PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (29 listopada 2002)


EWA PAGANI

Niech bedzie
pochwalony

U nas, na Mazowszu, krzaczki plomiennie zoltego lubinu, triumfujacego i agresywnego, wylewaja sie z pol dokola; zarliwosc lubinu. Koronkowe roslinki gryki cicho szeleszcza, rozszeptane; samotnosc i obojetnosc gryczanych pol.

Ulegalki wsrod zboz i kartoflisk, niepotrzebne, polskie drzewa, co to wiosna pokrywaja sie uroczyscie bialym kwieciem i paraduja po miedzach niczym panny mlode; sosny, sosenki nonszalanckie w swej elegancji; brzozy, brzozki rozzalone i zaklopotane, pochylone troche w te, troche w tamta strone; swoistosc i powsciagliwosc mazowieckich drzew.

I wreszcie dab stary, madry i autorytatywny kaze zatrzymac sie na rozstaju drog. Czyzby uroczysko? W cztery strony swiata rozbiegaja sie drogi piaszczyste i puste. Straszno i niebezpiecznie musialo byc w tym miejscu w dawnych czasach - wedle debu postawili na wszelki wypadek krzyz - nieswojsko jest troche i teraz.

Kobiecina w bialej, swiezo wykrochmalonej chusteczce pojawia sie w koncu na obrzezu drogi. Maszeruje kroczkiem drobnym, nierownym i spiesznym, jakby podbiegala, zerka co rusz w moja strone z daleka, wpatruje mi sie w oczy, gdy sie do mnie zbliza, lekko sie pochyla, "niech bedzie pochwalony", mowi, "na wieki wiekow", dopowiadam, dopowiedzialam u nas, w mazowieckich stronach, kiedys.

W Nowej Anglii natomiast drzewa to osobistosci wspaniale w swej dumie i wynioslosci. Pokryly sie listowiem ciemnym i miesistym, rozmiary osiagnely niezwykle i zamarly w umyslnie przestudiowanych pozach.

Wiekowych drzew jest w Maine ogromnie duzo, stu-, dwustu-, trzystuletnie swierki, wiazy, deby, sosny i piecsetletnie cedry porazaja zagadkowym urokiem.

U nas, w Nowej Anglii, w Maine, stare domy tez zyja swoim wlasnym, niezaleznym zyciem, jakby byly osobistosciami, jakby ci, ktorzy je kiedys zbudowali, byli sami tymi domami, a ich domy nimi, tak jeszcze z tych budowli emanuja ich aspiracje, pasje i poglady. Stare domy, rozrzucone po otwartych i rozleglych przestrzeniach Nowej Anglii narzucaja swoja przeszlosc i zmuszaja do jej odczytania. Teraz to nie tyle one sluza ludziom, ile ludzie im - tak sie o nie dba, tak sie je holubi, tak sie im dogadza.

Mr. and Mrs. O'Brian z sasiedniej posesji twierdza, ze taki zabytkowy dom jak ich to czesc pamieci ludzkiej, ze mieszkajac w starym domu jest sie jakby na trasie historii i ze mozna sie w nia wlaczyc kultywujac osobiste upodobania i zachowujac wlasne skale wartosci. Do historii starego domu mozna dorzucic tez wlasne marzenia.

Mrok zapadal, kiedy przestapili jego progi po raz pierwszy. Ksiezyc, wtloczony w granatowy firmament, zalal srebrnym blaskiem polane za oknem sypialni. Na polanie - para wspanialych jeleni w bezruchu, jak w transie, jak zahipnotyzowana. Dla niej to byla rewelacja: w ksiezycowe noce bede mogla patrzec i patrzec na te jelenie zastygle w srebrnej poswiacie, to bedzie il nido d'amore i nasze, zdecydowala.

Lecz, gdy sezon na polowanie, po mainowskich ziemiach przesuwaja sie, jak zle zjawy lesne, mysliwi. Co im tam rozwieszone wszedzie ostrzezenia Private property, hunting forbidden! O'Brian wycial zatem na terenie przylegajacym do polany cala lesna holote: trawy, krzaki, drzewka marne, drzewa mlode, a zostawil tylko te sedziwe, ogromne i pelne uroku. Gdyby teraz, w swietle ksiezyca, pojawil sie tam jakis mysliwy, widac by go bylo jak na dloni. W bezksiezycowe noce natomiast O'Brian wysyla reflektorem, ktory w tym celu zakupil, smugi swietlne. Wedruja one po jego ziemi jakby w poszukiwaniu obiektu do stracenia.

Lecz, zwyczajem Indian, ktorzy zamieszkiwali te ziemie przed inwazja Europejczykow, lowcy poluja tu i z luku. Ukryci na drzewach, miedzy galeziami, wyczekuja z napietymi cieciwami. Kiedy wiec w pelni nocy slychac terkocacy motor, znak, ze O'Brian wyczul obecnosc mysliwych czajacych sie na drzewach i jezdzi wyjatkowo halasliwym traktorkiem, ktory w tym celu zakupil, by sploszyc jelenie.

O'Brian broni wszelkimi sposobami wizji-jawy swojej zony.

A ona? Ona wyszukuje dla niego coraz to bardziej egzotyczne okazy orchidei, O'Brian bowiem najbardziej je umilowal ze wszystkich kwiatow i hoduje je w domu i w inspekcie tuz za mostkiem. W domu u nich, nad jedna z polek, obraz Moneta, pod nim piekna orchidea w kolorze i ksztalcie uderzajaco podobna do kwiatow z obrazu. Jakie dlugie chwile skupienia, jaka pasja i wytrwalosc doprowadzily do takiego skojarzenia!

Nad urzekajaco niesymetrycznym stawikiem O'Brian przerzucil mostek zwiewny, obok posadzil drzewka bonsai, ktore sprowadzil z Japonii, a dalej irysy, piwonie, wschodnie maki, japonskie czeresnie, jablonki i znowu irysy. Wsrod kolorowych plam kwiatow poddajacych sie podmuchom wiatru wynurza sie pien stuletniej gruszy, skrecony jak w spazmie, schylony ku ziemi. Galezie tez umeczone, rachityczne, zarysowuja sie na tle nieba jak grafika. O'Brian tak o te grusze dbal, tak jej sie przymilal, tak ja emablowal i tak ja rozpieszczal, ze ona w koncu zgodzila sie wypuscic troche listkow.

Za grusza-japonska grafika, na wzniesieniu, maly ksztaltny domek z belek, ze spadzistym dachem i wielkim okapem. To stacyjka. O'Brian nabyl ja, kiedy w Maine likwidowali linie kolejowe. Miejsce w niej tylko na kase biletowa i kasjera, pasazerowie wyczekiwali wiec pociagu na zewnatrz, pod okapem. Ilu to ludziom dach ten dal schronienie przed deszczem, przed piekacym sloncem! Domek dziwnie do calego otoczenia tu pasuje. A moze, moze gdyby tak troche uniesc cztery narozniki dachu, wygladalby jak pagoda?

Matka O'Briana tez jest zdania, ze doskonale mu sie udalo odtworzyc w miniaturze ogrod, ktory Monet wyczarowal sobie w Giverny, we Francji, a to glownie przez pelen gracji mostek, taki sam, jak japonski mostek z obrazow Moneta.

Kiedy tu przyjezdza, wpatruje sie bez konca w ten ogrod. Wydaje jej sie on nieautentyczny, tak granica miedzy rzeczywistoscia a fikcja zostala zatarta.

Pytam, czy jej syn, tak pasjonujacy sie japonszczyzna, zwiedzil kiedys kraj kwitnacej wisni i wschodzacego slonca. Nie, bo on wcale nie jest zakochany w Japonii, tylko w japonszczyznie, i to tej widzianej oczyma Moneta. A Monet to Francja! W sensie, ze nie mozna sobie wyobrazic Francji bez Moneta ani Moneta bez Francji!

Wszystko wskazuje mi na to, ze matka O'Briana pochodzenia jest francuskiego.

A tesciowa? To bardzo juz stara pani i z wygladu typowa Amerykanka. Spodnie biale, bluzka jedwabna i jasna. Paznokcie czerwone, na palcach pierscienie z drogimi kamieniami, na przegubach rak - bransolety. Dlonie, wprawdzie udreczone wiekiem, ale takie, ktore pracowac, to nie pracowaly nigdy. Wlosy skrupulatnie ufryzowane, duze klipsy, twarz po operacji plastycznej, wygladzona, kilka sznurow korali, wielka broszka. Typowa Amerykanka.

Kiedy tu przyjezdza z Bostonu, kaze wiezc sie zawsze ta sama widokowa droga wzdluz wybrzeza Atlantyku, o konturach ostrych, skupiajacych sie w sobie, wstrzymujacych oddech i rzucajacych sie w koncu w granatowe fale oceanu, blyszczace w sloncu jak mokre jagody. Mawia, ze pejzaz ten, jak zreszta kazdy pejzaz, nie jest nieruchomy jak pocztowka i ze kiedy osiaga maksimum swej intensywnosci, staje sie really terrific, wspanialy, ze zdaje sie byc wyzwaniem wobec krajobrazow literackich, wymyslonych i ze wszelkie dzielo czlowieka wobec potegi takiego piekna staje sie quite frugal, znikome, i ze cala zreszta natura w Maine jest glorious.

Twierdzi, ze drewniany dom, recznie budowany, daje poczucie pewnosci i stabilnosci. Tyle tu drzew, takie tutaj drzewa, prawie wiec wszystkie domy rozsiane po Nowej Anglii sa drewniane. Przewazyly tu tradycje architektoniczne angielskie, jako ze Ameryka Polnocna zostala zdominowana przez Brytyjczykow liczba mieszkancow. Osadnicy z Anglii budowali domy na wzor takich, jakie pozostawili w Anglii. A jakie tam byly wtedy domy? Half-timbered, poldrewniane, zbudowane wedlug tradycji sredniowiecznej.

Dopoki w Anglii bylo dosyc drzew, domy budowano z drewna. Sredniowieczny ciesla konstruowal rame z pni laczonych na czopy i wypelnial te rame sciana z wiklinowej lub slomianej plecionki narzucona tynkiem i glina.

Dom O'Briana, chociaz jest z XVIII wieku, tez jest zbudowany wedlug tradycji sredniowiecznej: drewniana rama zostala wypelniona budulcem. A zreszta, gdyby nawet zostal zbudowany AD 2002, mialby taka sama sredniowieczna strukture - nic sie pod tym wzgledem tutaj nie zmienilo.

Jednakze w Nowej Anglii klimat jest surowszy, wszystkie wiec domy zostaly oszalowane poziomo waskimi deseczkami. Zatem domy pierwszych osadnikow wygladaly calkiem nieciekawie, bo odeskowanie zakrywa szkielet, ktory dodaje angielskim domom wielkiego uroku.

W Nowej Anglii taki wlasnie prosty wymiar architektoniczny domu odpowiadal zreszta ascetycznej wizji swiata purytanow i separatystow, ktorzy tu sie osiedlili z przyczyn religijno-politycznych - pragneli stworzyc w Nowej Anglii wspolnote bezklasowa, wolna od zewnetrznych presji.

Z biegiem czasu ze Starej Anglii zaczyna przenikac do Nowej Anglii moda na neoklasycyzm. Na sredniowiecznych formach architektonicznych pojawiaja sie klasyczne detale. Dom O'Briana zostal zbudowany wlasnie w tym okresie, w XVIII wieku, w stylu georgianskim. Krawedzie domu ozdobione sa pilastrami z kanelura, a okna gzymsami. Drzwi wejsciowe sa reprezentacyjne, okazale, upiekszone u gory polokraglym wachlarzem z szybek i trojkatnym nad nim frontonem, opartym na bocznych pilastrach z pionowymi wyzlobieniami: perfekcja architektonicznej formy, doskonalosc proporcji: chwala architektom starozytnosci za takie cacko!

Stara pani uwaza jednak, ze styl, w ktorym buduje sie dom, powinien byc przystosowany do materialu uzytego do konstrukcji, a w Nowej Anglii styl stworzony dla budowli kamiennych zastosowano do budynkow z drewna.

Aby upodobnic swoje domy do budowli klasycznych, kolonisci malowali je na szaro i do farby dodawali piachu. Ten wlasnie ziemisty, charakterystyczny i zastanawiajacy kolor domow w Maine jest wynikiem wysilku wlozonego w to, aby drewnu nadac wyglad kamienia.

A dachy? Dachy sa dosc strome, jak to w sredniowiecznych domach w Starej Anglii.

Jednakze tesciowa O'Briana nie moze i nigdy nie mogla pogodzic sie z faktem (i O'Brian mowi, ze mu udreczyla ta obsesja zycie), ze dach jego domu, ze w ogole w Maine dachy takich domow jak jego sa sciete przy samej scianie, podczas gdy powinny byc wystajace. Przeciez nie maja rynien, wiec woda deszczowa leje sie na sciany i podmywa fundamenty. A ze takie sciete dachy mialy budowle w Grecji, w Rzymie? To bylo all right, bo czy tam kiedy pada tak jak tutaj? W tym klimacie dach powinien wystawac, i to duzo, poza sciany domu. And that for aesthetic reasons, too, dorzucila. And what about psychological ones?,- pomyslalam.

Tesciowa O'Briana to juz bardzo stara pani . Coraz czesciej i coraz dluzej wysiaduje pod okapem malenkiej stacyjki, na drewnianej lawce, wpatrzona w krajobraz i staje sie wtedy nieobecna i niekomunikatywna. O'Brianowie patrza w jej strone zaniepokojeni: czyzby znajdowala sie juz twarz w twarz z nicoscia? Moze i tak, ale moze to byc taka nicosc, ktora jednak pozwala jej na przyklad dumac, bo przeciez ona najwyrazniej poszukuje czegos spojrzeniem. Chce odgadnac, gdzie ukryte jest jestestwo mainowskiej natury, czy tez podrozuje po tym pejzazu w poszukiwaniu innej zieleni, innych czasow i wedruje po swoim zyciu i nie potrafi nie obejrzec sie na swoja przeszlosc?

I kto wie, jaka to przeszlosc nawiedza to zdezelowane cialo i te niewatpliwie piekna dusze? Kto wie, gdzie kolebka zastyglej nieobecnosci tej damy?

Wychodze jak zwykle z silowni w baseballowej czapce Calvina Kleina, prostsza, wyzsza i sprawniejsza niz godzine temu. Nogi, ktorym adidasy dodaja skrzydel, niosa mnie jak za mlodych lat, T-shirt Ralpha Laurena wysmukla mi kibic, spodnie Tommy Hilfigera usprezaja miesnie. Smieje sie do wszystkiego, do wszystkich i do siebie samej.

Przed garazami sasiadow czarna limuzyna - dama z Bostonu siedzi pod dachem stacyjki. O'Brianowie wrocili juz z rannego joggingu i siedza radosni i wyprysznicowani w fotelach z wikliny i selekcjonuja zdjecia. Chodz na drinka!, wolaja.

Czemu nie, odwoluje i osuwam sie po chwili na poduche w granatowe kwiaty i biore do reki kilka zdjec. Jedno z nich bardzo stare i zdezelowane, do niczego niepasujace. Skad sie tutaj wzielo, jak sie uchowalo?

Chatynka ze slomianym dachem i wielkim okapem, takim, co odprowadza deszczowa wode daleko od domu, pod ktorym mozna schronic sie przed deszczem, przed piekacym sloncem, i w ogole znalezc zawsze ukojenie. Usiasc by sie chcialo pod slomianym dachem na drewnianej lawce opartej o sciane, wsrod wiaterku powiewajacego od pol i nigdy sie stad wiecej nie ruszyc.

Wiesniak w maciejowce, z duzymi wasami, regularnymi rysami, madrymi oczami, patrzy spokojnie w obiektyw, pewny siebie. Jak wielki potencjal tkwi w tym czlowieku! Dac mu tylko szanse! I jaka to piekna, historyczna twarz. Obok zona ze spracowanymi do niemozliwosci rekoma, zwisajacymi jak u manekina, gladko zaczesanymi wlosami i czolem jasniejszym niz reszta twarzy: najwidoczniej zdjela do zdjecia chustke, ktora zwykle obwiazuje glowe, kiedy tyra w polu. Chlopak w porcietach do kolan, bialej koszulinie i mala dziewczynka.

Wiesniacy na zdjeciach nigdy sie nie usmiechaja, ale to zdjecie wypelnia atmosfera szczegolnej emocji i napiecia, jakby zostalo zrobione w zupelnie jedynej, wyjatkowej sytuacji. Jest to zdjecie pozegnalne?

Pudlo z fotografiami zostalo przywiezione z rodzinnego domu, z Bostonu. Ale jakim cudem to zniszczone zdjecie w ogole sie uchowalo? Uchowalo sie dlatego, ze stara pani mowila, ze ta mala dziewczynka to byc moze ona!

I co jeszcze na ten temat mowila? Nic.

Patrze w strone stacyjki i wstaje. Preznym krokiem, dlugim i posuwistym, mijam dom O'Briana z polowy XVIII wieku, przechodze obok mostku w plasie i miniaturowych drzewek bonsai, japonskich irysow, anemonow, japonskich czeresni, jablonek i inspektu pelnego orchidei; spogladam na wspaniale, wysokie na metr, rosnace to tu, to tam rozowo-liliowe lubiny, zapatrzone we wlasna doskonalosc, obojetne, zimne; zerkam co rusz na dame z Bostonu wpatrzona w amerykanski krajobraz, ktory przyciaga, i to jeszcze jak, lecz trzyma z daleka - w nieprawdopodobnie ksztaltne swierki, w cedry, buki, klony o lisciach ciemnozielonych, butnych i prowokujacych, jakby ze wszystkimi zaczepki szukaly, jakby nas wszystkich zywcem pozrec chcialy.

Cos osobliwego i osobistego jest w tym jej patrzeniu: udreka pamieci, tesknota za czyms nieosiagalnym, a w kazdym razie nieodnoszacym sie do powierzchownosci zjawisk. Byc moze za tym, kim nie byla, bo kim jest i kim byla, wie na pewno. Byc moze pozostala wierna czemus, i moze jest to najbardziej obecna w jej zyciu nieobecnosc.

Dochodze do sedna tajemnicy, ktora ja spowija - ona siedzi przeciez na drewnianej lawce oparta o sciane chatynki kryjacej sie pod slomiana strzecha, wtopiona spojrzeniem w zagony lubinu zoltego, niskiego, hardego, zaczepnego, w polko porosniete rozgadana gryka, w sosenki w przypadkowych pozach, w roztesknione brzozki i naiwne polne grusze.

Mylic sie nie moge, odkrylam, wiem na pewno, gdzie kolebka otepialej zadumy tej damy - rozwichrzyla sie w niej tesknica, owionela ja osowica, pozostala niewolnica antropologii swojej ziemi.

Podchodze wiec do niej, lekko sie pochylam, "niech bedzie pochwalony", mowie, "na wieki wiekow", dopowiada.

U nas, w Nowej Anglii, teraz.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail