EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Sejmiki dobrze mi sie kojarza wylacznie z ptakami. Przepadam patrzec, jak sejmikuja, krecac mlynki i falujac po niebie. Klucze zurawi, stada bocianow. Zwijaja i rozwijaja szyki - i juz ich nie ma! Zaluje, gdy znikaja. "Zima idzie" - wzdycham.
Sejmiki ludzkie wywoluja we mnie gniew. Zwlaszcza teraz, po wyborach samorzadowych najwiecej o nie wrzawy, bo kazdy, kto nie zalapal sie wyzej, chce wtrynic sie do sejmiku, niezaleznie od barw partyjnych czy przekonan. Trwa nieustanna karuzela zdradzania jednych barw partyjnych dla drugich. O jakiejkolwiek lojalnosci mowy nie ma. Zupelnie jak w klubach sportowych. Kto da wiecej.
Podobno w przeszlosci zreczny wladca potrafil umiejetnie pozyskiwac sejmiki do swoich celow. Latwiej mu bylo wydebic pieniadze od sejmikow niz od Sejmu, ktory blokowal kto chcial liberum veto. Sejmiki mialy prawo nakladania podatkow na swoim obszarze, mialy budzet, mogly wystawiac wlasne oddzialy wojskowe. Sobieski wystawil armie, ktora poszla pod Wieden rowniez z sejmikowych pieniedzy. "To byl wowczas bardzo sprawny organ samorzadowy - mowi znawca przedmiotu, prof. Stanislaw Grzybowski. - Na polskich sejmikach wzorowala sie nawet Katarzyna II, tworzac w Rosji ziemstwa" (Duzy format, dodatek do Gazety Wyborczej, 28 listopada 2002 r.).
Obecne sejmiki juz takich uprawnien nie maja. I choc krotki jest ich dzisiejszy zywot, juz zdazyly sie fatalnie zapisac. Gdy slysze slowo "sejmiki", w moim uchu uruchamia sie alarm: prywata, klotnia, warcholstwo, pieniactwo.
Sejmiki reprezentuja sarmatyzm w najgorszym wydaniu; przeciwienstwo obywatelskosci. Ilekroc miga mi gdzies szlachetna postura prof. Jerzego Regulskiego, ojca polskiej idei samorzadowej, ktory za komuny snul piekne wizje Polski, gdzie samorzad przemieni nas w aniolow, tylekroc zgrzytam zebami. Pomylil sie. Nie wzial pod uwage psychiki przemacerowanego przez komunizm spoleczenstwa, ktore dlugo musi dojrzewac do mysli samorzadowej.
Bo na razie zamiast aniolow mamy urzedasow, kierujacych sie nepotyzmem i prywata, oraz - co moze najgorsze - biurokratycznym nekaniem prywatnych inicjatyw.
Sejmiki doloza swoje. Nie wierze w ich pozytywna role. Zlikwidowac, i tyle! Nie ma ich w konstytucji. Ich prerogatywy powierzyc radom - i tak za licznym - przy prezydentach i wojtach. Im mniej stanowisk, tym lepiej.
Kazdy to wie, ale bron Boze wspomniec! Bo sejmikowanie to - procz "pieniazkow" - frajda sama dla siebie. Klotnie, manewry, podchody. Wielki boks. Albo raczej wolnoamerykanka. Beda sobie dokladac po linii partyjnej, biznesowej, osobistej...
A teren im podlegly? A wojewodztwo? A Polska? Pytania niestosowne.
*
W Polityce czytam tekst Daniela Passenta, do niedawna ambasadora Polski w Chile. I smieszno, i straszno. Zgodnie z potrzebami kraju probowal wprowadzic ekonomizacje dyplomacji. Na prozno. "Promocja i aktywnosc gospodarki polskiej w Chile sa pozalowania godne. Mozliwosci marnuja sie na kazdym kroku. Polska nie kiwnela palcem, nawet gdy nas proszono o konkretna oferte - pisze. - ...General lotnictwa, obecnie senator mianowany, Ramon Vega, interesowal sie naszymi smiglowcami. To nie do wiary, ale prosilem w Polsce wszystkich swietych, a oferta na smiglowce nigdy nie nadeszla...".
*
Coraz rzadziej czytam prase. Ku starosci, zabralam sie za dawne lektury, te niesmiertelne. Miron Bialoszewski w Pamietniku z powstania warszawskiego: "...W Srodmiesciu - w ogole calym - bylo jedno charakterystyczne. Byly roboty publiczne. Nie lapania, ale takie - w razie potrzeby - zatrzymywania przechodniow i zwracanie sie do nich z prosba-rozkazem, ze trzeba to i to... wszyscy chetnie. Takich rzeczy sie w ogole nie odmawialo...". (Bialoszewski ma na mysli budowanie barykad z gruzow domow, chodnikow, tramwajow i brukow; kopanie i oproznianie latryn; gaszenie pozarow w warunkach ciaglych bombardowan, kiedy praktycznie zylo sie juz wylacznie po piwnicach. Byl wrzesien). "...Pani Jadwiga opowiedziala nam, ze na poczatku szyla masowo dla zolnierzy bielizne, furazerki i jeszcze cos z mundurow...". Obcy ludzie dzielili sie jedzeniem, woda, ubraniem, miejscem pod filarem. Przy wlazach do kanalow stali godzinami w kolejkach; o przepychankach nie bylo mowy. Az sie wierzyc nie chce, ze Polacy potrafili byc obywatelami. Mowilo sie zreszta: "obywatelu". Bialoszewski: "... A jezeli ´krowaª wyrwie nagle od trzeciego w dol? Zahaczy o parter i wychapie cos? Z piwnicy?... I utraci kogos z nas... Bo dbalo sie o swoich, a o tych dalej troche mniej. A o sasiednia kamienice? Czy z przeciwka? Nie chodzi o przejecie. Ale kto nas odgrzebie, jak nas przysypie? - Oni. - To kto ich? - My. Dziwne obliczenia. Ktore kazdy robil. W kazdym miejscu...". I dalej, kiedy pod kulami latali do mlyna po zboze: "jakies kobiety wyniosly wiadra z kawa, i rozdawaly wszystkim. Byly rozczulajaco pogodne. One wlasnie powiedzialy nam, ze tylko Zlota wracac... Moj Boze! Ile w tej Warszawie bylo wtedy dobroci. Po prostu dobroci. Ile!".
Wyobrazmy sobie podobna sytuacje dzis. Mozliwa? Mozliwa. Ale nie na dwa miesiace. Na dwa dni.
*
Likwiduja ozarowska Fabryke Kabli. Smutno, bo dobra, z tradycjami, produkuje swietne kable. Wlasciciel ma jeszcze dwa zaklady tego typu, ktore probuje utrzymac mimo braku popytu na swiecie, ale te podwarszawska musi zlikwidowac. Proponuje pracownikom polroczne odprawy lub prace w filii bydgoskiej. Ilu sie zglosilo na przeniesienie? Dwie osoby. Ilu manifestowalo, krzyczalo "gestapo!", szarpalo sie i blokowalo wywoz sprzetu? Pare tysiecy. Nawet niepracujacy w zakladzie przyszli w sukurs, przez solidarnosc. Zjawili sie stoczniowcy z dalekiego Szczecina, majacy doswiadczenie w podobnych akcjach.
Przemieszczanie sie. To, co w Ameryce jest chlebem powszednim, u nas jest nie do pojecia. Ile czasu uplynie, zanim zrozumiemy, ze w warunkach krachu trzeba zarzucic worek na ramie i isc za praca. Z miejsca w miejsce. Tak robi wiekszosc Amerykanow. Zeby przetrwac, musimy stac sie nomadami we wlasnym kraju. Nie umiemy tego. Usadzamy sie jak kwoki na grzedzie i wyciagamy dzioby. Glosno gdakamy. Grozimy, choc wiemy, ze wladza sobie nie odejmie. Najwyzej wezmie jednemu biednemu, zeby dac drugiemu biednemu.
Pracownicy, ktorzy dostali propozycje przeniesienia, powinni przede wszystkim przekalkulowac: ile straca, ile zyskaja. Nie zrobili tego. Podburzani przez zwiazkowcow, wybrali atak. Stracili szanse na prace (w Bydgoszczy zatrudniono juz ok. 300 pracownikow).
Dobrotliwy minister Jerzy Hausner szuka dla ozarowskich zakladow innego inwestora. Trudno bedzie, bo gdy przyszly najemca widzi totalna demolke, jakiej dokonali tu jego przyszli pracownicy, mocno sie zastanowi.
Opinia publiczna wspolczuje ozarowianom. Ja nie.
*
Nie zapomne swobodnej, rozluznionej postawy Wladimira Putina, gdy stanal na podium przed niemieckim Bundestagiem i plynna niemczyzna zaczal przemawiac do wsluchanego wen gremium. Wydal mi sie wyzszy niz jest, bardziej rozprezony niz u siebie na Kremlu, usmiechniety szczerze, bez pokerowego oka. W Berlinie bylo mu dobrze. Czul sie bezpieczny. On ich lubi. To sie widzialo. "Po co mu ta Polska po drodze - pomyslalam. - Niepotrzebne obce kilometry".
Mowie komunaly. Wladcom ze wschodu i zachodu Polski nieraz mysl ta switala, a nawet skutecznie wprowadzali ja w czyn. I kilometry te zawlaszczali.
Po wielkiej przemianie w roku 1989, po mszy w Krzyzowej, gdy przy jednym kleczniku kleczeli Helmut Kohl i Tadeusz Mazowiecki, po wzajemnych ukladach - wydalismy westchnienie ulgi. Elity niemieckie byly nam przychylne (i zreszta sa nadal), inwestycje z zagranicznych - najwieksze; nawet handel przygraniczny stal sie bardziej cywilizowany. Czulo sie wyrazne zainteresowanie Niemcow naszym krajem; jezeli nie zyczliwosc, to poczucie, ze jestesmy sobie potrzebni. I co? I pstro.
Powolutku, niepostrzezenie Polska jakby zupelnie uszla z pola widzenia Niemcow. Jezeli juz, to widza nas krzywo.
Sprawa Niemcow wypedzonych. W pierwszych radosnych chwilach jakby wyciszona, niebyla, nagle zaostrzyla sie. Pozny wnuk przypomnial sobie, jak dziadkow z Polski przegnano. Przypomnial sobie, ale wybiorczo. Wszak nie uczy sie historii, jak wiekszosc wspolczesnej mlodziezy, wiec nie zna owczesnej sytuacji. Nie wie, ze Polakow tez przepedzono, tylko z drugiej strony. Mlody Niemiec woli sie oburzac na wrednych Polakow. Rana historyczna niezasklepiona.
Nie chodzi o granice. Odra jest niekwestionowana. Chodzi o stosunek do Polakow. Nie mowie, ze sprawe wypedzen trzeba zamazac. Nie wolno! Ale niech ja wyjasnia historycy. Jest to bowiem sprawa nie wrednych Polakow, ale miedzynarodowych owczesnych ukladow. Swiadomosc spoleczenstw jest, niestety, inna.
Poszla w niepamiec nasza stocznia i "Solidarnosc". Komunizm obalil Kohl z Gorbaczowem, burzac mur berlinski. Taki byl poczatek. Ot, co. Tak mysla Niemcy, Europa i caly swiat razem z nimi.
W najlepszym razie Niemcy sa wobec nas obojetni. Nie pomoga caluski Millera ze Schroederem pokazywane w telewizji. Obojetnosc poteznego sasiada, z ktorym mamy najdluzsza granice, jest niebezpieczna, bo oddala. W naszym interesie jest odbudowanie wzajemnego zainteresowania. Czym? Co mamy w zanadrzu? Na pewno sztuke i turystyke. Mazury (bo cieple morza wylewaja sie z brzegow od natloku niemieckich cielsk). Tylko ze to wszystko trzeba umiec przyszykowac. Umiec! Skoro przez tyle lat - lezac na krzyzujacym sie miedzynarodowym szlaku - nie pobudowalismy autostrad?
Janusz Reiter, byly ambasador Polski w Niemczech, a obecnie prezes Centrum Stosunkow Miedzynarodowych, dwoi sie i troi w promowaniu Polski. Szkoda, ze nie jest ministrem spraw zagranicznych.
*
Pilismy piwo w piwiarni na Podwalu. Podszedl grzeczny chlopaczek z rozami. Zwracal sie do panow i na ucho mowil cene. - Kto ty jestes? - spytala znajoma
- Polak.
- Polak maly. Jaki znak twoj? - dokonczyla.
Chlopiec zafrasowal sie i nagle olsnienie:
- Byk.
- To tak jak ja! - klasnela moja znajoma i kupila panom po rozy.
4 grudnia 2002 r.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |