JERZY GIZELLA
Pozegnanie
z uproszczeniami
W ksiazce podsumowujacej dokonania literatury okresu odzyskiwania wolnosci i zmiany ustrojowej, pod znamiennym tytulem Pozegnanie z emigracja (1998), Jerzy Jarzebski pisal we wstepie: "Poczatek lat dziewiecdziesiatych zaznaczyl sie (...) nie tyle wejsciem do literatury tlumu nowych, swietnych autorow, ile raczej przyspieszeniem procesu zapominania - zapominania najblizszej w czasie literackiej tradycji. Dziesiatki nazwisk i dziel nieomal z dnia na dzien znikly ze swiadomosci czytelniczej, zatarly sie w pamieci, weszly w sfere cienia. Nie jest to proces stopniowy i naturalny, dotykajacy we wszystkich epokach pisarzy drugiej rangi, ale zjawisko nagle i radykalne, proba, ktorej nie sprostali nawet pewni tworcy zaliczani jeszcze niedawno do autorow ´kultowychª". Znamienne - Jerzy Jarzebski pomija cale ideowe podloze tego nienaturalnego (a wiec sztucznego?) procesu. Jesli to byla manipulacja, to jakie procesy, zjawiska i osoby do tego sie przyczynily? Odpowiedzi na te pytania szukaja "skazani" od dawna. A staje sie ona tym bardziej interesujaca, kiedy zaglebimy sie w lekturze biezacej prasy literackiej w Polsce.
Podczas lektury ksiazki Jarzebskiego - poza zgoda z wieloma analizami odnoszacymi sie do poszczegolnych okresow literatury czy kultury PRL-u - narastal we mnie jednak coraz silniejszy i jakby nie do konca racjonalny opor. Zwlaszcza w tych momentach, kiedy autor rozprawial za pomoca zgrabnych analiz z mitem romantycznym, a przy okazji z duchem literatury emigracyjnej z takim wewnetrznym zapalem, pelnym apriorycznych stwierdzen, ze od razu nasuwala sie natretna mysl, iz w jakis szczegolny sposob zalezy mu na upieczeniu dwoch pieczeni przy jednym ogniu. Pozornie wszystko sie zgadza: znani pisarze wracaja do kraju, znikaja najwazniejsze osrodki ruchu umyslowego (np. paryska Kultura), gazety codzienne likwiduja lub ograniczaja dodatki literackie. A jednak dzis - po czterech latach od tamtej publikacji - watpliwosci owczesne nie tylko nie ustapily, ale jeszcze bardziej sie nasilily: pozegnanie z emigracja bylo chyba przedwczesne. Dla kontrastu: w prasie literackiej w Polsce coraz wyrazniej podnosi sie gwaltowna fala dyskusji o fatalnym stanie polskiej kultury, upadku sztuki i literatury, slepym malpowaniu wzorow zachodnich, zapasci ideowej i edukacyjnej, zagrozeniu etosu inteligencji przez prymitywizm antykultury. Jarzebski mial na mysli m.in. glownie zanik sztucznych barier (cenzura) i wzajemne przenikanie sie kraju i diaspory jako naturalna droge do likwidacji podzialow i - czesto - wzajemnej nieufnosci. Tymczasem zamiast emigracyjnej, na scene polska wkroczyla drugorzedna, jesli nie trzeciorzedna literatura zachodnia, glownie amerykanska. Po chwilowym otwarciu sie rynku krajowego na zakazana dotad literature emigracyjna zainteresowanie nia zaczelo gwaltownie spadac, a w drugiej polowie lat 90. zniknela ona prawie z lamow prasy, TV i mediow elektronicznych.
Nie ma sensu przypominac wszystkich postulatow i programow literackich z lat 70. - byly one dosc precyzyjnie wyrazone przez czolowych i najbardziej aktywnych przedstawicieli Nowej Fali i Mlodej Kultury (Stanislaw Baranczak, Ryszard Krynicki, Julian Kornhauser, Adam Zagajewski, Tadeusz Nyczek). Za zgodnosc etyki z estetyka wszyscy niemal zaplacili wysoka cene - czarne listy, cenzorskie zapisy, policyjne szykany, zakazy publikacji i odmawianie paszportow to standardowe wowczas reakcje wladzy wobec wszystkich, ktorzy osmielili sie stawic opor rezymowi. W drugiej polowie lat 70. byl on coraz powszechniejszy i obejmowal coraz szersze kregi spoleczenstwa i coraz wiecej instytucji, ktore nie chcialy juz pelnic wylacznie roli dekoracji i atrapy w komunistycznej polityce kulturalnej. Najpierw Komitet Obrony Robotnikow i Zapis, potem Papiez i "Solidarnosc", Nobel dla Czeslawa Milosza, wreszcie mozna oddychac. To przewrocilo do gory nogami caly swiat, do ktorego probowalismy sie przystosowac "na nie". Wreszcie zrozumielismy ton nadziei i afirmacje Milosza, mozliwosc znalezienia drogi od katastrofizmu do wiary w transcendencje, bez przeklinania czasu i miejsca pod sloncem, ktore przydzielil nam los. Zycie nabralo sensu. Od sierpnia 1980 do grudnia 1981 r. wielu staralo sie nadrobic straty i braki calego zycia. Ale nastal stan wojenny. Zanotowalem wowczas w swoim dzienniku: "Teraz beda wydawac tylko pornografie. Koniec kultury!". To byl poczatek. Luke w oficjalnych mediach wypelnila natychmiast pop-kultura, glownie oparta na rock and rollu, ale nie tylko. Dziwnym trafem zaczeto promowac "dzikich" Amerykanow - poezje i proze. Rockowi wokalisci zaczeli debiutowac w prasie lat 80. Prosze sprawdzic, jak ktos nie wierzy, bo sami rewelatorzy przyznaja sie do tego bardzo niechetnie. To nie rok 1989 stanowi cezure - to lata 1982-85. Wtedy zaczelo sie to "nowe", "dzikie", "barbarzynskie". Jeszcze grubo przed 1989 anarchisci i obrazoburcy zaczeli przenikac do publikacji podziemnych. Pod haslem wyzwolenia sie z wiezow hipokryzji i ciemnogrodu zaczeto coraz smielej otwierac drzwi dla "profanow". Wulgarnosc, seks, kult narkotykow, szydzenie z religii i tradycji znalazly nie tylko prawo bytu w podziemnych publikacjach, ale ich obecnosc uznano z dnia na dzien za przejaw wolnosci i tolerancji dla roznorodnych nurtow "kultury". Do tego procederu dorobiono pozniej dwie protezy - jedna z postmodernizmu (od Fukuyamy do Umberto Eco), druga - z pop-kultury amerykanskiej i europejskiej. I mlody tworca zaczal wycinac zgrabne holubce: nie jak w Malej Apokalipsie Tadeusza Konwickiego - spiewajac po rosyjsku - ale po brooklynsku.
Zabawa trwa w tym mniej wiecej stylu do dzisiaj. Polska "literatura" stala sie przez to jeszcze bardziej demokratyczna, jeszcze bardziej ludowa niz w czasach PRL-u. Bo w czasach PRL-u literatura byla kontrolowana, ale i elitarna, i zasciankowa (czytaj: inteligencko-szlachecko-patriotyczna). Po zniesieniu cenzury wszyscy zyskali dostep do czytelnika. Pisac i wydawac moze kazdy. Komputery przyspieszyly i zwielokrotnily obieg slowa. Zbanalizowaly i obnizyly jego wartosc. Zaczelo dominowac nie to, co wazne i glebiej przemyslane, ale co fajne, smieszne, zabawne. A ponurej ksiazki czytelnik - coraz bardziej i agresywniej napastowany przez targi, festiwale, promocje oraz specjalistow od manipulacji i reklamy - nie kupi. Nie wszystkie negatywne zjawiska zaniku kultury i sztuki (wysokiej, oczywiscie, bo jakiej?) sa specyficznie polskie. Specyficznie polskie jest poblazanie krytyki literackiej dla tej jazdy w dol, dla "samodurstwa" - krytyka, ktora lansuje, chwali i popiera to, co modne, popularne, aktualne i pisane pod gust masowego odbiorcy? Za takie "rownanie w dol" krytyka krajowa, w tym przede wszystkim uniwersytecka, ponosi odpowiedzialnosc w bardzo duzym stopniu. Zlosliwa definicja Kazimierza Wyki, przypomniana przez Wlodzimierza Pazniewskiego (na lamach tegorocznej Tworczosci nr 5/6 w eseju pt. Autorytet smaku), ze krytyka literacka to "obslinianie cudzych dziel" - nigdy w przeszlosci nie osiagnela bardziej szyderczej wymowy niz w minionej dekadzie, a zwlaszcza w jej drugiej polowie. Sam Pazniewski uzywa czesto wlasnego terminu na okreslenie mafijnego i korupcyjnego wrecz systemu rozdzielania ocen i promowania literatury w czasopismach, gazetach codziennych oraz innych popularnych mediach: "kolchoz umyslowy" w skrocie oznacza "bezwarunkowa kapitulacje intelektu oraz zgode na szybkie zeszmacenie charakteru". "Narazic sie ktoremus z istniejacych kolchozow to tak, jakby popelnic samobojstwo!" - dodaje autor.
Kandydatow na samobojcow jest wiec niewielu. Tak niewielu, ze mozna sie pokusic o ich imienne wyroznienie. Ich nazwiska powinny byc wpisane zlotymi zgloskami w kronikach cywilnej odwagi i zwyklej uczciwosci, o ktorej wiekszosc piszacych o literaturze nigdy nie slyszala. Oto one. Jerzy Czech - poznanski rusycysta i jego drobiazgowe, celne i bezwzgledne analizy stanu literatury lat 90., pozbawione litosci dla autorow i krytykow (Poeci specjalnej troski, 1997; Dokad zmierza groch z kapusta?, 2001). Ariana Nagorska - zabierajaca glos w sprawach literatury glownie na lamach Akantu. Cezary Michalski, Tomasz Burek, Jerzy Plutowicz, Mieczyslaw Orski (ale nie jako redaktor Odry, w ktorej drukuje lokalne miernoty, ale np. krytyk poznanskiego Arkusza). Z innych - Julian Kornhauser, Piotr Kepinski, Janusz Drzewucki. Niewielu, naprawde niewielu.
W sytuacji, gdy coraz mniej ludzi czyta cokolwiek, a coraz wiecej para sie pisaniem, nie zamierzam bronic zdziesiatkowanej uplywem czasu generacji, w ktorej przydzielono mi hojnie miejsce w ostatnim rzedzie, jako bardziej zasluzonej czy bardziej odpornej na dzialanie naturalnej selekcji. Kiedy wykladowcy kursow creative writing pracuja pelna para od switu do nocy przez siedem dni w tygodniu, w kazdym powiatowym i gminnym uniwersytecie w najodleglejszym zakatku globu.
Nie chce tez nikomu udowadniac, ze zwiazani z demokratyczna opozycja lat 70. i 80. pisarze tworzyli wylacznie arcydziela, ze nie zawiazywali taktycznych sojuszy oraz traktowali swoich oponentow z wyszukana elegancja. Jednak ataki na nich w polowie lat 90. wychodzily daleko poza ramy i proporcje generacyjnej zmiany warty. Latwo domyslic sie przyczyn - sa one na pewno natury psychologicznej i efektem kompleksu winy, bezradnosci, frustracji z powodu pominiecia przez Historie. W rezultacie nowe postawy estetyczne i etyczne sprowadzily sie do przekreslenia niemal wszystkich ideowych kanonow przyswiecajacych tworcom opozycji w schylkowym okresie PRL-u. Do zjawisk najgrozniejszych nalezy zaliczyc patologiczna juz amnezje i falszowanie przeszlosci: dzis mozna tylko o niej pisac jak o kabarecie. Nie bylo tragedii, nie bylo dramatu. Pal licho PRL; wyparowala wszelka analiza rzeczywistosci "Ministerstwo 1989" zastapilo cenzure.
Zwyciezyla papuzia choroba: nasladowanie obcych wzorow, idei, nawet jezyka. Caly dramatyczny okres poprzedni wyparowal ze wspolnej pamieci, zostal niemal wymazany z literatury. Zeby nie byc posadzonym o emigrancka stronniczosc, jeszcze raz odwolam sie do cytowanego artykulu Pazniewskiego, do jego koncowych zdan: "Polska krytyka literacka (ale czy tylko ona?) na swoje nieszczescie, od wielu lat obywa sie bez autorytetu smaku, i to bardzo obniza jej loty, choc wiekszosc udaje, ze wszystko w porzadku, bo widocznie tak musi byc. W ten sposob krytyk polski staje sie jeszcze jednym urzednikiem do spraw literatury, ktory przy swoim biurku przyjmuje petentow, czyli dziela i zjawiska. Kazde jego chrzakniecie zdaje sie sadem ostatecznym. Najbardziej uderza nijakosc wykonywanej przez niego pracy: nijakosc wysilku, nijakosc mysli, nijakosc ogladu swiata, nijakosc ambicji i nijakosc stylu, a w koncu i nijakosc rezultatow. Nijakosc jako miara wspolczesnej krytyki literackiej w Polsce to chyba trafne okreslenie".
Smierc krytyki wyprzedza tylko o krok smierc literatury. Nie tej salonowej, "pisanej, jakby sie stalo na palcach" (Tomasz Burek), ale tej, ktora mierzy sie z egoizmem i klamstwem, pycha, nepotyzmem, glupota, chciwoscia, znieczulica i nienawiscia, slaboscia i mizeria duchowa czlowieka. Tym wszystkim, do czego przysposobila nas tradycja romantyczna i conradowska. Pojecia te zniknely ze slownika nie tylko krytyka literatury, pisarza czy eseisty wspolczesnego, ale z jezyka codziennego wyksztalconego Polaka. Literatura polska zrzucila plaszcz Konrada, kontusz Rejtana, gorset Matki Polki, cywilna odpowiedzialnosc i obowiazek mowienia prawdy. Dolaczyla do swiatowej przecietnosci. Wesolej, lekkiej, zabawnej. I moze juz zostanie na tym poziomie. Znaczyloby to, ze jestesmy na swiecie wszyscy tacy sami, szybko zapominamy krzywdy i ponizenie, hanbe i zdrade. Wlasna i cudza podlosc. Przechodzimy nad tym do porzadku dziennego. Tak jak uspieni uczestnicy ostatniej sceny Wesela Wyspianskiego.
Wracam do ksiazek Jarzebskiego, do licznych tekstow krytycznych jego mlodszych kolegow, do waznych esejow Pawla Lisickiego, Tomasza Burka, Cezarego Michalskiego, Wlodzimierza Pazniewskiego, Ariany Nagorskiej, felietonow Andrzeja Ziemkiewicza, Andrzeja Dobosza, Stanislawa Lema, wywiadow udzielanych przez Czeslawa Milosza, Kazimierza Orlosia, Marka Nowakowskiego, Janusza Krasinskiego, Wlodzimierza Odojewskiego, rozmow, dyskusji, ankiet. I ciagle mi czegos w tym rozlewnym obrazie nasilajacego sie kryzysu, pesymistycznych biadan na temat kondycji duchowej Polski i Polakow brakuje. Rzeczy moze wazniejszej niz rozwazania nad literatura, upadkiem wysokiego stylu i dobrego smaku. Co sie kryje za tym, ze jedni chca o przeszlosci jak najszybciej zapomniec, a inni - nieliczni - z uporem o tym przypominaja?
Bez przywolania najbardziej ogolnego zarysu tla spolecznego i politycznego, przemian swiadomosci, w ktorej obrzydzanie i zohydzanie czasow heroicznych zmagan opozycji i "Solidarnosci" odgrywa decydujaca role - nie sposob czasem zrozumiec, co dzieje sie w kraju. Powszechna korupcja, chaos i polowicznosc reform, katastrofalne bezrobocie, pseudoprywatyzacja (a teraz - deprywatyzacja), brak dekomunizacji i prawdziwej lustracji - wszystko to wywoluje poczucie tymczasowosci, farsy, duchowego rozdarcia, roztrwonienia kapitalu spolecznej energii i paralizu woli do dzialania. Ale to nie nostalgia za komunizmem, gruba kreska i wilcze prawa ekonomii wolnego rynku ani pop-kultura masowo importowana z Zachodu, glownie z USA, sa za to odpowiedzialne.
To skrywane i zaklamywane (w stopniu nieporownywalnym z innymi, sasiednimi krajami postkomunistycznymi) poczucie hanby i zdrady. Polska jest jedynym z krajow tego kregu, w ktorym wlasna armia - a nie sowiecka, enerdowska czy jakakolwiek bratniopomocowa - tlumila kolejne bunty spoleczne i zrywy niepodleglosciowe. Dopoki Polacy nie uporaja sie z tym podstawowym obciazeniem historycznym i nie odklamia swojej historii z ostatniego polwiecza, wszelkie dyskusje o sztuce, literaturze czy kulturze nie maja wiekszego znaczenia. Nie maja tez sensu magiczne zabiegi pomniejszania czy odsylania do lamusa dorobku emigracji. Obowiazkiem emigracji, niezaleznie od roznic generacyjnych, pozostaje nadal stale przypominanie o koniecznosci rachunku sumienia, pielegnowanie pamieci, tradycji, jezyka pozbawionego nowoczesnych gadzetow. Nawet za cene srodowiskowego ostracyzmu, wymazywania, przemilczania, oskarzania o schizofrenie i odgrzewanie osobistych urazow.
Zanim emigracja skona na lozu uwiadu, jak to sie dzieje w wizjach i proroctwach krajowych, byc moze wczesniej zdechnie kultura nad Wisla. Wystarczy porownac statystyki czytelnictwa i zakupow ksiazek. Ksiegarnie w Ameryce maja sie doskonale. W Polsce pada film, teatr, biblioteki, filharmonie, szkolnictwo artystyczne, wstrzymuje sie ze wzgledow ideologicznych dotacje dla ambitnych i wartosciowych czasopism literackich. Juz nie jest tylko "niszowo". Robi sie pusto i obco. A co do wspolnoty i podzialow: wielu pisarzy-emigrantow ma taki sam status spoleczny jak najodwazniejsi i najuczciwsi pisarze krajowi: status wiecznego outsidera. I jest to sytuacja naturalna i do pewnego stopnia zdrowa: zmuszajaca do zycia bez mirazow z jednej strony, a z drugiej - bez goryczy, ktora daje emigracja wewnetrzna. A co zrobic z tworcami na emigracji, ktorzy sa obecni tylko w obiegu krajowym? I z pisarzami "krajowymi", ktorzy publikuja glownie w czasopismach emigracyjnych, bo i takich nie brakuje? Moze okazac sie, ze w przyszlosci nie bedzie podzialow geograficznych, za to bedzie nas laczyc (lub dzielic) cos zupelnie innego - podstawowe wartosci, wspolnota duchowa, wspolnota odczuwania i przezywania swiata. Ten rodzaj dialogu, w ktorym partnerzy musza sie wspierac i uzupelniac, wzbogacac. Ale najpierw, wstepnie, rozpoznac grozace mu uproszczenia i schematy, ktore zadomowily sie w mysleniu.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |