EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Gdzies wysoko nad Atlantykiem, w drodze z USA, zadalam towarzyszacej mi przyjaciolce pytanie: "Na co sie najbardziej cieszysz w kraju?". Odpowiedz brzmiala: "Na kabaret polityczny". Nie zawiodla sie. Walizki nierozpakowane, rodzina niedopieszczona, a my wgapione w telewizor, wraz z calym narodem, patrzymy, co sie w parlamencie wyprawia. Wlasnie Andrzej Lepper wyglasza mowe, po ktorej olbrzymia wiekszoscia poselskich glosow zostaje zdjety z funkcji wicemarszalka Sejmu. Przeholowal. Wystapieniem tym, moim zdaniem, wykopal sobie polityczny dol z wapnem. Oby sie w nim roztopil jako polityk!
A zdawalo sie, ze pelny sukces ma w garsci; "juz byl w ogrodku, juz wital sie z gaska...". Przepadlo. Nie wytrzymal; nie powsciagnal wlasnej natury. Zaangazowany za ciezkie pieniadze specjalista od ksztaltowania jego wizerunku, ktory uczyl go nie tylko jak obnizyc timbre glosu, ale jak moderowac temperament i unikac warcholskich odzywek, zapewne drze sobie wlosy z glowy. Niereformowalny uczen.
Lepper mogl w swojej mowie naprawic uprzednie klapniecie, ciezko obrazajace ministra spraw zagranicznych Wlodzimierza Cimoszewicza, co bylo przyczyna wniosku o odwolaniu go ze stanowiska. Mogl, ale nie zrobil tego. Mogl przy zamienionym w sluch spoleczenstwie wygarnac obecnej wladzy niedotrzymane obietnice wyborcze. Na przyklad, pozostawienie Agencji Rynku Rolnego i wielu innych agend Skarbu Panstwa, ktore stanowia - jedynie i wylacznie - synekure dla wlasnych nieudacznikow. Mogl mowic o rozbuchanym biurokratycznie systemie kas chorych, nietknietym przez nowa wladze. Mogl, operujac liczbami, jakie znal, a znal, udowodnic, ze rzetelna likwidacja takiego stanu rzeczy nie bylaby bynajmniej kropla w morzu dla budzetu, ale stanowila istotna pomoc. Mogl, krotko mowiac, oskarzyc zwycieska partie, ze sklamala wyborcom, przyrzekajac ciecia po wierzcholkach. A ciecia po wierzcholkach oznaczaja, ni mniej ni wiecej, jak drastyczne, nie pozorne, kasowanie zbednych etatow (w tym poselskich i senatorskich, co obiecywano) oraz dekoracyjnych wydatkow, w jakie obrosla administracja. Gdyby tak mowil, zdobylby poklask. Poklask nie tylko ludzi naprawde skrzywdzonych przez czas przelomu gospodarczego. Mogl sklonic wszystkich do zastanowienia sie i mogl przydac sobie powagi jako polityk. Zaprzepascil szanse. Dzis, poza wlasnym ugrupowaniem, trudno mu znalezc obroncow chocby wsrod cichych sprzymierzencow z Polskiego Stronnictwa Ludowego czy Ligi Polskich Rodzin.
Andrzej Lepper wybral inna droge. Droge nikczemnych personalnych pomowien. W lawach parlamentarnych w Europie zdarzaja sie nieparlamentarne zachowania. Nawet we flegmatycznej Anglii, nie wspominajac Wloch. Ale tam wybuchy temperamentow nie zaklocaja zycia spolecznego, poniewaz demokracja jest ugruntowana, podczas gdy u nas wciaz balansuje na linie.
Jozef Pilsudski tez obrazal Sejm. Ale czym innym jest wyrazenie "fajdanitis poslinis", a czym innym jest publiczne stwierdzenie, ze ojciec ministra byl zbrodniarzem i ze syn wyssal zbrodniczosc z piersi matki. Jak ongis przerazajacy Stan Tyminski ze swoja czarna teczka, w ktorej rzekomo mialy byc dowody na zdrade kraju przez Tadeusza Mazowieckiego i innych czlonkow pierwszej "Solidarnosci", tak 29 listopada br. z trybuny sejmowej Lepper, podajac daty, miejsca i godziny, pomowil ministrow spraw zagranicznych Wlodzimierza Cimoszewicza i obrony Jerzego Szmajdzinskiego, pomowil Andrzeja Olechowskiego, poslow Pawla Piskorskiego i Donalda Tuska, kolege w wicemarszalkowaniu w Sejmie, o branie pod stolem milionowych sum dolarowych. Gromkim glosem zarzucil siedzacym naprzeciw niego w bezruchu ludziom grube kryminalne czyny. Sejm skamienial. Jakby go porazilo. Poslowie nie wyszli, jakby przyrosli do foteli. Mozna powiedziec, ze byl to drugi Sejm Niemy w naszej historii, chociaz odmiennej natury.
Gdy wreszcie pomowieni odzyskali mowe, Piskorski oswiadczyl krotko, ze takiemu smieciowi procesu nie wytoczy, bo mu szkoda czasu. Olechowski, ktory rzekomo mial dac sie przekupic w warszawskiej kawiarni, pokazal paszport z pieczatkami, dowodzacymi, iz w owym czasie bawil na Wyspach Kanaryjskich, Tusk nie musial niczego pokazywac, bo ten, od ktorego mial brac, akurat w tym czasie siedzial w wiezieniu. Doprawdy, Lepper mogl wymyslic cos sprytniejszego! Zalosc bierze. Trudno wyobrazic sobie Donalda Tuska, Kaszuba, zeby siegal po lapowke od szefa gangu pruszkowskiego "Pershinga". Jezeli juz, to blizej byloby mu do kogos z Wybrzeza, ktore jest jego naturalnym srodowiskiem.
Madry Polak po szkodzie. Sojusz Lewicy Demokratycznej zapewne dzis pluje sobie w brode. Pogral sprawe. Gdy Samoobrona stala sie trzecia co do wielkosci partia w Polsce, czlonkowie SLD przescigali sie w umizgach wobec Leppera. Nie dostrzegali, ze nie stawia sie w sadzie na kolejne rozprawy; nie zauwazali odraczanych Lepperowi w nieskonczonosc wyrokow i chwalili, ze sprawniej prowadzi sejmowe obrady niz jego poprzednik Maciej Plazynski. Cel byl jasny: mysleli, ze go sobie kupia. Ze z reki bedzie im jadl. Przeliczyli sie.
Istniala inna mozliwosc: wybranie na wicemarszalka Lecha Kaczynskiego, z czwartej co do wielkosci partii Prawo i Sprawiedliwosc. Jednakze Sojusz bal sie popularnosci, ktora Kaczynski zdobyl jako minister, domagajac sie surowszych restrykcji karnych w obliczu coraz zuchwalszych rozbojow w kraju. SLD wolal popularnosc warchola i przestepcy niz ewentualnego rywala. No i ma. Coz, "sam tego chciales, Grzegorzu Dyndalo".
Mowi sie, ze Leppera wykreowaly media, zwlaszcza wizualne. Jest cos na rzeczy. Lepper posluzyl sie nimi, zeby zaistniec w swiadomosci spolecznej. W przeszlosci byl pierwszym w organizowaniu zajazdow na Sejm, w blokadach drog miedzynarodowych, w brutalnych demonstracjach. Reporterzy biegli z kamerami i wtedy on sie podsuwal i grzmial. Byl latwym i efektownym kaskiem. Reszta byla tlumem bez twarzy. Jego zagniewane oblicze znala cala Polska od lat. No i wykreowano go na Janosika.
Madre glowy chyla sie dzis z trwoga nad zjawiskiem "Lepper". Posel Rokita kracze, ze Polska przypomina Republike Weimarska tuz przed przewrotem 1933 roku. Wtedy tez wszystko odbylo sie lege artis, w demokratycznych wyborach... Psychologowie i socjologowie spoleczni analizuja sylwetke Leppera w podobnym duchu. Pada slowo Führer. Jeszcze nie pada "Hitler", ale pada "Lukaszenka". Mielibysmy stac sie jak Bialorus?!
Prof. Andrzej Rychard z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, pisze: "...jezeli gwiazda Leppera zgasnie (o ile zgasnie), to w Polsce nie zniknie potencjal frustracji, ktory jest staly. Moze wiec pojawic sie inny Lepper, ktory bedzie traktowany jako lepszy reprezentant tej grupy".
W tym rzecz! W wywiadzie telewizyjnym, udzielonym zaraz po zdjeciu z marszalkostwa, Lepper powtorzyl te same bezecenstwa, co w Sejmie. Nie umial odpowiedziec, gdzie sa dowody pomowien o przestepstwa i z jakich zrodel pochodza. Na zdrowy rozum, calkowicie sie pograzyl. A jednak w telefonach od telewidzow otrzymal trzykrotnie wieksza liczbe glosow na "tak" niz na "nie".
Ma racje prof. Rychard, ze ktos taki jak Lepper jest nadzieja. Lgna do niego nie tylko warcholy, ale biedacy - bo bieda w niektorych regionach Polski jest prawdziwa bieda, jak w Trzecim Swiecie. Zmiana w ukladzie rzadzacym nie przyniosla ulgi. Ulga dla ginacych musi byc natychmiastowa, nie rozlozona na lata, jak obiecuja.
*
Rosnie liczba samobojstw. Chociaz wiadomo, ze ludzie odbieraja sobie zycie z roznych przyczyn, samobojstwa sa glownie wyrazem kondycji spolecznej. Charakterystyczne, ze ich wskaznik wydatnie zmalal w Polsce w latach 1980 i 1989, i to wsrod robotnikow. Teraz, wedle badan, w tej samej grupie gwaltownie rosnie. Co robi czlowiek, ktory nie ma nic do stracenia? Zabija sie albo szuka jakiegos "leppera".
Naszego biedaka nie sposob porownac, na przyklad, z bezdomnym z Central Parku. Ten pierwszy jest na ogol wieloletnim bezrobotnym, zyjacym na odludziu w popegeerowskich w slumsach. Nawet do "posredniaka" trudno mu dobrnac. Dzieci glodne, nieobute, grozi eksmisja. Za wszelka cene chcialby dostac prace. Chcialby zmienic swoja sytuacje. Ten drugi, z symbolicznego Central Parku, jest nedzarzem niejako "z wyboru". Oczywiscie, nieraz tragiczne okolicznosci wybily go z rytmu pracy i wepchnely w sytuacje, do ktorej jednak przylgnal. Przywykl. Zazwyczaj nie chce pomocy. Nie znosi, zeby sie do niego wtracac. U nas jest z gruntu inaczej. Biedny chce, zeby sie do niego wtracic, zeby mu podac reke.
Nie mam pojecia, jak to sie dzieje, ze nasi rzadzacy nie widza zagrozenia przede wszystkim dla siebie samych. Zmieniaja sie ekipy, slepota ta sama. Czy politycy nie poczuliby sie bezpieczniej, gdyby odjeli sobie od ust, i to porzadnie, spektakularnie, tak izby kazdy widzial, ze nie jest to pozor? Wola zawieruche wywolana przez tego czy innego "leppera"?
Wladza degraduje, wiadomo, ale, panowie politycy, nie tlumcie w sobie odruchu samoobronnego. Bo uderzenie pojdzie przede wszystkim w was.
*
Juz w pazdzierniku, podczas naszego spotkania w Nowym Dzienniku, przybyli czytelnicy niepokoili sie Lepperem i Samoobrona. Bagatelizowalam zjawisko. Upieralam sie przy jego czysto kabaretowym charakterze. Kabaret, owszem, jest, ale tragiczny. Dlatego dzis zastanawiam sie, kto mial racje, moi rozmowcy czy ja, upierajaca sie, ze grozniejsi od Leppera sa fundamentalisci z Ligi Polskich Rodzin, dazacy do zupelnej izolacji Polski od Europy. Oni nie dadza sie poniesc jak Lepper, ale uparcie beda drazyc skale; beda jak erozja... Nie wiem, co gorsze.
Skoro juz jestem przy owym wieczorze w Dzienniku: redaktor naczelny pisma, ktory prowadzil spotkanie, Maciej Wierzynski, charakteryzujac mnie - znamy sie od lat - powiedzial, ze jestem dwoista. Dowod? Prosze: kiedys w rozmowie wyznalam mu, ze przed laty, w czasach komuny, wchodzac do redakcji, w ktorej oboje pracowalismy, zapieralo mi dech w piersi ze strachu. Wtedy balam sie, a teraz, za wolnosci, chwale wyrobienie postkomunisty, Leszka Millera - mowil Redaktor. Zabraklo mi wtedy refleksu na odpowiedz. Odpowiem teraz. Tak, balam sie. Balam sie, bo mialam swiadomosc, ze w kazdej chwili moge byc wyrzucona z pracy. Powiecie, kazdy moze byc wyrzucony, na calym swiecie. Zgoda, ale normalnie, gdy wyrzuca cie z jednej pracy, idziesz do drugiej. Wyrzucenie nie oznacza wilczego biletu, jak bylo w komunistycznej Polsce. Wowczas, bez dojsc i stosunkow, bez ukladow, bylam calkowicie bezbronna. I otoczona ostracyzmem jako podejrzana. Czlowiek bez etatu stawal sie wloczega. A wloczegow nalezalo scigac. Warto pamietac, ze takich jak ja, zagrozonych i przestraszonych, bylo wielu. Bardzo wielu. Choc malo kto orientowal sie, ze jego stan ducha - owo swoiste napiecie, niepewnosc, baczenie na slowo, brak naturalnosci, "schizofrenia" - to wlasnie strach. Dopiero wolnosc pozwolila mi to uczucie rozpoznac i nazwac. Dzis moge powtorzyc za Lechem Walesa, ze boje sie tylko Boga. Millera moge pochwalic, moge i zganic. Moge gadac, co mi sie zywnie podoba. Nic mi za to. Za zadne skarby nie chce wolnosci stracic. Komuna nie wroci, ale dyktatura niejedno ma imie. Dlatego nie moge swobodnie, jak widz w teatrze, cieszyc sie najlepszym z najlepszych kabaretem rozgrywajacym sie w naszym Sejmie. Bawie sie i wstydze zarazem; umieram z leku, co z tego wyniknie. "Smiej sie, pajacu"... Nie jestem dwoista - jestem rozdwojona.
*
Gdy bylam w Stanach Zjednoczonych, zginal w wypadku biskup radomski Jan Chrapek. Spieszyl sie z Warszawy do siebie, samochod wpadl na drzewo, smierc. Alkohol wykluczony. Mowia, ze albo zapasc cukrzycowa, albo sercowa. Mial piecdziesiat pare lat. Nalezal do grupy najswiatlejszych ludzi w Episkopacie. Grupy, niestety, stanowiacej mniejszosc w tym gronie. Tym wieksza strata spoleczna. Kosciol w Polsce jest podzielony politycznie, podobnie jak obywatele. Postanowienia Episkopatu, koncowy ksztalt listow pasterskich podlega glosowaniu. Licza sie glosy. Prymas, o czym malo kto pamieta, jest tylko primus inter pares, ma jeden glos.
Dlatego tak szkoda biskupa Chrapka! Nie moge ustrzec sie od banalnego westchnienia: dlaczego zawsze gina najpotrzebniejsi? Biskup Chrapek byl doskonalym "szefem lacznosci" Kosciola z mediami. Wyksztalcony, wielojezyczny, oblatany w swiecie, a jednoczesnie skromny. Niewielka postura, blond loczek na czole; wygladal jak chlopiec.
W latach 80. wikarowal w parafii budujacego sie blokowiska na dawnej plycie wojskowego lotniska Bemowo. Spotykalismy sie w zatloczonym tramwaju. Bywal u mnie w domu, a pozniej ja u niego pod Warszawa w klasztorze Braci Michaelitow, ktorych zostal przelozonym. Pamietam dlugie spacery w swietle zachodzacego slonca po mazowieckich legach. W pismie michaelitow Powsciagliwosc i Praca znalezli przytulisko dziennikarze, ktorzy nie chcieli pracowac w prasie rezymowej. Byl to okres prawdziwej wiezi Kosciola z laikatem.
Ksiadz Chrapek nigdy wiezi tej nie zerwal. Nie poddal sie goryczy, gdy swieccy poszli do siebie. Zawsze byl z nimi blisko, otwarty na drugiego czlowieka, niezaleznie, skad przychodzil. Takich biskupow nam trzeba.
Funkcje stosunkow z mediami objal po nim biskup wojskowy Leszek Slawoj Glodz. Czlowiek zupelnie innego pokroju. Obiecuje, ze tez bedzie otwarty. Oby!
*
Barbara Piwnik byla przez ostatnie lata ozdoba sadownictwa. Przystojna brunetka o swietnych korzeniach (piekna karta rodziny w Armii Krajowej) sadzila najtrudniejsze sprawy. Jawila sie jako wzor profesjonalizmu i klarownosci, potrafila utrzymac porzadek na sali rozpraw. Nieslychanie skomplikowana, obarczona tysiacami akt i swiadkow, afere Funduszu Obslugi Zadluzenia Zagranicznego, najwieksze przestepstwo gospodarcze wolnej Polski - porzucila dla ministrowania. Jej nastepca bedzie musial wglebiac sie w akta od poczatku, co grozi przedawnieniem. No trudno, zaiskrzylo jej kierowanie wymiarem sprawiedliwosci. Myslalam, ze i tu pokaze sie z najlepszej strony. Jednakze jej postawa w sprawie prokuratora Andrzeja Kaucza [szerzej na ten temat pisze w dzisiejszym numerze Andrzej Koraszewski - przyp. red.] byla dziwnie metna, argumenty nieprzekonujace. A przeciez bylo jasne jak slonce, ze Kaucz nie powinien byc jej zastepca. Posluze sie slowami Stanislawa Lema z Tygodnika Powszechnego: "...slysze, ze byl [Kaucz] wyksztalconym prawnikiem, nic innego nie umial, musial wiec oskarzac. Moze i musial - ale w takim razie nie musi byc w wolnej Polsce zastepca prokuratora generalnego".
*
Czego mi najbardziej brakuje po powrocie z USA? Sieci kafejek Starbucks znajdujacych sie tam niemal na kazdym rogu. Brakuje mi rozwalonych w nich na brudnawych kanapach ludzi; uczacych sie, czytajacych gazety, ktore rzucali na podloge. Zbieralysmy je skrzetnie z przyjaciolka. Brakuje mi atmosfery swobody i rownosci tam panujacej. No ale przede wszystkim brakuje mi kawy. Wysmienitego smaku naparstka espresso zapijanego woda z lodem. Z taka kawa mozna wejsc do Francji i Wloch - i wygrac. A pamietam, jak niedawno w calej Ameryce byla wylacznie lura przyprawiajaca o mdlosci. Wszystko jest do zrobienia , jak sie chce.
U nas kawa jest kwasna nawet w najwytworniejszych lokalach.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |