[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (22 listopada 2002)


MICHAL OKLOT

Debiut, "19",
krytyka i diabel

W wiekszosci komentarzy do powiesci Doroty Maslowskiej Wojna polsko-ruska pod flaga bialo-czerwona pojawiaja sie dwa slowa i dwie cyfry: "sensacja", "dresiarze", "1" i "9". Dwa ostatnie elementy tworza tajemnicza liczbe "19". Zacznijmy od drobnej rekonstrukcji i wstepnej propozycji oceny wydarzenia. Co sie wlasciwie stalo? Wydano ksiazke - znakomicie. Wydana ksiazke umiejetnie wypromowano - tez dobrze. Wydana i umiejetnie wypromowana ksiazka zajmuja sie krytycy literaccy i felietonisci w niemal wszystkich liczacych sie gazetach - pieknie. Wydana, wypromowana i opisana przez krytykow i felietonistow ksiazke oceniano we wszystkich niemal odcieniach: od zachwytu, przez zaklopotanie, do obrzydzenia - jeszcze lepiej. Trudno wymyslic bardziej udany debiut literacki. Coz, nie pozostaje nic innego, jak napisac jeszcze jedna recenzje do jeszcze jednej liczacej sie gazety. Jestesmy jednak nieco spoznieni, i bardzo dobrze. Mozna wiec sobie pobladzic troche po tym calym zamieszaniu, ktore chyba powinno byc czyms codziennym i towarzyszyc pojawianiu sie innych ksiazek; rynek literacki bowiem, podobnie jak i rynek mydlarski czy filmowy, jest rynkiem wolnym (cokolwiek to ostatnie slowo mialoby znaczyc). Ktos moze zateskni za starymi czasami, kiedy to ukazanie sie ksiazki, pod warunkiem uprzedniego pomazania przez Zwiazek Literatow Polskich, zalezne bylo przede wszystkim od kilogramow papieru przydzielonego przez tzw. ministerstwo kultury i sztuki. Potem ksiazka trafiala do jedynego dystrybutora - Skladnicy Ksiegarskiej, ktora wspolnie z jedyna siecia ksiegarni rozsylala ksiazke pod strzechy rozsiane po calym PRL-u. Dystrybucja rzadzila sie fantastycznymi prawami, latem na obozie sportowym w Cetniewie, podczas przemarszu przez okoliczna wioske, mozna bylo znalezc w malej ksiegarni niedostepne w wiekszych miastach od lat tomy biblioteki filozoficznej. W tychze wiekszych miastach natomiast mozna bylo kupic w kazdym kiosku Rok w trumnie; Raz do roku w Skirolawkach bylo nieosiagalne w calej krainie. Teraz, panie, "transformacja ustrojowa", zatem PR, zgubiwszy "L", ma cos na ksztalt wolnego rynku. Nie ma juz Bratnych, a czolowka listy najlepiej sprzedawanych ksiazek w jednej z dwoch najwiekszych wysylkowych ksiegarni uklada sie tak: 1) Andrzej Sapkowski, Narrenturm; 2) Dorota Maslowska, Wojna polsko-ruska...; 3) Sofokles, Krol Edyp (to nie zart). Jest wiec ani dobrze, ani zle, inaczej po prostu byc nie moze; jest tedy w pewnym sensie normalnie. A zreszta, prosze sie samemu nad tym zastanowic. Ja, na przyklad, ciesze sie, ze Sofokles trzeci, ba, ignorujac nawet ostrzezenia Nietzschego, ze on niby podejrzany i ze w glebie nie patrzy tak smialo jak Ajschylos. Pieknie! Sofokles wyprzedza Paulo Coelho (piate, punktowane miejsce), ktorego ksiazki na ogol maja powodzenie w panstwach nalezacych niegdys do Ukladu Warszawskiego - i depcze po pietach czolowce, tj. Sapkowskiemu i Maslowskiej.

Wrocmy jednak do Wojny polsko-ruskiej pod bialo-czerwona flaga, na razie do opisu ikono-logicznego okladki i jej sasiedztwa. Poza tytulem, nazwiskiem autorki i grafika stylizowana na Roya Lichtensteina - sugerujaca, ze wkraczamy w niemozliwa przestrzen pomiedzy "pop" i "art" - a takze bialo-czerwonymi kolorami nawiazujacymi do drugiej czesci tytulu (czego nie da sie slowem, wspomoze farba), drugie nazwisko: Marcin Swietlicki. Ponizej slowo "poleca", pisane czcionka zajeta od dawna przez Przeglad Polski (a moze by tak maly procesik o plagiacik, dlaczego by nie, bedzie skandalik, ktory rozslawi jeszcze bardziej bestseller, a i Przegladowi Polskiemu nie zaszkodzi troche szumu). Z tylu, "na kuchennych schodach" - jakze waznych, o czym poucza nas Pisarz - ponownie Marcin Swietlicki, tym razem nie poleca, a wyznaje, ze warto bylo przezyc 40 lat, "aby wreszcie cos tak interesujacego przeczytac". A wiec Marcin Swietlicki, lat 40. Daty urodzenia i wiek to kluczowe figury promocji ksiazki. Ponizej bowiem - jestesmy dalej na kuchennych schodach - rok urodzenia autorki: 1983. Zatem Dorota Maslowska, lat 19. Kazda niemal wzmianka o ksiazce swa kluczowa fraze buduje wlasnie wokol liczby 19. Pewien felietonista, probujacy swych sil takze w gatunku powiesciowym, w swym panegiryku pisze, ze "debiuty literackie przed dwudziestka to jest rzadkosc sama w sobie, dziewietnastolatka debiutujaca nie wierszami - rzadkosc nieslychana, dziewietnastolatka oglaszajaca frapujaca proze - rarytas nad rarytasami". Inny recenzent, postac takze znana, pisze gdzie indziej: "Nastolatki pisuja zazwyczaj kiepskie wypracowania maturalne, a nie powiesci zdradzajace techniczne uzdolnienia literackie ich tworcow". Brawo! Recenzent - dojrzaly pewnie i doswiadczony mezczyzna, a takze literat i intelektualista - wypowiedzial sie o nastolatkach. Ach, te niesforne nastolatki! My, doswiadczeni mezczyzni, co z niejednego niejedno jedli, otoczymy te dziewczatka ojcowska opieka, pomozemy albo damy klapsa, jak zajdzie potrzeba. Prosze zwrocic uwage, ze ten pan nie pisze o dorastajacych chlopcach. Pewnie mlodziez meska, wedlug madrego pana, jest genetycznie lepiej przystosowana do tworczosci literackiej. Pozostawiajac szczegoly tego niemadrego komentarza, zwrocmy uwage, jak wiele bylo wczesnych debiutow w historii literatury i jak wielu pisarzy umarlo przed trzydziestka, pozostawiajac po sobie calkiem niezle ksiazki. Moze to raczej pozne debiuty naleza do rzadkosci? Zostawmy liczbe 19 i otworzmy ksiazke od konca, tj. od kuchennych schodow. Wydawcy proponuja "antidotum na koszulki z zespolami" oferujac na sprzedaz koszulke z podobizna autorki, a takze i Marcina Swietlickiego (nazwisko tego ostatniego pojawia sie w tekscie jeszcze razy dwa - choc juz bez liczb i antidotow, za to z "fraza" - "fraza Marcina Swietlickiego"). Jezeli czytelnicy rzeczywiscie beda kupowac te wdzianka, sadze, ze pomysl jest niezly i na pewno nie zaszkodzi sprzedazy ksiazki, a o to przeciez idzie. Wszystko to brzmi moze troche zabawnie, te daty, te koszulki, koledzy po fachu, ale innej rady nie ma. Skonczyly sie bowiem dotacje panstwowe, domy pracy tworczej i odczyty w jednostkach wojskowych. Jezeli wiec ktos rzeczywiscie chce pisac ksiazki literackie, milo by bylo, zeby mogl tez z nich zyc. Pokazny spadek to niezwykle rzadka rzecz.

Moze jednak pare slow o samym tekscie. Wieksza jego czesc jest monologiem podrostka, raczej dalekiego od wplywu kultury symbolicznej, zyjacego w rytm drobnych rozbojow, przygod milosnych, narkotycznych uciech i pewnie dlubania w nosie (nie pamietam, czy autorka poswiecila temu ostatniemu z wymienionych zajec jakis rozdzial). W trakcie monologu wymienieni sa dwaj inni pisarze, w kontekscie "humorystycznym" - Boleslaw Lesmian i Stanislaw Przybyszewski. Autorka zdaje sie nam przypominac, ze literatura nie jest jej obca i ze nie jest jakims tam naturszczykiem; nie ulega jednak zadnym wplywom, co wiecej, dystansuje sie od swych zmarlych kolegow po piorze. Krytyka i promotorzy nazwali te czesc "monologiem dresiarza". W chyba najbardziej niemadrej, cytowanej juz recenzji - "Debiut Doroty Maslowskiej: rewelacja czy banal. Oda do dresu", zamieszczonej w tygodniku aspirujacym do miana najmadrzejszego w Polsce - madry pan pisze, ze "monolog Silnego (protagonisty utworu) ukazuje przerazajaca pustke osobowosci, mialkosc horyzontow, koncentracje na drobnych zwyczajnych sprawach, ktore nagle urastaja do rangi niemalze metafizycznych problemow (gdyby oczywiscie Silny wiedzial, co to metafizyka)". Coz, przede wszystkim slowo "dresiarz", ktore tak elektryzuje recenzentow, chyba w ogole nie pojawia sie w ksiazce. Termin "dresiarz" jest raczej wytworem wyobrazni polskiego inteligenta, bojacego sie podrostkow, ktorzy akurat w danym momencie swego zycia nie rozumieja slowa "metafizyka". Recenzent wspomnianego tygodnika, choc w strachu, czuje sie lepiej; on wie, co to "metafizyka". A swoja droga za te "fizykie" mozna bylo "u nas na dzielnycy obciac zdrowo po ryju". Moze wiec "dresiarzy" nie ma, a sa jedynie dorastajacy ludzie, ktorzy hulaja sobie tak, jak im to wyobraznia dyktuje, a pozniej ida na studia, do pracy lub do wiezienia, jak komu wygodniej. Dresy zas, jako stroj codzienny, noszone sa dla wygody. O ilez latwiej komus przyp... w niekrepujacym ruchy dresie niz w garniturze czy sukni balowej. Prosze sie samemu przekonac. Sa "dresiarze" czy tez ich nie ma? Ktoz to moze wiedziec? Byli natomiast git-ludzie i ich grypsera, ale oni wraz ze wspomniana Skladnica Ksiegarska zerwali sie przed skowerna. To juz jednak inna historia.

Jezeli dobrze zrozumialem intencje Maslowskiej, ow monolog domniemanego "dresiarza" jest raczej wieloglosowym monologiem zbiorowego obywatela PR: od madrego pana do nihilistycznego nieszczesliwie zakochanego podrostka. Wiekszosc recenzentow zgodnie podkresla wlasnie niezly warsztat literacki Maslowskiej. Co to znaczy? Autorka zgrabnie buduje z jezyka obszar ambiwalencji, tzn. tak uklada slowa, ze sumuja sie one gramatycznie i semantycznie do zera. Zatem belkot "ja" monologu sam sie unicestwia. Mozna wiec na takim materiale filozoficznie pogdybac o charakterze rzeczywistosci owego "ja" (Silnego), ktora jest czysta materia, i to w rozumieniu gnostykow. Jest zatem niczym, zlem. Jezeli byc juz calkiem niepowaznym i powaznie potraktowac pojawiajacego sie w tekscie Stanislawa Przybyszewskiego (raczej ironicznie) i drobny satanizm, mozna pomyslec o, takze powaznym i niepowaznym zarazem, tekscie tego ostatniego, wydanym rowno sto lat temu. Dzielny Przybyszewski w swym eseju o czarownicach pisze miedzy innymi o czarnym Bogu manichejczykow, ktory jest "materia a rebours, a mianowicie materia brudu, wstretu, mrozu i trucizny" (Synagoga Szatana). Taka wlasnie materie - rzeczywistosc drugiej dekady PR - tworzy z jezyka Maslowska. "Przybyszewszczyzna"? Dlaczego by nie? Czasy sa jak najbardziej odpowiednie. W drugiej czesci zreszta autorka informuje nas wprost, ze zajmuje ja problem etyczny, problem zla; szatan napominany jest wiec raz jeszcze na koncu, zeby nie bylo watpliwosci. Tu, wracajac do konstrukcji powiesci, Dorota Maslowska podaza za recepta Juliusza Slowackiego, ktory przekonywal, ze w dobrej powiesci powinien byc diabel, jak i krol: "Na koniec, nie jestem jeszcze zdecydowany, co z nim zrobie [z bohaterem]; by go skazac wszakze na smierc... dobrze sie jeszcze namysle. Wreszcie, mam zamiar rzucic na scene krola, dotad nieznanego krolestwa, milosnika koni, nie takiego jak ci, ktorzy jezdza do Anglii, lecz milosnika... Potem, w dodatku, infantke, rycerska kobiete, Polakow szlachcicow, Polakow poddanych, Polakow kozakow, dyablow. Co do tej ostatniej osoby, mysle jeszcze, czy nie bylo-by lepiej uczynic, tak Walter Scott, i wprowadzic malpe, ktora by grala role dyabla. Jest-to osoba bardzo uzyteczna dla powiesciopisarzy, przecina bowiem gordyjski wezel intrygi; dobra jest, aby ocalic bohatera, jeszcze lepsza aby udusic filozofa, gadajacego o filozofii, ktory bez tego tragicznego konca znudzilby czytelnika" (Juliusz Slowacki, Krol Ladawy). Maslowska podaza wiec za Slowackim, zabija swego bohatera, rzuca na scene krola - Marcina Swietlickiego i wprowadza diabla. Diabel pozwala jej tez "przeciac gordyjski wezel intrygi" i ksiazke, ktora i tak jest o jakies sto stron za dluga, zakonczyc. Kto jest rycerska kobieta, juz wiemy. Teraz jeszcze raz kolej na diabla, by "udusil filozofa".

Jedynym skladnikiem, nadajacym rytm rozlazacej sie rzeczywistosci, jest powtarzana informacja o wojnie polsko-ruskiej, blizej niesprecyzowanej akcji ksenofobicznych mieszkancow pomorskiego miasteczka, gdzie snuje sie duch Silnego. Absurdalnosc tego regularnie powtarzanego elementu rozklada tylko co uchwycony rytm. Rytm okazuje sie wiec falszywy. Zatem jeszcze jeden skladnik figury ambiwalencji tworzonej przez Maslowska. Mozna powiedziec, ze zabieg jest nienowy, ale pisanie tekstow aspirujacych do miana literatury nie jest przeciez poszukiwaniem nowosci.

W sumie dobre wrazenie z powiesci psuje mi ostatnie trzydziesci stron, gdzie autorka chce wszystko wyjasnic i buduje cos w rodzaju komentarza do czesci pierwszej, ktory takze i sam siebie komentuje, pozostawiajac nas z niczym, tak jak monolog Silnego. Razi wiec troche konwencja meczona w literaturze przez prawie trzysta lat. Maslowska wprowadza takze "Masloska" do powiesci, by i siebie znieksztalcic, wziac w cudzyslow: wszystko jest fikcja, nie ma nic, i tak dalej, i tak dalej. Moze jest to forma leku tworcy przed niezrozumieniem jego pomyslu, przypominajaca pewnego polskiego rezysera, nie debiutanta, ktory zwykl zaczynac swe filmy od kolorowych obrazkow, np. niebieskich, czerwonych i jakichs tam jeszcze, by potem przez nastepna godzine wyjasniac, ze jego sztuka opisuje zycie, ktorym rzadzi przypadek z lekka domieszka anielskiej interwencji. W sumie jednak mysle, ze Maslowska nie przewalila nas pekiel (tj. nie oszukala).

-------------------------

Dorota Maslowska, Wojna polsko-ruska pod bialo-czerwona flaga. Wydawnictwo Lampa i Iskra Boza, Warszawa 2002, s. 158, cena 10 dol. plus 8,25% NY tax i 6,50 dol. porto przy zamowieniu z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail