MARIA TOWIANSKA-MICHALSKA
Dogonic cien
...
Odplywamy z wolna w zapomnienie.
Plakac tylko beda na ziemi,
zostawione przez nas, nasze cienie...
Krzysztof Kamil Baczynski
Ona patrzy na mnie tak nieustepliwie i surowo, a przeciez
powinna mnie zrozumiec. Powinna wiedziec, ze mam ograniczone
mozliwosci. Juz samo to, ze tu przyjechalam, jest wystarczajacym
przezyciem. Nie zniose wiecej, niz moge zniesc.
Waleria jednak nie wypowiada glosno swoich mysli. Milczy.
- Oczywiscie to twoja decyzja - mowi Magda. - Chce tylko,
zebys wiedziala, co o tym sadze. Uwazam, ze powinnas spotkac
sie z Anna. To sie jej od ciebie po prostu nalezy. Nie rob
tchorzliwych unikow. Co sie z toba dzieje, mamo, nigdy nie
bylas tchorzem.
- Nic jej nie moge pomoc, a nawet obawiam sie, ze moge zaszkodzic.
Wlasnie dlatego, ze ona i ja... ze ty i Kasia zawsze bylyscie
razem, a teraz...
- Zaszkodzic? Pomoc? O czym ty mowisz? Nie mozesz mi pomoc
ani zaszkodzic. Tego, co sie stalo, nic nie zmieni. Mozesz
jednak byc razem z Anna, chociazby na krotko. Tylko tyle i
az tyle.
- Razem? Nie razem. Jezeli to tylko obok.
- No wiec obok. Blisko. Moze ona wreszcie zacznie plakac.
Przestanie opowiadac dziwne rzeczy i szukac wyjasnien tam,
gdzie ich nie ma. Anna wciaz sadzi, ze to jej wina, bo zlekcewazyla
jakies metafizyczne ostrzezenia. Uwaza, ze mogla Kasie uchronic
i nie zrobila tego. Powinnas sie z nia zobaczyc. Zadzwon jeszcze
dzis. Tu masz numer telefonu, ona o tej porze jest w domu.
Wychodze, juz i tak jestem spozniona.
Waleria patrzy na kartke bezradnie i ze strachem.
Magda ma racje. Magda zawsze ma racje. Wie, co nalezy zrobic,
jak postepowac, zeby osiagnac zamierzony cel. Wie nawet, co
jest prawda, a co tylko pozorem. Wprost nie do wiary, ze to
moja corka - mysli Waleria. To jakby wbrew genetyce. Tymczasem
Anna, uosobienie rozsadku, urodzila Kaske. Kaska jest... byla...
Strasznie myslec o niej w czasie przeszlym. Magda mowi: "Tylko
bez metafizyki, mamo. Stalo sie to, co sie stalo. Zginelo
tyle ludzi, nie tylko Kasia. To byl atak terrorystyczny. Sny
Kasi nie maja z tym nic wspolnego. Jestes w Ameryce, Anna
jest twoja przyjaciolka, wiec powinnas sie z nia spotkac.
Nie musisz nic mowic. Po prostu badz z nia". Magda ma racje.
Zadzwonie do Anny jutro i powiem, ze do niej przyjade. Na
dwie godziny. Nie moge na dluzej. Boze drogi! Dwie godziny?
To przeciez cala wiecznosc. Boje sie tego spotkania.
Waleria odklada kartke z numerem telefonu na polke. Nerwowo
otwiera szafki kuchenne, potem lodowke. Sama nie wie, czego
szuka. Znowu bierze kartke do reki. Zdecydowanym krokiem podchodzi
do telefonu. Wykreca numer. Odzywa sie automat. Waleria wzdycha
z ulga. Chwile milczy, jednak nie odklada sluchawki. Wreszcie
mowi stanowczo, ale jakby nie swoim glosem.
- Witaj, Anno. To ja, Waleria. Przyjechalam do Magdy. Czekam
na wiadomosc od ciebie, kiedy mozemy sie spotkac. Zadzwon,
prosze. Czekam.
- Zrobilam to, a teraz wyjde z domu - mowi sama do siebie
glosno. - Nie zniose samotnosci. Nie mieszcze sie w czterech
scianach.
Wklada kurtke i wychodzi. Dom Magdy stoi przy lesnej drodze.
Dookola rozciagaja sie tereny lowieckie. Nikt w poblizu nie
mieszka. Waleria szybkim krokiem idzie lesna sciezka. W glebi
lasu spotyka stadko saren. Przystaje. Przez chwile przygladaja
sie sobie nawzajem. Kilka metrow dalej, z lopotem skrzydel
wylatuja spomiedzy drzew wielkie, ciemne ptaki.
Sepy - mysli - zly znak. O, do licha! Znowu zaczynam wariowac.
Jezeli mam dzisiaj spotkac sie z Anna, nie moge zachowywac
sie jak histeryczka i mitomanka. Musze trzymac nerwy na wodzy.
Magda twierdzi, ze Anna na pozor zachowuje sie spokojnie.
Jest rzeczowa i zorganizowana, jak zwykle, tylko jakby nie
przyjmowala do wiadomosci tego, co sie stalo. Boze drogi,
jak ja sie boje tego spotkania! Dziwne. Zawsze mialysmy dla
siebie za malo czasu i zbyt duzo do powiedzenia.
Waleria wraca mysla do czasow, kiedy dziewczynki byly jeszcze
male. Wakacje spedzaly wspolnie we czworke, w malej wiosce
nad morzem. Kasia smiesznie przekrecala nazwe wsi. "Babolino",
mowila, a Magda natychmiast poprawiala - Bobolin. Mieszkaly
w wiejskiej chalupie miesiac albo i dluzej i nigdy nie mialy
siebie dosyc. Wlasciwie to jakby zamienialy sie corkami, Kaska
wolala towarzystwo Walerii, a Magda byla pod wplywem Anny.
Dom byl nieskanalizowany, nawet elektrycznosci nie bylo. Wieczorami
palila sie lampa naftowa. Zasypialy wczesnie. O swicie budzil
wszystkich smiech Kasi. Kasia radosnie i glosno smiala sie
przez sen. Zapytana, co ja tak rozsmiesza, mowila, ze sama
siebie budzi swoim smiechem.
- Sni mi sie, ze otwieram szeroko okno, potem staje na progu.
Potem odbijam sie od progu, jak od trampoliny. Czasami startuje
z parapetu okiennego albo ze stolu. Najlepiej jednak stanac
na progu i odleciec w przestrzen przez otwarte okno.
- Jestes w tym snie aniolem czy ptakiem? - kpilysmy.
- Nie. Nie mam skrzydel. Nie jestem ani aniolem, ani ptakiem.
Ja po prostu plyne w powietrzu jak w wodzie i jestem pelna
radosci. Musze sie glosno smiac, nawet krzyczec, zeby radosc
uwolnic, bo ona sie we mnie nie miesci. Jest jej zbyt duzo.
Wybucha jak plomien. A ja lece i lece w powietrzu. Na ziemi
widze swoj cien. Chce go dogonic, ale zeby go zlapac, musialabym
spasc na ziemie, a ja przeciez chce tak leciec w powietrzu
bez konca.
- Czyli jak zwykle. Nawet we snie nie wiesz, czego chcesz,
czego szukasz i o co ci chodzi.
Zamiast odpowiedziec, Kasia spiewa:
... Nie o to chodzi, by zlapac kroliczka,
ale by gonic go...
- Przestan halasowac Kasiu. W dodatku falszujesz - Anna chce
sprowadzic corke na ziemie.
Kasia przekornie pyta:
- Moze wolicie to:
... Orly, sokoly dajcie mi skrzydla!
Gruzy, popioly, ziemia mi zbrzydla.
Ja chcialbym w gorze polatac z wami
i tam na chmurze zyc z piorunami.
Tu mi jak w trumnie, swiat niewesoly.
Zrzuccie mi skrzydla, orly, sokoly...
Dwoje mlodszych dzieci Anny to zupelnie inne dzieci. Jezeli
nawet nie tak uzdolnione jak Kasia, to przynajmniej nigdy
nie bylo z nimi zadnych klopotow. Odwrotnie niz z Kaska. "Kukulcze
jajo w porzadnej rodzinie", mowiono o niej. Szalona i nieodpowiedzialna.
Nikt nie umial przewidziec, co akurat zrobi. Przyjaznila sie
z Magda, i to chyba Magdzie nalezy zawdzieczac, ze Kaska studia
skonczyla w przewidzianym terminie. Obie postanowily uzupelnic
wyksztalcenie na studiach podyplomowych w Ameryce. Otwieraly
sie takie mozliwosci i decyzja wydawala sie rozsadna. Zalatwily
formalnosci na uniwersytecie w Richmond. Kiedy wyladowaly
w Nowym Jorku, Kasia ni z tego ni z owego oswiadczyla, ze
ona zostaje w Nowym Jorku. Nie interesuje jej uniwersytet
w Richmond. W ogole ma juz dosyc szkoly. Nigdy nie lubila
szkoly. Teraz chce pracowac w World Trade Center. Nawiazala
potrzebne kontakty. Ma mieszkanie i prace.
- Jaka to praca? - dopytywala Magda.
- Powiem, pod warunkiem ze nie doniesiesz rodzicom. Oni i
tak w koncu sie dowiedza, ale na razie nie chce sluchac zadnych
perswazji. Ty tez nie usiluj mnie terroryzowac.
- To, co powiedzialas, moze oznaczac tylko to, ze planujesz
zrobic jakies wielkie glupstwo.
- Wcale nie glupstwo. Kolega mojego Marka prowadzi tutaj
agencje zatrudniajaca sprzataczki. Zanim wyjechalam z Polski,
zalatwilam sobie prace sprzataczki w World Trade Center na
101. pietrze. Gadanie o studiach uprawialam dla zatarcia sladow.
- Masz zle w glowie.
- Nigdy nie mialam w niej dobrze. Zauwaz jednak, ze studia
podyplomowe moge skonczyc rowniez w Polsce, ale Twin Towers
w Polsce nie ma. Nie martw sie o mnie. Nie mam zamiaru sprzatac
tam do konca zycia. Chce po prostu troche pobyc na takiej
wysokosci. Jakis czas. Moze rok? Potem powaznie pomysle o
karierze zawodowej i innych rozsadnych sprawach.
- Czy Marek wiedzial, co zamierzasz zrobic?
- Nie mowilam mu o tym. Czy to wazne, wiedzial czy nie wiedzial?
Nie wiedzial i dobrze, ze nie wiedzial. Przynajmniej nie marudzil.
Gdyby wiedzial, pewno zaangazowalby moich i swoich rodzicow,
zeby mi ten pomysl wybic z glowy. Ty sobie jedz do tej Wirginii,
a ja do ciebie dojade za rok.
- Albo nigdy. Czy ty wiesz, co robisz?
- Jasne, ze nie wiem. Tak naprawde, nikt nigdy nie wie, co
moze wyniknac z tego, co robi. A ty? Wiesz, co ciebie czeka?
Pamietasz ten nasz ulubiony wierszyk z Babolina?
... A jak ja ci nagle tupne,
wrzasne i dam nura.
Padne plackiem na posadzke
i plomieniem buchne wzwyz!
Zgielk powstanie, zamieszanie.
Krzyk straszliwy, awantura.
O podloge tupne noga
i juz ze mnie szara mysz...
- To jest twoj, a nie nasz ulubiony wierszyk. Ale owszem,
pamietam, kto napisal. Tuwim napisal, a ty przeinaczylas.
Po powrocie z pracy Magda juz na progu pyta Walerie:
- Telefonowalas do Anny?
- Tak. Czy moglabys za godzine zawiezc mnie do niej?
- Oczywiscie. Tylko pamietaj, mamo, zadnej metafizyki. Gdyby
Kasia zyla, nie mialoby zadnego znaczenia to, co jej sie snilo
i jakie spiewala piosenki. Zginelo tyle ludzi. Kazdemu z nich
cos sie na pewno snilo lub cos spiewal. Postaraj sie sprowadzic
Anne na ziemie. Ktos to musi zrobic, i to ty jestes wlasciwa
osoba.
*
Dzwonek w drzwiach jest ledwie slyszalny, ale Anna natychmiast
otwiera drzwi wejsciowe. Jest starannie ubrana i umalowana.
Zachowuje sie powsciagliwie i z dystansem,
- Walerio, Magdo, jak milo was widziec. Prosze wchodzcie,
rozbierajcie sie. Juz robie kawe.
Magda oznajmia, ze musi od razu wyjsc. Pyta Walerie, kiedy
po nia przyjechac.
- Moze za godzine - mowi Waleria niepewnie. - Zreszta, kiedy
ci wygodniej.
- Nic nie zdaze zalatwic w ciagu godziny, ale postaram sie
przyjechac jak najszybciej.
Magda wychodzi. Waleria mysli w poplochu, ze jest tak, jakby
znalazla sie sama w lesie, na bezdrozu i we mgle. Wreszcie
zadaje pytanie, ktore wydaje sie jej bezpieczne.
- Kiedy masz zamiar wrocic do Polski Aniu?
- Nie wiem. Musze zostac tu jeszcze jakis czas. Mam do zalatwienia
sporo formalnosci, z ktorymi musze sie uporac. A wydawaloby
sie, ze sprawa jest prosta. Byl czlowiek - i nie ma. Wiesz,
ja w to nie wierze. Podpisuje jakies dokumenty, stwierdzam,
wyrazam zgode, podaje personalia i wciaz mysle, ze to na niby.
Jak to "nie ma"? Coz to za koszmarna gra? Biore w niej udzial,
chociaz nie powinnam. Tymczasem nikt mnie nawet nie pyta,
czy w to wierze, czy nie. Dlaczego zgadzam sie, jezeli nie
wierze, ze to prawda?
- Nie wiem, co moge powiedziec. Musisz pogodzic sie z tym,
ze to prawda. Nie tylko ty jedna musisz sie z tym pogodzic.
- Wiem. Za chwile powiesz, ze mam jeszcze inne dzieci i cos
im sie ode mnie nalezy. Sama to sobie wciaz powtarzam. Zabrzmi
to chyba nieprawdopodobnie, ale widzisz, ja czuje sie tak,
jakbym pogubila moje dzieci. Jakbym stracila wszystkie, nie
tylko Kaske. Jezeli nie znajde Kasi zywej lub martwej, bede
bezdzietna. Straszne to i glupie, prawda?
- Wciaz jeszcze jestes w szoku.
- Tak sadzisz? Nie wiem. Zachowuje sie racjonalnie i trzezwo.
Zalatwiam wszystkie formalnosci. Likwiduje mieszkanie Kasi.
Pakuje jej rzeczy. Co mam zrobic z jej ubraniami? Powiedz.
Nie chce widziec Oli w sukienkach Kasi. Wiec co? Mam to wyrzucic?
Moze rozdac?
- Chyba najlepiej byloby rozdac.
- Zawiezc do Salvation Army?
- Tak. Zawiezc do Armii Zbawienia.
- A wtedy jakas obca dziewczyna bedzie chodzila w Kasi ulubionym,
niebieskim sweterku. Poczekaj no, poczekaj. Co ja mowie? Przeciez
nie wiem, czy ten sweter jest w jej rzeczach...Walerio, a
jezeli ona gdzies jest. Moze miala wypadek jadac do pracy.
Lezy nieprzytomna w szpitalu i nikt nie moze jej zidentyfikowac.
- Mialaby przy sobie jakies dokumenty. Chociazby prawo jazdy
albo karte kredytowa.
- Zawsze byla roztargniona. Moze zapomniala. Zostawila w
domu.
- Gdyby tak bylo, ty znalazlabys dokumenty w jej rzeczach.
Znalazlas?
- Nie. Ale nie szukalam. Zaraz sprawdze.
- Zostaw. Moze zrobilabys cos dla mnie?
- Co? Wlasciwie nie mam czasu.
- Nie zajme ci duzo czasu. Chcialabym zobaczyc to miejsce
i prosze, zebys tam ze mna pojechala.
- Nie! Ja nie. Jedz sama, ja nie moge. Wlasciwie nie wiem,
czy nie moge. Nie chce. Nie chce. Ten teren i tak jest zamkniety.
Nie mozna tam chodzic i gapic sie bez powodu. Co spodziewasz
sie zobaczyc?
- Mysle, ze...
- Nie mysl. Myslenie jest bez sensu, zawodne. Kiedys myslalam,
ze Kaska to moje utrapienie, najgorsza z moich dzieci. Nierozsadna
furiatka. A ja kochalam ja najbardziej, moze wlasnie dlatego,
ze byla taka nieuchwytna. Powinnam byla jej nie pozwolic.
Trzeba bylo budzic ja w nocy, kiedy smiala sie przez sen.
Teraz odleciala zupelnie tak, jak w tym snie o lataniu. Zabrala
ze soba nawet swoj cien.
*
To dobrze znany sen. Lece w powietrzu i chce dogonic swoj
cien. Ale tym razem nie widze swojego cienia. Sen jest zlowrogi.
Wybucha we mnie plomien. Jestem snopem iskier lecacych w przestrzen.
Juz tylko jedna iskra... Gasne.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |