla.
Zle sobie radzi z wielkimi liczbami.
Ciagle ja jeszcze wzrusza poszczegolnosc.

Pomiedzy jednym tomikiem (1967) a drugim (1976) liczba ludnosci Ziemi wzrosla, w przyblizeniu, z trzech do czterech miliardow. A czlowiek, ktory sobie z tym nadmiarem musi radzic, jest jeden. Pojedynczy.

Edward Balcerzan proponowal kiedys (w szkicu W szkole swiata), zeby wiersze Szymborskiej interpretowac pojedynczo, przezywac je jak "odrebne rzeczywistosci artystyczne", moze nawet odrebne "poezje". To rzeczywiscie kuszaca perspektywa, pozwalajaca zlozyc hold osobnosci i pojedynczosci istnienia. Ale pojedynczosc nieuchronnie przywoluje swoje przeciwienstwo: mase. Przytoczone przed chwila przyklady dowodza, ze jest to nieustajace sprzezenie zwrotne, ze zrodzona z leku przed wielka liczba obrona liczby pojedynczej budzi w wyobrazni nowe, jeszcze liczniejsze potwory. Spuszcza ze smyczy wieloglowego potwora wielkiej liczby.

*

Jest, jak sie zdaje, dosc odporna na sukces. Nie stroi sie w szaty wieszcza, ani nawet wieszczki. Umiala, jak sie zdaje, zachowac swoja prywatnosc: krag przyjaciol, ulubione miejsca, wycinanki i wyklejanki. A w dodatku to sie podoba. Adresowany do osob o raczej niewyszukanym poczuciu humoru tom Rymowanki dla duzych dzieci sprzedaje sie o wiele lepiej niz wyczekiwane przez niekoniecznie w ogole obdarzonych poczuciem humoru milosnikow poezji, skapo odmierzane tomiki wierszy.

*

Jest takze niepospolitym krytykiem literackim. Pod naglowkiem Lektury nadobowiazkowe od wielu lat omawia systematycznie ksiazki, ktorych inni recenzenci przewaznie w ogole nie chca omawiac (co wiecej, w ogole nie widza powodu, by je czytac). Czyni to w sobie wlasciwy sposob: zwiezle, lekko, dowcipnie, czasem zlosliwie, czasem troche obok omawianej ksiazki, ale zawsze ciekawie. Poniewaz sam takie ksiazki czytam namietnie, a czasem i pisuje (jedna z nich, Nasza Szwajcaria, zostala przed dwoma laty zaliczona przez poetke do kategorii jej "lektur nieobowiazkowych") chcialbym na jeden jeszcze aspekt tej dzialalnosci krytycznej zwrocic uwage. Mam mianowicie na mysli dystans do samej siebie i organiczna wrecz niechec do paternalistycznego traktowania omawianych ksiazek czy ich autorow. Nie znaczy to, ze Wislawa Szymborska nie jest zdolna do zlosliwosci. Wystarczy pod tym katem przeczytac wydane jakis czas temu w ksiazce, a publikowane dawniej na lamach krakowskiego Zycia Literackiego oceny nadeslanych rekopisow i maszynopisow ("Poczta literacka").

*

Jest rownoczesnie minimalistka i maksymalistka. Jak to mozliwe? Skoro ktos potrafi w niebie dostrzec atomy i inne drobiny, nie dziwmy sie, ze w Trzech slowach najdziwniejszych (z najnowszego tomu Chwila) bedzie umial dostrzec wszystko:

Kiedy wymawiam slowo Przyszlosc,
pierwsza sylaba odchodzi juz do przeszlosci.
Kiedy wymawiam slowo Cisza,
niszcze ja.
Kiedy wymawiam slowo Nic,
stwarzam cos, co nie miesci sie w zadnym niebycie.

Trudni mi sie tu oprzec przed przytoczeniem, w nawiazaniu zwlaszcza do pierwszego dystychu, pewnego wiersza konkretnego, jaki bardzo dawno temu wymyslil reprezentujacy dzis Polske na Biennale w Wenecji Stanislaw Drozdz (cytuje z pamieci, ale ten wiersz towarzyszy mi od 30 lat):

M I N I M U M
M I N I M * M
M I N I * U M
M I N * M U M
M I * I M U M
M A X I M U M

Czytajac ten wiersz linijka po linijce mamy wrazenie, ze to ciagle jedno slowo MINIMUM, w ktorym brakuje tylko czasem jednej litery. Gdy dochodzimy do ostatniego wersu, okazuje sie, ze od poczatku tkwilo w nim przeciwienstwo, czy dopelnienie, ze druga czesc slowa, ta za gwiazdka czy wykropkowana litera, nalezala juz wrecz do innego slowa, ze kryla w sobie MAXIMUM. U Szymborskiej jest lek przed petla czasu, ktora pozera wlasny ogon, niczym mityczny waz Ouroburos. Uzyte przez nia slowa PRZYSZLOSC i PRZESZLOSC mozna ulozyc w podobna magiczna figure:

P R Z Y S Z L O S C
P R Z Y S Z L O * C
P R Z Y S Z L * S C
P R Z Y S Z * O S C
P R Z Y S * L O S C
P R Z Y * Z L O S C
P R Z * S Z L O S C
P R Z E S Z L O S C

Przeszlosc pozera przyszlosc w chwili, gdy ta zaczyna sie rodzic. Wymawiajac slowo CISZA niszczy sie je (zauwazmy, a propos zonglowania slowami, ze w slowie NISZCZE mamy zawarta cisze!). Niszczy, wiec uNICestwia. Ale wraz z przywolanym w ten sposob slowem NIC rodzi sie nowy byt, cos, czego nie bylo. Jak MAXIMUM, ktorego nie bylo (czy raczej: nie bylo na pierwszy rzut oka widac) w slowie MINIMUM.

*

Jest jak poranek o zmierzchu,
Suchy lisc na mokrej trawie,
Ksiazka, podlozona pod glowe
I lina, po ktorej stapa, wysoko.

*

Jest.

*

Dobrze, ze jest. Bo trudno by bylo kogos takiego wymyslic.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail