PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (30 listopada 2001)


ANDRZEJ ZWANIECKI

Nowojorska
kronika kulturalna (film)

Puzzle, czarna dziura,
i zalobna medytacja

Heist jest jak puzzle, ktorego nie sposob ulozyc do konca; za kazdym razem, gdy wylania sie z niego logiczny wzor, rezyser David Mamet rozsypuje go, rozpoczynajac zabawe od nowa. Ta wariacja na temat czarnego kryminalu zaczyna sie od czysto filmowej, niemal pozbawionej dialogu sceny skoku na zaklad jubilerski, w ktorej uczestnicza zawodowy wlamywacz Joe (Gene Hackman), jego mloda zona Fran (Rebecca Pidgeon) i wieloletni kompani: Bobby (Delroy Lindo) i Pinky (Ricky Jay). W jego trakcie twarz Joe rejestruje kamera, co sklania starego wyge do mysli o porzuceniu zlodziejskiej kariery. Zamiary te krzyzuje jednak nagrywajacy gangowi robote paser Mickey (Danny DeVito), ktory prosba i grozba zmusza Joego do wykonania ostatniej roboty - napadu na transport szwajcarskiego zlota, w ktorym ma wziac udzial krewny Mickeya, goraca glowa Jimmy (Sam Rockwell).

Heist nie przypomina typowych hollywoodzkich intryg kryminalnych. Choc sceny akcji zrealizowane sa z nerwem, nie ma w nim poscigow samochodowych ani krwawych konfrontacji ze strozami prawa. Mameta nie interesuje bowiem zabawa w zlodziei i policjantow. Jego uwaga skupia sie na intrygach wewnatrz grupy gangsterow - na zmieniajacych sie nieustannie wiezach lojalnosci i grze pozorow zmierzajacej do przechytrzenia partnerow.

Takie gry uprawiano juz w kinie wczesniej. To, co rozni od nich Heist, to przede wszystkim dialogi. Mamet, ktory jest rowniez znanym dramaturgiem, napisal doskonale, zabawne dialogi, ktore trafnie okreslaja osobowosci wystepujacych postaci i relacje miedzy nimi. Oczywiscie zaden prawdziwy gangster nie wypowiada sie w taki "teatralny" sposob jak bohaterowie tego filmu, ale ich skrotowe, czesto komicznie metaforyczne odzywki na tyle leza w charakterze postaci, ze mozna je smakowac bez troski o ich wiarygodnosc.

Heist ma nieco podobny styl co wczesniejsze filmy Mameta - House of Game i Spanish Prisoner - w ktorych scenarzysta i rezyser w jednej osobie igral z nasza percepcja. Rowniez teraz za kazdym razem, gdy wydaje sie, ze sytuacja sie klaruje, ze stoimy na pewnym gruncie, podcina nam nogi.

Niebezpieczenstwo tej metody polega na tym, ze w miare rozwoju akcji zmiany w owych szaradach zaczyna sie odbierac jako coraz bardziej mechaniczne, a calosc - jako przeintelektualizowane cwiczenie stylistyczne. Heist przed taka oschloscia ratuje instynktowne, miesiste aktorstwo Hackmana, Lindo i DeVito. Oni zakorzeniaja ten film w sferze, w ktorej przyjazn i zdrada cos znacza, a nie sa wylacznie elementami postmodernistycznej ukladanki.

*

Nie wiadomo, co znaczy czarna dziura w centrum The Man Who Wasn't There, ale poczatkowo przyciaga ona uwage. Ta dziura jest Ed (Billy Bob Thornton), ktory strzyze klientow w zakladzie swego szwagra (Michael Badalucco) w malym kalifornijskim miescie w mitycznych latach 50. Ed nie czuje sie fryzjerem, zyje w wyzutym z seksu zwiazku z Doris (Frances McDormand), nie lubi sie bawic ani konwersowac i nie ma zadnych pasji ani namietnosci, o czym informuje beznamietnym tonem glosem zza kadru. Jedynie gra dzierlatki Birdy (Scarlett Johansson), wykonujacej na fortepianie sonaty Beethovena, wprawia go w niemy zachwyt.

Ale Ed nie jest calkiem nieczuly na pokusy, a ta w filmie Joela (rezyser) i Ethana (producent) Coenow, opartym na ich wlasnym scenariuszu, pojawia sie pod postacia hochsztaplera Tollivera (Jon Polito), ktory twierdzi, ze znalazl klucz do bogactwa w… praniu chemicznym. Ed podejrzewajac, ze jego zona jest kochanka dyrektora miejscowego domu towarowego (James Gandolfini), wyludza od niego szantazem 10 tysiecy dolarow, niezbedne do wkupienia sie w spolke z Tolliverem. Ten niecny, ale niezbyt szkodliwy postepek uruchamia serie zdarzen prowadzaca do bankructwa zakladu fryzjerskiego, dwoch morderstw, samobojstwa, wyroku smierci i egzekucji.

W The Man Who Wasn't There Coenowie stworzyli swiat absurdu, w ktorym drobne zdarzenia maja nieobliczalne i nieproporcjonalne konsekwencje, a bohaterowie placa najwyzsza cene za czyny nie przez siebie popelnione. Ich film ma kafkowska atmosfere, ktora doskonale ewokuja zawieszone w czasie, czarno-biale zdjecia Rogera Deakinsa. Ale w odroznieniu od powiesci Kafki nie czuje sie w nim dojmujacej obecnosci anonimowej zwierzchnosci obracajacej wniwecz wszelkie wysilki bohaterow.

The Man Who Wasn't There jest raczej lagodnie komiczna refleksja nad przypadkowoscia zyciowych zdarzen i relatywizmem sensu zycia niz tragiczna, fatalistyczna wizja ludzkiego losu. Ed nie dziwi sie temu, co dzieje sie wokol niego, ani nie rozwodzi sie nad tym; po prostu konstatuje wydarzenia z dystansu, tak jakby nie dotyczyly jego zycia.

Niewspolmierne do wydarzen komentarze i autorefleksje Eda nadaja filmowi aure ironii. Ale rownoczesnie za ich sprawa filmowi udziela sie inercja emocjonalna bohatera. Mimo podziwu, jakie wzbudza stylistyczne mistrzostwo Coenow, ich film oglada sie wiec jak abstrakcyjne i odlegle zjawisko. Wobec rosnacej sily, z jaka czarna dziura osobowosci Eda wysysa zen wszelka energie, film pozostawia nas w poczuciu kosmicznej pustki.

*

Z poczuciem tym, choc z zupelnie innego powodu, zmagaja sie bohaterowie In the Bedroom: Ruth (Sissy Spacek) i Matt (Tom Wilkinson) Fowlerowie mieszkajacy w malym miasteczku na wybrzezu Maine. Ich uzdolniony 21-letni syn Frank (Nick Stahl), ktory flirtuje ze starsza od siebie Natalie (Marisa Tomei), ginie z reki jej psychopatycznego meza Richarda (William Mapother).

In the Bedroom jest historia zaloby Fowlerow, subtelnym zapisem stlumionych i jawnych uczuc wywolanych przez tragedie. Jego rezyser i wspolscenarzysta Todd Field studiuje w skupieniu stadia rozpaczy, przez ktore przechodza bohaterowie. Kamera rejestruje, jak pchani sila bezwladu poruszaja sie koleinami banalnej codziennosci, stopniowo odkrywajac fale bolu przeplywajace przez pekniecia na fasadzie spokoju.

Ich rozgoryczenie poglebia fakt, ze proces mordercy, ktory mogl dac im pewna doze moralnego zadoscuczynienia, zmierza do rozczarowujacego finalu. Wobec braku bezposredniego swiadka zabojstwa wszystko wskazuje na to, ze wyjdzie on z opresji najwyzej z kilkuletnim wyrokiem.

In the Bedroom ma powazny ton i intensywnosc emocjonalna rzadko spotykana w amerykanskim filmie. Ale emocje sa tu stlumione, a dramat rozgrywa sie w ciszy - w nagle opustoszalym domu, na tle malomiasteczkowego zycia, ktore toczy sie jak gdyby nigdy nic. Nie objawia sie zadnymi dramatycznymi fajerwerkami; nie ma w nim rozdzierania szat, spazmow i lamentow. Niemniej Field ukazuje, jak rozpacz i cierpienie stopniowo zatruwaja zwiazek Fowlerow, jak narastaja pod maskami opanowania, by wybuchnac w najbardziej dramatycznej scenie filmu litania wzajemnych oskarzen.

Latwo zrozumiec, ze debiutujacy za kamera Field, ktory sam jest aktorem, stawia w tym filmie na aktorow. Pod jego reke tworza oni kreacje bergmanowskiej jakosci. Ruth w dyskretnej, ale niebywale bogatej interpretacji Spacek jest silna osobowoscia, ktora niezdolna do odreagowania uczuc, znajduje sie w emocjonalnym potrzasku. Wilkinson sugeruje postac podwojnie tragiczna - zdewastowana uczuciowo tylez z powodu utraty syna, co niezdolnosci przebicia sie przez bariere psychiczna, za ktora wycofala sie jego zona.

Do momentu, w ktorym bierze on sprawiedliwosc we wlasne rece, In the Bedroom jest jednym z najlepszych, jesli nie najlepszym filmem amerykanskim w tym roku. Niestety, z ta chwila, mimo zachowania trzezwego i powaznego tonu, stacza sie do poziomu podrzednej fantazji o zemscie. Final nie jest zgodny ani z duchem tej medytacji nad utrata, ani z kierunkiem psychologicznej ewolucji bohaterow. Dynda nieporadnie na kikucie autentycznego dramatu jak zle dopasowana proteza.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail