EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Dwa tygodnie na bulgarskim wybrzezu dla odswiezenia wspomnien z pobytow sprzed dwudziestu paru laty, czyli z minionej epoki. Miejscowosc, gdzie stanelam, juz nie nazywa sie Druzba; wrocila do pierwotnej nazwy Sw. Konstantyn: tu, w zatoczce Morza Czarnego, osiedlili sie dawno temu mnisi. Kopulka cerkiewki wystaje leciutko nad ziemia, jak grzybek (Turcy nie pozwalali kosciolom "niewiernych" isc wzwyz).
W Bulgarii wolnosc i wolny rynek pozno przypomnialy sobie o nadmorskiej turystyce jako o intratnym dochodzie. Wpierw nastapila zapasc. Betonowe komunistyczne kurorty z wielkiej plyty osunely sie w nieposkromiona roslinnosc, tworzac "zone" jak z filmu Andrieja Tarkowskiego Stalker. Przegapiono fakt, ze akwen srodziemnomorski zapchany jest turystami po brzegi, co stwarza Morzu Czarnemu niebywala okazje. Za odnowe zabrano sie pozno, ale z impetem.
Dzis z chaszczy pokrywajacych zapadle ruiny wyrastaja nowe hotele, nowe baseny z woda z tutejszych zrodel, knajpy i bazary. Cieple morze, wielka, biala plaza i taniocha. Nasz zloty wobec bulgarskiego lewa to jak dolar w trzecim swiecie. Chwala ci, Balcerowiczu!
Poczulam sie pania. Och, jak przyjemnie! W Ameryce mellam w reku kazdy dolarowy banknot nim go wydalam, notorycznie zastepowalam komunikacje miejska - nogami. Na ludzi przywolujacych reka taksowki, zjawisko w Nowym Jorku nagminne, patrzylam jak na Rockefellerow. A tu, w Bulgarii, niedbalym gestem zatrzymywalam spacerowego melexa (kopcil jak diabli, bo motor traktora) i jechalam, gdzie dusza zapragnie. Wchodzilam do najelegantszych kafejek na warnenskim deptaku (trzeba przyznac, ze wyrychtowali go na wzor Pol Elizejskich), zamawialam male esspreso i rakije. Kawa byla jak we Francji, ale zadanie rakii wywolywalo zamieszanie. Pytano, czy dobrze rozumieja. U nich rakije pije sie do salatki szopskiej, jak u nas wodke pod sledzia. Rakija do malej czarnej nie przystoi. Nam przystoila. Pachniala winogronami, nie jak nasza czysta - ohyda, wychylana do dna ("tata musi"). Mysmy rakije smakowali jak koniak.
Sklamalam na poczatku: tak naprawde to mocna zlotowka, nie zadne sentymenty przywiodly mnie do Bulgarii.
Stanelam w Domu Polskim. Dobry adres. Wsrod nowych hoteli wyroznia sie elegancja luksusowych przedwojennych polskich pensjonatow. Dzialke podarowal Polakom w latach trzydziestych owczesny car (dziadek obecnego premiera) za pomoc podczas trzesienia ziemi. Ogrod pelen roz i figowcow wznosi sie tarasowato w gore. Dwa imponujace cedry, wykopane z okolic pomnika Warnenczyka w Warnie, gdzie bylo ich za gesto, przyjely sie doskonale. I o krok - morze.
Gdy za komuny Swietego Konstantyna zastapila komunistyczna Druzba, Dom przejela owczesna Rada Ministrow. Przyjezdzali tu sredni prominenci. Ci najwyzsi, chcial nie chcial, urlopy spedzali u Wielkiego Brata na Krymie.
Teraz, choc Dom pozostal w gestii wladz panstwowych, przyjezdza tu kto chce. Towarzystwo zroznicowane; tym ciekawiej. Najwyzszych dostojnikow nie ma, na szczescie wola Karaiby i Hawaje.
Nie znosze hoteli najwyzszej klasy. "O, tu bym nie chciala", mysle, ogladajac je na filmach. Odpycha mnie bezduszna slodycz obslugi. W Polskim Domu - inaczej. Nieklamane cieplo i dyskretna troska na kazdym kroku. Od kierownictwa po sprzataczki. Czlowiek czuje sie bezpiecznie. Zgubisz zegarek - znajda, a nawet oddadza do naprawy, zostawisz torebke - przyniosa, zachorujesz - juz lekarz, chcesz diety - dostaniesz. Personel glownie z tutejszej Polonii, a jak bulgarski, to dwujezyczny. Kierownictwo polskie zmienia sie wedlug klucza politycznego, ale - rzecz w kraju nie do pomyslenia! - bezbolesnie. Przekazuja sobie klucze i dobry kontakt z pensjonariuszami. Sa do naszej dyspozycji; stale ich widzimy, w jadalni, w biurze, ogrodzie. Recepcjonistki informuja, o czym chcemy; kelnerki, sliczne dlugonogie dziewczyny, w mig dostrzegaja, co kto lubi. Ale zauwazylam, jak jedna z nich wlewa do sloika resztki zupy z wazy i chowa do kredensu. Bieda.
Uproszczeniem byloby jednak stwierdzenie, ze ta wyjatkowa obsluga jest jedynie wynikiem bezrobocia. To tez, na pewno, ale na dluzsza mete zyczliwosci nie da sie udawac. W tym domu panuje po prostu dobry duch.
Na zewnatrz panowanie dobrego ducha slabnie. Tuz za brama - ulozone polkolem trzy psy. Ucieszylam sie, zawolalam - bez reakcji. Jak posagi psow. Dalam chleba, nie wziely, dalam wedline, zjadly nie podnoszac glow. Ogony pod soba. Zaden nie uniosl sie, nie pobiegl za czlowiekiem, ktorego reka go nakarmila. Po co? Wiedza, ze nikt ich nie przygarnie. Pobocza ulic pelne sa psow lezacych martwo jak pniaki w chwastach. Kotow tez pelno, ale te, choc tepione (przemili skadinad pensjonariusze sasiedniego domu starcow szyja do nich z nudow z proc) - nie traca swojej natury. Kot moze zyc bez czlowieka, pies, nawet syty, bez pana umiera psychicznie. Obraz psow, znieruchomialych posagow w pozycji lezacej, pozostanie mi oczach silniej niz piekno natury.
Przed laty, nieopodal, w tak zwanym, Zurnaliscie, czyli miedzynarodowym pensjonacie dziennikarskim, bylam swiadkiem przerazajacej sceny. W ogrodzie krecil sie niezwyklej urody mlodziutki dalmatynczyk, z ktorym bawily sie dzieci. Lasil sie, caly szczesliwy, ale gdy tylko uslyszal bulgarska mowe, uciekal jak szalony. Mial racje. Pewnego dnia w samo poludnie zobaczylismy, jak konal w mekach na wielkim gazonie. Zamarlismy, dzieci krzyczaly. Zostal oficjalnie otruty. Poszlismy solidarnie w delegacji, Polacy, Rosjanie, Czesi i Niemcy, ze skarga do dyrektora. Nie rozumial, o co nam chodzi. Naprawde byl szczerze zdziwiony.
Bulgarzy, ktorzy tak dzielnie opierali sie w wierze islamowi, w obyczajach, nie tylko zewnetrznych, przejeli wiele od mahometan. A u nich pies nie ma racji bytu.
Teraz w Bulgarii juz psow sie nie zabija. Pozwala sie im istniec na wlasna reke. Ale obawiam sie, ze swiadomosc, kim jest czlowiek dla psa, a pies dla czlowieka, dogoni Bulgara pozniej niz cala cywilizacja zewnetrzna, z autostradami, selekcja smieci, etc.
W niedziele w Warnie w katolickim kosciele. Ubozuchny, ale pelen. Wchodzi ksiadz; z wygladu czysty Bulgar, jak z ikony, ale z pierwszych slow wiem, ze nie Bulgar. Cos niebulgarskiego w jego bulgarskim. Jak nie Bulgar, to kto moze byc tu ksiedzem? Polak. Tak. Przekonuje sie natychmiast; Lekcje i Ewangelie czyta rowniez po polsku. Zegna nas rowniez po polsku: "poniewaz pogoda jest barowa (leje jak z cebra), zycze radosci w barach". Boze! Ktory ksiadz w Polsce odwazylby sie na podobna odzywke?! Zagranica uczy bliskosci i pokory. Duchowny, ktory decyduje sie na misje, nie ma co liczyc ani na zarobek, ani na odpoczynek, ani przede wszystkim, na traktowanie wiernych z gory. Ten tutaj jest uczniem ksiedza Jozefa Tischnera. Obsluguje dwie odlegle parafie. Kola pod oczami, zmeczony. Dodaje jeszcze, ze jezeli ktos potrzebuje, moze wyspowiadac i przeprasza za spoznienie (rowno dwie minuty).
Powrot do Warszawy autokarem. 34 godziny. Koszmar. Glownie na skutek przyczyn zupelnie niewytlumaczalnych inaczej jak wrednoscia pogranicznikow. Dlaczego tacy sa?! Najpierw demonstruja przez szybe, ze nic nie robia, przechadzaja sie, pala papierosy, a gdy po godzinie wchodza, ani powitania, ani zasalutowania, nie mowiac o usmiechu. W zlosliwosci przoduja niestety "bratankowie", Wegrzy. Wyjsc na siusiu nie wolno, siedz i trzymaj paszport na stronie z fotografia. Na tylkach odciski, nogi wylewaja sie z butow. Gdzie ta wspolna Europa?! Dlaczego tacy sa? Dlaczego tak nas nie lubia? Dlaczego tak sie odgrywaja?
Czemu wreszcie sluza przyjacielskie wizyty naszych przywodcow, o ktorych glosno w prasie, skoro dla tysiecy podrozujacych nie potrafia zalatwic przyjazniejszej odprawy? Panowie wladza, nim zaczniecie zalatwiac sasiadom "okragle stoly", wpierw bierzcie sie za ludzkie traktowanie na granicach wlasnych obywateli. Zareagujcie na fakt, ze za wize do USA placic mamy sto dolarow, podczas gdy oni wjezdzaja do Polski za darmoche.
Co za duren zlikwidowal Orient Express? Pociag przez Balkany potrzebny od zaraz!
Znajduje potwierdzenie w slowach prof. Piotra Sztompki, wykladowcy na licznych uniwersytetach, obecnie prezesuje Miedzynarodowemu Stowarzyszeniu Socjologicznemu (Tygodnik Powszechny, nr 39, '02): "... Latwo znalezc dowody, ze ludzie w pewnym momencie zatrzymaja sie, spojrza wstecz i dojda do wniosku, ze takie zycie nie ma sensu... Do lask wrocily szybkie koleje ze szkoda chocby dla samolotow, a przeciez to wynalazek XIX wieku, tyle ze mocno udoskonalony...". No wlasnie.
*
Pamietacie zawodowych naukowych komiwojazerow, ktorzy za ciezkie pieniadze przerzucali sie z dobrymi radami do otwierajacych sie na wolny rynek krajow? Poczatek lat 90. Przyjezdzali, pomadrzyli sie, zabierali swoje, i juz ich nie bylo. Zabrali i od nas swoja "dole". Im placilismy, ale wlasnych fachowcow na emigracji mielismy za nic. Prozne byly wolania Jerzego Giedroycia, ktory z litewskim uporem przedstawial liste wiarygodnych, udokumentowanych specjalistow, ktorzy by robote wykonali za darmo. Naocznie przekonalam sie o tym w Kanadzie. Powstal tam osrodek doradcow-zapalencow roznych branz. Od przemyslu samolotowego, poprzez handel i wlokiennictwo. Poznalam ich zapal - i gorycz. Do polskich decydentow mowili jak dziad do obrazu. Nie sluchano. "Cudze chwalicie, swego nie znacie...". Poszli sobie. Do Litwinow, do Czechow i Wegrow, z doskonalym skutkiem.
Teraz, po dwunastu latach, Polska jakby oprzytomniala. Przestala lekcewazyc swoich. Najwytrwalsi, ktorzy nie zrazili sie odrzuceniem, znalezli pole do swietnej roboty. Zbieram material. Moze przyszle "Kartki" beda juz mniej skazone? Oby!
Pazdziernik 2002 r.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |