ANNA SUDLITZ
Kronika Powstania Warszawskiego
w Programie III PR w roku 1981
Nie mozna powiedziec, ze w czasach Peerelu kolejne rocznice powstania warszawskiego przechodzily niezauwazone na antenie Polskiego Radia. Corocznie pierwszego sierpnia w kazdym programie mozna bylo uslyszec wywiad z kims, kto powstanie przezyl lub w nim walczyl, fragmenty pamietnikow np. zolnierzy baonu "Zoska", audycje poetycka, rozbrzmiewaly powstancze piosenki. Ja rowniez przygotowalam w latach siedemdziesiatych taka rocznicowa audycje dla Programu III. Nagralam wspomnienia zony AK-owca, ktora z dwojgiem malych dzieci przezyla powstanie w Srodmiesciu, byla ranna, glodowala, pod obstrzalem nosila wode z sasiedniej ulicy i zboze z browaru Haberbuscha, w spalonym domu stracila wszystko, co posiadala, a mimo to mowila o tym okresie bez zalu i goryczy. To byla moja matka.
Marzylo mi sie jednak opracowanie dla radia cyklu audycji, w ktorych historia powstania bylaby przedstawiona dzien po dniu na podstawie dokumentow i relacji nieznanych i niedostepnych wtedy sluchaczom; krotko mowiac ,rzetelna, obiektywna kronika. Pomysl nie byl nowy. Pierwsza probe spisania takiej kroniki podjeli AK-owcy, byli powstancy, zaraz po wojnie. Z inicjatywy Waldemara Baczaka, zolnierza z pulku "Baszta" walczacego na Mokotowie, zbierali sie w jego mieszkaniu i odtwarzali glownie dzialania bojowe w walczacej Warszawie. Ich ustalenia byly publikowane w Gazecie Ludowej (organie Mikolajczykowskiego PSL-u) w sierpniu i wrzesniu 1946 roku i sygnowane inicjalami W.B.
W latach siedemdziesiatych materialy zrodlowe do okresu powstania byly juz bardzo bogate, ale istotna ich czesc ukazala sie na Zachodzie, a wiec podlegaly tak zwanemu "zapisowi". Dzisiejsi maturzysci ledwo raczkowali w czasach, kiedy panowala cenzura, wiec jakies "zapisy" uwazaja za wrecz absurdalne i nie pojmuja, jak w ogole mozna bylo im sie podporzadkowywac. Szczesciarze!
Niektorzy humanisci dorabiali sobie wowczas prowadzac wyklady "jak wykrywac podteksty w tekstach" dla pracownikow urzedu kontroli kultury i nauki. (Wlasciwa nazwa tego urzedu wyleciala mi z pamieci.) Poniewaz jednak zaden inteligentny czlowiek nie zostanie cenzorem, wykladowcy uzyskiwali mierne rezultaty. I dobrze sie zlozylo, bo kiedy nastal niezapomniany rok 1981, cenzorzy, a nawet powazniejsi "decydenci" zagubili sie w natloku sprzecznych nakazow i zakazow. Uznalam wtedy, ze nadeszla pora, aby sprobowac w nalezytej formie zlozyc hold powstaniu warszawskiemu.
Bylo oczywiscie nie do pomyslenia, zebym sama mogla podjac ten temat, moja wiedza byla stanowczo niewystarczajaca. Potrzebowalam uznanego autorytetu historycznego, ktory z jednej strony nie skompromitowal sie w przeszlosci interpretowaniem historii dla propagandy komunistycznej, ale rownoczesnie jego nazwisko byloby do zaakceptowania przez moich radiowych zwierzchnikow. Wybralam sie z ta propozycja do Wladyslawa Bartoszewskiego, wowczas wykladowcy historii najnowszej na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim1). Za Bartoszewskim przemawialy jeszcze dwa wzgledy: umial mowic do mikrofonu (nagrywalam juz z nim wczesniej) i co znacznie istotniejsze - zamilowany bibliofil, posiadal ogromna biblioteke zasobna chyba we wszystkie publikacje emigracyjne oraz gazety i gazetki z okresu powstania, a nawet plyty z archiwalnymi nagraniami, wydane przez Radio Wolna Europa.
W jakim ksztalcie wyobrazam sobie Kronike i jego w niej udzial, przemyslalam dokladnie. Mialy to byc kilkunastominutowe audycje nadawane przez sierpien i wrzesien, zawierajace rzetelnie udokumentowane wydarzenia, jakie mialy miejsce danego dnia w walczacej Warszawie. On bedzie narratorem, a jego tekst uzupelnia rozkazy, meldunki, depesze i jak najwiecej relacji zyjacych jeszcze uczestnikow powstania albo fragmenty pamietnikow zmarlych lub przebywajacych na emigracji. Kazda audycje powinien ubarwiac wiersz albo piosenka.
Bartoszewski przyjal propozycje z mniejszym entuzjazmem, niz sie spodziewalam, ale ostatecznie zgodzil sie.
Zabezpieczona od strony merytorycznej udalam sie na pertraktacje z moim glownym szefem, naczelnym redaktorem Programu III. Byl nim w tym momencie Janusz Domagalik, utalentowany pisarz i w ogole swietny kolega. Wprawdzie lojalny czlonek partii, ale w panujacym wowczas politycznym chaosie probowal kierowac programem, odwolujac sie czesciej do zdrowego rozsadku niz racji ideologicznych.
Pomysl nadania Kroniki, przedsiewziecie w gruncie rzeczy szalone, bo czasu na jej przygotowanie zostalo niewiele (byl maj), a robota byla ogromna, spodobal mu sie. Wybor Bartoszewskiego uznal za wlasciwy, bo jak powiedzial, facet jest doswiadczony w bojach z cenzura, wiec bedzie wiedzial, kiedy sie zatrzymac. Jednak ostatecznej decyzji na "tak" jeszcze nie uzyskalam. W tamtych czasach nie do naczelnego, chociaz tak go tytulowano, nalezaly powazne decyzje programowe. Bywalo, ze kontrowersyjne problemy rozstrzygal zastepca. Poza tym koszt cyklu to byla powazna pozycja w budzecie.
Janusz Domagalik zapytal nastepnie, ktorego z aktorow widzialabym jako odtworce tekstow. Wczesniej przeprowadzilam sonde. W Teatrze Polskiego Radia jedna z inspicjentek byla obdarzona wspanialym, nazwalabym, "wechem" aktorskim, bezblednie wyczuwala ich mozliwosci i do kazdej roli potrafila dobrac najodpowiedniejszego. Rezyserzy pytali ja o zdanie, kiedy przyszlo im dobierac obsade sluchowiska, meldunki wojskowe, obwieszczenia, rowniez fragmenty wspomnien i wielka poezje. Ja nie mam uprawnien rezyserskich, a co wiecej - zadnych w tym kierunku umiejetnosci. Jezeli aktor zagalopuje sie, zanadto podkresli patos lub inne emocje, to nie potrafie go powstrzymac i cala audycja lezy.
Mania, bo tak ja wszyscy nazywali, nawet nie pozwolila mi dokonczyc. Tylko Zapas - stwierdzila kategorycznie - czyli Zbigniew Zapasiewicz. Wspanialy glos radiowy i wielki talent, ale takich byloby wielu. Zapasiewicz, kiedy sam siebie rezyseruje, wypada czesto lepiej, niz kiedy ktos czuwa nad nim. Sprawia to jego inteligencja, intuicja aktorska i poczucie godnosci zawodowej.
Slyszac nazwisko Zapasiewicza naczelny westchnal, bo aktor nalezal do czolowki najdrozszych, ale przyznal, ze nie moze byc zaden inny.
Pozniej ustalilismy, ze audycje beda wolne od jakichkolwiek efektow dzwiekowych: hukow, strzalow, pikujacych bombowcow, jekow rannych i okrzykow przerazenia. Kiedy na Starym Miescie eksplodowal czolg-pulapka podrzucony przez Niemcow i zginelo okolo trzystu osob, Zbigniew Zapasiewicz odczytal apel do mieszkancow okolicznych domow, zeby przejrzeli zakamarki i pozbierali szczatki ofiar, aby zapobiec ich rozkladowi i epidemii. Przeczytal niemal bezbarwnym glosem, ale ciarki chodzily po plecach, bo radio to teatr wyobrazni.
Nie czekajac na formalne zezwolenie od szefostwa programu, zabralam sie do pracy (dopiero w lipcu podpisano umowy z Bartoszewskim i Zapasiewiczem). W moim mieszkaniu wyrosla filia biblioteki Bartoszewskiego. Dla kazdego dnia powstania wyszukiwalam stosowne fragmenty z ksiazek i dokumentow. Rosla sterta maszynopisow i coraz realniejsza stawala sie tresc kilkudziesieciu audycji.
Kroniki mialy byc relacjami zyjacych uczestnikow powstania. Postanowilismy zwrocic sie do tych, ktorzy nie tylko odznaczyli sie podczas walki, ale w latach nastepnych wbrew wszelkim przeciwnosciom ukonczyli studia albo utrzymali sie w zawodach zgodnie ze swoimi zdolnosciami i zainteresowaniami.
Z reporterskim magnetofonem zaczelam ich kolejno odwiedzac, kazdego uprzedzajac, ze poniewaz wciaz nie mamy oficjalnego zezwolenia na nadanie cyklu, ich relacja byc moze pozostanie w moim prywatnym archiwum. Wszyscy wykazali zrozumienie.
Jerzy Stefan Stawinski, rezyser, pisarz, scenarzysta, jeden z tworcow tzw. polskiej szkoly filmowej, w powstaniu dowodzil kompania lacznosci w "Baszcie" na Mokotowie. W scenariuszu filmu Kanal (Andrzeja Wajdy) i powiesci Mlodego warszawiaka zapiski z urodzin odtworzyl w literackiej formie powstaniowe przezycia swoje i swoich towarzyszy. Okulary z przydymionymi szklami, ktorych stale uzywa, to nie poza filmowca, tylko rezultat trwalego uszkodzenia wzroku podczas ewakuacji kanalami oddzialu z Mokotowa do Srodmiescia. Niemcy wiedzac, ze powstancy uzywaja tej drogi, wrzucali przez wlazy zrace chemikalia.
Inzynier Leopold Kummant, porucznik AK, z ramienia Kedywu Okregu AK Warszawa wykonywal wyroki na konfidentach. W latach siedemdziesiatych wciaz bolal, ze trafil mu sie "postrzalek" i nadal fruwa po Warszawie. Nim zaczelismy nagranie, zaznaczyl, ze albo nadamy wszystko, co powie, albo ani slowa. Zaskoczyl mnie, bo uzgodnilismy, ze opowie o szpitalach powstanczych. Coz w tym trefnego? Ale oczywiscie przyrzeklam solennie. Sprawa wyjasnila sie w pierwszym zdaniu, ktore wypowiedzial do mikrofonu: "Zostalem ranny podczas szturmu na Paste, caloscia akcji dowodzil kapitan 'Zmudzin' Boleslaw Kontrym, zamordowany po wojnie w wiezieniu mokotowskim". Relacje Leopolda Kummanta nadalismy w audycji 20 wrzesnia, oczywiscie w calosci.
Nagrania ze Stefanem Kisielewskim, kompozytorem i pisarzem, nieco sie obawialam. Nie dlatego, ze od czasu kiedy wprowadzil do obiegu okreslenie "dyktatura ciemniakow", byl niepozadanym nazwiskiem na antenie. I nie dlatego, ze powszechna tajemnica bylo, iz publikuje w Kulturze paryskiej swoje powiesci. Stefan Kisielewski lubil szokowac swoim zachowaniem. Pamietalam go z Zaiksu zakopianskiego, kiedy podczas obiadu ostentacyjnie stawial na stole litrowa butelke z czerwona kartka i co chwila nalewal z niej jakis plyn do szklaneczki. Plynu nikt nie wachal, ale wielu sadzilo, ze to wodka. Co bedzie, jezeli rozgada mi sie do mikrofonu na godzine lub dwie? Przyjemne zaskoczenie. Na wstepie zapytal, ile minut przeznaczam na jego wypowiedz. Odpowiedzialam, ze nie wiecej jak piec. Zdjal z reki zegarek, polozyl na stoliku przed soba i opowiadal o pierwszym dniu powstania bez pauz, piekna polszczyzna przez cztery i pol minuty.
Profesor Jan Zachwatowicz, konserwator dziel sztuki, czlonek PAN, przyjal mnie w swoim, mozna powiedziec na europejskim poziomie urzadzonym, mieszkaniu w Alei Roz. Podczas powstania profesor kierowal sekcja zabezpieczania dziel sztuki i kultury. Opowiadal, jak z gmachu architektury uratowali ksiegi pomiarowe zabytkowych budowli, co pozwolilo po wojnie odbudowac palace, koscioly i kamienice warszawskie. Opowiadal, jak w pierwszych dniach powstania Niemcy podpalili palac przy ulicy Matejki. Wlasciciel, oficer AK Benedykt Tyszkiewicz, ratowal, co sie dalo, z pomoca sluzacego wynoszac do ogrodu, obrazy, zegary, porcelane, dywany. Zaczely padac deszcze. Nalezalo jak najspieszniej znalezc schronienie dla tych muzealnej wartosci przedmiotow. Jan Zachwatowicz i Tyszkiewicz zniesli je pod obstrzalem do piwnicy spalonego palacu i tam zamurowali. Ocalaly.
Nagraniu towarzyszyl Jacus, foksterier ostrowlosy. Mial pchly, wyraznie widoczne w bialej siersci. Co chwila gwaltownie sie drapal, co podraznialo jego ucho przegryzione w psiej bojce, bolalo, wiec glosno warczal. Czuly mikrofon to wychwytywal. Co robic? Przegonic faworyta, wykluczone. Pomoc mu w polowaniu, ale co ja potem zrobie z pchla? Krzysztof Oczkowski, nasz niezastapiony realizator akustyczny calego cyklu, dlugo kombinowal, jak usunac ten niezamierzony podklad dzwiekowy z audycji.
Niewiele brakowalo, a nagranie z Andrzejem Szczypiorskim nie doszloby do skutku wlasnie z powodu psow. Szczypiorski, pisarz, podczas powstania osiemnastoletni zolnierz w oddziale AL walczacym na Starowce. Bartoszewski poprosil go o relacje. Zgodzil sie. Zatelefonowalam uzgodnic termin spotkania. Telefon odebrala zona. - Maz jest na spacerze z psami, wroci za pol godziny. Po 35 minutach telefon odebrala znow zona. - Maz jest na spacerze z psami. Ale... z glebi mieszkania dobiegalo poszczekiwanie. Andrzej Szczypiorski byl znanym dzialaczem opozycyjnym, moze jednak temat "powstanie" mu nie odpowiada. Zdecydowalam, ze wiecej nie zatelefonuje. Na szczescie pani Szczypiorska polapala sie. - My mamy kilka psow, wszystkie naraz nie moga wyjsc na spacer. Okazalo sie, ze panstwo Szczypiorscy maja tez duzo kotow i drzwi szeroko otwarte dla bezdomnych czworonogow. Relacja szeregowca "Tasiemki" z AL poszla w audycji 18 sierpnia.
Pozyskalismy relacje tylko dwudziestu osob. Powinno byc dwa razy tyle. To byla ostatnia okazja zarejestrowania ich wspomnien, wciaz odczuwam zal, ze nie starczylo nam czasu, bo Bartoszewski we wrzesniu wyjezdzal na miesieczny urlop, wiec audycje musialy byc gotowe do konca sierpnia.
Realizatorem akustycznym cyklu byl Krzysztof Oczkowski, moj kolega z "Solidarnosci" (internowano go w stanie wojennym), magister historii, ale w radiu pracownik dzialu technicznego. Zlosliwi mawiali, ze to realizator, a nie dziennikarz robi audycje. Czasem sie nie mylili. Krzysztofa umiejetnosciom, pracowitosci i zainteresowaniu tematem zawdzieczamy, ze wszystkie audycje bez zaklocen dotarly na antene i spelnialy konieczne wymogi techniczne. Taktowny i bardzo opanowany zazegnal niejedna burze.
Kiedy nareszcie cykl otrzymal zielone swiatlo, jeden z moich zwierzchnikow - dzieki niemu wlasnie otrzymalismy zezwolenie w ostatnim doslownie terminie - poprosil o przejrzenie tekstow, ktore byly przygotowane dla Zbigniewa Zapasiewicza do nagrania. Facet nie byl tepym aparatczykiem, wrecz przeciwnie (zreszta nawet do partii nie nalezal), inteligentny, wyksztalcony, oczytany dziennikarz, z zamilowania historyk i... fachowiec od "doszukiwania sie podtekstow w tekstach". Nasz "Czujnicki", ktory zwykl byl mawiac: ja tu jestem po to, abyscie nie robili glupstw - zaglebil sie w liczacym sto kilkadziesiat stron maszynopisie zawierajacym fragmenty wspomnien uczestnikow powstania oraz wiersze, meldunki, rozkazy. Kazdy fragment poprzedzala zapowiedz z nazwiskiem autora i tytulem ksiazki, pominiete natomiast byly miejsca wydania. To byl taki dyplomatyczny wybieg, poniewaz okolo siedemdziesieciu procent tekstow pochodzilo z publikacji emigracyjnych, a wiec bez prawa debitu w Peerelu. Znajdowaly sie w nielicznych bibliotekach (Narodowej, Instytutu Badan Literackich PAN), zawsze w dziale drukow zastrzezonych. Dobrac sie do nich mozna bylo tylko na podstawie specjalnego zezwolenia. Powazna czesc autorow, z ktorych wspomnien wybralismy fragmenty, nie byla dotad wymieniana na antenie warszawskiego radia, chyba ze z nieprzychylnym komentarzem.
Nie mialam watpliwosci, ze moj zwierzchnik przeczytal ich ksiazki od deski do deski, i to dla przyjemnosci, bo wiekszosc to po prostu dobra, ciekawa literatura polityczna: Tadeusz Bor-Komorowski Armia podziemna, Zygmunt Zaremba Wojna i konspiracja, Waclaw Zagorski Wicher wolnosci. Przy Zbigniewa Stypulkowskiego W zawierusze dziejowej facet popatrzyl na mnie znaczaco. Chcial, abym wiedziala, ze on wie, iz to tytul tylko pierwszego wydania, w nastepnym zmieniony przez Stypulkowskiego na Zaproszenie do Moskwy. Ksiazka byla bestsellerem. Kazdy o niej przynajmniej slyszal i chcial poznac relacje jednego z przywodcow Polski podziemnej podstepnie porwanego przez Sowietow i bezprawnie sadzonego w Moskwie. Powolujac sie na pierwotny tytul autorzy Kroniki dawali uprzejmie do zrozumienia, ze przestrzegaja regul gry.
Dalsze nazwiska: Kazimierz Puzak, Kazimierz Baginski, Kazimierz Iranek-Osmecki, Stanislaw Zadrozny wspominajacy z przychylnym komentarzem "Kanie" - Tadeusza Zenczykowskiego i Wiktora Troscianke (wiersze Mieczyslawa Ubysza Czekamy na ciebie czerwona zarazo pominelismy, tego byloby juz za wiele) przechodzily gladko.
Wreszcie przyszla kolej na wspomnienia "kuriera Janka", "niejakiego" Zdzislawa Jezioranskiego. Facet sie zawahal i wyraznie kalkulowal, czy zaakceptowac ten chytry wybieg. Kurier z Warszawy Jana Nowaka jest jedna z najbardziej interesujacych pozycji emigracyjnej literatury. Wybrane fragmenty zawieraly cenne obserwacje z powstanczej Warszawy. Z drugiej strony na Jana Nowaka zapis byl nie do podwazenia, ale jego rodowe nazwisko znali nieliczni. Do nich z pewnoscia zaliczal sie moj zwierzchnik. Dluzsza chwile dumal, czy moze bez obawy narazenia sie na smiesznosc, a moze i zarzuty, udawac ignoranta i wreszcie. - Czy to juz wszystko? - zapytal. Poczulam dla niego uznanie. A wiec jest w stanie pilnowac nie tylko nas, czyli szara brac dziennikarska przed "popelnianiem glupstw". Uszanowanie historii okazalo sie dla niego w tym przypadku wazniejsze niz podporzadkowanie nakazom i zakazom rozpadajacego sie systemu.2)
Nie znaczylo to oczywiscie, ze raptem nabralismy do siebie zaufania; "slowicze dzwieki w glosie... a w sercu lisie zamiary" obowiazywaly nadal. Wtedy na jego pytanie, czy to juz wszystko, odpowiedzialam - och, z pewnoscia jeszcze cos dojdzie. I doszlo - refleksje "kuriera Janka" na temat powstania, jego wlasnym glosem z plyty wydanej przez RWE. Zapewne kilkudziesieciu tysiacom tych, ktorzy sluchali Programu III PR i Radia Wolna Europa rowniez glos wydal sie bardzo znajomy, ale nie wierzyli wlasnym uszom.
Oddajac maszynopisy, moj zwierzchnik radiowy zyczyl powodzenia, ale dodal, iz watpi, aby udalo sie doprowadzic Kronike powstania do konca w zamierzonej formie. Nie wiedzial oczywiscie, ze prace nad cyklem byly juz powaznie zaawansowane. Mimo to sama bylam w strachu, ze jego zlowrozbne krakanie moze sie sprawdzic. Ale dobra passa byla po naszej stronie.
Pomysl nadania Kroniki spotkal sie z ogromnie zyczliwym zainteresowaniem i sympatia nie tylko w zespole Programu III, ale i w innych dzialach radia. Okazalo sie, ze ludzie traktuja historie powstania jako cos bliskiego, wspolnego i raptem jego Kronika przestala byc tylko prywatna inicjatywa Bartoszewskiego i Sudlitz. Do jej sukcesu chcieli przyczynic sie wszyscy, od ktorych mogl on zalezec.
Niestety, tak sie nieprzyjemnie pozniej wydarzylo, ze pominieta zostala sposobnosc przyzwoitego podziekowania tym, ktorzy solidarni z autorami pomogli po kolezensku, aby 67 audycji Kroniki ukazalo sie na antenie w zamierzonym ksztalcie, tresci i terminie. Teraz, korzystajac z okazji, chcialabym napisac o niektorych, nadal pozostajac ich dluzniczka.
Jednym z naszych klopotow bylo skompletowanie piosenek. Szukalismy na przyklad Serca w plecaku, ktora spiewala cala powstancza Warszawa, a Mieczyslaw Fogg wykonywal na koncertach w Srodmiesciu (tak! koncerty sie odbywaly). Wypadalo wiec wlaczyc do audycji jej nagranie w wykonaniu tego artysty. W fonotece dzialu muzycznego nie bylo, ale w dziale technicznym pracowal fanatyczny kolekcjoner nagran dzwiekowych, inzynier Andrzeja Zagozda. Opowiadano z zazdroscia o jego zbiorach, ale wydostanie od niego chociaz kilku minut jakiegos archiwalnego rarytasu bylo prawie wykluczone. Zaryzykowalam i poprosilam. Na drugi dzien przyniosl mi pieknie przegrane Serce w plecaku w wykonaniu mlodego Fogga.
Nie bylo tez nagrania Marszu robotnikow elektrowni, a bardzo nam na nim zalezalo, bo obrona elektrowni na Powislu trwajaca do polowy powstania 4 wrzesnia miala piekna karte. O tym, zeby zamowic profesjonalne nagranie, czyli orkiestre i wykonawcow, nie moglismy marzyc, bo brakowalo i pieniedzy, i czasu. Tu nam pomogl Zbigniew Wiszniewski, kompozytor, w Teatrze PR odpowiedzialny za oprawe muzyczna sluchowisk. Zlapal na korytarzu kilku aktorow, ktorzy przyszli do radia na zupelnie inne nagrania, zapedzil ich do studia, kazal spiewac i do rytmu przytupywac nogami. Marsz robotnikow elektrowni na melodie Maszeruja strzelcy wypadl i poprawnie, i bardzo naturalnie.
W kamienicy na Zlotej w Srodmiesciu, gdzie przezylam powstanie, obowiazywala zasada, ze nie wolno grac na jakimkolwiek instrumencie, bo zaloba, bo ludzie gina - tlumaczono. Dopoki po upadku Starowki na podworzu kamienicy nie pojawila sie grupka AK-owcow, ktorzy przeszli kanalami do Srodmiescia. Niektorzy ranni, wszyscy umorusani, zmordowani rozsiedli sie na resztce tego, co jeszcze przed miesiacem bylo pieknym trawnikiem, wyciagneli ustne harmonijki i zaczeli grac i spiewac. Zachowywali sie jak uczniacy na wakacjach.
Zgnebieni mieszkancy ponurej kamienicy uslyszeli po raz pierwszy powstancze piosenki. Zapewne jedna z nich byla Chlopcy silni jak stal. Napisal ja "Ziutek", poeta Jozef Szczepanski, dowodca druzyny w pierwszej kompanii batalionu "Parasol". Nazywano ja "szturmowka Parasola". Nie moglismy znalezc nagrania tej piosenki ani w Polsce, ani za granica. Sprawe wziela w swoje rece Krystyna Kepska, wtedy kierowniczka redakcji muzycznej w Programie III, dzisiaj redaktor naczelna PR Bis. Zdecydowala, ze piosenke zaspiewa zespol redakcji muzycznej przy fortepianowym akompaniamencie. Ale Krysia jest perfekcjonistka. To nie moze brzmiec jak wykonane na imieninach, potrzebny jest ktos, kto nada ton, narzuci rytm, zapobiegnie chaosowi. Tego dnia byla w radiu Maryla Rodowicz. Przygotowywala nagranie nowej plyty. Na ten cel wynajela najlepsze koncertowe studio i zatrudnila bezkonkurencyjnego rezysera dzwieku Wojciecha Przybylskiego. Od rana, na najwyzszych mozliwie szpilkach, stala przed mikrofonem, a Wojtek manewrowal setka przyciskow na konsolecie dlugosci stolu bilardowego. Nagrywali kilka nut, stopowali, przesluchiwali i zaczynali na nowo. Mordercza praca. Wymaga nie tylko absolutnego sluchu i talentu. Tu potrzebna kondycja boksera.
Krysia Kepska poprosila Maryle o pomoc, obie panie sa w bliskiej przyjazni i Maryla bez wahania zgodzila sie poswiecic nam swoj czas.
"Szturmowka Parasola" zadziorna, wesola, optymistyczna byla ozdoba Kroniki. A gdy mina juz dni walki, szturmowki krwi... Alejami parada bedziem szli defilada z wolna Polska co wstala z naszej krwi... brzmia slowa jednej ze zwrotek. Nie bylo dla AK-owcow defilady w powojennej Warszawie. Waldemar Baczak, inicjator pierwszej Kroniki, doktorant prawa, zostal aresztowany 17 listopada 1946 r. (byl czlonkiem Zrzeszenia Wolnosc i Niezawislosc - WiN). Dwa dni wczesniej skonczyl 25 lat. Proces odbyl sie w styczniu 1947 r. Przed Wojskowym Sadem Rejonowym w Warszawie staneli: Waldemar Baczak, Ksawery Grocholski, Witold Kalicki oraz 20-letnia Krystyna Kosiorek, sanitariuszka z "Baszty". Trzej mezczyzni otrzymali wyroki smierci. Szybko wykonane. Dziewczyne skazano na dlugoletnie wiezienie.
Po ponad dwudziestu latach od nadania w Programie III PR Kronika Powstania stracila w zmienionej sytuacji politycznej posmak zakazanego owocu, a to byl jej walor ogromny. Jan Nowak spaceruje po Warszawie. Zaden cenzor nie bedzie przerazonym wzrokiem wpatrywal sie w slowa Stalina o "garstce przestepcow, ktorzy wszczeli warszawska awanture" obok artykulu Mlodzi zwycieza Wiktora Troscianki. Natomiast nieprzemijajaca wartoscia Kroniki pozostaja nagrane dla niej wiersze. Moze warto by wydac je na plycie Poezja Powstania Warszawskiego w interpretacji Zbigniewa Zapasiewicza. Wiersza anonimowego poety Sierpien 44:
Ten grzmot plynacy nad Warszawa
granatow pluski kaszel salw
To niebo ktore ogniem krwawi
rozowiac switem broni stal
Wichura rozwiej dookolna Nike
i szumem skrzydel graj
Z tej burzy niby piorun wolnosc
rozswietli innym sierpniem kraj
- tak jak go recytowal Zbigniew Zapasiewicz, nie potrafi powtorzyc zaden wspolczesny aktor. Do tego potrzebna byla atmosfera roku 1981.
------------
1) Dni walczacej stolicy. Kronika
powstania warszawskiego, Wladyslaw Bartoszewski wydal
po raz pierwszy z przedmowa w dzialajacym poza cenzura wydawnictwie
Krag oraz rownolegle w Londynie. Po raz drugi, jako pierwsze
wydanie i bez przedmowy w 1990 r. w jakims nieznanym wczesniej
nikomu wydawnictwie warszawskim.
2) Pozniej, kiedy przylapal mnie na przegrywaniu Kroniki z tasm radiowych na kasety, czego nie wolno
bylo robic, udal, ze nie widzi. Potrafil zachowywac sie rozsadnie.
Szkoda, ze juz nie zyje. W normalnych politycznie czasach
bylby bardzo interesujacym, wartosciowym znajomym.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |