GRAZYNA DRABIK
Nowojorska
kronika kulturalna (teatr)
Eurypides, Medea, w tlumaczeniu Kennetha McLeisha i Frederica
Raphaela. Rezyseria: Deborah Warner, scenografia: Tom Pye,
kostiumy: Jacqueline Durran, oswietlenie: Peter Mumford i
Michael Gunning, dzwiek: Mel Mercier i David Meschter. Wystepuja:
Jonathan Cake (Jason), Derek Hutchinson (The Messenger), Robin
Laing (The Tutor), Siobhán McCarthy (The Nurse), Joseph
Mydell (Aegeaus), Struan Rodger (Kreon), Fiona Shaw (Medea)
oraz Kirsten Cambell, Joyce Henderson, Rachel Isaac, Pauline
Lynch, Susan Salmon jako (Chor). W ramach Next Wave Festival:
The Abbey Theatre z Dublina w The Harvey Theater, Brooklyn
Academy of Music, Brooklyn.
Duzo czasu uplywa zanim po raz pierwszy pojawi sie na scenie
Jazon. To znaczy zanim pojawi sie we wlasnej osobie, bo ze
slow jest nam przeciez dobrze znany. Z mitow greckich wiemy,
ze byl dowodca statku Argo, ze prowadzil Argonautow w dzikie
krainy Wschodu w poszukiwaniu zlotego runa. Zlote runo zdobyl,
a wczesniej zyskal wzgledy ksiezniczki Medei. Ochronila go
przed gniewem swego ojca, wladcy Kolchidy, ktory obcych zabijac
kazal. Swymi czarami pozwolila mu pokonac wszelkie przeszkody.
W koncu pomogla w ucieczce z powrotem do Grecji, zycie wlasnego
brata w tym celu poswiecajac. Rozszarpanym cialem Apsyrtosa
powstrzymala pogon. Ajetes kawalki ciala zbieral, by syna
moc pogrzebac. Klatwy rzucal na glowe corki.
Z otwierajacych sztuke Eurypidesa slow Piastunki zas wiemy, ze znajdujac schronienie w greckim miescie Korynt Jazon zdradzil zone, ktora przywiozl ze soba z Kolchidy. Znalazl nowa, wygodniejsza teraz wspolniczke, "przez sluby wchodzi w dom krolewski/ corke Kreona biorac, wladcy kraju" (cytaty z Medei w tlumaczeniu Jerzego Lanowskiego).
Od pierwszych tez scen widzimy jak Medea - wzgardzona, nieszczesna, z "sercem wynioslym, nieokielzana dusza" - cierpi. Widzimy, bo Medea cierpi publicznie. Chce, by wszyscy wiedzieli, jak okrutnie zostala zdradzona, jak ja to boli. Chce sie usprawiedliwic, szuka pociechy. Lepszy plac publiczny niz cisza opuszczonego domu. Lepszy patetyczny protest. Z cierpienia czyni spektakl dla innych. Inni glodnie patrza.
Zwraca sie do Choru kobiet: "O Koryntyjki, wyszlam do was
z domu/ uprzedzic wasze zarzuty; Na mnie runal cios niespodziewany,/
rozdarl mi dusze"A ja samotna tu, bez praw. I szydzi/
ze mnie maz, co mie z barbarzynskiej ziemi porwal". Apeluje
do kobiet miasta, do wszystkich kobiet znajacych smak zdrady,
zdrady mezczyzny i smak wlasnej bezsilnosci.
Chor slucha uwaznie. Wysluchuje apelow o zrozumienie. Odpowiada litoscia, obietnica
wsparcia, a nawet wspolnictwa. Godzi sie zachowac milczenie
o planowanej zemscie: "Strasznie ukarzesz malzonka,/ Medeo!
Cierpisz i trudno sie dziwic". Kiedy Kreon przychodzi, by
oznajmic werdykt wygnania, Chor przyglada sie ze zgroza, jak
nastepne nieszczescia wala sie na jej glowe. Krol chce sie
pozbyc Medei jak najszybciej, dla niego jest zagrozeniem,
boi sie jej, przyznaje: "bos madra i zbrodni swiadoma,/ cierpisz
wygnana z mezowskiego loza".
Dlugo potem jeszcze Chor, a my razem z nim, bedziemy przygladac
sie rozpaczy Medei. Sluchac zarzutow z logika slusznego gniewu
metodycznie wysuwanych przeciw Jazonowi. Sluchac trafnych
az do podziwu przeklenstw krzywoprzysiezcy i zaklec, ze wlasna
krzywde krzywda innych naprawi...
Lecz litosc i zrozumienie przemienia sie w groze. Wlasnie, do jakiej granicy cudze cierpienie moze nas poruszyc tak, ze nas cudzy bol boli? W ktorym punkcie odwracamy oczy od tego, ktoremu los dal przegrana karte - bo juz nie przyczyna bolu nas porusza, ale sam nieopanowany bol? Bo strach nas ogarnia przed cierpieniem? Bo groze wywoluje potega gniewu? Bo zycie najzwyklej swoim prawem wola?
Jakaz to wspaniala sztuka i jaka olsniewajaca inscenizacja. Olsniewajaca, celowo
uzywam rzadkiego okreslenia chcac przywolac uderzenie "iluminacji".
Angielska rezyserka Deborah Warner juz po raz ktorys z rzedu
wspolpracujac scisle i z sukcesem z irlandzka aktorka Fiona
Shawn, przedstawia nam tekst sprzed 2500 lat bez oslony historycznych
kostiumow, bez koturnow stylizacji.
Oczywiscie nic to nowego dzisiaj. Przeciwnie, przerabianie klasykow na wspolczesnosc
stalo sie wrecz obowiazkowa maniera. Zbyt rzadko jednak unowoczesniona
inscenizacja sluzy powaznym poszukiwaniom odczytania tekstu
w nowy, poglebiony sposob - ze zrozumieniem przystajacym do
odmiennych warunkow lecz jednoczesnie wierny intencji autora.
W przypadku Medei proponowanej przez Warner i Shawn,
inscenizacja jest pelna niedociagniec, bledow nawet. Chor,
ktorego istota jest spojna zbiorowosc, choc zmienna i chwilowa,
zostal rozbity na glosy, poszczegolne kobiety poubierane w
rozne stroje, mowiace roznymi akcentami. Wiele ich kwestii
z powodu mocno zaznaczonych akcentow, staje sie slabo zrozumiale.
Niektore wizualne zagrania sa zbedne, zbyt sprytnie wymierzone,
apelujace do przewidywalnych odruchow widowni: jedna z kobiet
Choru podaje na pocieche Medei - o absurdzie! - plastykowa
miseczke z ciastem domowego wypieku. Medea zbiera rozrzucone
zabawki dzieciece - o zgrozo! - matka, ktora juz holubi mordercza
mysl, z pluszowym misiem w reku, mierzaca na slepo z plastykowego
pistoletu. Nie wszyscy aktorzy dotrzymuja kroku w trudnym
partnerstwie z wysmienitymi Fiona Shawn i Jonathanem Cake.
Gra wszystkich z kolei jest ustawiona w bardzo fizyczny sposob,
przesadny w gestach i monotonny w krzyku.
Mimo tych chropowatosci calosc ma przejmujaca wymowe. Pomaga w zbudowaniu tego wrazenia doskonale tlumaczenie Kennetha McLeisha i Frederica Raphaela oraz scenografia Toma Pye'a. Imponuje swoja prostota, lecz i moca wyrazu: szara fasada domu, otwarta przestrzen z niewielka sadzawka przed domem, troche plac publiczny, troche podworko, nieukonczone, roboty jakby przerwane, cementowe segmenty zlozone po bokach, przykryte starannie plastykiem. Dom odgradza od placu wielka szklana sciana i brama. Widac, lecz dostepu nie ma. Przestrzen jest otwarta i zamknieta rownoczesnie.
Po tym niewinnym podworku, miejskim placu, wieziennym dziedzincu Medea chodzi bezcelowo, w kolko, zagubiona. Ubrana jest w letnia sukienke w kwiatki, z pogodna falbanka u skraju spodnicy. Narzucony na plecy sweterek zsuwa sie jej z ramion. Ciemne okulary nieskutecznie skrywaja oczy. Zaraz je zdejmie zreszta, popatrzy wprost. Nic w niej nie jest wyrachowane, skladne. Praktyczne ma tylko buty, wygodne, na plaskim obcasie. To obuwie kogos przyzwyczajonego do dalekich wedrowek. Obuwie uchodzcy. Tylko ze teraz nie ma dokad isc. Nie ma nic w zyciu. Nic poza ta rozpacza przepastna i jesli sie tylko uda - zemsta.
Kiedy Jazon zjawia sie wreszcie na scenie, biegiem zaraz po wyroku wygnania wydanym przez Kreona, chce zapewnic Medee, ze staral sie temu zapobiec. Przekonac, ze jest nadal jej i dzieciom, oczywiscie, przyjazny. Troche moze sie boi, co tez ona wymysli wobec nowych przeciwnosci, lecz tak naprawde nieswiadom jest glebi jej furii. Chcialby zgody, przeciez moglby pomoc, zwlaszcza teraz, kiedy bedzie zieciem krola. Medea jeszcze probuje tlumaczyc, prosic: winny mi jestes wdziecznosc, tyle dla ciebie poswiecilam. Zlamales przysiege. Co mozna odpowiedziec? Nam tez sie wydaje, ze Jazon nie ma racji, ktore moglby przeciw jej oskarzeniom przedstawic. Jakiez to zludzenie.
Bo gdy Jazon, niedbale ubrany w tenisowki, podkoszulek i sportowe spodnie, wbiega - przystojny, silny, dobrze odzywiony, zadowolony z siebie, wrecz dumny z sukcesu, ze znalazl laske krola, jego zywotnosc jest najskuteczniejsza bronia. Slepa nieswiadomosc przeraza, ale radosna fizycznosc bytu oszalamia. On nie musi nic usprawiedliwiac. Nic mowic. Medea przy nim staje sie cieniem.
I to wszystko na scenie widac. Dlatego uwazam, ze przedstawienie jest genialne.
Przyznaje to z oporem, bo tyle mam zastrzezen. A jednak sklaniam
glowe przed inteligencja koncepcji, przed tym, ze tak wyraziscie
odslania przed nami - warstwa po warstwie - bogactwo sztuki.
Kilka juz razy ogladalam Medee piekniej wystawiona,
lepiej zagrana, dziwniejsza lub elegantsza. Lecz nigdy tak
niebezpieczna, tak zmuszajaca do myslenia. Obysmy mieli szanse
ogladac wiecej przedstawien mylacych sie po stronie madrej
prowokacji, gry aktorskiej przesadnej, lecz natchnionej, a
przede wszystkich porywajacych sie na wielka sztuke.
Bo sztuka Eurypidesa jest wielka. Pokazuje bezwzgledna samotnosc cierpienia. Medea, bezdomna, bez miejsca na ziemi, tonie. Stracila kotwice swego zycia. Coz z tego, ze bedzie sie jej wypominac, ze kotwica od poczatku byla marna. Coz z tego, ze bedzie sama sobie wyrzucac, ze byla glupia, ze Jazon nie wart, by zdradzic dom rodzinny, ojczyzne. Nikt nie jest wart, by poswiecic wszystko i zaprzec sie siebie.
Pozbawiona opieki bliskich, wsparta tylko ciekawoscia gawiedzi, Medea nie moze wyjsc poza krag ciemnosci. A zycie toczy sie dalej. Kipi. Kucharze szykuja smakowite potrawy. Panna mloda sie stroi. Ojciec dba troskliwie o jej bezpieczenstwo.Tylko dla Medei skonczylo sie wszystko. Dla innych zycie co najwyzej zawieszone jest na chwile, na moment uwagi, ktory jej poswieca. Kleska, odwrotnie niz zwyciestwo, pozostaje zawsze gorzko osobista.
Ale sztuka jest takze o tym, jak bol i rozpacz, nieutulone pociecha, narastaja w bezradnosci osamotnienia. Przeradzaja sie w gniew. Gniew - nieokielzany rozumem - zywi sie soba. Pozbawia gruntu do lepiej wywazonych decyzji. Niszczy nie tylko tych, przeciw ktorym jest skierowany. Niszczy wroga, albo tego kogo na wroga wyznaczasz, ale niszczy takze innych wokol, niszczy ciebie.
Sztuka jest o barbarzynstwie: zderzeniu wartosci kultur. Dla Jazona fakt, ze Medea dzieki niemu mieszka w Grecji, slawna wsrod Grekow, przewaza na szali ocen. Z bezdrozy obcego swiata przywiodl ja do centrum cywilizacji, wyzwolil spod dyktatow tyrana, oferowal szanse dobrodziejstw rzadu prawa. A ona sie skarzy, ze jej loze opuscil! Jazona przeraza dzikosc jej gniewu, sila zazdrosci. Zaden Grek, Jazon jest pewny, do tak okrutnych czynow by sie nie dopuscil.
Ale Jazon nie widzi, ze ciagnal zyski bez najmniejszych wahan z jej zdradzieckich czynow. Dzieci takze chetnie plodzil. "Barbarzynski" brak umiaru i bezwzglednosc przerazily go dopiero, kiedy przestaly sluzyc jego interesom i obrocily sie przeciw niemu.
Sztuka jest wiec o niebezpieczenstwie barbarzynstwa w kazdym z nas. O zlej karcie losu i utracie tego, co uwazasz za najcenniejsze, ale takze o przyzwoleniu sobie w egoizmie rozpaczy niewidzenia niczego poza wlasna kleska. Jest o barbarzynstwie bezmiernego gniewu - czy to kobiety z Kolchidy czy mezczyzny z Aten.
W koncowej scenie w inscenizacji zespolu z Dublina, odwrotnie
do wskazowek Eurypidesa, Medea nie ucieka z Jolkos, uratowana
interwencja Slonca, boskiego przodka. Pozostaje na scenie
wykonczona wysilkiem planowania zemsty, zadaniem dobrze wykonanym.
Nawet ciala dzieci juz gdzies schowala. Siedzi krwia zamordowanych
synow umazana, w przezroczystej pelerynce, w ktora sie przebrala
przezornie, resztka jasnosci umyslu kierowana, by nie splamic
sukienki. Razem z nia, w zakletym uscisku, bezradny wobec
zniszczen siedzi Jazon. Dopiero teraz poznaje smak rozpaczy,
ze nie moze sie z dziecmi pozegnac, nawet ich pogrzebac.
Oto prawdziwe ofiary. Nie Medea, ktora tak wspaniale potrafi sie zemscic. Nie Jazon, ktory sam sobie los wybiera. Prawdziwe ofiary to ci mlodzi. Dziewczyna, ktora Kreon zdecydowal oddac Jazonowi: Glauke? Kreusa? Imie niewyraznie zapisane zostalo w legendzie, choc znamy dokladny opis jej konania, otrutej zdradzieckim podarunkiem Medei.
Dwoje dzieci, ktore pozostaja bezimienne nawet w sztuce skonstruowanej wokol ich morderstwa. Zapomniane przez matke oslepiona pragnieniem zemsty. Przez ojca wobec "racji wyzszych".
Dzieci spisane na straty w rozgrywkach doroslych. Jesli uda im sie przezyc, tez beda mogly dopominac sie odplacenia krzywdy. Moze stana sie godnymi nastepcami rodzicow. Korzystajac z przywilejow cywilizacji, lecz sprawnie mordujac dalej. Wszyscy sluszni w gniewie. Pelni racji. Wszyscy przegrani.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |