PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (20 wrzesnia 2002)


EWA BERBERYUSZ

Kartki
ze skazonej strefy

Zerwalam potajemnie galazke kaliny - jagody czerwone jak krew - w letniej posiadlosci Malgosi Szejnert. Dawniej w okolicach Kazimierza Dolnego, czyli jak kto woli: w polskiej Prowansji, bylo tego krzewu pelno. Teraz stal sie rzadkoscia. Cos kaline przetrzebilo, jak wiele roslin w Polsce; nawozy, powietrze, ogien czy woda... Chlopi zatrzymywali mnie po drodze: "O, kalina, o, kalina, skad pani wziela...?". Rozwodzili sie o jej walorach leczniczych i dekoracyjnych (uzdrawia z zapalenia pluc, a w suchych bukietach jej czerwien nie szarzeje). Popatrzylam na trzymana galazke i przypomnialo mi sie: rosla kalina lisciem szerokim... zanucilam chrypliwie. Babulenka wychodzaca ze sklepiku zawtorowala mi mocnym czystym glosem: nad modrym gajem rosla potokiem...

I nagle, w tej samej chwili, znalazlam sie na amerykanskim Mid-Wescie. Przed kilkunastu laty: prowadzalam piecioletniego wnuka na spacery i teksty dawnych piosenek, dotychczas kompletnie zatarte w mojej pamieci, tu, na obcej ziemi, przyplywaly same. Slowa i melodie: jada, jada, dzieci droga... Ty pojdziesz gora, ty pojdziesz gora, a ja dolina... Gdzie strumyk plynie z wolna... Tam, na gorze blyszczy kwiecie... Pojdziemy w pole w ranny czas... Repertuar szeroki ze starego spiewnika: Konopnicka, Lenartowicz, Moniuszko, juz nie wiem, kto. Dziecko uczylo sie w mig. Zasmiewal sie przy zolnierskiej piosence, ktora znalam od ojca: Z tamtej strony Wisly kapala sie wrona, pan porucznik myslal, ze to jego zona... - Panie poruczniku - wtorowal mi sopranem maly - to nie panska zona, tylko taki ptaszek nazywa sie wrona...

Stalysmy ze staruszka pod sklepowa grusza, gdzie mezczyzni dudlili swiezo zakupione piwo, a my obie, zafascynowane, zawodzilysmy piosenki sprzed potopu.

Wlasciwie, rzecz normalna: przeciez starosc spina sie z dziecinstwem, wypychajac ze swiadomosci "wiek meski, wiek kleski". Psycholodzy nazywaja to pamiecia wsteczna. Nie pamieta sie spraw niedawnych i najbardziej biezacych, np., po co sie weszlo do kuchni, gdzie polozylo sie przed sekunda okulary, a z dokladnoscia chronometru widzi sie, slyszy i przezywa doznania pradawne. Dla mnie sytuacja ta stanowi autentyczna pocieche, zabarwiona, co prawda, nuta zalu.

Latos drogi wiejskie uslane owocem. Nogi slizgaja sie po "klasowych" jablkach, gruszkach, sliwkach wegierkach. Az sie prosi, zeby przetworzyc na powidla, marynaty, a nawet - z powodu ilosci - na "cider". Nie ma polskiego odpowiednika, bo tak zwany, jabcok, czyli najtansze wino, jest wytworem panstwowego monopolu i kojarzy sie raczej z siarka niz z owocem.

Wyginal zwyczaj robienia przetworow. Zapomnialam smaku konfitur z wisni. A jakie byly pyszne do mocnej herbaty! Nikt nie smazy, choc wymyslono maszynki do drelowania. Nikomu sie nie chce. Baby wola siedziec przy serialach i czekac na kuroniowki. Nasza dola. "Coz to, co to, czy zakleci: stoja wszyscy jak posnieci...".

*

Nie tajemnica, ze dzis w Izraelu dominuje jezyk rosyjski. Na ulicy, w sklepie, urzedzie. Rosyjska mowa, rosyjski alfabet w napisach i szyldach. Wszedzie. Zasiedzialych Izraelczykow irytuje ten nadmiar. Juz starczy - mowia - juz starczy. Tymczasem Ariel Szaron oswiadcza, ze przyjmie kolejny milion Zydow z Rosji, niewazne, prawdziwych czy przyszywanych (bo i tacy sa). Przyjmie nie z litosci ani z przyczyn religijnych, ale z prostych wyliczen demograficznych. Rozrodczosc Palestynczykow jest daleko wyzsza niz Zydow. Wiadomo bylo od poczatku, ze jest to atut w rekach Arabow. "Czapkami ich nakryjemy", mowili nawet wtedy, gdy przegrywali. Zydzi odpowiadali: "Najpierw niech sie naucza czytac". Prawde mowiac, argument nie dosc przekonujacy. Ratunek przyszedl z innej strony: otworzyla sie Rosja. Do Izraela runela fala rosyjskich Zydow. To nic, ze stwarzaja klopoty. ze wymykaja sie restrykcjom panstwa religijnego, ze jedza szyneczke, nie przestrzegaja szabatu i demonstruja swoja rosyjskosc i rosyjski styl zycia na kazdym kroku. Dzieci, ktore chodza do hebrajskich szkol, mowia miedzy soba w szkole, na podworku i w domach wylacznie po rosyjsku.

Ariel Szaron nie na nich liczy. Liczy na "poznego wnuka". Uwaza, ze dzieci tych dzieci zapomna o Rosji i ruszczyznie. Stana sie cala geba Izraelitami. Normalny porzadek rzeczy.

No, nie bylabym taka pewna. Psychika emigrantow stanowi tajemnice, ktora zawsze mnie fascynowala. Nie da sie zjawiska wytlumaczyc prostym wessaniem przez kraj pobytu. Zdarza sie nierzadko, ze niespodzianki robia wlasnie "pozni wnukowie".

Dzieci moich kuzynow urodzone po wojnie w Londynie, usilowaly mowic po polsku. Prawde mowiac, byly do tego zmuszane przez rodzicow, "bo przeciez zaraz wybuchnie trzecia wojna, obalimy komunizm, wrocimy do dawnej Polski". Mimo szkolek sobotnich i patriotycznego dopingu, polszczyzna u dzieci zanikala. Bezwiednie zrzucaly ja z siebie jak wyrosnieta odziez. Owszem, trzymali sie w kupie, zenili miedzy soba, ale malzenstwa mowily juz po angielsku, zwlaszcza gdy byli sami, w intymnosci. Coraz ubozsza polszczyzne zostawiali na pokaz.

I oto odwiedza mnie Misia, dwudziestoletnia corka moich londynskich kuzynow i zasuwa pierwszorzedna polszczyzna. Drugie pokolenie urodzone na obczyznie mowi o niebo lepiej po polsku niz jej rodzice, tez urodzeni w Londynie. Misia nie bywala w Polsce. Moze jako dziecko ze dwa razy na krotko. Niewiele zlapala, niewiele jej zalezalo

Polski i zainteresowanie Polska przyszlo nagle jako wolny wybor. Na maturze postanowila zdawac Polish as a second language. Studiuje europeistyke (kontynent to osobna wiedza dla Wyspiarzy). Gdy przed paru laty jej babcia poszukiwala w warszawskich ksiegarniach Balladyny, Pana Tadeusza czy Ludzi bezdomnych, myslalam: "Po co ta poza, co to dziecko z tego zrozumie?". Mylilam sie. Niejedna polska maturzystka pozazdroscilaby Misi znajomosci polskiej literatury i polskiego jezyka. Interesuje ja tez historia rodziny, ktora rdzenna mlodziez ma za nic.

Tozsamosc narodowa skacze jak konik szachowy, omijajac pokolenia. Ale sie nie zatraca. Kto wie, czy mlodzi Izraelici, urodzeni juz na ziemi praojcow w Izraelu, nie zatesknia kiedys za matuszka Rosja?

*

Jacek Piechota, minister gospodarki. Mlody, przystojny, a nade wszystko rzeczowy i budzacy zaufanie. Najbardziej wiarygodny czlowiek w gabinecie Leszka Millera - myslalam. Bylo mi go zal, gdy stawal przed rozgniewanym tlumem pracownikow upadajacych zakladow, ktorzy od miesiecy nie otrzymuja zaleglych poborow. Z pobladla twarza, bez urzedowo obowiazujacej opalenizny, tlumaczyl sytuacje i poddawal projekty naprawy. Widac bylo, ze nie leniuchuje, ze pracuje dzien i noc. Robil dobre wrazenie. Lubilam go. Lubilam, ale juz nie lubie.

Co sie stalo? Z punktu widzenia prawa - nic; z punktu widzenia przyzwoitosci - fatalnie. Dowiaduje sie z prasy, ze moj ulubieniec, biedzacy sie nad bieda, czlowiek, ktory na wlasne oczy, wciaz, stale, oglada setki ludzi przybitych, ludzi bez naleznych wynagrodzen, ktorym kazdej chwili moga odciac prad, gaz i wode, a nawet wyeksmitowac; ludzi bioracych w sklepie zywnosc "na zeszyt"; oto tenze Jacek Piechota, jakiemu tak dobrze z oczu patrzy, dopozyczyl 200 tysiecy zl. (circa 50 tys. dolarow) do samego wykonczenia budowy domu. Pomijam kwestie, ze jaki to musi bys dom, ktorego sama koncowka kosztuje 200 tysiecy; pomijam kwestie pewnej machlojki, dzieki jakiej sprawa wyszla na wierzch: Piechota pozyczyl forse nie z banku, ale od przyjaciela, a przyjaciel od osoby podejrzanej - pomijam to. Gorszy mnie fakt, ze urzednik panstwowy moze zyc w spokoju ducha w standardzie bedacym w tak wielkiej dysproporcji ze standardem zycia ludzi bedacych w gestii jego resortu.

Co innego, kiedy palace buduja w Polsce prywaciarze. Palace, co prawda, im okazalsze, tym pokraczniejsze. Niech im bedzie! Placa podatki, daja zatrudnienie. Ludzie nalezacy do setki najbogatszych osob w Polsce to na ogol, nuworysze, nie grzesza kultura i dobrym smakiem (podobno zmysl estetyki przychodzi na koncu), niech wiec otaczaja sie kiczem, ich sprawa. Wolnoc Tomku w swoim domku. Niech sobie szastaja miliardami. Nie reprezentuja mnie i nie siegaja do mojej kieszeni.

Ale ludzie z demokratycznego wyboru sa moimi przedstawicielami i ich niecnoty mnie bola. Co prawda juz dawno podjelam mocne postanowienie nie przejmowania sie. Obronnie; zeby nie zwariowac. Chcialam odwrocic sie plecami. Nie moglam i nie moge. Co rusz zerkam w tamta strone. Nie moge, no, nie moge, godzic sie spokojnie, zeby urzednik mojego panstwa robil mi wstyd. Wolalabym go wysmiac. Tymczasem zupelnie mi nie do smiechu. Na mdlosci mi sie zbiera, gdy widze tepych, krotkowzrocznych, pazernych oszustow na stanowiskach panstwowych i samorzadowych. Ich mowa, ich sposob bycia, pokretny i nadety, zywcem z komuny. Chce wreszcie zobaczyc sprawiedliwego. Moze sie trafi?

Pisze te slowa ogluszona lomotem budujacego sie tuz przy moich oknach wezla rozjazdowego mostu Siekierkowskiego. Najwieksza inwestycja stolicy. Ponad miliard zl. Most zaprojektowany jeszcze przed wojna buduje sie metoda tornada w zwolnionym tempie. Zle mowie, tornado ma swoja logike, ta budowa jej nie posiada. Cos zaczna, zostawia. Zabetonuja kawalek, reszta zwisa. Pily piszcza, mloty wala, rosna pryzmy piachu, dzis tu, jutro tam. Patrze i nie widze ludzkiej mysli. Wczoraj ulozyli fragmencik jezdni i chodnik. Pieknie, ze znakami, ze sciezka rowerowa. Dzis wszystko zrywaja. Przyjechala Gazeta i pisze: "Sito pod Trasa Siekierkowska". Otwarcie zaplanowane na 21 wrzesnia br., a nowa kanalizacja juz nadaje sie do remontu...". Kontroler mowi: "Nigdy w zyciu nie widzialem takiej fuszerki".

Boze swiety, czy my juz nic nie potrafimy!

Kombinuje: robotnikami sa tu w wiekszosci Mazowszanie. Czyli "element"; najgorszy ludzki sort. Latwo to sprawdzic, gdy sie czlowiek odsadzi ciut dalej; ten sam kraj i jezyk, a ludzie mili, ochotni, zywi - jak z innej planety.

Utarlo sie, ze w stolicy po wojnie urodzil sie konglomerat metow. Najlepsza mlodziez wybilo w Warszawie powstanie. Puste miejsce stalinizm zapelnil swoimi czynownikami, a w gruzy naplynal podmiejski element, z dziada pradziada zlodziejski. Wokol Warszawy istnial bowiem wianek wsi powstalych jeszcze za caratu, a zlozony ze zwalnianych wiezniow; tam ich osadzano. Zmiany dziejowe nie uszkodzily zlej tradycji. Warszawiak to maly cwaniaczek; troche ukrasc, troche popic, robote markowac, a przede wszystkim nie wysilac sie z mysleniem. Praca warszawiaka jest przeciwienstwem solidnosci. Wiem, ze ta moja domorosla socjologia nie tlumaczy zjawiska, ale w budowie wielkiej estakady, ktora powstaje przed moim domem, wyraznie ja widze.

Leszek Miller w rozmowie z radiowa Jedynka napomknal nie bez dumy, ze jego wnuczka po raz pierwszy idzie do szkoly. "Do panstwowej czy prywatnej?" - padlo pytanie. "Niech to bedzie intymne" - poprosil premier. Dziennikarze intymnosc rozwiali. Dziewczynka idzie do najdrozszej szkoly; w klasie oprocz niej bedzie tylko dwoje uczniow, dzieci biznesmenow. Socjalisci, do ktorych idealow odwoluje sie SLD, w grobach sie przewracaja.

Ostatni tomik wierszy Wislawy Szmborskiej Chwila wprawil mnie kolejny raz w podziw nad perfekcyjna umiejetnoscia wyrazania spraw najistotniejszych - skrotem. Gdy sie czyta tego typu poezje, czyli wielka, nasuwa sie pytanie: po co w ogole proza, po co to cale zmudne opisywactwo?

Wrzesien 2002 r.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail