ANDRZEJ ZWANIECKI
Nowojorska
kronika kulturalna (film)
Pierscien
grozy,
zawrot glowy
i szara strefa
Z okazji dnia dobroci dla horrorow postanowilem poglaskac po glowce film, ktory jak na garbatego wykonal calkiem zgrabnego fikolka. The Ring, amerykanska wersja kultowego utworu japonskiego, wzbudza najwiekszy podziw, kiedy napina miesnie przed wykonaniem skoku. W miescie Seattle krazy tajemnicza kaseta wideo, ktorej obejrzenie zabija w tydzien po fakcie. Dziennikarka Rachel (Naomi Watts) dowiaduje sie o tym podczas pogrzebu swej siostrzenicy, ktora umarla w niewyjasnionych okolicznosciach. Powodowana dociekliwoscia postanawia zweryfikowac pogloske - odszukuje kasete, oglada ja i wkrotce potem odbiera telefon, w ktorym dzieciecy glos informuje ja, ze umrze za siedem dni. Od tego momentu zaczyna sie wyscig z czasem, bo bohaterka zdecydowana jest wyswietlic sprawe do konca, zanim do tego dojdzie. Determinacje Rachel wzmacnia dziwne zachowanie jej synka Aidana, ktory rysuje niesamowite rzeczy, oraz stwierdzenie przez jej bylego partnera Noaha (Martin Henderson), speca od wideo, ze kaseta nie zostala nagrana w zaden znany mu sposob.
Rezyser Gore Verbinski tworzy w tej czesci sugestywny, zlowieszczy nastroj przy zastosowaniu skromnych srodkow. W tej poetyce nawet tanie triki, zywcem wyjete z repertuaru iluzjonisty, sugeruja, ze kaseta jest czyms w rodzaju linii przeciecia sie roznych wymiarow lub swiatow. Ale gdy The Ring skacze wreszcie przez prog tajemnicy, jego lot pozostawia wiele do zyczenia. Trop, ktorym idzie bohaterka, prowadzi bowiem przez okolice i sytuacje - odlegla wyspa, latarnia morska, szpital psychiatryczny, wrogosc tajemniczego osobnika, uwiezienie dziecka i szalenstwo zwierzat - ktore wywoluja skojarzenia z mocno ogranymi i opatrzonymi motywami. Film ma kilka kulminacji, z ktorych kazda moglaby byc jego finalem. Ale niemal wszystkie sa rozczarowujaco sztampowymi probami wyjasnienia fascynujacego fenomenu, sekwencji wizerunkow, ktora zabija.
Verbinski ma wyczucie sily obrazu i dzieki temu tworzy troche ciekawych, surrealistycznych kadrow. Ale fotogenicznosc pojedynczych scen nie czyni z filmu spojnego wizualnie dramatu z dreszczykiem. The Ring oglada sie wiec mniej wiecej tak jak kasete, ktora stanowi centrum jego tajemnicy. Poczatkowo intryguje, ale z chwila gdy zaczyna robic wrazenie etiudy nakreconej przez studenta szkoly filmowej, ktory przedawkowal wczesne filmy Bunuela, obrazy Salvadora Dalego, stare i nowe horrory oraz powiesci Emily Bronte, wywoluje jedynie pragnienie, aby jego autora jak najpredzej skierowano na odwyk.
*
Wykrycie talentu aktorskiego u Adama Sandlera bylo, sadzac po doniesieniach z Cannes, glowna rewelacja tegorocznego festiwalu. Po obejrzeniu The Punch-Drunk Love, ktory wywolal te sensacje, uprzejmie Panstwu donosze, ze wiadomosci te byly przesadzone. Adam Sandler gral dotad kretynow lub polglowkow z mdlym usmieszkiem przylepionym do twarzy. The Punch-Drunk Love dowodzi, ze potrafi zagrac rowniez czubka z wyrazem zagubienia na twarzy.
Sandler wystepuje w roli Barry'ego Eagana, wlasciciela malej hurtowni sprzetu lazienkowego, ktory nie potrafi odnalezc sie w zyciu. Zdominowany i stlamszony przez siedem siostr, tlumi w sobie agresje, ktorej upust daje niszczac drzwi lub dewastujac toalete. Sandler nie ma zadnych problemow z zagraniem przeskokow od niezdecydowanej nijakosci, ktorej ekspresja jest jego dyzurny wyraz twarzy, do goraczkowej aktywnosci i agresji, ktore w jego wykonaniu przypominaja "numery" aktorow filmu niemego. Ale skala jego srodkow ekspresji wykracza niewiele poza to, co sprawia, ze koncepcja filmu zupelnie sie nie sprawdza.
Jego centralnym punktem jest wzajemne zauroczenie milosne Barry'ego i kolezanki jego siostry Leny (Emily Watson), ktora po licznych rozczarowaniach milosnych szuka zlotego serca, nie zwazajac na jego cielesna powloke. Sandler grajac na jednej nucie nie potrafi znalezc niekonwencjonalnego sposobu na pokazanie zakochania Barry'ego, a scenarzysta i rezyser filmu Paul Thomas Anderson nie troszczy sie o uzasadnienie zainteresowania ladnej, milej i cieplej Leny zasklepionym w sobie dziwakiem. Ze wzgledu na to i na radykalnie rozne klasy aktorstwa sceny miedzy Watson a Sandlerem przypominaja najczesciej wojne swiatow, cos w rodzaju dialogow Boba Hoskinsa z animowanym krolikiem z Kto wrobil Krolika Rogera?
Po nieznosnie bombastycznej i pretensjonalnej Magnolii, The Punch-Drunk Love zapowiadany byl jako wdzieczny kaprys filmowy Andersona. I rzeczywiscie, ten maly, kameralny film idzie pod prad hollywoodzkich schematow romantycznej komedii i naszych oczekiwan. Anderson potrafi nie tylko zaskoczyc nieprzewidywalnymi reakcjami bohaterow i nieoczekiwanym rozwojem wypadkow, ale takze wywiesc intrygujace sceny z pozornie pustych, niedramatycznych sytuacji. W najlepszej, otwierajacej film scenie pracujacy o swicie bohater wychodzi na pusta ulice przedmiescia Los Angeles, patrzy w niebyt, widzi wypadek i po dlugich wahaniach zabiera z chodnika wystawiona z taksowki fisharmonie. Zadne z tych wydarzen nie ma znaczacych konsekwencji, ale zachowanie Barry'ego dobrze charakteryzuje jego osobowosc, a nastroj dziwnosci istnienia - atmosfere calego filmu.
Niestety, scenariusz The Punch-Drunk Love sprawia wrazenie jakby jego autor w czasie pracy nad nim zasypial. Natomiast rezyseria wpada chwilami w pulapke tego samego histerycznego stylu, ktory uczynil z Magnolii rzecz nie do ogladania. W momentach "atakow" Barry'ego Anderson ucieka sie do "nerwowych" ujec kreconych z recznej kamery, agresywnych zblizen i jazgotliwej muzyki. Te stylistyczne "wykwity" sprawiaja wrazenie jakby to z rezyserem - a nie z bohaterem - bylo cos nie calkiem w porzadku.
*
Zbiorowym bohaterem The Grey Zone jest Sonderkommando, specjalna ekipa wiezniow wybranych sposrod zydowskich ochotnikow, ktora pomagala Niemcom przy unicestwianiu Zydow w obozach koncentracyjnych. W zamian za lepsze warunki jego czlonkowie prowadzili swiezo przybylych do komor gazowych, usuwali stamtad zwloki i obslugiwali krematoria, w ktorych je palono. Film oparty czesciowo na autentycznych wypadkach przedstawia czlonkow dwunastego komanda z obozu w Brzezince, ktorzy w pazdzierniku 1944 r. wysadzili w powietrze dwa krematoria. Przygotowaniom do buntu zagraza odkrycie wsrod zagazowanych zywej 15-letniej dziewczyny, co stawia bohaterow przed dylematem - probowac ja ukryc przed Niemcami i narazic spisek czy tez w imie "wyzszego dobra" ja zlikwidowac.
Tytul filmu nawiazuje do ksiazki Primo Leviego, w ktorej autor opisal "mieszkancow" szarej strefy moralnej istniejacej w obozie miedzy katami a ofiarami. Zafascynowany dwuznacznoscia ich sytuacji etycznej i skrajnoscia wyborow moralnych, przed ktorymi stawali, Nelson napisal sztuke o Sonderkommando, ktora wystawiona w roku 1996 w Nowym Jorku odniosla sukces artystyczny. Dramat byl czesciowo oparty na wspomnieniach wegierskiego lekarza Miklosa Nyiszli, ktorego do wspolpracy przy wlasnych badaniach zwerbowal oslawiony doktor Mengele.
W odroznieniu od przedstawienia, ktore rozgrywalo sie w bardzo umownych dekoracjach, film zrealizowany przez Nelsona na podstawie wlasnego scenariusza jest brutalnie realistyczny. Utrzymane w brudnych kolorach, robione z recznej kamery paradokumentalne zdjecia nadaja scenom ukazujacym przebieg eksterminacji uderzajaca bezposredniosc i surowosc. Styl filmu, calkowicie wyzbyty sentymentalizmu, obfituje w najazdy i zblizenia, ktore w najdrastyczniejszych momentach czynia go trudnym do ogladania.
Ale na The Grey Zone zbyt mocno ciazy teatralny rodowod. Poza Hoffmanem (David Arquette) wszystkie postacie pozbawione sa tu indywidualnosci i wszelkich emocji. Dzieki temu Nelson moze uniknac podejrzen o podejmowanie proby heroizacji "kolaborantow" i rozpisac etyczne dylematy i sprzecznosci na dialogi miedzy czlonkami komanda granymi m.in. przez Steve'a Buscemi i Daniela Benzali oraz miedzy Nyiszyli (David Corduner) a niemieckim oficerem nadzorujacym komando (Harvey Keitel). Ale na ekranie w rezultacie zamiast zywych ludzi z ich straszliwym obciazeniem emocjonalnym mamy reprezentantow postaw moralnych w swiecie bez etycznych horyzontow. O ile filozoficzne, wystudiowane dialogi mogly byc na wlasciwym miejscu na scenie, w filmie wypowiadane beznamietnym tonem, w szybkiej kadencji slow, brzmia sztucznie i dosc mocno odstaja od surowo realistycznej tkanki obrazu.
The Grey Zone jest filmem skrajnie antykomercjalnym. Ale mimo to podjeta w nim proba wizualnej rekonstrukcji wydarzen, ktore poza sfera faktografii mialy status nietykalnych, wzbudza opor. Detaliczna doslownosc filmu, mimo najlepszych checi jego autora, trywializuje doswiadczenie holocaustu; sprawia, ze kamera wchodzac do komory gazowej i krematorium staje sie kims w rodzaju bezwstydnego podgladacza smierci ponizonej i odartej z godnosci.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |