MIROSLAW A. SUPRUNIUK
W kregu kultury
anglosaskiej
Z prof. Jerzym R. Krzyzanowskim rozmawia Aleksandra Ziolkowska-Boehm
(dokonczenie)
Aleksandra Ziolkowska-Boehm: - Napisal Pan, ze Rosja jest w Pana pisarstwie problemem centralnym. Prosze rozwinac te mysl.
Prof. Jerzy R. Krzyzanowski: - Z zagadnieniem stosunkow polsko-rosyjskich zetknalem sie w sposob bardzo osobisty i bardzo dotkliwy - jako mlody czlowiek, zolnierz Armii Krajowej, zostalem w 1944 roku deportowany na trzy lata do sowieckiego obozu. Stosunkowo wiec wczesnie zrozumialem role Rosji w zyciu kazdego z nas, w zyciu calego kraju w okresie powojennym. Potem, juz w USA, odbylem staranna praktyke slawistyczna znowu z glownym naciskiem na sprawy rosyjskie, dominujace na tutejszych uniwersytetach. Do mnie sprawy te doszly mocniej do glosu w latach 70., gdy zaangazowalem sie aktywnie w dzialalnosc Polnocnoamerykanskiego Studium Spraw Polskich, organizacji pracujacej przede wszystkim na rzecz powstajacej w Polsce opozycji. Szumnie tak zwana kariere uniwersytecka mialem wtedy wlasciwie poza soba, moglem sobie pozwolic na luksus osobistego wkladu w dzialalnosc zarowno Studium, jak i opozycji.
Zastanawiajac sie nad najwlasciwsza wkladu takiego forma, doszedlem do wniosku, ze zywym symbolem wszystkiego tego, co sie po wojnie stalo, byl wlasciwie jeden czlowiek, ktorego zycie bylo z tymi sprawami nierozlacznie zwiazane, a o ktorego tragiczny final otarlem sie niejako bezposrednio. Czlowiekiem tym, moim zdaniem, byl ostatni komendant Armii Krajowej, porwany i zameczony przez Rosjan general Leopold Okulicki. Tak sie stalo, ze kiedy w przeddzien Bozego Narodzenia 1946 roku przewozono mnie z jednego obozu do drugiego, moj konwojent wspanialomyslnie chcial pokazac mi Moskwe i zaprowadzil... pod mur Lubianki, tego najokrutniejszego wiezienia tamtych czasow. Wiedzialem, ze wieza tam generala, ale dopiero po latach dowiedzialem sie, ze byly to doslownie jego ostatnie godziny. Dogorywal bowiem w swojej celi i wkrotce potem zmarl. Bylem, jak sadze, czlowiekiem najblizszym mu wtedy fizycznie i duchowo, choc nie moglismy wzajemnie o sobie wiedziec. Totez wracajac myslami po latach do caloksztaltu spraw polsko-rosyjskich zdecydowalem, ze jest niejako moim moralnym obowiazkiem powiedziec o losach tego czlowieka, dac swiadectwo jego meczenstwu, oddac mu ostatni hold.
Nie bedac historykiem, nie probowalbym nawet napisac o nim inaczej niz w jedyny sposob, jaki uwazalem za mozliwy, a mianowicie w formie opowiesci biograficznej. W zbeletryzowanej gawedzie opowiedzialem o wszystkim tym, co stanowilo tresc zycia tak jego, jak calego wojennego pokolenia, do ktorego mam zaszczyt nalezec. I w ten sposob powstala ksiazka General. Opowiesc o Leopoldzie Okulickim, wydana w Londynie w przelomowym 1980 roku, a po dziesieciu latach wznowiona w Polsce jako Ostatni komendant. Byl to moj spozniony debiut powiesciowy, tym dla mnie cenniejszy, ze wysoko oceniony przez Stefanie Kossowska i wielu innych recenzentow. Sadze, ze to wlasnie sprawa Rosji, bedac w ksiazce problemem centralnym, zawazyla na moich dalszych pracach beletrystycznych.
- Dlaczego naukowiec wzial sie do beletrystyki? Prosze przyblizyc nam swoj cykl powiesci lubelskich.
- Recenzujac Generala, Stefan Korbonski, jeden z glownych wspolpracownikow Okulickiego w okresie okupacji, nazwal ksiazke "pomnikiem wystawionym generalowi Okulickiemu". Ale pomniki tym sie roznia od zwyklych ludzi, ze nie maja prawa miec zycia osobistego, tymczasem cala moja wiedza o literaturze podpowiadala koniecznosc wprowadzenia do powiesci watku romantycznego czy moze po prostu romansowego, intrygi wiazacej mezczyzne i kobiete, jako czynnika strukturalnie zasadniczego. Po przemysleniu siegnalem do okresu lat 1944-1947 na terenie Lublina, gdzie rozgrywaly sie sprawy majace zdecydowac o przyszlym ksztalcie Polski na nastepne lat 50. Chcialem pokazac, jak wydarzenia historyczne odbijaly sie na losach zwyczajnych, mlodych ludzi, jak decydowaly o ich osobistych losach. Wydawalo mi sie, ze ukazanie tych zwiazkow, w literaturze krajowej z koniecznosci przemilczanych, a na emigracji po prostu malo znanych, moze stanowic zgola fascynujacy material powiesciowy. I w ten sposob powstala najpierw Diana (1986 r.), potem Banff (1988 r.), a w koncu Ariadne (1998 r.). Wiaze je postac Jana Krzemienia, w okresie okupacji mieszkajacego w Lublinie i przezywajacego tam najpierw mlodziencze, niewinne romanse, potem zas, stopniowo, wraz ze swym otoczeniem wciaganego w orbite spraw w roku 1944, tak zasadniczo przebiegajacych w tym wlasnie miescie. Banff odbiega nieco od obu pozostalych ksiazek, mowi bowiem o roku 1981, a akcja ma miejsce w Kanadzie, jest jednak nie tylko kontynuacja dziejow doroslego tym razem Krzemienia, ale takze watkow poprzednich, tym razem rzuconych na tlo wprowadzonego w kraju stanu wojennego. Ciaglosc ludzkiego losu fascynowala mnie jako temat od dawna, staralem sie wiec opowiedziec o niej w tym cyklu. Czy mi sie udalo? Sadze, ze tak, a dobre recenzje zdawaly sie moje mniemanie potwierdzac, tym samym wprowadzajac mnie coraz mocniej na sciezke tworczosci powiesciowej. Czy byla to, uzywajac zrecznego sformulowania Kazimiery Illakowiczowny, literacka "sciezka obok drogi" naukowej, czy nowa droga? Mysle, ze bez wzgledu na to, jaka bedzie odpowiedz na to pytanie, na obie znalazlem dostatecznie duzo miejsca. Piszac bowiem powiesci nie zaprzestalem prac i publikacji naukowych, laczac je w sposob zgodny.
- Pana powiesc "Banff" wydal Instytut Literacki w Paryzu, "Diane" - Bicentennial Publishers w Nowym Jorku, "Ariadne" i nienalezaca do cyklu "Afrodyte" Wydawnictwo Norbertinum w Lublinie, a ostatnia, "Mysle, ze wroce kiedys", Polska Fundacja Kulturalna w Londynie. Sadze, ze dobrze by bylo, gdyby trzy powiesci lubelskiego cyklu ukazaly sie razem, tworza bowiem calosc. Sa takze pieknym, gotowym materialem filmowym, z ciekawymi watkami milosnymi, intrygujacymi bohaterami. Zapewne, gdyby ukazaly sie razem, zwrocilyby uwage filmowcow. Ale czy to koniec lubelskich watkow? Bohaterowie powiesci nastepnych to ludzie urodzeni w Wilnie, we Lwowie.
- W pewnym sensie koniec. Norbertinum, ktore uprzednio wydalo moje wspomnienia z partyzantki (U Szarugi, 1994 r.), ma jeszcze maszynopis tomu Opowiadania lubelskie, ktorych przez lata sporo sie nazbieralo. Jesli znajda sie pieniadze na ich wydanie, wroce do nowej tematyki, tzn. powiesci takich, jak dwie ostatnie, mowiacych o problemach zycia na dwoch kontynentach, w dwoch krajach.
- Jak trudno jest, mieszkajac stale poza krajem, sledzic poczynania wydawnicze i wydawac wlasne ksiazki w Polsce?
- Mysle, ze zna Pani te trudnosci z wlasnego, bogatego doswiadczenia. Sprawa zasadnicza to oczywiscie fundusze, zdobywanie pieniedzy na dotacje, szukanie, tak modnie teraz zwanych po polsku, sponsorow. Ostatnio wlasnie Norbertinum sprawilo mi mila niespodzianke, wydajac wlasnym kosztem drugie, poprawione wydanie mojej antologii Katyn w literaturze (2002 r.).
- Slysze, ze pracuje Pan nad nowa powiescia. Co bedzie jej trescia?
- Tak, mam na warsztacie, jak sie to mowi, nowa rzecz. Jej tresc mozna podsumowac klasycznym okresleniem "o zolnierzu tulaczu". To historia jednego z tych tysiecy Kowalskich, prostych chlopcow, ktorzy w 1939 roku poszli na wojne, nie majac pojecia, dokad ich losy zaprowadza. Moj bohater, warszawiak z krwi i kosci, przejdzie przez kampanie wrzesniowa, przez sowiecka okupacje Lwowa, obozy i epopeje II Korpusu, zostanie ranny pod Monte Cassino, trafi do Anglii, potem do Kanady i USA, by wreszcie u schylku XX wieku wrocic do swojej Warszawy. Bedzie to szerokie, panoramiczne podsumowanie losow calego pokolenia widziane z perspektywy emigracyjnej.
- Odwiedza Pan Polske regularnie od 1998 roku. Jakie sa Pana wrazenia i obserwacje? W swoich ksiazkach pokazuje Pan kontrast dwoch swiatow, przede wszystkim Polske i Stany Zjednoczone. Nie ocenia Pan bohaterow, widzi Pan jednak zasadnicze roznice, jakie pojawily sie w nich przez lata mieszkania w dwoch innych systemach, w innej rzeczywistosci. Te roznice i oddalenia sa jakby nie do przebycia. Bohaterowie ostatniej Pana powiesci "Mysle, ze wroce kiedys", ludzie bardzo sobie bliscy, kochajacy sie przez lata, mimo oddalenia, gdy spotykaja sie na nowo, wolni, nie decyduja sie na to, zeby pozostac razem. Nie zamieszkaja w zadnym ze swoich swiatow, ani polskim, ani amerykanskim, kazde z nich pozostanie we wlasnym. Czy Pana zdaniem mozliwe jest polaczenie takich dwoch odrebnych swiatow bez skazy czy wielkiego poswiecenia?
- Nie sadze. To nie tylko lata, ale najrozmaitszego rodzaju wplywy zmieniaja ludzi do tego stopnia, ze mimo najwiekszego uczucia, trudno by im bylo calkowicie zerwac ze swoim dotychczasowym zyciem, zmienic srodowisko i przyzwyczajenia. Polska amerykanizuje sie przerazliwie szybko, obawiam sie jednak, ze jest to przyjecie pewnych calkowicie powierzchownych form, niewiele wiecej. Bohaterowie mojej Afrodyte sa o tyle szczesliwi, ze przenosza sie do USA razem, razem buduja nowe zycie, razem stawiaja czolo nowym problemom. Ale czy wiele jest takich przypadkow? Dlatego powiesc nastepna konczy sie tak enigmatycznie, jak o tym mowi zapozyczony z sonetu Juliusza Slowackiego jej tytul: Mysle, ze wroce kiedys... Inteligentny czytelnik - a tylko na takich licze - musi sam sobie odpowiedziec na pytanie, czy prawda jest pierwsza, czy druga czesc tego dwuwiersza: Prozne marzenia - zegnam, zegnam cie na wieki.
- I w ten sposob zamyka sie niejako krag naszych tematow - znowu wracamy do problematyki amerykanskiej. Czy fakt, ze Pana ojciec, profesor Julian Krzyzanowski, spedzil cztery lata w Londynie jako wykladowca London School of Slavonic Studies, zawazyl w jakis sposob na Pana zainteresowaniu kultura anglosaska?
- Bez watpienia tak. Bylem wtedy malym chlopcem, ale wiemy, jak silnie przezycia tego najwczesniejszego okresu, ktory Anglicy nazywaja the formative years, pozostaja w psychice, a nawet swiadomosci dziecka, a potem dorastajacego chlopaka. Do dzisiaj pamietam wspaniale, zdumiewajace precyzja wykonania zabawki angielskie, jakie Ojciec przywozil za kazdym razem wracajac do kraju na wakacje. Nauczyly mnie szacunku do przedmiotow, pilnowalem ich i przechowywalem latami. A potem przyszedl okres czytania - najpierw sluchania wieczornych lektur Matki (nie bylo wtedy telewizji, a radio chwytalo tylko lokalne stacje), potem samodzielnego opanowywania tej najwspanialszej ze sztuk, a wszystko to odbywalo sie wlasnie w tym anglosaskim kregu kulturowym. Moj Ojciec byl ogromnym wielbicielem Conrada, lansowanego wtedy w Polsce przez Stefana Zeromskiego, kupowal wiec kolejno sie ukazujace tlumaczenia jego powiesci, potem zas, gdy dobrze opanowal znajomosc angielskiego, przywozil kolejne tomy tzw. Medallion Edition z roku 1925, i na nich doskonalil swoja znajomosc jezyka. Po wielu, wielu latach udalo mi sie zdobyc to wydanie, ktorego plocienne, granatowe okladki ze zlotym profilem pisarza stoja w moim gabinecie na honorowym miejscu. Czesto, bardzo czesto czytam te ksiazki w roznych trudnych momentach zycia. Jedna z pierwszych lektur, jakie pamietam, byl czytany przez Matke Murzyn z zalogi "Narcyza", przy czym, rzecz ciekawa, nie pociagala mnie egzotyka, ale ludzki dramat przetrwania w najtrudniejszych warunkach.
Stosunkowo szybko nauczylem sie czytac i od tego czasu pochlanialem ksiazki nalogowo. I znowu, z tego okresu doskonale pamietam opasly tom, jeden z najwspanialszych prezentow, jakie dostalem, a mianowicie Przygody mlodego zeglarza autorstwa innego marynarza, Fredericka Marryata, pisarza dzis calkowicie, choc nieslusznie, zapomnianego. Byl to prezent od profesora Romana Dyboskiego, najlepszego w Polsce anglisty, przyjaciela mego Ojca jeszcze z okresu studiow na Uniwersytecie Jagiellonskim, potem ze wspolnej odysei V Dywizji Syberyjskiej plk. Waleriana Czumy, a w latach 20. towarzysza lat londynskich. Podobnie jak u Conrada, w powiesci Marryata pociagala mnie nie tyle egzotyka przygod na Morzu Srodziemnym, co proces dorastania i dojrzewania mlodego marynarza, jego opisane z klasycznym anglosaskim poczuciem humoru wspolzycie z innymi zeglarzami ("Jestem zupelnie trzezwy, sir, ale zgubilem pantalony"), romantyczne zetkniecie z kultura hiszpanska, wszystko to, co dla chlopca w moim wieku bylo odkrywaniem nowych swiatow, nowych sytuacji i przezyc. Ksiazka, ktora mozna okreslic niemieckim terminem Bildungsroman, pomagala mi lepiej rozumiec nie tylko swiat wokol mnie, ale - co wazniejsze - samego siebie. Przez dlugie, dlugie lata byla to moja Biblia, wprowadzenie w krag kultury, ktora uczyla takich podstawowych wartosci, jak wiernosc, uczciwosc, szacunek dla innych i dla dobrze wykonanej pracy (a job well done). Jestem gleboko przekonany, ze te wartosci pozostaly na cale zycie.
Nie wiem, czy zauwazyla pani, ze kazda z moich powiesci ma motto wziete z Conrada, byl bowiem i pozostanie dla mnie niedosciglym wzorem sztuki pisania. A spotkanie i zblizenie do Conrada zawdzieczam wlasnie mojemu Ojcu, za co zawsze bede mu wdzieczny.
- Jedno jeszcze pytanie, tym razem o tematyce bardziej aktualnej. Wiem, ze wspolpracuje Pan blisko z amerykanskimi periodykami naukowymi. Czy mozna uslyszec pare slow na ten temat?
- Naturalnie, i dla mnie jest to temat bardzo bliski, wciaz aktualny, tym bardziej ze wiaze sie z moim amerykanskim debiutem pisarskim. Na University of Michigan studiowalem m.in. pod kierunkiem profesora Austina Warrena, wspolautora slynnej Teorii literatury. Na ktoryms z seminariow profesor, korzystajac z tego, ze studenci reprezentowali kilkanascie roznych narodowosci, zaproponowal jako temat pracy powiazania miedzy literatura naszych krajow ojczystych a literatura amerykanska. Poniewaz juz wtedy blisko interesowalem sie tworczoscia Hemingwaya, spostrzeglem, ze w jego powiesci Komu bije dzwon znajduje sie ciekawy polonik, postac Karola Swierczewskiego zakamuflowanego jako general Golz ("Ja w ogole nie mysle. Po co? Jestem general sovietique"), nigdy przez amerykanskich krytykow nie rozszyfrowana. Korzystajac ze zrodel i opracowan w kilku jezykach napisalem referat zatytulowany For Whom the Bell Tolls: The Origin of General Golz i prace przedlozylem profesorowi. Mimo ze, jak powiedzial, spodziewal sie po mnie tematu blizej zwiazanego z teoria literatury, referat ocenil wysoko i radzil opublikowac. Zlozylem wiec tekst w redakcji kwartalnika Polskiego Instytutu Naukowego The Polish Review (t. VII, 1962 r.), a publikacja wywolala polityczna burze, gdy "nieprzejednani" zaprotestowali przeciw rzekomej gloryfikacji komunistycznego generala. Natomiast Amerykanie rzecz przyjeli z uznaniem, a Carlos Baker, autor najobszerniejszej dotychczas pracy o Hemingwayu, zamiescil o niej sporych rozmiarow wzmianke w swojej monografii Ernest Hemingway. A Life Story (New York, 1969, s. 310). Od tego czasu dosc regularnie pisuje do The Polish Review, oglosilem tam kilka raczej rewelacyjnych rzeczy, takich jak np. listy Henryka Sienkiewicza do jego amerykanskiego tlumacza Jeremiaha Curtina.
- Chcialam zwrocic uwage na kwartalnik "World Literature Today", z ktorym wspolpracuje Pan regularnie. Jest to periodyk naukowy, wydawany w Oklahomie i majacy m.in. duzy wplyw na wybor kandydatow do slynnej nagrody Neustadt, zwanej amerykanskim Noblem. Trzech laureatow tej nagrody istotnie pozniej dostalo Nobla - Gabriel Garcia Marquez, Octavio Paz i Czeslaw Milosz. Temu ostatniemu poswiecono specjalny numer w 1978 roku.
- Tak, a w jedenascie lat pozniej WLT poswiecil Miloszowi drugi numer specjalny, do ktorego pisali polonisci amerykanscy mlodszego pokolenia - Bogdana Carpenter, Madeline G. Levine, Anna Frajlich, Louis Iribarne i inni.
- I nie tylko oni - zamiescil Pan tam ciekawe przypomnienie "Zniewolonego umyslu". Czy pisuje Pan tam od dawna?
- Od trzydziestu pieciu lat. Zajmuje sie glownie omawianiem polskich nowosci wydawniczych, uwazam bowiem, ze jest to najlepsze forum, na ktorym mozna pokazac, co sie biezaco w literaturze polskiej dzieje. Drugim, podobnym zadaniem bylo redakcyjne opracowanie wszystkich hasel z literatury polskiej dla nowego wydania (2001) slynnej Encyclopaedii Britannica.
- A inne czasopisma, nie tylko amerykanskie?
- Jest ich na emigracji coraz mniej. Najpierw odpadly Wiadomosci, potem Kultura. Pisuje jednak nadal do nowojorskiego Przegladu Polskiego i do organu Zwiazku Pisarzy Polskich na Obczyznie, rocznika Pamietnik Literacki. Ale te mozliwosci publikacji bardzo sie kurcza.
- Na szczescie istnieja jeszcze czasopisma krajowe.
- Tak, na szczescie. Ale czy pisarz emigracyjny ma do nich dostep? Tym otwartym pytaniem chcialbym zakonczyc w nadziei, ze odpowiedz bedzie pozytywna.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |