JAN PIESZCZACHOWICZ
Literatura po Pazdzierniku 1956 (III)
Stabilizacja
czy destabilizacja?
W miare oddalania sie od pazdziernika 1956 roku coraz wazniejsza
sprawa dla literatury okazywal sie stosunek do przeszlosci.
Na poczatku 1963 r. wybuchla dyskusja wokol ksiazki Zbigniewa
Zaluskiego Siedem polskich grzechow glownych. Pulkownik-pisarz
zaprezentowal poglady patriotyczne, ale budzace po roznych
stronach opory i sprzeciwy. Zaatakowal "postawe szyderstwa
i pogardy", ktora kojarzyla mu sie m.in. z przedwojennym
pacyfizmem Juliana Tuwima i Antoniego Slonimskiego, notabene
atakowanym wtedy zajadle przez prawice, nacjonalistow i
elementy faszyzujace, a takze czesc sanacji. Sprzeciwil
sie jakimkolwiek probom "deheroizacji najnowszej historii
Polski".
Zaluski byl czlowiekiem inteligentnym, a jednoczesnie, przy pozorach chlodnego dystansu i racjonalizmu, bardzo emocjonalnym. Jego poglady nasiakly pewna odmiana lewicowego konserwatyzmu. Polemisci dostrzegli tu liczne ryzyka. Kazimierz Kozniewski pisal w Polityce: "Bardzo niebezpieczna formula rozgrzeszenia... z koniecznosci myslenia. (...) Bezkrytyczne wielbienie historii wlasnego narodu - i politycznej, i militarnej - to prosta droga do wychowania nacjonalistycznego i szowinistycznego".
Mial racje, niezaleznie od intencji Zaluskiego; z okresu miedzywojennego zapamietal bowiem, ze fundamentalistyczne doktrynerstwo patriotyczne, wszystko jedno jakie - lewicowe czy prawicowe, wydawalo zatrute, a nawet niebezpieczne owoce, podobnie zreszta jak w calej historii polskiej i powszechnej. Polacy byli zawsze szczegolnie uczuleni na rodzime badz obce negatywne opinie o naszym charakterze narodowym i postepowaniu, pod wplywem klesk narodowych tworzyli niejako warstwe ochronna, utkana z sieci mitologii i stereotypow, sklonni na kazdym zakrecie dziejowym stawiac masowo pomniki nowym idolom, przy okazji wyburzajac czesc dawnych. Obserwujemy to takze w III Rzeczypospolitej, niekiedy w wydaniu niezupelnie zgodnym z obiektywna wymowa faktow historycznych. Tym, ktorzy uprawiaja podobne praktyki, warto przypomniec - zachowujac proporcje - ze stosowala je np. propaganda sowiecka, z luboscia dla podparcia wielkomocarstwowego patriotyzmu w ZSRR przywolujac i afirmujac bohaterow takich, jak Aleksander Newski, Iwan Grozny czy Suworow. Nie zabraklo podobnych tendencji w PRL.
Dyskusja o ksiazce Zaluskiego wzbudzila niezadowolenie partii, zwlaszcza ze - jak napisal Pawel Zaremba w paryskiej Kulturze - "W krajach komunistycznych programowe wystapienie przeciwko szyderstwu historycznemu jest nowoscia". Na kierunek, jaki przybral spor, utyskiwala Trybuna Ludu, a Wladyslaw Gomulka po raz kolejny na XIII Plenum KC PZPR zaatakowal "czarna literature", oderwana od "spolecznej rzeczywistosci Polski budujacej socjalizm". Wkrotce ofiara owych powiewow padl Slawomir Mrozek, ktory w 1963 r. wyjechal do Wloch, by w 1968 r. (po wydarzeniach marcowych) osiedlic sie w Paryzu.
W styczniu 1964 r., w zwiazku z premiera Smierci porucznika (Teatr Dramatyczny), rozpetano przeciwko "szydercy" Mrozkowi niewybredna kampanie na lamach coraz bardziej twardoglowej i nacjonalistycznej Stolicy. Teofil Syga w artykule pod patetycznym tytulem "Cos ty uczynil ludziom, Mickiewiczu" alarmowal: "Nam, ktorych zacheca sie do padania na twarz przed Ionesco i Dürrenmattem, dano okazje do posmiania sie z walki i meczenstwa narodu". Kolejni dyskutanci, a takze autorzy zapewne sfabrykowanych listow do redakcji, w rodzaju "rolnika spod Sochaczewa", rozdzierali szaty: "Dopuszczono do publicznego zniewazenia tego, co bylo, jest i powinno pozostac nietykalne, nieskalane, swiete". To zniesmaczylo nawet Jerzego Putramenta, ktory dostrzegl w nagonce "jakis zatechly zapaszek przypominajacy maniery najgorszego przedwojennego dziennikarstwa", dodajmy - glownie endeckiego, a po czesci sanacyjnego.
Na pocieszenie w tymze roku uwage krytyki i czytelnikow zaprzatnely takze inne utwory: Sennik wspolczesny Tadeusza Konwickiego, o ktorym Tadeusz Nowakowski powiedzial w Radiu Wolna Europa: "Az dziw bierze, ze najlepsza ksiazka emigracyjna r. 1963 ukazala sie w Warszawie", oraz Agnieszka, corka Kolumba Wilhelma Macha i Pruski mur Witolda Zalewskiego. Byly to spojrzenia zroznicowane, nietypowe, swiadczace o rzetelnosci pisarskiej autorow. Nurt dyskusji historycznych nasilily takze dwie premiery: sztuka teatralna Kolumbowie, rocznik 20 wedlug ksiazki Romana Bratnego oraz przeniesione na ekran przez Andrzeja Wajde Popioly Stefana Zeromskiego, przeradzajac sie w spor o dziejowy sens polskich losow. Znamienne, ze do najsurowszych krytykow filmu nalezal Zaluski, natomiast Wiktor Woroszylski napisal: "Dal wiec Wajda wizje historii i uwiklanych w nia losow ludzkich, jak pierwowzor gorzka, goraca, tragiczna, trudna jak pierwowzor, nie do przyjecia dla brazownikow". Ogladalem ten film ze wzruszeniem (Zaluski utrzymywal, iz w dziele Wajdy nie ma "ciepla w ukazaniu kraju i ludzi") takze dlatego, ze Popioly sa zwiazane z moja rodzinna Sandomierszczyzna, i odnioslem wrazenia podobne jak Woroszylski.
Do patriotycznych kontrowersji przyczynila sie rowniez glosna premiera Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasinskiego w krakowskim Starym Teatrze w rezyserii Konrada Swinarskiego, na ktora zzymal sie zwykle tolerancyjny Jaroslaw Iwaszkiewicz, natomiast Jan Kott napisal: "Nie-Boska przywalily dwie gory, jedna zbudowali filolodzy, druga zostawil Schiller, Swinarski je obalil, stworzyl teatr dla tekstow szalonych". Warto zwrocic uwage na te sugestie. Rzeczywiscie, w wielu utworach literackich i poczynaniach artystycznych w latach 60. i 70. pojawila sie - nawiazujaca takze do literatury i dramatu absurdu na Zachodzie - wizja dziejow Polski oraz powszechnych jako jednego wielkiego szalenstwa, ktore w XX w. przynioslo wojny i zbrodnie tak monstrualne, ze najstarsi racjonalisci mogli zwatpic w moc rozumu. W Polsce mialo to zwiazek z podskornym nurtem kontestowania komunizmu oraz kolejna fala romantyzmu i powrotem "romantycznego szalenca" zrewoltowanego przeciwko determinizmowi historii. Wszystko to dawalo przedsmak gwaltownego konfliktu historyczno-ideologicznego, ktorego nader smutnym akcentem staly sie wydarzenia marcowe w 1968 r. i ich skutki.
Tymczasem odnotujmy jeszcze inne sposoby podejscia do dziedzictwa przeszlosci, przez jednych rozumianego jako inspiracja do patriotycznych przemyslen, przez innych - klopotliwy niekiedy ciezar, domagajacy sie reinterpretacji, dystansu czy nawet oczyszczajacego szyderstwa. Byly takze postawy posrednie, mozna do nich zaliczyc neoklasycyzm w poezji, proklamowany niejako w artykule Jaroslawa Marka Rymkiewicza "Czym jest klasycyzm" (1963). Autor pisal: "Nie moze okreslic swego miejsca w kulturze ten, dla ktorego przeszlosc jest tylko wspomnieniem, a nie nadzieja". Poeta chcial zbudowac ciaglosc literacka i kulturalna, oparta na uniwersalizmie, ale nie muzealna, poslugujac sie m.in. ironia, pastiszem, parodia oraz elementami groteski, ktore mialy ulatwic przyswojenie przez wspolczesnych tradycyjnych wartosci. Tym sposobem dziedzictwo wiekow byloby w jakis sposob uniezaleznione od plasow ducha epoki, od polityki i ideologii.
Nieco podobna postawe, wywodzaca sie z tradycji personalizmu katolickiego, zademonstrowala Hanna Malewska, jedna z najmadrzejszych pisarek w powojennej literaturze polskiej, ktora w Apokryfie rodzinnym (1965) ukazala przeszlosc nie jako szalenstwo czy wylacznie paradoksalny splot przypadkow, lecz pogardzana przez dzisiejszych postmodernistow "metanarracje", upatrujaca sensu zarazem w trwalosci i zmiennosci. Epicki stosunek do biegu rzeczy i czasu ukazala rowniez Maria Dabrowska w Przygodach czlowieka myslacego, niedokonczonych, drukowanych w 1962 r. w Przegladzie Tygodniowym. Tym sposobem pisarze starszych pokolen - moze po raz ostatni w takim stylu - udowadniali, ze maja niezmienne spojrzenie na swiat.
Nie mozna tego powiedziec o ich mlodszych kolegach z pokolenia 1956 r. Strofowani i gromieni z roznych stron przez politykow i krytykow wszelkich orientacji, bladzili miedzy dawnymi a nowymi laty w poszukiwaniu swego miejsca. Bardzo znamienne byly dwie dyskusje w Zyciu Literackim w 1961 r. W pierwszej wzieli udzial czolowi krytycy z krakowskiej "szkoly Wyki", pod dowodztwem samego mistrza, w drugiej - wybrani przedstawiciele "pokolenia Wspolczesnosci": Janusz Krasinski, Jozef Lenart, Magda Leja, Bogdan Wojdowski i Stanislaw Stanuch. Pierwsi wyrazili mniej lub bardziej stanowczo dezaprobate dla literackich poczynan drugich, np. Kazimierz Wyka mowil o egocentrycznym "sprzedawaniu wlasnej biografii przy obojetnosci na sprawy spoleczne", a Jan Blonski utrzymywal, ze pisarze owi zagubili sie w swoistym manieryzmie: "Mlode srodowiska terroryzuja sie same wlasnym stylem. Cos analogicznego jest w literaturze. Wbrew pozorom w Polsce nie ma obrazoburcow. Mlodzi poszukuja mody, konwencji, tzw. natychmiastowego sukcesu. Wiecej: boja sie, wstydza wlasnych swiatopogladow!".
Z czasem zaczeto ow okres nazywac "nasza mala stabilizacja", inspirujac sie tytulem sztuki Rozewicza Swiadkowie albo Nasza mala stabilizacja, pelnej gorzkiej ironii wobec owczesnej rzeczywistosci spolecznej, nabrzmiewajacej coraz bardziej ignorowanymi oficjalnie konfliktami. Warto tez przypomniec artykul K.T. Toeplitza z 1964 r. pt. "Dziela wszystkie pisarza": "Hermetyczny, gettowy charakter zycia literackiego w Polsce (...) jest symbolem stanu spolecznej niestabilnosci". Jakkolwiek by to interpretowac, trudno KTT odmowic wyczucia sytuacji; rzeczywiscie, w roznych grupach spolecznych, a takze wsrod pisarzy, narastalo poczucie braku stabilizacji, co znalazlo gwaltowny wyraz polityczno-spoleczny pod koniec lat 60.
Pisarze czuli owo cisnienie, ale uraz z lat stalinowskich nie mijal. Wielu sadzilo, iz wszelka polityka jest rzecza jesli nie brudna, to klopotliwa, niebezpieczna, a zorganizowane formy opozycji dopiero kielkowaly. KTT sugerowal, ze w tej sytuacji pisarz nie moze byc do konca pewny, komu (i czy) jest naprawde potrzebny. Politycy nadal chcieli go miec pod taka czy owaka kuratela (w ostatecznosci - cenzorska), wmawiajac mu, ze powinien sluzyc socjalistycznej ojczyznie; czytelnicy oczekiwali ciagle dziel, ktore ukaza prawde o ich zyciu, porusza sumienia, a nawet podpowiedza, jak przetrwac, co stanowilo dla partii ryzyko, zwlaszcza w przypadku tworcow niesklonnych do politycznej dyspozycyjnosci. Wielu ludzi piora odczuwalo te sytuacje jako obiektywna niemoznosc; dla innych stanowila alibi, by sie "nie wychylac".
KTT powiadal: "Z tym poczuciem chroni sie on [pisarz] w hermetycznych kawiarnianych gettach. (...) Psychologia zamknietego kregu (...) jest wylegarnia nerwowosci i histerii. Kazdy niepokoj odbija sie tu w setce luster, potworniejac i urastajac do rozmiarow monstrualnych". Z ta "monstrualnoscia" publicysta przesadzil. Trzeba przypomniec, ze wlasnie ograniczenie swobody obiegu informacji i natrectwo partyjnej propagandy wykreowaly literacka (czy moze raczej - polityczna) kawiarnie, przez partyjnych dzialaczy nieco zdemonizowana jako rozsadnik "wrogich ideowo" tresci.
Do wydarzen przewrotnie humorystycznych, ale i zlowrozbnych nalezal fakt, iz posypaly sie sankcje z powodu kolportowania "bibuly" atakujacej partie z pozycji diametralnie roznych niz te "kawiarniane". W 1964 r. sensacje wywolala ubecka rewizja w mieszkaniu Michala Krajewskiego, zmitologizowanego przez propagande PRL wzorcowego przodownika pracy, u ktorego znaleziono spory stosik broszury podpisanej przez Polska Partie Komunistyczna (z Kazimierzem Mijalem na czele), skierowanej przeciwko przemianom po Pazdzierniku 1956, gdzie mozna bylo przeczytac: "Robotniku polski! Zbudz sie, rewolucja cie wzywa! Pamietaj, ze dopokad nie powywieszasz kombinatorow i zlodziei, dopoki nie przepedzisz kliki pana Gomulki i innych macherow, dopoki nie wygonisz z kraju burzujow polskich i zydowskich (...), nikt cie nie bedzie powazal".
Partia zaczela znow usztywniac stanowisko, m.in. na IV Zjezdzie PZPR Gomulka zarzucal tworcom uleganie "tendencjom wstecznym, nacechowanym pesymizmem, sobiepanskim stosunkiem do spraw narodu". Uchwala zjazdu brzmiala groznie: "...nie powinno byc miejsca dla utworow i sztuk, ktorych wymowa ideologiczna wymierzona jest przeciwko socjalizmowi". Wyroki w tej sprawie mieli oczywiscie ferowac partyjni urzednicy. Poniewaz jednak nie byly to juz wczesne lata 50., Kultura Janusza Wilhelmiego otrzymala zadanie bojowe pogodzenia w dyskusji redakcyjnej ognia z woda. Rozmowcy po wykonaniu licznych piruetow myslowych doszli do wniosku, ze "nie ma literatury socjalistycznej bez krytyki", ale jednoczesnie nalezy zaniechac "polskiej tradycji liberalnej" i zmierzac do "krytycyzmu jako formy afirmacji". Problem zostal poglebiony na XIV Zjezdzie ZLP w Lublinie, gdzie Gomulka wystapil w sposob iscie salomonowy: "Nie boimy sie krytycznego, glebokiego wgladu w rzeczywistosc zycia i kraju. (...) Ale wszelkie proby nawrotu do literackiej rozprawy z socjalizmem skazane byc musza na niepowodzenie".
Zadanie polepszenia zlych stosunkow miedzy literatami i partia wzial na siebie tradycyjnie juz Iwaszkiewicz, powiadajac w swoim zjazdowym referacie: "Pycha i sobiepanstwo kaza skakac pisarzom naszym z pokladu okretu, ktory bynajmniej nie zatonal". Bylo to sformulowanie komiczne, choc skadinad prawdziwe: okret rzeczywiscie plynal i nikt jeszcze nie myslal serio o jego katastrofie... Na kompromis nie poszla Maria Dabrowska, ktora kilka miesiecy wczesniej na zebraniu warszawskiego Oddzialu ZLP wypalila wprost Zenonowi Kliszce, poteznemu czlonkowi Biura Politycznego: "Nie wolno oskarzac goloslownie, nie podajac konkretnych faktow, nie wolno klamac, wprowadzajac w blad opinie publiczna". Szlo jej o kontrakcje partii przeciwko "listowi 34" i represje wobec czesci sygnatariuszy. I pomyslec tylko, ze niektorzy lustratorzy literatury PRL po 1990 r. powiesili w ostatnich latach wszystkie psy na pani Marii, zagladajac jej nawet do lozka. Byli wsrod owych mezow sprawiedliwych i tacy, ktorzy siedzieli jak "spocone myszy pod miotla" (wyrazenie Ludwika Flaszena), kiedy ona glosno mowila. No coz, zgodnie z recepta Sandauera - odwaga znow potaniala, a rozum zdrozal, i trzeba bardzo uwazac, zeby w pogoni za zyskiem wynikajacym z roznicy cen nie stracic. Twarzy oczywiscie.
Swoista kropka nad "i" ciagu niepokojacych wydarzen bylo wytoczenie jesienia 1964 r. procesu Melchiorowi Wankowiczowi. Autora Ziela na kraterze oskarzono o przekazanie za granice "falszywych informacji oczerniajacych stosunki w Polsce". Ktoz wystapil w charakterze swiadkow obrony? Partyjni koledzy pisarza: Bohdan Czeszko i Kazimierz Kozniewski, a takze stary lewicowiec Igor Newerly. Wyrok (w zawieszeniu) swiadczyl o bezradnosci partii, a takze o jej tolerancji, relatywnie wiekszej niz w innych "demoludach". Nie ma watpliwosci, ze w ZSRR czy owczesnej Czechoslowacji stary pisarz nie uniknalby wiezienia. Pamietam, jak juz chyba w latach 70. przedstawil mnie panu Melchiorowi jego przedwojenny znajomy, Jalu Kurek, i gawedzilismy w towarzystwie nieodlacznych litewskich koldunow oraz butelczyny zaprawionej ingrediencjami ziolowymi znad Niemna, ktore - jak utrzymywal zartobliwie gospodarz - mialy wlasciwosci lecznicze i "odpedzaly zlo". Snul rozwazania, ile tez moglby napisac w ciszy wieziennej celi, gdyby go jednak na nia skazano. Powiedzial cos w tym rodzaju: "A koledzy - nie wszyscy oczywiscie - pewnie mi mieli za zle, ze powiekszylem ich klopoty z partia. No bo przeciez kazdy chcial wydawac, ja tez...". Jakoz walne zebranie Oddzialu ZLP w Warszawie w 1965 r. przyjelo uchwale: "Walne Zebranie potepia wszelkie wypadki wspolpracy z osrodkami propagandy wrogiej Polsce Ludowej" (szlo glownie o paryska Kulture i Radio Wolna Europa).
Skojarzylo mi sie to wszystko po latach ze smiercia Marii Dabrowskiej, niecale dwa tygodnie po owym zebraniu, i z warszawska premiera Tanga Mrozka w rezyserii Erwina Axera, w tymze roku. Jerzy Koenig napisal w recenzji: "Tango odtanczone w finale przez Edka i wiecznego konformiste Wujka Eugeniusza nad trupem Artura jest upiorna grozba". Niedawno przeczytalem te sztuke na nowo i uderzyla mnie jej nieustanna aktualnosc. Tak, tak prosze Panstwa, kandydatow na Edkow w Polsce nadal nie brakuje. Wystarczy sie rozejrzec, wlaczyc telewizor w porze dziennika i uslyszec np. grozbe "marszu na Warszawe"... Co poddaje pod rozwage dzisiejszym Wujkom Eugeniuszom.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |