[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (18 pazdziernika 2002)


KRZYSZTOF CWIKLINSKI

Wrrr... wrrr... wrrr...
No, no, no!!!

Kiedy krol norweski Haakon VII wreczal wdowie po Roaldzie Amundsenie nadany mu posmiertnie najwyzszy i najbardziej zaszczytny order, zwrocil sie do niej ze slowami:

- Jakiez to musialo byc dla pani szczescie dzielic zycie z najpiekniejszym czlowiekiem epoki.

- Alez, Wasza Krolewska Wysokosc - odparla pani Amundsen - to byl najokropniejszy czlowiek, jakiego w zyciu spotkalam.

Niemiecka uczona Linde Salber w jednej ze swych ksiazek napisala, ze ludziom niezwyklym, przede wszystkim artystom, ktorzy rowni sa wladcom i kaplanom, wolno wiecej niz innym, a zatem wolno im wszystko. Mozna by wiec pokusic sie o stwierdzenie, ze czlowiek niezwykly, chocby i swa niezwyklosc nie wiadomo jak starannie ukrywal, musi byc czlowiekiem nie do wytrzymania, choc z drugiej strony moze to byc nawet urocze, zwlaszcza gdy przyjrzec sie temu z dystansu. Z bliska kazdy zdaje sie byc jakby mniej interesujacy, ale iluz to ludzi tak naprawde dane nam jest ogladac z bliska? Gdy skrocic dystans, widac kogos zupelnie innego. Ta innosc moze byc pociagajaca i moze budzic sympatie, z pewnoscia tez moze powiedziec wiecej o czlowieku niz pomnikowa monografia jego zycia i dziel.

Tadeusz Sulkowski byl znakomitym poeta i niezwyklym czlowiekiem. Nie doczekal sie co prawda pomnikowych monografii ani zbiorowych edycji dziel, ale rodzinne Skierniewice uhonorowaly go ulica, tablica pamiatkowa na domu, w ktorym sie urodzil, i posmiertnie nadanym honorowym obywatelstwem. Doczekal sie natomiast tego, co bodaj najwazniejsze - trwalego miejsca w pamieci innych, ktore zajal bardziej jako czlowiek niz jako artystyczna indywidualnosc, choc pozycji posrod najlepszych nikt mu juz dzis nie odmowi. Gdy przed dwoma laty, a wiec w czterdziesci lat po smierci poety mialem okazje byc w Londynie, ciagle tam jeszcze opowiadano o Sulkowskim, ciagle jeszcze bawil i wzruszal, jakby nigdy nie odszedl, a raczej jakby wyszedl tylko na chwile i zaraz mial wrocic. Opowiadano o czlowieku, ktory byl skladnica osobliwosci, nie o artyscie, bez ktorego trudno sobie wyobrazic wspolczesna poezje polska.

Sulkowski - poeta, dziennikarz, polonista i nadzwyczajny oryginal, czlowiek jakby oderwany od zycia i skrajnie niezaradny, zmobilizowany w marcu 1939 roku, po kampanii wrzesniowej dostal sie do niewoli niemieckiej. Po wyzwoleniu z oflagu dotarl do Wloch, do II Korpusu, a z nim do Anglii, do kolejnych obozow, w ktorych demobilizowac sie mialy polskie jednostki. Jednym z takich obozow byl Stanley Park kolo Blackpool. Tam poznal go Olgierd Terlecki.

"Nie wiem, czemu akurat Sulkowskiego upatrzyla sobie nasza komenda na funkcje tak zwanego oficera kasynowego - wspominal po latach autor Piatego zywiolu. - Najdoslowniejsza proze zycia zwalono akurat na poete. (...) Zalozono wiec kasyno w Stanley Park. Wyznaczono kucharza, wyznaczono kuchcikow i mianowano oficera kasynowego, ktory kucharza z kuchcikami trzymac mial w ryzach.

Ale wyszlo calkiem przeciwnie. To wlasnie kucharz z kuchcikami z oficera kasynowego zrobili sobie pomocnika. Byl to na pewno jedyny tego rodzaju przypadek w dziejach Wojska Polskiego. (...)

Kucharzowi z kuchcikami nie chcialo sie gonic rankiem do miasta; raz i drugi zgotowali wiec obiad bez zadnych dodatkow, a potem zaproponowali chytrze Sulkowskiemu ´zeby pan porucznik rozejrzal sie za jakas jarzynaª. Pan porucznik pojechal wiec rozejrzec sie, namowiwszy mnie wprzod, abym mu towarzyszyl. Nie moglem odmowic; byl przeciez zupelnie bezradny. Po angielsku nie mowil ani slowa, nie wiedzial, do jakiego wsiasc autobusu, nie rozumial, ile za co zadaja, nie za bardzo jeszcze sie wyznawal w zawilosciach brytyjskiego systemu monetarnego. Kiedy znalezlismy juz owe nikczemne targowisko, nie zwlekajac kupil od razu cala torbe roznosci. I tak utarl sie obyczaj: przynajmniej co drugi dzien porucznik Sulkowski jezdzil na targ i przywozil osobiscie kapuste czy cebule, nie umiejac w swej skromnosci zaprotestowac, zwymyslac kuchcika i pogonic go do galopu.

Chcielismy to zrobic za Sulkowskiego, ale stanowczo zabronil. Wtedy Czyzowski nazwal go Swietym Tadeuszem Kasynowym".

Niebawem "kanonizowano" go powtornie, tym razem pasujac na Emigracyjnego Swietego Sebastiana przeszywanego niewidzialnymi strzalami codziennego cierpienia, gdyz bodaj nikogo innego czarna emigracyjna rozpacz nie ranila tak gleboko i dotkliwie. Sulkowski po prostu nie nadawal sie na emigranta - przy nim Jan Lechon byl do tego wprost stworzony. Wszystkie dopusty emigracyjnej niedoli skupily sie wlasnie na nim i bily wen jak w tarcze. Poeta szarpal sie, ale nie buntowal. Z pokora przyjmowal swoj los.

W marcu 1948 roku, dzieki wstawiennictwu znanej pisarki Herminii Naglerowej, profesor Stanislaw Stronski, prezes Zwiazku Pisarzy Polskich na Obczyznie, powierzyl Sulkowskiemu stanowisko administratora Domu Pisarza Polskiego przy Finchley Road na londynskim Hampsteadzie. Chcac mu pomoc, i tym razem cala proze zycia zrzucono na poete. Ta dosc nieprecyzyjnie okreslona funkcja byla w istocie wieloraka: poeta byl tam jednoczesnie sprzataczem, ogrodnikiem, poborca komornego i strozem wykonujacym dorywczo obowiazki slusarza, hydraulika, elektryka i stolarza. Sulkowski nigdy wczesniej tego nie robil i najzwyczajniej nie znal sie na tym, dzielnie jednak podjal wyzwanie.

Jan Bielatowicz wspominal: "Sulkowski czul sie w atmosferze Finczlejowa jak ryba w wodzie. Zwyklo sie nawet mawiac, ze byl to dom specjalnie stworzony dla niego. (...) Od jego humorow zalezalo zaplacenie na czas rachunkow, a tym samym doplyw pradu, gazu, dostawa wegla. Gdy mu tak wypadlo, jadalnia w sam obiad zalana byla woda, drzwi na osciez otwarte od ulicy w najwiekszy mroz, krany ciekly tygodniami, schody ogolocone z dywanow grzmialy kosmicznymi halasami, palnikow gazowych nie przetykalo sie tak zaraz, korkow nie wymienialo sie pospiesznie. Jesli Sulkowski chcial, w jadalni lub salonie rockendrollowano przy radiowej sarabandzie, jesli mu sie podobalo nie zamiatac caly tydzien, trudno bylo przebrnac przez szance smiecia do pokojow, jesli strzygl trawe, to dzien w dzien, do zupelnej golizny, a jesli nie strzygl, to ogrodek porastal jak step burzanami. Regularnie co pol roku przychodzil pozew na ozdobnym pergaminie na rozprawe o niezaplacenie renty gruntowej. Dom wpadal w poploch, ale Sulkowski uwielbial takie dramaty. Nigdy nie zaplacil renty przed pozwem, choc kosztowalo to dodatkowo funta".

Przez dwanascie lat sprawowania prawie ze absolutnej wladzy na Finczlejowie urosl Sulkowski do miary postaci legendarnej. Opowiadano anegdoty o tym, jak to ogrodek uprawial lyzka lub widelcem, jak to uparl sie przesadzac roze, ktore natychmiast uschly, jak to sprzatanie domu przypominalo walke uzbrojonego w szczotke czlowieka z przedmiotami, jak to zainstalowal na drugim pietrze domu dzwonek dla przywolywania mieszkancow do telefonu, a ktory to mieszkancy nieustannie psuli, gdyz ryczal okropnym glosem i moglby na nogi postawic nawet umarlego. Ale najwiecej anegdot poswiecono jego absolutnej, doskonalej nieznajomosci jezyka angielskiego.

Istotnie, znakomity poeta byl jedynym w swoim rodzaju antytalentem jezykowym. Rzucony w ogrom Londynu poruszal tam sie po omacku, zagubiony i - gdyby nie przyjaciele - calkowicie bezradny, a przeciez nie mogl sie zamknac w polskiej enklawie! Nie mogl nieustannie wmawiac sobie, ze Hampstead to Skierniewice! Chcac nie chcac, chocby tylko z racji sluzbowego obowiazku kontaktowac sie musial z obcym zywiolem. Bywalo to nieraz tragikomiczne.

"Generalne remonty odbywaly sie w tym domu wlasciwie bez ustanku - wspominal przyjaciel poety, Kazimierz Sowinski. - Jak nie nawalal dach, to okna, a przede wszystkim rury - dopiero w tym kraju widac, ile w kazdym domu musi byc rur - i instalacje, szczegolnie z gatunku sanitarnych. Wszystkie te naprawki robil majster murarski Mr. Able. Wzywanie pana Able do domu przy Finchley Road to bylo jedyne zdanie, jakiego sie Tadeusz w tutejszym jezyku nauczyl, przynajmniej w tym stopniu, ze potrafila go zrozumiec pani Able. Telefoniczna rozmowa Tadeusza z malzonka majstra wygladala nieodmiennie w ten sposob:

- Please mister Able tomorrow one o'clock three twelve Finchley Road.

Ze sluchawki dochodzily jakies elokwentne wywody pani Able, ze tomorrow to absolutnie niemozliwe, a jesli nawet, to nie at one, a Tadeusz znowu:

- Please mister Able itd.

Przepowiedziawszy po trzykroc swoj zapas angielszczyzny odkladal sluchawke.

A nastepnego dnia, punktualnie o pierwszej, zjawial sie w swojej wlasnej osilkowatej osobie Mr. Able".

Nie zawsze jednak sprawy szly tak gladko i po mysli Sulkowskiego. Bywaly sytuacje wprost dramatyczne, ktorym poeta samotnie stawic musial czola. Zdarzylo sie kiedys, ze powaznej awarii ulegla instalacja wodna, pekly rury i domowi grozilo kompletne zalanie.

Przerazony i zdesperowany Sulkowski, odnalazlszy jakims cudem w ksiazce telefonicznej numer pogotowia wodno-kanalizacyjnego i wybrawszy ten numer, krzyknal rozpaczliwie do sluchawki:

- Water, water!!! Plum, plum, plum!!!

Krzyczal tak dlugo i tak rozpaczliwie, az ustalono z jakiego numeru dzwoni i wyslano pod odpowiedni adres ekipe techniczna, ktora zazegnala potop.

Innym znow razem poete rozbolal zab, udal sie wiec do dentysty. Gdy wszedl do gabinetu i strwozony skulil sie w fotelu, dostrzegl naraz stojaca w bliskosci dentystyczna wiertarke. Wowczas zbladl i wymamrotal:

- Wrrr... wrrr... wrrr... No, no, no!!!

Poskutkowalo. Dentysta rozesmial sie i zawolal:

- Jeszcze Polska nie zginela! Ja jestem z Radomia.

I podobno wyrwal Sulkowskiemu zdrowy zab.

Zapamietano poete parzacego sobie kawe w kuchni po kostki zalanej woda, ktorej zdawal sie nie czuc i nie widziec, zapamietano go z kazdego ranka monotonnie zawodzonych falszywym glosem Godzinek, z jego badz to cholerycznego miotania sie po domu, badz to snucia tak cichutkiego, ze i duch nie chodzilby ciszej. Zapamietano go z jego raz to szat dziadowskich, w jakich zwykl ukazywac zmeczona i brudna twarz robotnika, raz to z eleganckich i perfekcyjnie wyprasowanych garniturow i bialych koszul, w jakie z kolei stroil sie przed wyjsciem na koncert lub do teatru. Dziwiono sie temu, bo z koncertem pol biedy, ale ze spektakli Sulkowski nie rozumial ani slowa.

Zapamietano jeszcze i to, ze mial niewyczerpana zdolnosc mistyfikacji, nigdy bowiem nikomu nie odmawial, ale tez i nigdy, zwlaszcza gdy chodzilo o jego osobista korzysc, obietnicy nie spelnial; odsuwal ja w blizej nieokreslona przyszlosc, a potem wynajdowal cala mase nieprzezwyciezalnych przeszkod. Nie pozwalal sobie pomagac. Wybieral zawsze prace najbrudniejsze i najciezsze, przywdziewajac na te okazje kostium i mine potepienca. Gdy jednak probowano mu pomoc, awanturowal sie i krzyczal:

- Alez ja wcale nie chce, zeby mi bylo lepiej!

I tak juz zostawalo. Najmowal sie do sprzatania mieszkan, do przenoszenia mebli, do ciezkich prac w drukarniach, np. u jugoslowianskich emigrantow. Pracowal ponad sily, pomimo nieublaganie rozwijajacej sie choroby serca. Ta wreszcie powalila go w 53. roku zycia, w nocy z 26 na 27 lipca 1960 roku. Znaleziono go lezacego obok lozka z reka wyciagnieta w strone fiolki z nitrogliceryna, zastygla w ostatnim rozpaczliwym gescie.

Jedna z bywalczyn Domu Pisarza miala zwyczaj mowic: "Emigracja? Toz to zycie pozagrobowe! Coz czlowieka spotkac moze gorszego?". Sulkowski dodawal wtedy od siebie: "Rzucic to wszystko, skryc sie gdzies, niech sie dzieje, co chce". Jednak nie rzucil tego wszystkiego, a ucieczki szukal i znalazl ja w sztuce - to byl prawdziwy azyl i wlasciwa ojczyzna poety Tadeusza Sulkowskiego, w ktorym byly jak gdyby dwie osoby, sprzeczne z soba i niepogodzone, ale obie bogate i fascynujace, obie jakby swiadome niewspolmiernosci zycia i poezji. Fakt, ze Sulkowski bywal raz to uroczy, raz uciazliwy, raz lagodny, raz znow impetyczny, raz smiertelnie powazny, raz podejrzanie wesolutki, ze raz to stronil od ludzi, raz torturowal ich swoja obecnoscia nieczuly nawet na fizyczne zmeczenie, zjednal mu ludzka zyczliwosc, nie niechec. Kazdy, kto znal go blizej, wiedzial, ze cierpial cierpieniem prawie kosmicznym i niemozliwym do zlagodzenia. Byl niewatpliwym dziwakiem, ale jego dziwactwa dodawaly mu swoistego uroku i nigdy nie szkodzily innym. Pozostaly po nim i trwaja w anegdotach opowiadanych przez coraz mniej licznych naocznych swiadkow przy emigracyjnych herbatkach.

W swym posmiertnym wspomnieniu dzis juz takze niezyjacy Tadeusz Nowakowski zapisal: "Ogarnelo mnie podejrzenie, ze ten skomplikowany psychicznie czlowiek, czlowiek nieszczesliwy, trawiony tajemna goraczka cierpienia i pokuty, na nasz widok umyslnie rzuca sie na kolana, ze chce byc nieszczesliwym i cierpiacym popychadlem i pariasem, chce sie przed swiatem i przed nami upokorzyc, i dlatego czy trzeba, czy nie trzeba z taka desperacja chwyta za wiadro i szczotke. Tym bardziej ze wysilkom jego, jakze przekraczajacym fizyczne mozliwosci pokutnika na pokaz, braklo racjonalnego tla i motywu, brud go bynajmniej nie razil i im wiecej czyscil i szorowal, tym brudniej bylo w przytulku. Byly to wiec zwykle gesty rozpaczy. Jakies tajemnicze, dramatyczne sygnaly Morse'a, wydobywajace sie z samego dna duszy. Zawsze mialem wrazenie, ze nasz socius doloris w niewidzialnej wlosiennicy jest jak gora lodowa: tylko nieznaczna czesc siebie ujawnia na powierzchni, ponad fala zycia, cala zas istota jego duchowego bytu, pogmatwana, niedostepna, nieczytelna dla otoczenia, ukrywa sie w mrocznej glebinie".

Byl jednym z najciekawszych ludzi swojej epoki, choc nie ma pewnosci, czy ta wlasnie epoka byla dla niego odpowiednia. Byl nim bez watpienia, choc o tym akurat milcza biograficzne hasla i uczone rozprawy, choc nie mowi sie o tym podczas naukowych konferencji. A szkoda byloby utracic tego Sulkowskiego, ktory draznil, bawil i zadziwial, na wylaczna korzysc Sulkowskiego, ktory trwa jedynie w tworczosci.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail