PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (20 wrzesnia 2002)


WOJCIECH JOZEF BURSZTA

Malinowski:
przede wszystkim "ja"

Kiedy w roku 1967 ukazal sie na zachodnim rynku ksiegarskim A Diary in the Strict Sense of the Term Bronislawa Malinowskiego, wielkiego badacza kultur prymitywnych i naszego rodaka, halas w swiatku antropologicznym podniosl sie niebywaly. Mityczna postac idealnego naukowca, w pelni rozumiejacego ludzi zwanych prymitywnymi, sympatyzujacego w swoich ksiazkach z odmiennymi formami zycia, zostala oto - i to przez samego Malinowskiego - pokazana z zupelnie innej strony. Malo, Malinowski sam siebie poddal, posmiertnie, wiwisekcji, niezbyt przylegajacej do idealnego obrazu herosa. Na kartach osobistego dziennika mamy wiec czlowieka z krwi i kosci, brzydzacego sie brudem, znudzonego, zniecheconego glupota swoich informatorow, teskniacego za Europa, bialymi kobietami, normalnymi potrawami, konsumowanymi w normalnej temperaturze i w odpowiednim towarzystwie. Choc pasja badawcza kazala mu jechac na daleki archipelag Wysp Trobrianda, Malinowski niekiedy dziwi sie: co mnie wlasciwie, do diabla, tutaj przywiodlo? Monotonia bytowania w srodku melanezyjskiej wioski jest niejako wzorcowa i nie dziwi radosc antropologa, kiedy moze udac sie do "swoich" - Brytyjczykow i innych mieszkancow "jego" swiata, pelniacych swoje kolonialne powinnosci nieopodal. "My" i "oni" to jednak inny swiat. Najwiekszym jednak kamieniem obrazy dla political corectness wspolczesnych (nie Malinowskiemu jednak, a wydawcom A Diary) antropologow, przede wszystkim amerykanskich, okazalo sie oslawione slowko niggers, ktory to epitet, obecny na kartach A Diary, pozostaje w jaskrawej sprzecznosci z pelnymi ciepla okresleniami, jakie znamy ze stronic Zycia seksualnego dzikich czy Argonautow Zachodniego Pacyfiku - dwoch sztandarowych pozycji nowoczesnej antropologii spoleczno-kulturowej. Malinowski to rasista - rozlegly sie najbardziej krancowe glosy. A inni, mniej moze ortodoksyjni i lepiej znajacy trudy etnograficznych badan terenowych, dodali i tak swoje: Mistrz jest dwulicowy, Mistrz jest zarozumialy, Mistrz zaprzeczyl samemu sobie (i glownej tezie antropologii przy okazji), ze "wszyscy ludzie sa rowni" oraz, ze mozna ich polubic, jesli tylko glebiej sie zanurzyc w meandry zycia jakze odleglego od naszych przyzwyczajen. Jak sie wydaje, najwiekszy spokoj zachowali dwaj wybitni antropolodzy - uczen Malinowskiego Raymond Firth i Clifford Geertz - amerykanski badacz, wslawiony badaniami na wyspie Bali. Pierwszy uspokajal rozgrzane umysly i nakazywal zrobic wprzody rachunek wlasnego sumienia; drugi zauwazyl cos innego: A Diary in the Strict Sense of the Term jest po prostu nudny, egotyczny i nigdy nie powinien ujrzec swiatla dziennego, bo to wlasciwie grafomania. Faktycznie, poza srodowiskiem osobiscie zainteresowanych siostr i braci w podobnym trudzie, dziennik niewielkie wzbudzil zainteresowanie czytajacej publicznosci.

Wiele lat po anglosaskiej premierze polski czytelnik dostal do rak nowe, znacznie poszerzone i niezwykle pieczolowicie opracowane wydanie zapiskow Malinowskiego. Po polsku brzmia: Dziennik w scislym znaczeniu tego wyrazu*. Grazyna Kubica, znana pani socjolog z Krakowa, wykonala iscie benedyktynska prace. Po pierwsze, odnalazla nieznane dotad i wczesniejsze dzienniki mlodego Malinowskiego, opracowala krytycznie i zestawila w ciag poprzedzajacy, logicznie, a przede wszystkim historycznie "wlasciwy" dziennik znany publicznosci zachodniej. Po drugie, jako ze wiekszosc notatek czynil nasz rodak po polsku, raz jeszcze starala sie rozszyfrowac rozne skroty, inicjaly, porownala oryginal z angielskim tlumaczeniem. Nie wspominam juz o notach o poszczegolnych postaciach, przypisach dotyczacych epizodow z zycia mlodego Bronka w Krakowie, Lipsku i Londynie.

Zaiste - imponujaca to robota i juz chocby dlatego warto siegnac po to opasle tomisko. Ale z gory przestrzegam - nie jest to lektura latwa, kasek jest zylasty niekiedy i - jakby to powiedziec najlagodniej - postac bohatera nie wychodzi w tym autoportrecie najlepiej. Jestem wprawdzie antropologiem, wiec jakze chetnie zagladam do kuchni i alkowy mistrzow mojej dyscypliny. Kto tego zreszta nie lubi? A Malinowski bywa szczery - jest taki nieustannie. Dla tych, ktorzy uwielbiaja sledzic meandry polszczyzny, wielka bedzie frajda passus o "autoerotyzmie" bohatera, watku czesto sie pojawiajacym, a dzisiaj kwitowanym banalnym "onanizmem".

Jednakze w momencie, kiedy dobieglem do konca lektury, pierwszym uczuciem bylo znuzenie i znudzenie. Wole "swojego" Bronka oficjalnego, bo i lepszy wowczas z niego pisarz, i lepszy mysliciel. A oto slow kilka na uzasadnienie powyzszego pogladu.

Bronislaw Malinowski byl z pewnoscia postacia nietuzinkowa. Jest zas po latach postacia wybitna, Ojcem-Zalozycielem antropologii w swiecie. Jedno, czego ucza nas jego dzienniki, to podstawowa lekcja, iz kiedy jest sie zdolnym niezwykle i dolozy do tego ambicje polaczona z pracowitoscia i systematycznym wysilkiem, musi sie odniesc sukces. A Malinowski mogl odniesc takowy zarowno w naukach scislych, w lingwistyce (pasja poznawania obcych jezykow wielce mu sie przysluzyla jako antropologowi), psychologii (studia w Lipsku pod kierunkiem uznanych slaw, wielkie sklonnosci ku wiwisekcji). Ale prawdziwe owoce szukania miejsca w zyciu czekaly nan w nauce, ktora laczy w sobie scislosc obserwacji z talentem do ludzi i wola pisania na wzor prozy idola, jakim byl dla autora pamietnikow Jozef Conrad.

Takim nieplewionym sadem byla antropologia, ledwie sie rodzaca do zycia na przelomie XIX i XX wieku. Ale Malinowski jeszcze o tym nie wiedzial. Dopiero pozniej okazalo sie, ze jednym z tworcow tej nauki w Anglii byl wlasnie on. Anglia zas to swiat, ergo funkcjonalna antropologia polskiego wprawdzie, ale jak najbardziej brytyjskiego "w smaku" i wygladzie Malinowskego, jest awangarda nauki swiatowej. Nasz bohater sam w to pozniej nie watpil, a mial ku temu racje. Data ukazania sie Argonautow Zachodniego Pacyfiku (1922) uwazana jest za poczatek naukowego, antropologicznego badania kultury innych ludow, opartego na dlugotrwalym pobycie w terenie i maksymalnym poznaniu kazdego elementu zycia ludzi, o ktorych opowiada sie potem czytelnikom w kolejnych dzielach. Dla Malinowskiego jego wlasna ultima thule byly wlasnie Trobriandy, o ktorych tak malo zachecajaco mozemy przeczytac w Dzienniku. Dlaczego "ziemia ostateczna", a nie pierwsza? Otoz - tak uwazam - Trobriandy byly tym ladem nieznanym, ku ktoremu Bronislaw Malinowski zmierzal, swiadomie i bladzac po mapie (gdzie jest bardziej "dziewiczo"?, czytamy w Dzienniku), aby wreszcie stac sie Antropologiem Wspanialym. I ladem ostatecznym - ultima thule antropologa uczciwego.

Malinowski "oficjalny" zaczyna sie i konczy na Melanezji - jako badacz, teoretyk i czlowiek spelniony naukowo. Ambicje Malinowskiego byly wszelako o wiele wieksze. Wychowany w mlodopolskiej atmosferze Krakowa i Zakopanego, blisko zaprzyjazniony z Witkacym i innymi postaciami owczesnej bohemy, przyszly mistrz antropologii funkcjonalnej i na terenie literatury nie zamierzal oddac pola zdolniejszym akurat w tym fachu przyjaciolom! W "Aneksie" do ksiazki Grazyna Kubica zamieszcza fragmenty jego tworczosci poetyckiej (chwala Bogu, ze poematy te nie ujrzaly druku!).

Bronislaw Malinowski byl osoba bardzo kochliwa, uczuciowa i sentymentalna. To jakby przeciwienstwo jego oficjalnej "twarzy" - czlowieka zdeterminowanego, wiedzacego, czego chce, ku czemu zmierza i jak to osiagnac (dyscyplina nade wszystko). Oswiadczal sie kobietom bez ustanku, zenil sie, uwodzil adeptki antropologii slowem (kto wie zreszta, jak to bylo), charyzma i intelektem. Warto wiedziec przy okazji, ze byl jednym z pierwszych angielskich dzentelmenow, ktorzy bez wahania przyjmowali kobiety na swoje seminaria, i to nie protekcjonalnie lub ze wzgledow "seksistowskich", ale jako antropologow takich samych, jak jego mescy koledzy z London School of Economics. Zdolnych do podjecia trudu wyjazdu gdzies na rubieze swiata, przetrwania tam i spozytkowania wyrzeczen i pasji dla dobra bozka, ktorego stworzyl - antropologii funkcjonalnej.

Nie zyja juz, poza stulatkiem Firthem, swiadkowie owczesnych heroicznych bojow o rownouprawnienie kobiet w nauce; nikt nie opowie nam, jakim czlowiekiem byl Malinowski, jeden z najwiekszych Polakow w szczuplym peletonie wybitnych rodakow, ktorych zna swiat. Tak, rzecz jasna, sa relacje, jak to zwykle mniej lub bardziej zawistnych konkurentow - i apologetyczne - uczniow/uczennic.

Dziennik podpowiada nam jednak trop inny, sprokurowany przez naszego bohatera i konsekwentnie przezen rozwijany. Malinowski uczynil bowiem swoje zapiski, jak najbardziej prywatne i raczej nieprzeznaczone do druku po smierci, swoistym laboratorium wlasnej duszy. I takim prywatnym laboratorium powinny zostac. Skoro jednak - najpierw Zachod, a teraz my sami dzieki profesor Kubicy, mamy w rekach i w oczach prywatnosc Mistrza, powiem, co nastepuje. Nie bylo warto!

Notatki Mistrza sa nieznosnie manieryczne, poczawszy od "Dziennika kanaryjskiego" (1908), a konczac na "wlasciwym" Dzienniku, czyli zapisach stanu duszy Europejczyka na Trobriandach. Wierze Redaktorom tomu, ze Malinowski sie zmienial, dojrzewal, robil kariere (jakby niechcacy - wynika z jego notatek). Co z tego, skoro trzeba naprawde dobrej woli i milosci posmiertnej do niego, aby przebrnac przez lekture. Zrobilem nawet eksperyment. Cale rzesze mlodych ludzi mialo przeczytac, nie wiedzac, kto to jest, fragmenty Dziennika (juz z lat "doroslych") i powiedziec: kto to moze byc? Odpowiedz byla jednoznaczna: hipochondryk, mitoman i egocentryk, jakich malo! Fragmenty byly wybrane bez zlosliwosci i bez z gory zalozonej tezy.

Od siebie tylko dodam - Malinowski byl maksymalnie zarozumialy w tych sferach zycia, gdzie jego pewnosc byla - paradoksalnie - niepewna. Wielka postac, co wcale nie znaczy, ze zapiski, ktore wielka postac czyni, rownie wielka przedstawiaja postac.

Dzienniki Bronislawa Malinowskiego to w scislym znaczeniu tego wyrazu "dzienniki". "Ja - przede wszystkim", ale na szczescie Bronislaw Malinowski napisal jeszcze kilka niesmiertelnych ksiazek. Warto jednak poczytac Dziennik w scislym znaczeniu tego terminu. Tu wielkosc Mistrza jawi sie w innym wymiarze.

Czytelnikom dedykuje dwa fragmenty Dziennika, jeden "mlodziezowy", drugi "dorosly", oba wybrane na chybil trafil. Niech ocenia sami.

W "Dzienniku kanaryjskim" czytamy: "Wczorajszy spacer jest niepowodzeniem: nie wznioslem sie na wyzyny swobodnego, spokojnego oddania sie naturze: bylem zmeczony (jak zawsze - W.J.B.), nie potrafilem na miejscu przezwyciezyc zmeczenia; opadaly mnie mety. Z drugiej strony zle szedlem: nie powinienem byl zmeczyc sie" [s.51].

"Zeszyt trobrianski" zawiera zas taki fragment: "Problem etnograficzny wcale mnie nie zajmuje, au fond zyje poza Kiriwina, jakkolwiek w silnej nienawisci do negrow. Fizyczna wygoda i komfort wyborne: mieszkam w ich werandzie, jem doskonale i poza lekkim zdenerwowaniem, czuje sie swietnie. Wieczorami czytujemy po francusku. Fedra Racine'a nie robi na mnie duzego wrazenia. Proza Chateaubrianda i poezje Victora Hugo znacznie wieksze. Mowie po francusku dosc biegle. Jestem w stanie sformulowac moje idee lingwistyczne Rafaelowi bez trudnosci. O E.R.M. nie mysle duzo, ale wszystkie erotyczne Regungen ida ku niej. Mam takze silne tesknoty uczuciowe za N.S. Moral: absolutnie i pod zadnym pozorem nie wolno mi wyjsc tak kompletnie z mojej samotnosci i dojsc do takiego stanu roztrzesienia" [s.623-4].

Chwala Bogu, antropologia wzbogacila sie o dziela wiekopomne w momencie, kiedy Bronek nie byl roztrzesiony i...przestal pisac dzienniki - zapiski stanow uczuciowych. To kolejny dowod dla tych, ktorzy jednak oddzielaja Dzielo od Zycia Mistrza. Sam Malinowski zrobil to zreszta wybornie.

---------------------

* Bronislaw Malinowski, Dziennik w scislym znaczeniu tego wyrazu, wstep i opracowanie Grazyna Kubica, Wydawnictwo Literackie, Krakow 2002, s.792. Cena 40 dol. +6,50 dol. porto. Do nabycia w ksiegarni Nowego Dziennika

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail