[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (7 grudnia 2001)


GRAZYNA DRABIK

Adam Lizakowski - laureat fundacji Turzanskich

Listy Indianina do Pieszyc

Jakis czas temu mialam klopotliwe zadanie: musialam napisac dla amerykanskiego czytelnika zle o polskiej poezji. Scislej mowiac, wiersze ktore mialam recenzowac po polsku zlymi nie byly, lecz fatalne tlumaczenia na angielski uczynily z nich sieczke bez wdzieku. Nie lubie takich obowiazkow. Wole cieszyc sie czyimis zwyciestwami, blaskiem slowa.

Wybrnelam wtedy, wydaje mi sie, dosc zgrabnie. Przyblizylam glos polskich poetow szerokim opisem. Zastanawialam sie wspolnie z czytelnikiem nad kuszaca obietnicami magia poezji. Przypomnialam o swietnych warsztatach, w jakich przed laty mialam okazje uczestniczyc, prowadzonych przez Williama Packarda, amerykanskiego poete i doswiadczonego redaktora poetyckich wydawnictw.

Stawial on nas wobec pytania: czy poezja zdaje sie na cokolwiek? Prowokowal, ze swiat doskonale bez niej potrafilby sie obyc. Wsrod studentow tworzyly sie obozy "sceptykow" i "wierzacych"; godzinami wyklocalismy sie za lub przeciw sile oddzialywania opisu. Wspominajac z przyjemnoscia pelne zaangazowan dyskusje, raz jeszcze utwierdzilam sie w przekonaniu, ze bez poezji - a z pewnoscia bez pasji poetow - swiat by sie dalej po swojemu krecil, lecz bylby bardziej szary i mniej wart kochania.

Tamta recenzje zakonczylam gromko, ze podstawowa jest kwestia jakosci i ze dobra poezja jest dobra dla duszy. Slaba, na nic sie nie zdaje.

Uplynelo troche czasu, no i coz, wcale nie jestem tego taka pewna. Nie tylko poetyckie Himalaje sie licza. Metafizyczne bezkresy skutecznie wymierzane rytmem. Wzburzone fale pod kontrola doskonalego slowa. Moze i wzgorz lagodniejszych nam potrzeba, pol lezacych odlogiem, ktore dopiero za lat kilka laka rozkwitna, zaulkow ulicznych, nawet kiedy troche krzywo szkicowane. Moze i ta nie tak dobra poezja dobra jest dla duszy.

Prosze, trzymam w reku przystojny tomik wydany w malym osrodku kultury w malokulturalnej malej ojczyznie. Atrakcyjna, czarno-biala twarda okladka. Porzadny papier. W srodku wiersze skladajace sie w pokazne cykle: Legenda o poszukiwaniu ojczyzny; Ziemia Dzierzoniowska - poemat o malej ojczyznie, o rodzinnym autora miasteczku Pieszyce i okolicach; garsc wierszy okazyjnych - o Dolnym Slasku, o 13 grudnia, na 20. rocznice Solidarnosci; 60 Listow poetyckich z Chicago to Pieszyc opisujacych doswiadczenia emigracyjne oraz mala proza dodajaca kilka anegdot z zycia, pare wyrazistych ludzkich sylwetek. Jest jeszcze szerokie poslowie napisane z duza nuta sympatii dla poety przez Beate Hebzde-Sologub. Starannie dobrane ilustracje: reprodukcje starych pocztowek z Dolnego Slaska ze zbiorow Mariana Wodkiewicza.

A wiec kiedy planowano tomik, musialy odbywac sie spotkania, konsultacje. Jakies obce sobie osoby blizej sie poznaly, moze pracuja nad nastepnym wspolnym projektem. Potem zbierano pieniadze (na ostatniej stronie wymieniona jest calkiem dluga lista osob i instytucji, ktore daly finansowe wsparcie; mysle ze rzecz w Dzierzoniowie wcale nie tak czesta), organizowano druk tomiku (we Wroclawiu), wymieniano korespondencje. Teraz pewnie szykuja sie wieczory autorskie, mieszkancy Pieszyc i Chicago beda mieli troche przyjemnosci, bo stali sie obiektem zaciekawienia poety, a Adam Lizakowski troche przyjemnosci z publicznego uznania.

Cos sie dzieje dobrego wokol slowa. Ktos rozpozna siebie w jednym z polamanych geografia losow. Moze zrozumie lepiej, czemu wyjechal czy czemu wrocil, co to wszystko warte. Moze ktos kogos odnajdzie. Podoba mi sie wytrwalosc poety i wiara, ze warto. I ze znalazl za oceanem wspolnikow w tym dzialaniu. Moze to takze odzew na poezje, ktora Lizakowski okresla bardzo osobiscie, w uczuciowych raczej niz estetycznych kategoriach: "Spogladanie milczeniem pauzy, obnazanie/ metafor, to jeszcze nie poezja. Lapanie/ chwil pazurami przecinkow, kneblowanie/ ust wielokropkiem to jeszcze nie poezja./ Trzeba miec serce, duze serce, tak duze,/ ze nie trzeba go szukac w glebi siebie. Takie serce od jednej iskry zaplonie./ Ta garstka popiolu co zostanie to jest/ poezja" (List czternasty).

Przegladam raz jeszcze tomik. Pochylam sie z ciekawoscia nad malenkim krajobrazem zakletym na pocztowce z 1910 r. Oto, lagodne luki nad oknami i szeroka brama ratusza. Podsienia niewysokich, ale solidnych kamienic przy rynku. Nad witrynami sklepow duze litery wyraziscie zaznaczaja slad dawno nieobecnych: J.E. Römner. M. Böer. W lewym dolnym rogu napis wyjasnia, ze jestesmy w "Reichenbach i. Schles., Ring mit Kreissländehaus". Jednak pod pocztowka dzwiecznie inna nazwa: "Dzierzoniow. Rynek, fragment ratusza oraz budynek starostwa". Przed kosciolem ewangelickim w Ober-Langenbielau stoja dziewczynki w bialych fartuchach noszonych na ciemnych sukienkach, pewnie to mundurki szkolne. Z drugiej strony przedkoscielnego placu dwoch chlopcow w uczniowskich czapkach spoglada ciekawie w nasza strone. Langenbielau z gora Herrlein w tle. Okazaly palacyk Kaiser Wilhelms w zadbanym parku. Rozlegla laka nieopodal Peterswaldau, rok 1930.

Nie znajde prawie sladu tej niedawnej niemieckiej przeszlosci w wierszach Lizakowskiego. (Choc w jednym z najlepszych, w Liscie trzydziestym szostym, to wlasnie niemieckie ksiazki rozpoczna jego przygode ze slowem.) W cyklu Legenda o poszukiwaniu ojczyzny rozbrzmiewa nie historia lecz szczatki legend praslowianskich, niejasne odnosniki do Slezan, ogolnikowe wezwania do bostw z gory Sobotka. Nazwy sa jednoznacznie plaskie: Bielawa, Dzierzoniow, Pieszyce, bez echa po Langenbielau, Reichenbach, Peterswaldau. Powtarza sie dziecieca wizja sielskiego krajobrazu: chlop za plugiem idzie, plug jest "aktem milosci", pastuszek biega na bosaka, sosny szumia, wiewiorki skladaja lapki do modlitwy... Oj, pohulalby sobie tutaj, pohulal po ulomnych metaforach, po niezgrabnych rytmach, po bujnym wieloslowiu Bohdan Zadura, wspolczesny Savonarola krytyki, zwalczajacy bez litosci jakiekolwiek slabosci.

W Listach z Chicago jednak Lizakowski objawia sie jako poeta duzo bardziej wstrzemiezliwego opisu. Jest obserwatorem, ktory uwaznie przyglada sie codziennosci w chicagowskim Jackowie. Zgrzebna to rzeczywistosc, kartoflano-szara, wodka podlewana. Naznaczona ciezka praca na nieustannym dorobku i poronionymi marzeniami. Okrutnie samotna.

Poeta troche tu narzeka na malo przyjazne artystom, ubogie duchem polonijne srodowisko. Troche sie zali nad bezwzglednoscia Ameryki i pustota nowobogackich osiagniec "w kraju emigrantow, gdzie czlowiek ma wartosc dolara". Ale ogolnie biorac opisuje swoja nowa, przybrana ojczyzne bez wydawania ostrych sadow, ze zrozumieniem dla "maluczkich i cichych", uwiklanych w rozdarcia i obsesje emigracji. Nadaje ksztalt bezksztaltnemu doswiadczeniu tych, ktorzy zbyt czesto zadnego po sobie nie pozostawiaja sladu.

Wiersze cechuje atrakcyjny, bezposredni i cieply ton. Prostolinijnosc Lizakowskiego jest rozbrajajaca, skromnosc budzi zaufanie. W ogolniejszy opis amerykanskiej rzeczywistosci wplataja sie bardzo osobiste akcenty. Poeta opowiada o kotku, ktory przez jakis czas byl "jak dar opatrznosci" i o tym jak ciagle teskni za nim, bowiem Tygrysek, pozostawiony na okres urlopu u kolegi, uciekl nie wiadomo dokad. Wyznaje, ze od dziecinstwa podziwial Indian, bowiem kocha jak oni otwarta przestrzen i zal mu, ze tacy teraz sa zbiedniali i bez swego miejsca. List-wiersz konczy zakleciem: "siedze na progu domu i w spokoju ducha pale fajke pokoju,/ powoli pojawia sie pierwsza gwiazda, potem nastepne/ noc przemienia podworko w wymarzony dziki zachod/ domy, drzewa, kubly na smieci i ulice rozplywaja sie,/ tylko na ustach pozostaje pragnienie slodkie jak kropla miodu: bede Indianinem prawym i uczciwym".

Moge sobie zywo wyobrazic kolacje samotnych w restauracji z okazji Swieta Dziekczynienia, najbardziej rodzinnego ze swiat tutaj i najbardziej obcego nowym emigrantom. Widze, jak w czasie wizyty u Milosza, oniesmielony spotkaniem z podziwianym mistrzem, narrator rozglada sie niepewnie lecz i ciekawie, jak oddycha z ulga, kiedy Milosz zaprasza do swego gabinetu, przyjaznie oferuje whisky i czas na rozmowe. Czuc wrecz zderzenie dwoch odmiennych swiatow, wdziecznosc aspiranta do klubu poetow. Wzrusza cieply ton listow wspominajacych Jerzego Turowicza i Jerzego Giedroycia. Zaciekawia lista podziwianych: gawedziarz Horacy, mistyk Rumi, rozspiewany szeroka fraza Walt Whitman, rozspiewany bluesem Langston Hughes, zachwycony zyciem Grek Kavafis, madry Milosz.

Panie Adamie, jestes w bezpiecznych rekach. Wybrales doskonalych przewodnikow w poetyckiej przygodzie. Milo obserwowac, ze coraz pewniejszym krokiem wedrujesz przed siebie. Ciesze sie, ze spotkal sie Pan z uznaniem jury Fundacji Wladyslawa i Nelly Turzanskich. Oby nagroda dodala animuszu i wyciszyla nute goryczy, ktora czasem podtruwa serce.

A co do indianskich marzen. Coz, Pan juz jest "Indianinem prawym i uczciwym". Prosze fajeczke spokojnie palic. Listow wiecej pisac. Moze bieda teraz rzadziej bedzie do domu zagladac. Moze i Tygrysek sie odnajdzie.

------------------

Adam Lizakowski, Legenda o poszukiwaniu ojczyzny. Wybor i poslowie Beata Hebzda-Sologub. Dzierzoniowski Osrodek Kultury 2001. str. 179.

 


NAGRODY FUNDACJI TURZANSKICH

Laureatami dorocznej nagrody torontonskiej Fundacji Wladyslawa i Nelly Turzanskich za rok 2001 zostali:

Adam Lizakowski, poeta z Chicago, autor m.in. zbiorow wierszy Wspolczesny prymitywizm i Legenda o poszukiwaniu ojczyzny;

Aleksander Rybczynski, poeta z Toronto, autor m.in. tomikow Jeszcze zyjemy i Czule miejsca;

Wojciech Ligeza, profesor Uniwersytetu Jagiellonskiego, znawca literatury tworzonej na uchodzstwie, m.in. autor eseistycznych ksiazek Jerozolima i Babilon. Miasta poetow emigracyjnych i Jasniejsze strony katastrofy. Szkice o tworczosci poetow emigracyjnych;

Julita Karkowska, redaktorka Przegladu Polskiego, tygodniowego dodatku spoleczno-kulturalnego nowojorskiego Nowego Dziennika.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail