GRAZYNA DRABIK
Rytmy Nowego Jorku
Waska sciezka
przez wielka pustke
Noca Nowy Jork z gory wyglada niewinnie i swiatecznie. Swiatla skladaja skomplikowana mape pulsujacych kwadratow, kregow, zakoli. Tu w swietlnych lukach domyslasz sie mostu Verrazano. Tam rozpoznajesz ciemna nitke Hudsonu. Kolorowe wstazki samochodowych blyskow rozbiegaja sie w rozne strony. Ciemnosc otula dyskretnie pogorzelisko na dole Manhattanu. Swietlne kregi opieraja sie o cieciwe brzegu oceanu. Z jednej strony tetni miasto. Lampiony migocza w tajemniczym ogrodzie przybranym na swieto swiatel. Z drugiej - wielka ciemna pustka. Prawie slychac, jak fale szumia monotonnym rytmem. Wyciszaja wszystkie niespokojne odglosy.
W zawieszeniu pomiedzy - miedzy niebem a ziemia, miedzy tu i tam - przypominam sobie ostatnie widowisko ogladane 15 listopada w ramach Next Wave w Brooklyn Academy of Music. Choc dziwaczny i prawie niezrozumialy, spektakl Johna Jasperse'a Giant Empty wydal mi sie juz wtedy fascynujacy. Teraz jakbym lepiej pojmowala jego intencje.
Matthias Bringmann, niemiecki scenograf zwiazany z Frankfurt Ballet Williama Forsythe'a, stworzyl rodzaj zmiennych dekoracji, ktore stanowia ramy przedstawienia, a jednoczesnie sa integralna jego czescia. Szereg zwieszajacych sie z wysokiego sufitu bialych sznurow z trzech stron tworzy sugestywne, rytmiczne tlo. Czasem unosza sie do gory lub schodza nisko w dol, zmieniajac proporcje przestrzeni wobec ludzkich cial w nia wpisanych. W pewnym momencie niektore sposrod sznurow zaczynaja sie krecic, rysujac ruchome spirale. Sciezka z drewnianych klockow przecina ukosnie scene. Abstrakcyjne piekno geometrycznego rysunku podkresla sugestywne swiatlo Stana Pressnera.
Spektakl zaczyna samotnie tancerka Juliette Mapp. Powoli idzie po waskiej sciezce, przedluzajac ja klocek po klocu. Dolacza do niej nastepni tancerze, Parker Lutz, Miguel Gutierrez i John Jasperse, w zmiennych ukladach solo, duetu i kwartetu. Tancerze rozrzucaja klocki. Jeden posluzy Gutierrezowi jako niepewne oparcie. Stac bedzie na nim, szukajac rownowagi w chwiejnej pozie na jednej nodze. Z pozostalych inni zbuduja wysepke-platforme, a moze tratwe zeglujaca przez przestworza. Uloza sie na niej jak skomplikowana skladanka, wpasowani w siebie. Z klockow Jasperse zbuduje jeszcze twierdze. Mozna sie nimi odgrodzic od innych. Mozna zbudowac waska sciezke przez wielka ciemna pustke.
Jasperse uzywa minimalistycznych srodkow, oddzialujac przez sile sugestii raczej niz ekspresji. Sam tancerz-choreograf tlumaczy, ze jego najnowszy spektakl opowiada o tym, jak "ludzie potrzebuja siebie wzajemnie i jak sie rozchodza. Jak poszukuja sposobu bycia razem, ktory jednoczesnie pozwala im sie dalej indywidualnie rozwijac". Fascynuje go, jak stwarzamy granice i jak je nieustannie przekraczamy. Jego taniec-teatr wydaje mi sie zblizony do pieknej muzycznej kompozycji: na cialo ludzkie, na gre swiatel, na to, co wewnatrz nas i na przestrzen wokol.
Zegluje przez ciemny przestwor. Uwieziona i wolna zarazem. Klebia mi sie pod powiekami obrazy: kormorany na lachach nadwislanskich. Okno w lazni Karola Modzelewskiego w Kordegardzie. Ostatnie rysunki Norwida z przytulku sw. Kazimierza. Ciemne ulice Warszawy. Blazenskie wybryki Leppera. Zawiadomienie o spotkaniu z okazji rocznicy smierci Gai Kuron. Szczesliwy usmiech Adama Malysza po zwycieskim skoku w Kuopio. Usmiech mamy zadowolonej z krociutkiej wizyty w Sandomierzu.
Stapam powoli, po niepewnej kladce pomiedzy, krok za krokiem, przez nieskonczona pustke. Komponujac nastepna czesc skomplikowanego utworu zwanego zyciem.
Samolot schodzi ostro w dol, zakreca od poludnia nad lotnisko, dotyka betonowej tafli. Huk hamujacych silnikow rozprasza magiczne obrazy. Oklaski ulgi. Zmeczenie. Zapach stechlego powietrza i potu. Samolot z Warszawy wypelniony byl do ostatniego miejsca. Terminal American Airlines, z ktorego korzysta LOT, az dyszy od wysypujacego sie tlumu. Dluga kolejka do odprawy paszportowej przesuwa sie nerwowo. Jakies dziecko placze. Ciemnoskore panienki w czerwonych kamizelkach popedzaja a to do tego, a to do tamtego okienka. Tylko urzednicy za wysokim kontuarem siedza calkiem nieporuszeni. Sprawdzaja dane w komputerach. Ogladaja zdjecia. Obojetnie stempluja paszporty. Wszystko na migi, bez slow. Przy tasmie, gdzie czekamy na bagaze, ktos mnie pyta niespokojnie, pokazujac otwarty dokument: "Czy moze pani mi powiedziec, na ile dostalam wize?". "Do 25 maja", odczytuje z czerwonego stempelka wbitego w paszport, wskazujac date. Elegancko ubrana, niemloda juz pani usmiecha sie promiennie: "Pol roku! Ach, jak dobrze".
Teraz siedze przed komputerem, czytam listy, ktore sie zebraly przez kilka dni nieobecnosci w skrzynce e-mailowej. W jednym z nich ktos przelicza dramatycznie: "Jesliby skurczyc swiat do jednej wioski stu mieszkancow, zachowujac wlasciwe dla calej ludnosci swiata proporcje, nasza wioska wygladalaby mniej wiecej tak: 57 ludzi pochodziloby z Azji, 21 z Europy, 14 z obu Ameryk, Polnocnej i Poludniowej, 8 z Afryki. 70 to byliby niebiali, 30 biali. 70 niechrzescijanie, 30 chrzescijanie. 89 heteroseksualisci, 11 homoseksualisci. 6 osob posiadaloby 59% wszystkich dobr, a wszyscy bogaci byliby ze Stanow Zjednoczonych. Polowa mieszkancow naszej wioski-swiata cierpialaby z powodu niedozywienia, 80 mieszkaloby w nieodpowiednich warunkach, 70 byloby analfabetami. Tylko jedna osoba wsrod nas stu posiadalaby komputer i tylko jedna mialaby wyksztalcenie uniwersyteckie".
Uderza mnie w tej statystyce nie to, ze bieda, glod, brak pracy i mieszkan dotyczy nie tylko Trzeciego Swiata. Jestem tych problemow spolecznych swiadoma. Martwi mnie przerazajacy wymiar bezrobocia i brak perspektyw dla mlodych w Polsce. Podzielam niepokoj moich studentow i znajomych takze tutaj wobec poglebiajacej sie recesji.
Szok jednak wywolal dosc oczywisty, jak sie chwile zastanowic, ale ciagle zupelnie zapominany fakt, ze my - z wyksztalceniem, z dostepem do najzwyklejszych instrumentow wspolczesnej cywilizacji - stanowimy wyjatek, nie norme. Nasze punkty odniesienia nieuchronnie zaleza od tego, ze przeciez "wszyscy" mamy komputery lub chocby dostep do nich. Z "wszystkimi" mozemy polaczyc sie telefonicznie. Mozemy sie klocic, ktore ksiazki sa, a ktore nie sa warte naszej uwagi, ale "wszyscy" ksiazki czytamy, albo przynajmniej gdybysmy tylko chcieli, moglibysmy czytac. A tymczasem ta nasza "wszystkosc" taka jest chuda i cienka. Wokol rozciagaja sie oceany calkiem innej normalnosci.
List wyslany z okazji Tygodnia Przyjazni (19-25 listopada) konczy sie slowami-przypomnieniem: "Jesli czytasz to oredzie, oznacza to, ze cieszysz sie podwojnym darem, bowiem ktos ci go wyslal, myslac o tobie, a ponadto jestes bardziej uprzywilejowanym niz ponad dwa miliardy ludzi na swiecie, ktorzy czytac w ogole nie potrafia.
Ktos kiedys powiedzial: co i jak czynisz, powroci do ciebie. Pracuj, jakbys nie potrzebowal pieniedzy. Kochaj, jakbys nigdy nie byl zawiedziony. Tancz, jakby nikt nie patrzyl. Spiewaj, jakby nikt nie sluchal. Skorzystaj z doswiadczen drugiego czlowieka. Podziel sie, czym sam zostales obdarzony. Czuj sie wolny. Przywilej niesie z soba odpowiedzialnosc.
Przeslij list do przyjaciol, moze zmieni sposob, w jaki myslimy o sobie i jak odnosimy sie do innych".
Nie sadze, aby przyjazny ani nawet najmadrzejszy list-okolnik mogl zmienic punkt widzenia. Ale przesylam dalej. Za oknem, zza pozolklych lisci, ktore wciaz jeszcze uparcie chybocza sie na galeziach wiazow, przeblyskuje szarosrebrna tafla wod Hudsonu. Na siatkowce oka trwa szlachetny luk ceglanej bramy, osniezony bruk starego rynku, zegar sloneczny na murze ratusza. Bija dzwony na sume.
Zmarli pilnuja porzadku. Z cmentarza przy kosciele sw. Pawla, z wysokiej nadwislanskiej skarpy spogladaja cierpliwie na panorame Sandomierza. Napis na kamiennym grobie dziadka zarasta mchem, zacierany przez czas. Z trudem odnajduje litery: W-i-t-o-l-d... Mama pochyla sie nad plyta, zadowolona, ze choc z opoznieniem moglismy dotrzymac zaduszkowej obietnicy. Zapala znicz. Uklada czule biale i zlote astry. Zza niskich, snieznych chmur wymyka sie niespodziewanie promien slonca. Rozswietla przez moment Wisle, spadzisty dach katedry, ceglaste mury sw. Jakuba. "Jestem pewna, ze to Tatus daje nam znak", mowi.
Potem znowu snieg proszy. Plomien migocze.
Siedze przy Riverside Drive, a duszyczka gdzies sie paleta. Cicho wiec. Poczekam, az spozniona doleci.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |