[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (7 grudnia 2001)


JAN PIESZCZACHOWICZ

Literatura po Pazdzierniku 1956 (II)

Dialog dziada
z obrazem

Jestesmy w okresie, gdy porywy pazdziernika 1956 wygasaja, ale jego skutki w dziedzinie literatury i kultury nie sa juz do odwrocenia. Owczesne troski dzielily sie na rzeczywiste - z dzisiejszego punktu widzenia - nieco urojone. W 1959 r. ukazal sie w Polityce artykul Dariusza Fikusa "Tygodniki z obliczu kryzysu?", w ktorym autor sygnalizowal z przerazeniem, iz w porownaniu z rokiem 1957 spadly naklady tygodnikow spoleczno-kulturalnych: Przegladu Kulturalnego z okolo 73 tys. do 26 tys., Nowej Kultury z 52 do 22 tys. Spadek byl rzeczywiscie znaczacy, spekulacje na temat przyczyn raczej zabawne (Mieczyslaw F. Rakowski utrzymywal, ze powodem jest rosnaca elitarnosc periodykow, Kisiel uwazal natomiast, iz odbiorca "nie lubi czytac prasy poboznych zyczen", w czym mial troche racji), jesli uswiadomimy sobie, ze dzis w Polsce nie ma w ogole czasopisma o takim charakterze (ogolnopolskiego i poczytnego), a gdyby sie pojawil, juz naklad 10 tys. bylby olbrzymim sukcesem...

Bardziej niepokojacym zjawiskiem stalo sie chronienie przez partie zjawisk i ludzi, przed ktorymi rzetelna lewica zawsze powinna sie wzdragac, przydatnych - jak sie okazalo - na kazdym zakrecie. Jan Jozef Lipski wyglosil odczyt pt. "Idea panstwa Katolickiego Narodu Polskiego, ONR Falanga" - i na zadanie zainteresowanego, szefa PAX-u Boleslawa Piaseckiego, zostal wyrzucony z pracy w PIW-ie i redakcji Przegladu Kulturalnego. Okazalo sie, ze przedwojenny ultraprawicowiec o profaszystowskich pogladach znow ma racje - i potrafi z niej skorzystac. Klopoty mieli takze nastawieni antydogmatycznie ludzie lewicy: oskarzony o rewizjonizm Jerzy Morawski zostal usuniety z Biura Politycznego KC PZPR, a Wladyslaw Bienkowski przestal byc ministrem oswiaty. Obaj panowie okazali sie zbyt madrzy, edukowani i niezalezni w mysleniu w oczach znow coraz pewniejszego siebie, butnego aparatu politycznego. Nie oni pierwsi, i nie ostatni.

Atmosfere tamtych lat oddal w sposob niepowtarzalny Tadeusz Rozewicz w Kartotece, ktorej prapremiera odbyla sie w marcu 1960 r. w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Wizja rzeczywistosci spolecznej i indywidualnej, poddanej atomizacji, zlozonej z ulomkow, fragmentow, autoparodystycznych powtorek, uwiklanej w niespojna siec stereotypow - to ironiczny, gorzki, ale i na swoj sposob tragiczny rachunek wystawiony swojemu czasowi. Prawde powiedziawszy, ta sztuka - gdyby popatrzec na nia z perspektywy partyjnej "wierchuszki" - byla bardziej wywrotowa i niebezpieczna, niz np. "zdjety" po kilku przedstawieniach Slub Gombrowicza (prapremiera swiatowa w Teatrze Studenckim Politechniki Gliwickiej w rezyserii Jerzego Jarockiego), mimo ze nie nawolywala do buntu, prezentujac raczej rezygnacje i psychiczno-intelektualna dezintegracje.

Inne utwory, zaprezentowane w owym roku, tez dawaly wiele do myslenia. Film Andrzeja Munka Zezowate szczescie z Bogumilem Kobiela (jak slusznie zauwazyl Krzysztof Teodor Toeplitz, szlo o model Polaka zrzuconego z mitologiczno-martyrologicznego piedestalu) zaszokowal skadinad rozumnego krytyka Andrzeja Kijowskiego, ktory napisal: "Widzialem film slawny i niemadry zarazem. Nie mozna stworzyc postaci, ktora wypelnialaby funkcje bohatera naszej tragicznej historii, a zarazem lajdaka osmieszajacego te historie". Tak jakby lekcja Witkacego czy Gombrowicza, ktorzy dopiero beda "odkrywani", poszla zupelnie w las; wykorzystal ja Slawomir Mrozek na tyle, na ile pozwolila mu cenzura...

Mnoza sie teatralne i literackie przestrogi przed dwuznaczna, okrutna i zbrodnicza natura wladzy oraz ideologii. Znakomita wykladnie dal tu Jacek Woszczerowicz, ktory w Teatrze Ateneum wyrezyserowal i zagral Ryszarda III Szekspira, czyniac ze swej roli studium tyranii, przechodzacej w jakas ponura patologie. Wywazone, ironiczne powiesci Tadeusza Brezy o Watykanie: Spizowa brama i Urzad byly majstersztykami intelektu, ktory potrafil wydobyc tresci uniwersalne, poslugujac sie mnostwem konkretow i faktow nie naginanych sztucznie w strone przyjetej tezy.

Jednostki przegrywaja w starciu z historia, z fanatykami, z mitologia szerzona przez szarlatanow (chocby w sukniach duchownych) w Bramach raju Jerzego Andrzejewskiego, ktory wszystkie swoje osobiste i spoleczne frustracje zamienil w dotkliwy pesymizm. Falszywa, naduzywana i z gruntu niemoralna - mimo ze posluguje sie wznioslymi haslami - swiadomosc spoleczna zamienia sie u niego w pieklo uslane poczuciem bezsily i daremnosci wysilkow ludzi, prowadzonych przez falszywych przewodnikow ku duchowej, a nawet fizycznej zatracie.

Polskie dzieje - w roznych formach: alegorycznych, metaforycznych, parodystycznych itd. - ukazuja sie wielu tworcom jako tragedia, tragigroteska badz ponura blazenada, np. w teatralnej adaptacji powiesci Juliusza Kadena-Bandrowskiego General Barcz w nowohuckim Teatrze Ludowym, w rezyserii Jerzego Krassowskiego i scenografii Jozefa Szajny.

A do tego Indyk Mrozka, ktorego prapremiere w Starym Teatrze w Krakowie w 1961 r., w rezyserii Lidii Zamkow, pamietam do dzis. Salwy smiechu - i nagle przykra swiadomosc, ze dramaturg prezentuje w gruncie rzeczy perspektywe zamknietego kola polskich kompleksow, mitologii, stereotypow. "Taki drugi, inny Wyspianski z drugiej polowy XX wieku" - napisal w recenzji Jan Jozef Lipski.

Mozna sie bylo takze niewesolo zadumac ogladajac Smierc gubernatora Leona Kruczkowskiego, ktory w koncu o sprawowaniu wladzy niemalo wiedzial, pozostajac w kregu elit rzadzacych takze w okresie stalinowskim. I jeszcze Boski Juliusz Jacka Bochenskiego, o ktorym Stefan Zolkiewski napisal: "Ideowo stanowi (...) potwierdzenie wspolczesnej postepowej mysli, broniacej sensu moralnych wartosci w historii, rozumu, humanizmu, przekonania o poznawalnosci swiata, dziejow i czlowieka". W pewnym sensie mial racje, tyle ze czytelnicy i krytycy (na swoj prywatny, pozacenzuralny uzytek) wiedzieli swoje: szlo o studium wladzy, sklonnej do absolutyzmu i "cezaryzmu". Wreszcie glosny zbior wierszy Zbigniewa Herberta, uznanego z biegiem lat za cos w rodzaju sumienia literatury polskiej - Studium przedmiotu, w nim zas takie glosne utwory, jak Powrot prokonsula czy Tren Fortynbrasa, czyli historia skonfrontowana z moralnoscia, a koniecznosc z wolnoscia.

A mlodzi? No coz, wlasnie w roku 1961 ukazala sie niewielka ksiazeczka krytyczno-literacka, ktora zrobila prawdziwa kariere i okazala sie jedna z najglosniejszych po wojnie: Zmiana warty Jana Blonskiego, gdzie pierwociny i poczatki literackie pokolenia Wspolczesnosci poddane zostaly pozbawionemu zludzen ogladowi, zwlaszcza to, co w owej tworczosci moglo byc podejrzewane o niedojrzalosc intelektualno-artystyczna, uwiklana w mitologie, dosc szybko zamieniajaca sie w schematy. Dreszcze egzotyki spolecznej, srodowiskowej i indywidualnej mieszaly sie z poglosami modnego egzystencjalizmu, przewaznie w nader splyconej nadwislanskiej wersji; choraly na czesc roznych zachodnich "gniewnych" przechodzily w sentymentalne dyszkanty. Na szczescie nie zabraklo rzeczywistych talentow, choc w owym czasie szukaly one dopiero dla siebie nowych drog. Obok Marka Hlaski pojawil sie nowy bard sfrustrowanej czesci pokolenia - Marek Nowakowski (zbior Benek Kwiaciarz) i utalentowany Bogdan Wojdowski, ktory odswiezyl tragiczny temat martyrologii Zydow.

Krytykow i publicystow to jednak nie udobruchalo. Do ataku ruszyli zarowno zasluzeni pisarze, np. Antoni Slonimski, jak i dzialacze partyjni w srodowisku literackim. Zarzuty padaly rozne, ale jawny lub lekko zawoalowany postulat byl ten sam: dlaczego jestescie tacy oderwani od rzeczywistosci, rozgoryczeni i pesymistyczni? Antoni Slonimski w artykule "List otwarty do Czytelnikow Zyczliwych, Skromnych, Niezyczliwych, Nieskromnych oraz P.T. Idiotow" z wlasciwa mu werwa chlostal mloda poezje za jej "niezrozumialstwo", antyintelektualizm, snobizmy itp. Skamandrycki wielbiciel racjonalizmu, od zawsze tepiacy polski Ciemnogrod, mial sporo racji, ale przykladal do nowej sytuacji przedwojenne miary, zreszta jednostronne.

Ta nowa poezja, raz gorsza, raz lepsza, a miejscami nawet znakomita, eksponowala indywidualizm i wyobraznie, nie widziala tez powodow - podobnie jak mlodzi prozaicy - do zbytniej uciechy. Michal Glowinski, wowczas zwawy i zaczepny krytyk, replikowal artykulem "Bunt starcow", wystepujac przeciw "przezuwaczom archaicznych, zdezaktualizowanych przyzwyczajen". Dodajmy jednak, ze mlodzi pisarze z pokolenia 1956 nie dokonywali jakiejs rewolucji, nawiazujac np. przerwane wiezi z "basniotworstwem" czesci poezji miedzywojennej i z tendencjami tworczosci europejskiej, do ktorych nie bylo dostepu przez kilka lat stalinowskich. Prawda jest rowniez, ze czuli sie wedrowcami przez miedzyepoke, nie stworzyli jakiegos pradu, ani go chyba tworzyc nie chcieli. Wlodzimierz Maciag, krytyk dosc zasadniczy w kwestii powinnosci spolecznych literatury, zarzucal im "brak swojej sprawy, swego bohatera, swego stylu, swojej maniery, swego autorytetu, swego odkrycia, nawet swojej ulubionej ksiazki". Rzeczywiscie, to nie byli jacys nowi romantycy, choc to i owo z romantyzmu czerpali; nie mieli swojego Wertera, Konrada, doktora Judyma... Nie fascynowali sie np. Josephem Conradem, jak poprzednicy. Atakowano ich konformizm; nie umieli wykrzesac z siebie jakiegos szerszego buntu, ktorego zaczatki zamienialy sie w grymas rozczarowania. Nie wszyscy, oczywiscie, przyjmowali postawe pasywna, ale zdawala sie dominowac inna.

Rozgorzala dyskusja nad ksiazka Blonskiego, ktora byla czyms wiecej, niz tylko sporem literackim, zahaczajac o rzeczywistosc spoleczna. To wlasnie w niej zadebiutowalem jako krytyk, ale wtedy czulem sie solidarny z kolegami ze Wspolczesnosci, zblizony wiekiem i pogladami raczej do nich, niz np. do Slonimskiego, podszczypywalem Blonskiego, zarzucajac mu m.in. ahistorycznosc myslenia. Moj Boze, dzis wydaje mi sie, ze my wszyscy bylismy wtedy w pewnym sensie ahistoryczni w porownaniu z tym, co dzialo sie w literaturze swiatowej, a docieralo do nas powoli. Jedno mozna na korzysc tego pokolenia powiedziec na pewno: tak czy owak zasluzyli sie dla odswiezenia klimatu po stalinizmie, dla wprowadzenia pluralizmu w polskiej kulturze i literaturze.

Byl to problem na poczatku lat 60. coraz bardziej skomplikowany. Paryska Kultura, znienawidzona przez partyjnych propagandzistow, tak go ujela w artykule redakcyjnym w 1962 r.: "Partyjni cenzorzy zdaja sie dzis mowic do intelektualistow - pisarzy, filozofow, historykow: mozecie pisac - niezaleznie i samodzielnie - wszystko o wszystkim, bo i my juz wiemy, ze to stanowi o sytuacji intelektualisty. Wszystko o wszystkim, z wyjatkiem jedynie podstawowych spraw i zagadnien bytu narodowego. (...) Ale za to puscilismy was na dobre pastwiska: awangarda i nie-awangarda. (...) Tyle swobod!". Ironia Jerzego Giedroycia byla uzasadniona; moze ten - jak po latach nazwal pewne tendencje literatury PRL Glowinski - estetyzujacy "socparnasizm" byl na reke politykom, choc w wiekszosci z trudem przelykali literackie koncepty, odbiegajace od przasnego realizmu w sluzbie slusznej idei, owe kaprysy formalne, wplywy anglosaskie, egzystencjalizmu itp. Zastanowmy sie jednak, jak by wygladala tworczosc powojenna, az do upadku PRL, gdyby nie takie przynajmniej swobody, ktorych na roznych etapach zabraklo w innych krajach tzw. obozu socjalistycznego.

Wreszcie - nie usprawiedliwiajac partyjnych dyrygentow - zauwazmy, ze nie byli az tak ograniczeni i zacietrzewieni, by nie dostrzegac, chocby katem oka, innych wartosci niz preferowane oficjalnie i doktrynalnie przez Wydzial Kultury KC PZPR. Oto nagrody ministra kultury i sztuki w 1962, popierajace utwory "bezposrednio lub posrednio zaangazowane w sprawe budowy socjalizmu i socjalistycznej moralnosci". Formula "posredniego zaangazowania" posluzyla jako wcale rozciagliwa motywacja decyzji, by w dziedzinie literatury nagrody I stopnia przyznac Tadeuszowi Brezie i Tadeuszowi Rozewiczowi, a wsrod laureatow umiescic np. Stanislawa Grochowiaka, Henryka Tomaszewskiego, Bronislawa Linkego, kontrowersyjny dla wielu urzednikow od kultury zespol Studenckiego Teatru Satyrykow, Jerzego Nowosielskiego, Jana Lenice, Witolda Lutoslawskiego, Tadeusza Bairda, Krzysztofa Pendereckiego...

Zatem nie upraszczac, o pryncypialni oceniacze przeszlosci, nie upraszczac! Juz raczej przypomniec sobie, ze w tymze 1962 r. powstal przy Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie Klub Poszukiwaczy Sprzecznosci (zwany takze Klubem Raczkujacych Rewizjonistow), pod patronatem towarzysza profesora Adama Schaffa, zlozony z uczniow szkol srednich, wsrod ktorych znalazl sie Adam Michnik... Chce przez to powiedziec, ze na szczescie w zyciu, literaturze i kulturze PRL bylo dostatecznie duzo sprzecznosci, ukrytych i jawnych, by nie zastygly jak przyslowiowy "partyjny beton", i w tej mierze trzeba docenic wysilki ludzi dobrej woli rowniez z legitymacjami PZPR, na miare ich owczesnych mozliwosci i zapasow dobrej woli. Inaczej musielibysmy przyjac, ze tamten okres byl "czarna dziura", co pachnie doktrynalna niedorzecznoscia, o jaka w Polsce nie od dzis latwo, zbyt latwo.

Tymczasem trwaly popazdziernikowe porzadki. Po ostatnim zebraniu Klubu Krzywego Kola (z referatem Schaffa "Konflikt humanizmow"), na skutek prowokacji bezpieki zostal on zamkniety. Kola nastawione demokratycznie przyjely z niepokojem ustawe Sejmu o zgromadzeniach, wprowadzajaca ostrzejsza kontrole wiecow, pochodow, manifestacji, odczytow itp. W miejsce zlikwidowanych Przegladu Kulturalnego i Nowej Kultury powolano tygodnik Kultura, gdzie znalazlo sie kilku pisarzy z dorobkiem, ale redaktorem naczelnym zostal nader kontrowersyjnie przyjety Janusz Wilhelmi. Jego reke znac bylo w programowym artykule redakcyjnym, gdzie mozna przeczytac, ze nowy, odgornie powolany periodyk bedzie sluzyl budowaniu socjalistycznej przyszlosci, zwracajac pilnie uwage na tresci obce, burzuazyjne, ktorym sie przeciwstawi; albowiem "Polska rzeczywistosc jest rzeczywistoscia walki. Walki z reakcyjna ideologia, odradzajaca sie wciaz jeszcze na polskiej glebie...". Czasopismo bylo bojkotowane przez niezalezne kola literackie, a w marcu 1968 r. ujawnilo w calej pelni postac szefa, ktory wlaczyl Kulture do antydemokratycznego i antysemickiego choru. Wtedy wlasnie mialem z Wilhelmim mala przygode: w odpowiedzi na jego obrzydliwy atak na prof. Henryka Markiewicza z Uniwersytetu Jagiellonskiego, udalo mi sie przemycic w Studencie krotka, ale zdecydowana replike, z ktorego to powodu cenzor otrzymal nagane za "przeoczenie", a ja ostrzezenie - z tego samego zrodla.

Gdzies na przelomie roku 1963 i 1964 dla duzej czesci srodowiska literackiego stalo sie jasne, ze sprawy nie ida w dobrym kierunku i trzeba podjac jakas probe otrzezwienia polityki kulturalnej. Okazja nadarzyla sie na rozszerzonym plenum Zarzadu Glownego Zwiazku Literatow Polskich w styczniu 1964 r., z udzialem kierownika Wydzialu Kultury KC Wincentego Kraski i ministra kultury Tadeusza Galinskiego. Referat Jana Zygmunta Jakubowskiego o dwudziestu powojennych latach literatury polskiej prawie nikogo nie zadowolil, ale kiedy glos zabierali Wankowicz, Jasienica, Kisiel, Slonimski i Cat-Mackiewicz, zrobilo sie goraco. Mowa byla o zaostrzeniu cenzury, watpliwej polityce kulturalnej, ograniczeniu swobod obywatelskich i politycznych, zmniejszaniu nakladow ksiazek, arbitralnym likwidowaniu i powolywaniu czasopism. Wystapienia przeciwko cenzurze powtorzyly sie na zebraniu Oddzialu Warszawskiego ZLP w lutym, zas w marcu wybuchla prawdziwa bomba, ktora wyglada dzis dosc niewinnie, ale wtedy miala ogromne znaczenie: list 34 pisarzy i uczonych do premiera Jozefa Cyrankiewicza, ktory warto przypomniec:

"Ograniczenie papieru na druk ksiazek i czasopism oraz zaostrzenie cenzury prasowej stwarza sytuacje zagrazajaca rozwojowi kultury narodowej. Nizej podpisani uznajac istnienie opinii publicznej, prawa do krytyki, swobodnej dyskusji i rzetelnej informacji za konieczny element postepu, domagaja sie zmiany polityki kulturalnej w duchu praw zagwarantowanych przez Konstytucje Panstwa Polskiego i zgodnych z dobrem narodu".

Zadania stawiane w imieniu opinii publicznej - to byl dla partyjnych wladcow istny horror, a do tego podpisy ludzi roznych orientacji, wsrod nich najwieksze nazwiska, np. Leopold Infeld, Maria Dabrowska, Kazimierz Wyka, Tadeusz Kotarbinski, Karol Estreicher, Stanislaw Pigon, Jerzy Turowicz, Waclaw Sierpinski, Wladyslaw Tatarkiewicz, Aleksander Gieysztor, a nawet obrzucany po 1981 blotem przez opozycje antykomunistyczna Artur Sandauer. Wielu z nich szykanowano, a Gomulka, Zenon Kliszko i Krasko posuneli sie do nieslychanych naciskow podczas spotkania z Prezydium ZG ZLP, domagajac sie, by zastosowac wobec sygnatariuszy rowniez sankcje zwiazkowe. Prezes Jaroslaw Iwaszkiewicz wprawdzie od listu sie zdystansowal, ale karania pisarzy odmowil, mimo argumentow I sekretarza KC PZPR utrzymujacego, ze list od poczatku byl rzekomo montowany przez Slonimskiego i Lipskiego "jako material dla wrogich Polsce osrodkow dywersyjno-propagandowych". Jego wymowy nie zmienil nawet fakt, ze wladzom udalo sie wymoc na czesci sygnatariuszy, a pozniej na kilkuset literatach, opublikowane w prasie protesty przeciwko podejmowaniu tej sprawy przez zachodnia prase i intelektualistow, jakby w krajach demokratycznych moglo byc inaczej... W Polsce byl to niestety przyslowiowy dialog dziada z obrazem.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail