[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (7 grudnia 2001)


ANDRZEJ KORASZEWSKI

O czym tu dumac
na dobrzynskim bruku?


Ze starego dobrzynskiego bruku pozostalo juz niewiele. Kilkaset metrow uliczki Zjazd, ktora niegdys prowadzila do portu. Ostatnie slady tego portu znikly trzydziesci lat temu, kiedy zbudowano tame wloclawska i woda zalala kamienne nabrzeza. Slynne niegdys miasto na piastowskim szlaku nie ma dzis zadnych zabytkow i straszy zarowno swoja bieda, jak i brzydota. Od pierwszego spotkania wydalo mi sie symbolem Polski, jej marazmu, jej prawdziwych problemow, ktorych tak czesto nie dostrzega sie w stolicy.

Wspolczesna technika pozwala mi mieszkac tu i byc nadal mieszkancem swiata. Internet znakomicie niweluje poczucie izolacji, ale jego prawdziwe zalety daja o sobie znac, jesli swiat nie jest czyms wrogim i obcym, jesli masz przyjaciol rozrzuconych po globalnej wiosce. Gorzej, kiedy miasteczko takie jak Dobrzyn jest calym twoim swiatem. W pokoju nauczycielskim zaproponowalem kiedys zorganizowanie dyskusji wsrod uczniow na temat tego, jak ludzie traktuja zwierzeta. "Chcesz sie dowiedziec, jak sie zyje zwierzetom w naszym miescie? - zapytala siedzaca obok mnie mloda kobieta. - Mniej wiecej tak jak dzieciom, zawsze ktos je moze kopnac, rzucic w nie kijem albo kamieniem...".

Zastanawialem sie kiedys nad pytaniem, czy narod ma takie elity na jakie zasluguje, czy tez elity maja taki narod, jaki sobie wyksztalcily? Optuje za ta druga odpowiedzia. Jesli zgodzic sie ze stwierdzeniem Stanislawa Ossowskiego, ze elity to przede wszystkim inteligencja, a inteligencja to szeroko pojeta warstwa nauczycielska, wniosek nasuwa sie sam. Nasze elity od wszelkiego nauczania stronia jak moga, za to z pasja zajmuja sie pouczaniem.

Oczywiscie pojawia sie powazny problem - kto jest elita? Tu wkraczamy na teren niezwykle wrecz grzaski. Chwilami mam wrazenie, ze mieszkam w kraju, w ktorym "porzadek dziobania" wydaje sie byc sprawa wazniejsza niz wszystko inne, wlacznie z seksem i kwalifikacjami zawodowymi. Nie ten jest dobry, kto jest dobry, a ten jest dobry, kto patrzy na innych z gory. Mody intelektualne obowiazuja wszedzie, ale pokazywanie sie publicznie z nieodpowiednimi pogladami w Polsce jest doprawdy grozne.

Pamietam, jak to zjawisko uderzylo mnie, kiedy po blisko trzydziestu latach emigracji przyjechalismy z zona do Polski na wakacje we wrzesniu 1989 roku. "Warszawskie spotkania - pisalem wowczas w moim dzienniku - ponownie uswiadomily nam autorytarny charakter rodziny w Polsce, autorytarny charakter polskiej szkoly, autorytarny charakter miejsc pracy, a wreszcie rzecz najdziwniejsza - autorytarny charakter przyjazni, oglupiajaca hierarchicznosc w grupach ludzi, ktorzy spotykaja sie ze soba dla przyjemnosci. Partnerstwo, rownorzednosc stosunkow, wydaja sie w tym kraju nie istniec. Na drugiego czlowieka patrzy sie albo z gory, albo z dolu. Czulismy sie upokorzeni, kiedy patrzono na nas z dolu, a czasem rozbawieni wysilkiem patrzenia na nas z gory". Ten autorytarny charakter polskiej kultury jest dzis konfrontowany z wolnoscia slowa, z liberalizacja prawa, z ideologia partnerstwa i wolnosci. Autorytety "porzadku dziobania", oparte na stanowej tradycji, na psychologicznym terrorze, na nagiej przemocy wreszcie, nagle maja sobie radzic w warunkach wolnosci. Nie radza sobie i niektorzy maja poczucie, ze sluzy zostaly otwarte zbyt gwaltownie, ze przez wielu (ale przede wszystkim przez mlodych) wolnosc jest traktowana jako brak zasad. Ta kultura stala sie zupelnie niespojna - pas w domu, proby partnerstwa w szkole, terror w pracy; albo zgola odwrotnie - partnerstwo w domu, bezmyslny autorytaryzm w szkole, oczekiwanie samodzielnosci na studiach i w pracy. Niemal we wszystkich srodowiskach obserwujemy konflikt miedzy wplywami filozofii liberalnej, odpowiedzialnosci i partnerskiego wspolzycia oraz ciagle dominujacej kultury autorytarnej. Sluchajac radia, ogladajac telewizje, czytajac gazety, ludzie ze zdumieniem odkrywaja, ze grubo ponad 50 procent "informacji" to negowanie autorytetow. Wydziwiamy nad Lepperem, ale rownoczesnie kazdy z nas, publicystow, dostrzega bezmiar glupoty wladz i oczywiscie "wie" zarowno, co jest sluszne, jak i co zrobic, aby wszystko bylo w porzadku. Demokratyczna tradycja podzielonych zdan, otwartych sporow i dyskusji jest tu ciagle czyms nowym i postrzeganym jako wolna amerykanka. Uczen jest rozdarty miedzy brakiem odwagi, zeby publicznie zabrac glos i powiedziec, co mysli, a lekcewazeniem wszystkiego i wszystkich.

Dobrzyn jest miastem, w ktorym najstarsi ludzie nie pamietaja, zeby ktos kiedys zostal ukarany za jazde wieczorem na nieoswietlonym rowerze, za pozostawienie samochodu na zakrecie drogi, za wyrzucanie smieci na skarpe czy wreszcie za prace na czarno. Krotko mowiac, jest to miasto, w ktorym panstwo jest niemal nieobecne. Obecny jest natomiast protest przeciwko panstwu, bardzo silny, wrogi, pelen oczekiwania na jakas blizej nieokreslona rewolucje.

Znajomy ze Szwecji donosi mi, ze w szwedzkiej prasie pojawilo sie mnostwo artykulow o "glebokim kryzysie w Polsce". "Czy rzeczywiscie jest tak zle - pyta - zwlaszcza na prowincji? Pismo Dagens Industri z 17 XI za 'tragedie' uznalo inwestycje szwedzkiej Vattenfall w Polsce: zalegle oplaty za energie dostarczana przez GZE (ktorej wlascicielem jest Vattenfall) kopalniom i hutom wynosza juz blisko 1 miliard zl i w duzej mierze nie sa dlugami sciagalnymi. Nikt tez w Szwecji nie wierzy, ze obecny (czy jakikolwiek inny) rzad Polski upora sie z bezrobociem, wynoszacym juz 18% - oskarza sie polskich politykow, iz chca po prostu wypchnac zbednych Polakow na Zachod, gdy Polska zostanie juz czlonkiem Unii. Przewiduje sie, ze juz w grudniu bezrobocie polskie osiagnie 20%. Ciekawe, czy Pan tak samo czarno widzi to w Dobrzyniu?".

Dobrzyn nie jest wlasciwym miejscem dla prognozowania przyszlosci Polski, ale dobrzynska rzeczywistosc trzeba w takiej prognozie uwzgledniac. Dobrzyn i miejsca takie jak Dobrzyn to najprawdopodobniej polowa Polski. Ten swiat cechuje brak kompetencji, brak srodkow, nieufnosc i niewiara. Setki takich miasteczek, w ktorych jedynym porzadnie odnowionym budynkiem jest kosciol, jedynym liczacym sie przedsiebiorca kamieniarz, jedynym liberalem przydrozny swiety Antoni z gipsu.

Czy jest z tego wyjscie? Czy jest nadzieja, ze demokracja zapusci korzenie w malym miasteczku, ze roznice zdan nie beda sprowadzaly sie do gwaltownych sporow miedzy lokalnymi polprzestepczymi koteriami, ze szkola zacznie uczyc podstawowych zasad zbiorowego dzialania? Trudno o optymizm. Przez stulecia kto mogl, kto zdradzal jakakolwiek inteligencje, kto mial cien talentu, uciekal stad na kraj swiata. Tym swiatem rzadza ludzie majacy tega piesc i twarda glowe do kielicha. Tak mowia tu ci, ktorzy mowia sciszonym glosem. Sa przekonani, ze po kolejnych wyborach samorzadowych bedzie jeszcze gorzej, ze "samorzad" wpadnie w rece jeszcze glupszych i jeszcze bardziej krzykliwych i, jesli to tylko mozliwe, jeszcze bardziej nieuczciwych.

Czy rzeczywiscie wyglada to az tak zle? Wlasciwie samorzad nikogo tu nie interesuje. Kampania nabierze rumiencow na tydzien lub dwa przed wyborami, by na kolejne cztery lata niemal nieograniczona wladza mogla spoczywac w rekach tego lub innego burmistrza i jego ludzi. Wyborcy wydaja sie byc przekonani, ze roznice miedzy kandydatami sa bez znaczenia, a najgorsze, co mozna zrobic, to pozwolic, zeby ktos zapamietal, ze byles przeciwko. W malej gminie aktywny udzial w kampanii przed wyborami do samorzadu jest grozny i nikt, kto nie jest do tego zmuszony, nie bedzie sie w to mieszal.

A moze jest nadzieja w mlodych? Moze za piec, dziesiec lat wylonia sie nowe struktury, w ktorych lokalna demokracja znajdzie swoje oparcie? Wlasnie wczoraj listonosz przyniosl mi koperte z raportem z badan nad "szansami edukacyjnymi w srodowiskach wiejskich". Zbadano trzysta rodzin z kilkunastu wsi w Zielonogorskiem. Respondenci uwazaja, ze ich dzieci nie maja zadnych szans, ze jest gorzej, znacznie gorzej niz bylo. A przeciez bylo zle, bylo fatalnie. Zlikwidowano przedszkola, swietlice i biblioteki, dzieci spedzaja setki godzin dojezdzajac do szkol, o zajeciach pozalekcyjnych nie ma juz najczesciej mowy, urwaly sie kontakty miedzy rodzina i nauczycielem. Nawet male dzieci z zerowki musza wedrowac do odleglego przystanku, a potem podrozuja do szkoly bez opieki i sa narazone na terror ze strony starszych kolegow. Do tego wszystkiego dochodzi bieda i bezrobocie. Wiekszosc badanych nie ma nadziei na zmiane, taka zmiane wyobrazaja sobie tylko albo w postaci pomocy panstwa, albo pracy, jedno i drugie wydaje sie byc marzeniem scietej glowy. W zadnej z badanych wsi nie widac, po prostu nie ma, inicjatyw oddolnych. Oczywiscie takie rzeczy sie zdarzaja, Gazeta Wyborcza przez miesiace opisywala gmine Czluchow, i slusznie. Co nie znaczy, ze wystarczy miec pomysl i odrobine inicjatywy. W malym miasteczku obowiazuje zasada: nie wychylaj sie.

Opowiadalem kiedys uczniom nalezacym do kolka dziennikarskiego o dzieciecym radiu w Mostarze. Male bosniackie miasteczko zostalo podczas wojny podzielone na serbska i muzulmanska strefe, szkoly zamknieto, snajperzy strzelali z dachow do wszystkiego, co sie ruszalo po drugiej stronie linii demarkacyjnej, ktora byla rzeka. Mloda nauczycielka postanowila, ze bedzie dzieciom dawac lekcje. Dogadala sie z oficerami sil pokojowych, ktorzy zdobyli dla jej nadajnik radiowy. Najpierw kilkoro dzieci pomagalo jej prezentowac lekcje, zadawala zadanie i prosila o przyslanie odpowiedzi poczta. Powolutku przekazywala mikrofon w rece uczniow, a mali radiowcy stopniowo rozszerzali program. Prawdziwym przelomem bylo nadsylanie odpowiedzi z zakazanej strefy, radio polaczylo dzieci w podzielonym miescie, zaczely sie uczniowskie dyskusje o sprawach najtrudniejszych - o wojnie i pokoju, o strachu, o nienawisci, o smierci, a wreszcie o doroslych. Redaktorzy (w wieku miedzy 12 a 15 lat) byli sami dziwnie dorosli, dorosli z powodu wojny, ale rowniez dorosli, poniewaz traktowano ich jak partnerow, przekazano im odpowiedzialnosc, patrzono na nich z szacunkiem.

Kiedy niedawno przyjaciel powiedzial mi, ze przygotowuje oferte gotowej matrycy gazety internetowej dla szkol, podskoczylem z radosci i postanowilem, ze gimnazjum w Dobrzyniu bedzie miec taka gazete. Nie jestem zwolennikiem naglego otwierania wszystkich sluz. Internetowa gazeta moze byc znakomita szkola uczenia sie odpowiedzialnosci i partnerstwa. Najpierw jednak dorosli musza poszukac drogi do tego, jak te wspaniala zabawke przekazac uczniom, jak to rozpoczac, ile dac wolnosci, ile wprowadzic kontroli? Jak udowodnic mlodziezy, ze cos potrafi, a potrafi calkiem sporo? Lekcja Mostaru jest bardzo cenna, warto wyjsc od tego, co juz robia - od publikacji najlepszych wypracowan, zdjec, rysunkow, od prowokowania dyskusji w szkole i poza szkola, od zachecania do coraz dalszego wychodzenia poza sztampe.

Uda sie lub nie, trzeba sprobowac, pora przestac myslec, o czym tu dumac na dobrzynskim bruku.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail