EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Papiez na Bloniach 18 sierpnia 2002 r. Dwa i pol miliony patnikow. W czasie mszy urodzila sie dziewczynka; w warunkach komfortowych, bo dzialalo osiemnascie szpitali polowych. Mimo to skupienie bylo wielkie - absolutna cisze podczas komunii tak wielkiej ludzkiej cizby trudno wytlumaczyc zwyklym sposobem. Moze powodu nalezy szukac w poczuciu, ze to ostatnia podroz Jana Pawla do kraju?
Kto zreszta wie? Choroba Parkinsona, choc dojmujaco deformuje cialo - nie zabija. I co wiecej, nie gasi intelektu i poczucia humoru. Przyklad: legendarne okno krakowskiej kurii, przez ktore Ojciec Swiety rozmawial z mlodzieza przed pojsciem spac. Pierwszego wieczoru przerwal niemilknace staccato zebranych: "Witaj w domu, witaj w domu...!", podajac konkretnie adres: "Jakby kto pytal, Franciszkanska trzy." "Trzy" zabrzmialo po krakowsku, czyli jak "czy". Ostatniego dnia rozspiewane "Witamy cie, alleluja!", powtarzane w nieskonczonosc przez zebranych, skorygowal swoim dawnym, pelnym glosem: "Zegnamy sie, alleluja". I dodal po goralsku: "Przyjde zas". Lapidarnie i wesolo rozmawial Papiez z ludzmi, jednakze ostatnie zdanie, jakie wypowiedzial na lotnisku: "Zal wyjezdzac", zabrzmialo przejmujaco smutno.
Zalowalam mlodych, siedzacych w czasie glownej mszy hen, za kopcem Kosciuszki, ktorzy nie tylko nic nie widzieli, ale niewiele slyszeli. Mimo to nie wydawali sie byc zawiedzeni: "Nie szkodzi, wystarczy, ze jestesmy...".
Cytat z prasy zagranicznej, komentujacej wizyte: "Polacy to balwochwalcy, bardziej kochaja papieza niz Boga". I dalej: "Papiez pominal sprawe przystapienia Polski do Unii Europejskiej...". Ani krztyny prawdy! O koniecznosci naszego przystapienia do Unii wyrazil sie jednoznacznie w przemowieniu pozegnalnym. Co do pierwszego zarzutu: tlumy mlodziezy oblegajace Papieza nie sa specyfika polska, ale zjawiskiem powszechnym. Najbardziej dla mnie znamiennym byla przed kilku laty wizyta papieska w laickim Paryzu. Mlodziez szalala z entuzjazmu. Owczesny polski korespondent Grzegorz Dobiecki nie posiadal sie ze zdumienia.
Istnieje w naszych czasach kilka osobowosci z ogromna pozytywna charyzma, zeby wymienic Dalajlame. Ale fenomen Jana Pawla II nie ma chyba sobie rownego. Tajemnica, ktorej nawet nie staram sie zglebiac.
Te wizyte z uwaga ogladalam w telewizji. W jakiejs chwili (nie w oficjalnym wystapieniu) Papiez napomknal o tegorocznym urodzaju pszenicy, od ktorego, tu objasnienie - pekaja elewatory, a chlopi kolejkuja z przyczepami zboza dniami i nocami; otoz, gdy papiez napomknal, iz w tej sytuacji Polska moglaby wspomoc glodujaca Afryke, wtedy pomyslalam, iz mysl podsunela mu Janina Ochojska, ktora wczesniej wpadla na ten pomysl (chyba pisalam juz o tym w "Kartkach"). Gdyby inicjatywa doszla do skutku, zrealizowalibysmy czastke przeslania "milosc bogata w milosierdzie", z ktorym Papiez przyjechal do Polski.
*
W dniu, w ktorym Jan Pawel odlatywal do Rzymu, w wypadku samochodowym zginal Marek Kotanski. Wymijal grupe rowerzystow, zalegajacych szeroko szose, jak to u nas, i uderzyl w drzewo. Znak? Odkad pamietam, to on wlasnie wypelnial czynem przeslanie Papieza: "milosc bogata w milosierdzie".
Nie ma ludzi niezastapionych, ale obawiam sie, ze Kotanskiego trudno bedzie zastapic. Byl pionierem opieki nad narkomanami, potem nad zarazonymi wirusem HIV, wreszcie bezdomnymi wszelkiego rodzaju. Slowo "Monar" znal kazdy cpun, a "Markot", warszawski osrodek dla bezdomnych, znal kazdy "menel", czyli czlowiek "bez przydzialu". Kotanski nikogo nie odrzucal. Zdarzalo sie, ze karetka pogotowia podrzucala mu ciezko chorego, bo komus bez dowodu osobistego i meldunku nie przysluguje u nas szpital.
Marek Kotanski droge do celu wyrabywal sobie przez meke. Rodacy dlugo nie akceptowali wspolczesnych tredowatych. Poczatkowo nagminnie palono mu tworzone osrodki. Nie zrazal sie; trudnosci kumulowaly jego energie. Podejmowal coraz to nowe wyzwania czasu. Ruch sie rozrastal. Czy teraz, gdy Kotanskiego nie ma, a Jan Pawel II daleko, znajda sie ludzie, ktorzy podejma przeslanie?
Przychodzi mi na mysl ksiadz Arkadiusz Nowak. Mlodszy od Kotanskiego, rozpoczal przed laty walke o zajecie sie ludzmi chorymi na AIDS. Nie chciano ich we wlasnych rodzinach, w szkolach, w szpitalach, u dentysty. Ks. Nowak, z temperamentu rozny od Kotanskiego, stal sie konsultantem rzadowym. Dzialal u gory, podczas gdy Kotanski prowadzil sprawy od dolu. Od najglebszego dolu.
Pamietam jego smiala akcje z ponurych lat 80. Niektorzy smiali sie w kulak. Mnie zaimponowal. Akcje mycia publicznych szaletow. Kto zna Polske komunistyczna, ten wie, w jakim byly stanie. Kotanski, zaopatrzony w rekawice i odpowiednie przybory, z grupa chetnych (niestety, nie przylaczylo sie wielu) zabral sie do usuwania gowien - przepraszam, ale trudno o inne slowo - z muszli, sedesow, podlog i scian. Rzadkosc u swieckiego Polaka: byc wyksztalconym psychologiem i zajmowac sie czynnosciami najbardziej przyziemnymi. Takich spolecznikow nam brak. O nich wolal Jan Pawel II. Ale jak powszechnie wiadomo, Papieza sluchamy, ale nie slyszymy.
Walusia mi zal. Henryka Walusia, prezesa firmy odziezowej "Odra" w Szczecinie. W czasach swietnosci "odrzanskie" szwaczki szyly dla Armaniego, dzis nie dostaja zaleglych pensji. Zamowien brak. Zaklad w upadku. Jak ratowac? Probowal Walus; pracowal po szesnascie godzin na dobe i - co niespotykane - nie wyplacajac szwaczkom, sam sobie tez nie wyplacal. Podobno nowy system pracy mial juz zapiety na przedostatni guzik, nowy inwestor juz-juz wykladal pieniadze, zeby podpisac kontrakt.
Szwaczki nie wytrzymaly. Zwrocily sie po sasiedzku do stoczniowcow, ktorzy uprzednio wywojowali sobie gwarancje rzadowe, mimo ze zaklad bankrutowal. Czytaj: jezeli produkt, czyli statki, okaza sie niechodliwe, my, podatnicy, zaplacimy za te gwarancje. Dokladnie jak za komuny. Niemniej rzad sie ugial. Zadecydowala liczebnosc zalogi. Masa stoczniowcow wraz z pracownikami stowarzyszonych ze stocznia zakladow dochodzila, w porywach, do kilkudziesieciu tysiecy. Rozsierdzeni, mogli przyjsc i rozwalic Rade Ministrow. Nie doszlo do tego. Zalegle pobory zostaly poplacone, zarzad, ktory haniebnie nieudolnie prowadzil kwitnace nie tak dawno przedsiebiorstwo, ale z wprawa wyprowadzal kapital na lewo, poszedl za kraty.
Stoczniowcy, podbudowani wlasnym przykladem, postanowili pomoc "Odrze". Zaczeli od srodkow "najbogatszych": wdarli sie do gabinetu Walusia i niemal go zlinczowali. Pobity i polnagi znalazl sie na ulicy, potem w szpitalu, gdzie dotychczas przebywa. Kowal zawinil, a Cygana powiesili.
Walus, mimo ze "na chorobowym", zostal wywalony z pracy, inwestor chyba sie wycofal, wiec grozi nam wszystkim, ze bedziemy utrzymywac kolejny nierentowny zaklad.
Na marginesie: gdy widzialam w telewizji stoczniowcow w "Odrze" przy "robocie"(zadbali o obecnosc kamer), nie dostrzeglam nikogo zaglodzonego, nawet chudego. Przeciwnie, wszystko basalyki z brzuchami wywalonymi za paski spodni. Nie wszyscy bili, ale nikt z tlumu, lacznie z policja, nie ujal sie za krzywdzonym. Znamienne.
Prawde mowiac, nie wierze w bezrobocie w duzych ruchliwych miastach. Bezrobocie jest. Ale na wielkich polaciach dawnych Panstwowych Gospodarstw Rolnych, glownie w polnocno-zachodniej Polsce, gdzie na dodatek, w ramach oszczednosci, pokasowano komunikacje, ciuchcie, autobusy i kolej. Nie ma jak dostac sie do wiekszych skupisk. Nie ma jak wydostac sie ani do szkoly, ani w poszukiwaniu pracy. Siedz, czleku, i placz, zapijajac "Arizona" (to tamtejszy najtanszy belt).
*
Napomknelam, ze chlopi stoja ze zbozem po drogach dniami i nocami. Niektore elewatory skupuja, inne nie, bo pelne jeszcze zeszlorocznego ziarna. Za komuny stali, zeby kupic sznurek do snopowiazalek (rokrocznie byl to problem na miare racji stanu) - dzis problemem nie do przebrniecia jest "kleska urodzaju".
Agencja Rynku Rolnego powolana jedynie po to, zeby podobnym sytuacjom zaradzac, tlumaczy, ze nie przewidziala tak wczesnych zniw i takiej ilosci zboz. Maja czelnosc! Juz w czerwcu wystarczylo spojrzec na byle poletko, zeby dojrzec, jak klosy pekaja dojrzaloscia. Jak wiec mozna stanac przed ludzmi i swoja nieudolnosc traktowac jako wiarygodne tlumaczenie? Miedziane czola.
*
Miedziane czolo pokazal tez czlowiek, ktorego wsrod politykow uwazalam dotychczas za osobe wyrozniajaca sie przyzwoitoscia. Mysle o obecnym przewodniczacym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, dawnym posle Unii Demokratycznej Juliuszu Braunie. Poszlo o to, iz Rada, zlozona obecnie w wiekszosci z czlonkow Sojuszu Lewicy Demokratycznej, odebrala czestotliwosc krakowskiemu Radiu Blue oraz Radiu Walbrzych. Obie lokalne rozglosnie cieszyly sie niekwestionowana popularnoscia. Decyzja Rady byla wylacznie rozgrywka polityczna. Co w tej sytuacji robi przewodniczacy Braun? Siada przed telewizyjna kamera i w swoj mily, lagodny sposob oznajmia, ze chociaz w najglebszym przekonaniu on oddal swoj glos za utrzymaniem wspomnianych radiostacji, ale poniewaz wiekszosc Rady byla przeciwna, wiec na negatywnej decyzji jako przewodniczacy zlozyl podpis o likwidacji.
Nasuwa sie zawolanie: gdzie sens, gdzie logika?!, ale przede wszystkim nalezaloby spytac: gdzie odrobina godnosci? Dlaczego czlowieka zamoznego (przez kilkanascie lat na wysokich panstwowych posadach nie sposob sie nie dorobic); czlowieka z perspektywami, bo klasa rzadzaca, niezaleznie od masci, nie opuszcza swoich w biedzie; wiec dlaczego, u diaska, uczciwego czlowieka nie stac bylo na zlozenie dymisji i odejscie z hukiem? Nie waham sie powiedziec, ze takie odejscie byloby aktem obywatelskim. Moze staloby sie wyzwaniem dla innych? Aktem pozytywnej przemiany? Niestety. Pan przewodniczacy z miedzianym czolem wolal pozostac na stanowisku. Mloda ta nasza demokracja, a juz sie degeneruje.
*
Jest sierpien. Drzewa w Polsce maja najintensywniejszy odcien zieleni. Procz kasztanowcow. Z dnia na dzien zzolkly i zgubily liscie. Szeleszcza pod stopami. Pnie stoja nagie. Niespotykane zjawisko. Nagle ludzie widza, jak wiele mielismy tych pieknych drzew; byly ozdoba parkow. Byly, bo juz nie beda. Nie beda, jezeli sie solidnie nie zabierzemy za wytepienie larw trzymilimetrowego motylka-wampirka, szrotowki kasztanowiaczka, ktory spija im krew. Jest na niego sposob, ale wymagajacy systematycznosci i uporu. Trzeba po prostu bezustannie grabic i palic liscie z larwami. Watpie, czy znajdzie sie ktos, kto by znalazl w sobie odpowiednia determinacje. Dyrektor Lazienek Krolewskich Marek Kwiatkowski kreci glowa: "Trudno bedzie".
Warszawa bez kasztanowcow? Nie wyobrazam sobie. Ocalaly w czasie powstania, gdy Warszawa legla w gruzach - teraz mialyby zginac? Mam w oczach taki obraz: okupacja, wszystko szare, skulone, ludzie udajacy, ze ich nie ma. Wychodze ze szkoly: na Bagateli kasztany kwitna jak gdyby nigdy nic, na rozowo. Kiscie odwaznie pna sie ku sloncu. Oczy nizej: na trotuarze dwoch zastrzelonych przed chwila chlopakow. Leza jak lachmany, ale z ust toczy sie im jeszcze strumyk zywo czerwonej krwi. Dwie pokrewne barwy, ale calkiem inne. No, ale wtedy to byly sprawy codzienne.
*
Moj siostrzeniec ozenil sie z Niemka. Rodzice panny mlodej rewizytowali rodzicow pana mlodego w Polsce. Cztery dni pobytu. Warszawa, Krakow, Kazimierz Dolny. Zwiedziwszy stolice, udali sie pociagiem intercity prosto do "Noworola" na krakowskim Rynku. Stolik zarezerwowany, z widokiem na kosciol Mariacki. Po sniadaniu biegiem (za biletami) na otwarcie oltarza Wita Stwosza. Wysluchanie hejnalu. Potem meleksem na Wawel (tez z rezerwacja), do synagogi na krakowskim Kazimierzu; bez rezerwacji, ale za wysoka oplata... Co sie najbardziej podobalo? Goscie odpowiadaja z najwyzszym uznaniem: organizacja! Nie zabytki, nie widoki, ale program co do minuty. Porzadek. Ordnung. Ordnung muss sein. I byl. Do lamusa z Polnische Wirschaft! Nie wierze.
Warszawa, koniec sierpnia 2002 r.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |