PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (1 listopada 2002)


JAROSLAW ANDERS

Miedzy wiatrem a drzewem:
poezja Anny Frajlich

Anna Frajlich urodzila sie w roku... oczywiscie niewazne, w ktorym. Duzo wazniejsze jest to, ze urodzila sie w Kirgizji. Jej rodzice pochodzili bowiem ze Lwowa, a wowczas byl taki dziwny zwyczaj, ze ludzie ze Lwowa czy Wilna znajdowali sie nagle w Kirgizji, w Kazachstanie, a czasem w jeszcze bardziej egzotycznych miejscach. A potem ci z nich, ktorzy mieli szczescie, znajdowali sie znowu - za sprawa tej samej logiki dziejow - we Wroclawiu czy jak w przypadku Anny i jej rodzicow - w Szczecinie.

Szczecin, miasto szczycace sie dzisiaj swoim zwiazkami niemieckimi i skandynawskimi, byl po wojnie miastem rozbrzmiewajacym akcentem wilenskim czy lwowskim, i zreszta do dzisiaj gdzieniegdzie jeszcze rozbrzmiewa. Szczecin byl dla Anny pierwszym polskim miastem - drugim miastem rodzinnym, ktore podobnie jak to pierwsze, to znaczy Lwow jej rodzicow, nie bylo wcale miastem urodzenia. W Szczecinie bowiem wyrastala, tam konczyla liceum i tam zaczela pisac wiersze, debiutujac w roku 1958 w Glosie Szczecinskim, a takze w Naszym Glosie, ktory byl polskim dodatkiem do pisma zydowskiego Folks-Sztyme. Pozniej, w Warszawie studiowala polonistyke i zaczela prace w redakcji czasopisma dla ociemnialych - co bylo - jak mowi, niezwykle ciekawym doswiadczeniem. Byl to kontakt z ludzmi okrutnie wykluczonymi przez los z normalnego swiata (ze swiata, ktory my, moze w zadufaniu, uwazamy za normalny) i ktorzy to wykluczenie staraja sie znosic z godnoscia, a nawet zamieniac w pewna sile dla siebie i dla innych. Potem przyszedl rok 1968 i wkrotce Anna, wraz z rodzicami, mezem i dwuletnim synkiem wyjechala z Polski. Czym byl rok 68 i czym byly wyjazdy, ktore po nim nastapily - wiekszosc z tu obecnych wie na pewno bardzo dobrze. Ja tylko dodam, ze sam bylem wowczas maturzysta, i pewne rzeczy dopiero co zaczynalem rozumiec. Byl to dla mojego pokolenia czas dramatycznych przezyc - ale na pewno blaknacych w porownaniu z tym, co odkrywali wowczas polscy Zydzi, zwlaszcza ci mlodzi, wychowani po wojnie - tacy jak Anna, ktorej wtedy nie znalem, ale znalem kilka innych osob w jej polozeniu, i pamietam dokladnie te wyjazdy, te decyzje, te noce spedzane w towarzystwie przyjaciol-Polakow, noce dramatyczne i niekiedy klotliwe, pelne pretensji. Pamietam pytania, nie zawsze wypowiadane wprost, ale jednak domyslne - dlaczego wlasciwie wyjezdzasz? Co to znaczy musisz, musicie? Dlaczego niby musicie? Przeciez my tez tu jestesmy. Polska to rowniez my. To nas tez juz nie chcecie. My - to znaczy polscy nie-Zydzi, bylismy juz wtedy pokoleniem dosyc sceptycznym i ironicznym, "caly ten ustroj", jak wowczas mawiano, uwazalismy po prostu za jedna wielka szopke. To, co sie wowczas dzialo, tez uwazalismy za czesc tej szopki, za kolejna wielka kompromitacje ustroju, z ktorej to kompromitacji czerpalismy nawet spora satysfakcje. I mowilismy im - naszym zydowskim przyjaciolom - czego sie wlasciwie boicie, tych blaznow, tych hasel? "Syjonisci do Syjamu!". Przeciez to wszystko jest smieszne. Otoz dla nich to nie bylo smieszne. Dla nich to byl policzek, upokorzenie, ktorego nikt z nas nie potrafil sobie wyobrazic. I byc moze my, pelni dobrej woli, przyjaciele, chociaz rozzaleni, jakos bezwiednie do tego upokorzenia dokladalismy sie przez swoj brak zrozumienia. Ten problem braku empatii istnieje, moim zdaniem, do dzisiaj. Ale to tylko dygresja.

Bo oto jestesmy juz w Nowym Jorku - miescie wielkiej szansy, miescie nowych poczatkow - gdzie po raz pierwszy spotkalem Anne, konkretnie na Uniwersytecie Columbia, gdzie ona konczyla wlasnie doktorat i uczyla polskiego na kursie dla zaawansowanych. Ja zas - dla poczatkujacych, dla ktorych musialem czesto na zawolanie wymyslac polska gramatyke - bo studenci byli w sprawach gramatyki nad wyraz dociekliwi. W kazdym razie Anna, ktora mniej wiecej w tym czasie dostala nagrode Fundacji Koscielskich, byla niewatpliwie profesjonalistka, a ja uzurpatorem. Anna w dalszym ciagu mieszka w Nowym Jorku (czego jej zazdroszcze) - wyklada polska literature na Uniwersytecie Columbia, ma grono bardzo utalentowanych studentow, z ktorymi mialem niedawno okazje sie spotkac w czasie kongresu Polskiego Instytutu Naukowego tu, na Georgetown. Robi bardzo duzo dla polskiej literatury i w ogole polskiej kultury w Ameryce. Najwazniejsze jednak - ze przez wszystkie te lata pisala wiersze (rowniez eseje, krytyke literacka, prace lingwistyczne). Zaczela drukowac w londynskich Wiadomosciach. Jej pierwszy tomik Aby wiatr namalowac ukazal sie w roku 1976 rowniez w Londynie. Jej pierwsza ksiazka wydana w Polsce byl tomik Ogrodem i ogrodzeniem, ktory ukazal sie w roku 93. Najnowszy zbior - Znow szuka mnie wiatr wyszedl nakladem Czytelnika w ubieglym roku.

Mowilem dosc dlugo o zyciorysie Anny nie dlatego, zebym byl zwolennikiem metody biograficznej, czy tez, bron Boze, psychoanalitycznej w krytyce. Aby wiersz stal sie wierszem, musi byc czyms o wiele wiecej niz tylko fragmentem czyjegos zyciorysu czy zapisem czyjegos doswiadczenia. Musi stac sie - przynajmniej potencjalnie - wlasnoscia nas wszystkich. I to przeksztalcenie - formalne i semantyczne - ktorego nikt tak naprawde dokladnie nie zdefiniowal, dokonuje sie niewatpliwie w poezji Anny Frajlich. A wiec o zyciu mozna by na dobra sprawe zapomniec. Ale jednak zycie takie jak jej, pelne tylu przemieszczen - w przestrzeni, czasie, kulturze, jezyku - tylu przelaman, rozszczepien... a jednoczesnie takiej niebywalej ciaglosci, niemal nieuchronnie staje sie samo dla siebie metafora. Ta metafora wedrowki pojawia sie w jej wierszach nieustannie - czasem w sposob bardzo bezposredni, poprzez odniesienia do konkretnych miejsc, wydarzen, ludzi, a czasami w sposob niezwykle eliptyczny i dyskretny. Prosze zwrocic uwage, ile w jej wierszach jest obrazow, metafor mowiacych o rozpryskiwaniu sie, rozsypywaniu czegos kruchego, o rozpadzie, peknieciu, ranie, rozszczepieniu, rozerwaniu. Przyjrzyjmy sie motywowi powrotu - na ogol niemozliwego powrotu, powrotu wzbronionego przez kogos albo wzbronionego samemu sobie. Zauwazmy powiazany na ogol z tymi powrotami-nie-powrotami motyw czasu i oddalenia, a takze nieobecnosci - swojej lub kogos innego - w miejscu, w czasie, w pamieci. To jest niewatpliwie poezja bolu. Ale nie jest to poezja lamentu. To jest poezja bolu zobiektywizowanego, obserwowanego z dystansu. Liryka autodystansu - to okreslenie, ktore czesto nasuwa mi sie przy lekturze polskiej poezji w ogole i ktore szczegolnie dobrze przystaje, moim zdaniem, do poezji Anny. Wielu krytykow zwrocilo uwage na powracajacy w tej poezji motyw wiatru - ktory moze byc wieloma roznymi rzeczami - moze byc losem, historia, namietnoscia, zywiolem wdzierajacym sie w nasz zakatek bytu, czyms, co na ogol przychodzi z zewnatrz i zakloca, komplikuje nasze sprawy - czasami w sposob pozadany i ozywczy, czasami tragiczny i niszczacy. I z drugiej strony jest w tych wierszach przyroda, zwlaszcza swiat roslinny. (Ja wiem, ze brzmi to nieslychanie smiesznie, juz widze temat na wypracowanie: "Przyroda w poezji Anny Frajlich".) Ale tej przyrody jest tam rzeczywiscie duzo. Jest jakby identyfikacja z roslina, roza, najczesciej drzewem, ktore jest niewatpliwie symbolem sily przetrwania, ciaglosci, ustawicznego zapuszczania korzeni, czerpania sokow z kazdej mozliwej gleby, ciaglego odradzania sie. Dla mnie przynajmniej poezja Anny jest poezja dialogu miedzy wiatrem a drzewem, miedzy burza a trwaniem, miedzy tym, co zewnetrzne, zmienne, dynamiczne, a tym, co stanowi niezmienna esencje zycia - i jest niewatpliwie poezja rownowagi miedzy tymi dwoma skloconymi, ale tez uzupelniajacymi sie skladnikami. Taka wydaje mi sie poezja Anny. Jest to na pewno nie jedyne mozliwe jej odczytanie. A wiec goraco zapraszam do sluchania i do czytania Anny Frajlich i poszukiwania wlasnego klucza do jej wierszy.

----------------------------

Tekst wprowadzenia do wieczoru autorskiego Anny Frajlich, jaki 9 pazdziernika z inicjatywy Ambasady RP odbyl sie w Waszyngtonie.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail