PIOTR WOJCIECHOWSKI
Wyzej niz dymy
Warszawy i Treblinki
W kryjowce trzeba byc cicho. Za sciana nadsluchuje smierc. Mezczyzna skazany na miesiace pustki i samotnosci skrada sie od lozka ku oknu. Patrzy na ulice, mur, na getto. Nie wolno naruszyc ciszy. Mezczyzna jest muzykiem, a w pokoju jest pianino. To odruch - podniesc klape klawiatury, odlozyc pas materialu chroniacy klawisze przed kurzem.
I juz - muzyka. Nokturn Szopena przerwany lata wczesniej przez bomby Wrzesnia. Nie, nie uslyszy go wscibska sasiadka za sciana, nie uslysza pianina krazacy po trotuarach zandarmi. Te muzyke slyszy tylko ukrywajacy sie Wladyslaw Szpilman i my, widzowie filmu Pianista. Palce unosza sie nad klawiatura, ale nie dotykaja jej, zaden dzwiek nie maci ciszy - tam, wtedy. Muzyka wyobrazona jest jednak bardziej rzeczywista niz okupacja, wojna, smierc. Przekracza czas, wylamuje sie z umownosci ekranu, ignoruje to, ze Szpilmana gra amerykanski aktor. Most zbudowany przez muzyke ponad czasem, przestrzenia, rzeczywistoscia ma przesla wysoko, ponad wszystkim, co ludzi dzielilo i upokarzalo, nad wszystkim, co dzieli i stawia naprzeciw siebie.
To jedna z najlepszych scen filmu Polanskiego opartego na ksiazce wspomnieniowej niedawno zmarlego muzyka. Nie za wiele takich w filmie. Zabraklo troche miejsca na to, co jest symbolem, osobistym zwierzeniem, komentarzem. W Pianiscie prawie kazda scena jest ilustracja z bardzo uczciwie pisanego podrecznika historii. Ma sile przekonywania, budzi wzruszenia - ale zarazem wywoluje w widzu wrazenie zbiorowej wycieczki do muzeum holocaustu. Tak bylo, tak to wygladalo, tak krzyczeli, tak gineli, tak wypalono zycie z murow getta. Obecnosc Adriena Brody'ego-Szpilmana jest katalizatorem, pretekstem do odslaniania kolejnych scen. Jego znakomite, refleksyjne, pelne ciepla aktorstwo tylko w pewnych momentach przedziera sie ku wrazliwosci widza pelnia osobistych emocji. Tak jak w scenie z pianinem. Albo wtedy, gdy w jednej z kryjowek Szpilman wazy w reku nadgnily, porosly pedami ziemniak, dzieli go starannie na dwie czesci, ocenia, ile ciemnych plam. A my czujemy juz, jak jest glodny. Jestesmy z nim takze wtedy, gdy samotnie brnie przez pole porzuconych walizek, tobolkow, lalek pozostalych po wywiezionych do Treblinki.
Robiac Pianiste Polanski stanal wobec wielkich wyzwan. Wiedzial, ze musi dorownac, bo przed jego Pianista byla Lista Schindlera Stevena Spielberga i Europa, Europa Agnieszki Holland, takze film o Korczaku Andrzeja Wajdy, wszystkie trzy filmy o tamtych czasach, tamtej sprawie, wszystkie oparte na rzeczywistych faktach. Pianista nie mogl byc gorszy, bo trzeba dobrze wypasc wobec kolegow z Hollywood, blysnac jeszcze raz forma mistrzowska wobec kolegow z lodzkiej szkoly filmowej. A co wiecej, film musial byc wierny. Polanski wybral wspomnienia Szpilmana jako material literacki wiedzac, ze musi uniesc ciezar odpowiedzialnosci za prawde, ze musi byc wierny pamieci Wladyslawa Szpilmana w tym samym stopniu, w jakim Szpilman byl wierny swojej pamieci. Pamietal, ze nie moze sprawic zawodu ani Zydom, ani Polakom.
Polanski wybral opowiesc Szpilmana jako most ku swojej wlasnej przeszlosci. Robil ten film nie tylko jako wielki rezyser, czlonek Akademii Francuskiej, laureat nagrod, gwiazda mediow, juror festiwali - robil ze swiadomoscia i podswiadomoscia chlopca-uciekiniera z krakowskiego getta. Wybral swiadomie rzeczowa, spokojna narracje - mowil o tym w wywiadach, przypomnial na uroczystej swiatowej premierze w Filharmonii Narodowej w Warszawie.
Zrobil film lepszy pod wieloma wzgledami od filmow swoich poprzednikow. Kazda scena jest popisem najwyzszej realizatorskiej kompetencji - takiego Polanskiego-perfekcjoniste pamietamy chocby z Tess. Ale jednoczesnie musial powstac film powtarzajacy to, co juz znane, w wielu momentach prowadzacy widza przez kolejne pietra muzeum historii Polski, muzeum holocaustu. Nie moglo byc inaczej, skoro Polanski czul, ze musi podjac jeszcze jedna probe wejscia w przestrzen spraw polskich i zydowskich, przypomnienia ich swiatu, Ameryce.
Polacy i Zydzi zyli na jednej ziemi szescset lat, moze dluzej. Byl nawet taki czas, kiedy "byc Zydem" prawie na pewno znaczylo "mieszkac w Polsce". Wystarczy wspomniec inny film - Austerie Jerzego Kawalerowicza wedlug prozy Juliana Stryjkowskiego. Zydowska karczma, zydowskie miasteczko - sztetl, z boznica, mykwa, czasem siedziba cadyka, to byla czesc Polski, jak chlopska wies, panski dwor, kosciol, palac biskupi. Przez szescset lat laczyly nas wszystkie mozliwe miedzyludzkie zwiazki - sasiedztwa, wymiany, zaleznosci, zyczliwosci, pomocy, wdziecznosci, nienawisci, milosci, podejrzen, zazdrosci, fascynacji. Od wzajemnego ignorowania do wspolnego plodzenia dzieci. I to cudownych dzieci.
A potem, we wrzesniu 1939 r., przyszedl niemiecki faszyzm i zamienil Polske w najwiekszy zydowski cmentarz swiata, a Polakow poddal krwawemu egzaminowi. Nikt nie moze powiedziec - Polacy nie zdali tego egzaminu. I nikt nie moze powiedziec - przeszli ten egzamin zwyciesko. Byly obszary obojetnosci i zastraszenia. W ciemnosci okupacji polskie rece dokonaly niejednej zbrodni. Ale takze - polskie serca okazaly odwage i litosc. Byly czyny najmroczniejsze - czy mozna zapomniec o Jedwabnem? Byly czyny swiatla - dziesiatki tysiecy ocalonych. Polanski - idac za wspomnieniami Szpilmana - chce oddac sprawiedliwosc wiekom historii i latom zaglady. Pokazac, ze byla podlosc i byla odwazna dobroc u Zydow, Niemcow i Polakow. Ile jednak da sie zmiescic w dwu godzinach projekcji?
Pod ciezarem historii film rozwarstwia sie na dwa przenikajace sie nurty narracji. Jest nurt historyczno-ilustracyjny i ten drugi, osobistego wyznania. W pierwszym dominanta sa dzieje rodziny Szpilmanow - rodzicow pianisty, jego brata, dwu siostr.
Po latach, kiedy niemiecka dziennikarka Ulrike Miriam Wilhelm spyta Wladyslawa Szpilmana i jego syna Andrzeja, czy czuja sie Zydami, stary pianista odpowie: Ja nie. Jestem Polakiem zydowskiego pochodzenia. Nie zmienilem tez nazwiska. A moj syn - jak chce... Ja utozsamiam sie z muzyka (Elle, wrzesien 2002, Pianista i jego syn).
Polanski znal to nastawienie Szpilmana, przedstawil droge tej polskiej rodziny przez cierpienia getta ku zagladzie Treblinki, tak jak droge ogromnej masy Polakow zydowskiego pochodzenia. Polscy widzowie widza nie tylko los Zydow, widza rodziny jak swoje wlasne, jak rodziny dziadkow i rodzicow. Zaciera sie granica: swoj - ten inny. Pozostaje ludzki los. A kiedy wyciagniety przez zydowskiego policjanta z transportu smierci pianista zostaje sam - widzowie sa zranieni jego bolem, ogoloceni jego strata - takze dlatego, ze poczuli sie juz w jego rodzinie jak we wlasnej, cieplo rodzinnej wiezi bylo bowiem mocniejsze niz problem identyfikacji religijnej czy narodowej. To jest chyba najmocniejszy atut tego historycznego nurtu filmu. Znakomite role calej "filmowej rodziny Szpilmanow", znakomite ich poprowadzenie, jakas muzyczna orkiestracja - bez sentymentalizmu i nadmiaru ekspresji nawet w najbardziej dramatycznych scenach - to niewatpliwie jedno z zyciowych osiagniec Polanskiego.
Dominanta nurtu osobistego wyznania jest scena koncertu w ruinach. Obdarty, wyglodzony, zarosniety, umeczony zimnem uciekinier z getta gra dla eleganckiego niemieckiego oficera. A sila muzyki jest taka, ze oczywiste staja sie slowa Szpilmana "ja utozsamiam sie z muzyka". Sila muzyki wyprowadza nas na wyzyny ponad dymami Warszawy, ponad dymami Treblinki. Tu juz nie ma skazanego na smierc Zyda i przedstawiciela "rasy panow". Jest wirtuoz i jego widownia.
Historia nieprawdopodobnego ocalenia staje sie oczywista i drugorzedna - tak kazdym nerwem czujemy niesmiertelnosc muzyki gorujacej nad historia, zaglada, nienawiscia. Muzyke Szopena slyszymy w filmie w wykonaniu Janusza Olejniczaka - kolejna bezbledna decyzja rezysera. Zreszta trzeba przyznac, to w tym nurcie osobistego wyznania Polanski jest obecny najmocniej - jakby parafrazowal wyznanie Szpilmana: Ja, Polanski utozsamiam sie z kinem.
Slyszalem od kogos z koneserow po premierze prasowej: ten film zaczyna sie naprawde, kiedy Szpilman zostaje sam w ruinach. Trudno odmowic pewnej racji temu skrajnemu pogladowi. Zmienia sie wtedy styl rezyserowania, w epickiej opowiesci pojawiaja sie elementy surrealizmu, groteski. Adrien Brody, kiedy juz nie gra wobec osob-partnerow, a wobec samotnosci, wobec pustki pelnej zniszczonych, opuszczonych przedmiotow przemienia sie takze - jego tragizm ma w sobie cos z tragikomizmu Chaplina-samotnego wloczegi, bezradnego wobec najprostszych zyciowych przeszkod, ale nieugietego wobec swiata.
To wlasnie w tej czesci czujemy brak filmu, ktory nie powstal. Zanim wspomnienia Szpilmana zostaly spisane i wydane - tuz po wojnie w Krakowie wysluchali jego opowiesci Jerzy Andrzejewski i Czeslaw Milosz. To oni pierwsi zobaczyli w tej sprawie potencjal filmowej dramaturgii. Napisali wspolnie scenariusz i ruszyli z nim do Lodzi, ktora byla wowczas jedynym osrodkiem filmowej aktywnosci. Tak zaczely sie dzieje filmu, ktory powstawal jako Robinson warszawski, a wszedl w koncu na ekrany po pieciu latach jako Miasto nieujarzmione Jerzego Zarzyckiego. Pierwotna koncepcja pokazania surrealizmu ruin, egzystencjalnych paradoksow samotnosci zywej ludzkiej istoty w milionowym zamordowanym miescie, zostala unicestwiona przez niezliczone interwencje, przerobki, uzupelnienia, dokonywane w duchu partyjnej poprawnosci, realizmu socjalistycznego - prawde na ekranie mowily tylko zwalone mury i okopcone pozarem oczodoly domow, reszte zbanalizowano, zbolszewizowano, zafalszowano i przemilczano.
Nie opuszcza mnie jednak mysl o tym, jaki moglby powstac film ze scenariusza Milosza i Andrzejewskiego, gdyby dostal sie w rece Francuza, Roberta Bressona, gdyby przygody Szpilmana opowiedzial ze swoista "asceza kamery" autor Ucieczki skazanca, poeta samotnosci, wydobywajacy ducha z martwoty przedmiotow, oporu materii.
W filmie Polanskiego odkrylem cien tamtego pomyslu, tamtej poetyki. Sceny otwierania nieskonczonych drzwi, za ktorymi tylko zniszczenie, otwierania pustych szaf, pustych szuflad, beznadziejnego poszukiwania okruchow jedzenia w pudlach, puszkach, w kuchniach zasypanych pylem i gruzem, opowiadaja wiecej niz niejeden "film wojenny", w ktorym przelano rzeke czerwonego barwnika i dano robote plutonom pirotechnikow. Ludzie, ktorzy oczekiwali arcydziela efektownego jak fajerwerk, zawiedli sie na Polanskim. Nie zawiedli sie widzowie, ktorzy szukaja w dzielach ekranowych partnerow do rozmowy serio, podniety do mysli.
---------------
PIANISTA - film Romana Polanskiego.
Scenariusz: Ronald Harwood na podstawie ksiazki Wladyslawa
Szpilmana. W rolach glownych: Adrien Brody i Thomas Kretschmann.
Scenografia: Allan Starski, kostiumy: Anna Sheppard, zdjecia:
Pawel Edelman, muzyka: Wojciech Kilar.
Produkcja polsko-brytyjsko-niemiecko-francuska.
Producenci: Lew Rywin, Alain Sarde, Robert Benmusa, Rainer
Schaper, Timothy Burril i Gene Gutowski.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |