[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (30 listopada 2001)


JAN PIESZCZACHOWICZ

Literatura po Pazdzierniku 1956 r.

Walka
o godnosc

Wiele sie mowilo o "torsjach" targajacych niektorymi uleglymi pisarzami, gdy nadszedl zmierzch stalinizmu. Ale oto nastal rok 1956 - tragiczne wydarzenia poznanskie i Pazdziernik. W Moskwie odbyl sie XX Zjazd KPZR, na ktorym N.S. Chruszczow w tzw. tajnym referacie ukazal moralna nicosc i arcyzbrodniczy charakter tego, ktoremu do niedawna skladano holdy niemal takie, jak Bogu - Stalina. Zgodnie z tezami wystapienia to on, a nie ci, ktorzy jeszcze niedawno wykonywali jego psychopatologiczna wole, mial odpowiadac za wszystko - posmiertnie.

Z tego zjazdu Boleslaw Bierut powrocil w trumnie, powalony - jak glosily komunikaty - przez grype z komplikacjami, co zapewne ulatwilo odbycie w kilka dni pozniej VI Plenum KC PZPR z udzialem Chruszczowa, ktory strescil zebranym swoje "tajne" wystapienie. Kierownictwo polskiej partii zaprezentowalo w rewanzu gleboki rozlam w swoich szeregach, a wybor Edwarda Ochaba na I sekretarza oznaczal kompromis miedzy zwolennikami jakichs form demokratyzacji ("pulawianie") i upierajacymi sie przy twardym, antysemickim kursie "natolinczykami". Gosc z Moskwy popieral kandydata tych ostatnich, ale mu nie wyszlo - nie po raz ostatni w Polsce w owym burzliwym roku. I to byla istotna nowosc w stosunkach z ZSRR, ktora dzis usiluje sie zlekcewazyc badz przemilczec, a przeciez oznaczala igranie z ogniem, co potwierdzilo sie w Budapeszcie, gdzie rewolucje wegierska rozjechaly niebawem radzieckie czolgi.

Zanim wydarzenia polityczne potocza sie jesienia jak lawina, zajrzyjmy na niwe literacka. Tu trwaly obrachunki i porachunki, w wiekszosci malo tworcze. Znow wrocila samokrytyka, choc w bardziej zroznicowanych i nie tak wymuszonych formach, jak w okresie stalinowskim. Kazimierz Brandys opublikowal w Tworczosci glosne opowiadanie rozrachunkowe Obrona Grenady, o ktorym Artur Sandauer napisal bezceremonialnie: "Samokrytyka tego rodzaju zdaje sie raczej wskazywac na calkowite samozadowolenie, a wiec na niechec do jakichkolwiek przeobrazen". Rachunek sumienia Brandysa jednym wydal sie nieco spozniony, innym - pozorowany lub sporzadzony metoda "lapaj zlodzieja!", choc zebral takze komplementy.

Pojawilo sie pytanie, kto wlasciwie ma moralne prawo naprawiac zepsuty mechanizm literatury? Sprawa okazala sie klopotliwa, jako ze nagle zwroty ideologiczne i estetyczne wielu prominentow polityki kulturalnej oraz realizatorow ich dyrektyw mogly zaskakiwac, zwlaszcza ze najczesciej nawolywali do rozliczenia "onych", a nie siebie, choc sami do nich nalezeli. Na XIX Sesji Rady Kultury i Sztuki Stefan Zolkiewski i inni eksponowali "naprawcza" role partii; mieli racje o tyle, ze bez jej - nawet niechetnego - przyzwolenia trudno bylo cos konkretnego zdzialac. Jan Kott dopiero teraz spostrzegl, a w kazdym razie mysl te ujawnil, ze ideologia i sztuka lat stalinowskich byly "mitologizacja rzeczywistosci", co doprowadzilo do "inkwizycji" na jednym biegunie i do bezkrytycznej "nieustajacej adoracji" na drugim. Julian Przybos nazwal obrazowo socrealizm "palka stworzona przez Zdanowa na uzytek urzednikow biura propagandy, serwilistow i panegirystow".

Antoni Slonimski ujal problem dialektycznie: "Gotow jestem uznac, ze zarowno ci, ktorzy bili w bebny, jak i uczestnicy tej literackiej Armii Zbawienia wierzyli, a czesciej chcieli wierzyc, gdyz jest cecha ludzka dorabianie dla wlasnej wygody nadbudowy ideologicznej, a raczej ideonielogicznej". Sandauer przestrzegal jednak: "Jesli poprzestaniemy na ideologii bohaterskiego oportunizmu, ktora glosi, ze prawo do naprawiania maszyny ma tylko ten, co ja zepsul, nie sadze, abysmy daleko zajechali". Gustaw Herling-Grudzinski z perspektywy emigranta tak podsumowal: "Przebieg XIX sesji dowodzi, ze strach, strach i tylko strach tkwil u zrodla zachowania sie intelektualistow polskich". Zapomnial jakby o takich ludzkich cechach, jak oszolomiony rewolucyjny radykalizm mlodosci (przypadek "pryszczatych"), euforyczne poczucie uczestnictwa w przelomowych zmianach spolecznych czy wreszcie zwykla chec zrobienia kariery. Co oczywiscie nie jest usprawiedliwieniem.

Wszystko to razem nie odpowiadalo wyczerpujaco na pytanie, zadane na sesji przez Witolda Wirpsze: "Dlaczego jedlismy te zabe?", ale wlasnie on udzielil odpowiedzi najblizszej prawdy. Czy polscy pisarze (i nie tylko oni) byli az tak odcieci od informacji dotyczacych wynaturzen i zbrodni stalinizmu, aby mogli utrzymywac, jak wielu Niemcow po upadku III Rzeszy, ze dopiero teraz dowiedzieli sie o istnieniu Oswiecimia? Wirpsza przyznaje, iz zawsze mial watpliwosci i nurtowal go niepokoj, ktory czesciowo likwidowali rozni doktorowie Faulowie (postac z Obrony Grenady), specjalisci od indoktrynacji, ale - powiedzial - "W glownej mierze jednak ja sam likwidowalem ten niepokoj. I dlatego, ze przez dluzszy czas odbywala sie we mnie likwidacja - dlatego jadlem te zabe. Jadlem ja coraz wiekszymi kesami. (...) Musimy zbudowac socjalizm, ludzi przez to zdemoralizujemy - ale na to nie ma rady. Za to jak bedziemy mieli socjalizm, to wszyscy ludzie stana sie normalni, bo inaczej byc nie moze. (...) A nade wszystko balismy sie - i trzeba powiedziec, bo byl nacisk strachu - balismy sie zostac zabami, ktore by ktos pozarl".

To brzmi dosc wiarygodnie. Pisarze, ktorzy wystepowali z partii, coraz bardziej sie od niej dystansowali, dzialajac na rzecz "poluzowania" uwarunkowan spoleczno-politycznych, w granicach swoich dosc skromnych mozliwosci. Prawie wszyscy probowali sie jakos oczyscic, znalezc alibi, przemilczec przeszlosc, i to wszystko bylo nie zawsze sympatyczne, ale naturalne, pod warunkiem, ze podsadni historii (nie tylko literatury) - nie usilowali sie kreowac na jej pryncypialnych sedziow.

A ci, ktorzy nie widzieli innej mozliwosci, jak nadal pozostac czlonkami partii? Redaktor Zycia Literackiego Wladyslaw Machejek, ktory do tej wcale licznej grupy nalezal, tez bil sie w piers: "Wiedzialem, czulem, a mimo to nie krzyczalem ni po cichu, ni glosno", ale dodawal natychmiast: "Nie moglbym isc razem z tymi, ktorzy maja czasami racje, ale przeciw partii - zostawal jeden wybor: raczej czasem z partia bladzic. Jednak z partia". Dzis moze to brzmiec tragikomicznie, ale kto wie, czy komunistyczny pisarz nie byl w owym wyznaniu na swoj sposob uczciwy, ukazujac zniewolenie wynikajace z jakichs - chocby zafalszowanych - idealow? Kiedy po wielu latach rozmawialem z nim, odrzekl w odpowiedzi na moje dosc ostre uwagi: "A bo wam sie zdaje, ze komunista nie ma prawa do wewnetrznych dramatow. Jesli, jak mowisz, moim bogiem jest partia, to ja sie do niej rzadko modle, ale jej nie zdradzam. W cos przeciez trzeba wierzyc, a ja do kosciola nie chodze...".

Kto wowczas okazal odwage? Spora grupa ludzi, ktorzy nie ulegli oportunizmowi. Krzysztof Teodor Toeplitz, ktoremu rozne kola okazuja dzis pogarde jako "postkomuchowi", choc do partii nigdy nie nalezal, opublikowal jeszcze przed pazdziernikowym przelomem w Nowej Kulturze felieton zatytulowany "Z wlasnego prawa bierz nadanie", gdzie tak pisal o aparacie partyjnym: "Nie kontrolowany poczatkowo przez masy, a pozniej juz zrecznie obwarowujacy sie przed kontrola, aparat ten zwyrodnial, uzbroil sie we wlasne kanony i zasady. Obwarowal sie wlasna policja, broniaca bardziej interesow kasty urzednikow niz mas, wyprodukowal wlasna mitologie w postaci wiary w nieomylnego wodza". Cios musial byc bolesny, bo redakcja zostala zmuszona do "odszczekania" tekstu KTT, a jego felietony przestaly sie w pismie pojawiac. W kilka miesiecy pozniej zadziorny autor pisal w artykule "Katastrofa prorokow" o stalinizmie: "Byl to okres najwyzszego chyba w dziejach triumfu zasady, ze jesli fakty nie zgadzaja sie z teoria, to tym gorzej dla faktow".

Wydaje sie, ze taki celny atak na nieslawna, dobiegajaca kresu przeszlosc mial wieksze znaczenie, niz zalosne niekiedy i wymuszone sytuacja rozczulanie sie nad soba tych pisarzy, ktorzy usprawiedliwiali sie "duchem czasu" i biadali nad okrucienstwem rezimu. Trzeba tez oddac sprawiedliwosc np. Romanowi Zimandowi, ktory niejedno glupstwo za Stalina napisal, ale stac go bylo na samokrytycyzm: "Sam bralem udzial w organizowaniu i celebrowaniu tego typu nabozenstw. Mam gorzka swiadomosc, ze fakt, iz robilem to w najlepszych intencjach, w gruncie rzeczy nikogo nie obchodzi". Nieco inaczej problem ujmowal Wiktor Woroszylski. W poemacie Sam na sam pisal: Nie dla orderow i pieniedzy/Czynilismy tak lata cale, sugerujac, ze ideowe zaangazowanie moze jednak stanowic okolicznosc odciazajaca.

Te spory, a czesciej po prostu przepychanki, rzadko zawieraly glebsza refleksje i okazaly sie dosc jalowe, co mialo swoj wplyw na polskie zycie literackie przez dlugie lata, bodaj do dzis. Na dokladke postawa wiekszosci pisarzy emigracyjnych, szczegolnie z osrodka londynskiego, nie sprzyjala dialogowi z kolegami w kraju; byla odpychajaca, pelna krytyki, a nawet pogardy, odcinajaca sie w dalszym ciagu od jakiegokolwiek uczestnictwa w zyciu kulturalnym PRL. Nad Tamiza malo kogo obchodzily pozytywne zmiany w wielu dziedzinach, woleli swoj patriotyczno-ideologiczny fundamentalizm. Sprzeciwialo sie temu stanowczo srodowisko paryskiej Kultury, wspomagane przez czesc emigranckiego "Londyniszcza".

Zmiany w kraju oraz sytuacja w srodowisku literackim wplynely na przebieg VII Walnego Zjazdu Delegatow Zwiazku Literatow, odbytego w koncu roku. Ustepujacy prezes Leon Kruczkowski (zastapil go Antoni Slonimski) usilowal jeszcze bronic pryncypiow ustroju, mowiac: "Skompromitowana zostala nie ideologia, lecz metody, jakimi ja stosowano" - ale nie spotkalo sie to ze zrozumieniem wiekszosci delegatow, oklaskiwano natomiast Stefana Kisielewskiego, ktory powiedzial w swoim wystapieniu: "Uwazam, ze nie wolno sadzic polskich pisarzy minionego okresu nikomu, kto sam nie byl poddany stalinowskiej metodzie urabiania mozgow, podobnie jak ktos znajdujacy sie poza komora gazowa wypelniona gazem lzawiacym nie ma prawa chelpic sie tym, ze placze". W rezultacie - co bylo w duzej mierze zasluga pisarzy katolickich - uchwalono apel o "niedzielenie czlonkow Zwiazku na oprawcow i ofiary, zwlaszcza, ze wsrod dzisiejszych oskarzycieli nie brak wczorajszych inkwizytorow". Na taka madrosc nie zdobylo sie ani srodowisko literackie, ani wladze po zakonczeniu stanu wojennego w 1983 r., co doprowadzilo do podzialu na Zwiazek Literatow Polskich i Stowarzyszenie Polskich Pisarzy. Literacka "gruba kreska" w 1956 r. byla chwiejna, a jednak jakos dzialala, choc kiedy pazdziernikowy plomien przygasl, znow odzyly podzialy i antagonizmy o charakterze polityczno-towarzyskim.

Ci, co z partia zostali i bywali naklaniani do wykonywania jej dyrektyw, nie zawsze byli posluszni, bo czasy sie jednak zmienily. Na zebraniach podstawowych organizacji partyjnych pojawily sie rychlo jatrzace debaty w duchu zaprezentowanym chocby przez Machejka, ktory w artykule "Komitety Rewolucyjne - czy zabawa w niewiadome" donosil ze zgroza, iz "Zaczynaja swoja dzialalnosc od tropienia stalinistow. (...) Dla tych elementow kazdy, kto ma glowe na karku i broni porzadku socjalistycznego, jest stalinista. Boje sie, ze w ten sposob jakas armia biala, armia zbawienia narodowego, przygotowuje sobie atmosfere do drugiej fali, ktora by jej dala spadek po wielkim przelomie pazdziernikowym". Machejek glowe na karku mial i rozumial, ze zbyt daleko posunieta demokratyzacja moze zagrozic pozycji ludzi jego pokroju, straszyl wiec jakas nowa kontrrewolucyjna "biala gwardia", co wspomagalo konserwatywne sily w partii, przestraszone i upokorzone rozwojem wydarzen.

Formowaly sie w srodowisku literackim grupy tzw. pisarzy niezaleznych, nazywanych przez aparatczykow "liberalami", co z poczatku mialo charakter towarzyski i zwiazkowy (zadanie dla partyjnych: "wyciac" w tajnym glosowaniu na forum ZLP bezpartyjnych "radykalow"; zadanie dla bezpartyjnych: skreslic partyjnych, szczegolnie "beton"), z czasem przybierajac w poszczegolnych przypadkach mniej lub bardziej zorganizowane formy opozycyjno-polityczne. Powstala instytucja nieoficjalnego "salonu literackiego", sama w sobie stara jak swiat, znana juz za krola Stasia, teraz w specyficznej roli. Salon nie mial okreslonej formy, byla to luzna konfraternia ludzi ze soba mniej lub bardziej sympatyzujacych, o zblizonych pogladach, ktora nie miala bezposredniego wplywu na instytucje kulturalne, ale potrafila na swoj sposob zadbac o interesy swoich czlonkow poprzez tworzenie wlasnej hierarchii literackiej, urabianie opinii, lansowanie swoich w krytyce literackiej itp. Jej wyroki i ostracyzmy bywaly bezwzgledne, co budzilo odruchy niecheci odtraconych i "szarej braci" literackiej, zarzucajacej "salonowym" kolegom snobizm, wzajemna adoracje i poczucie wyzszosci. Wykorzystywali to niekiedy partyjni - i kolo wzajemnej niecheci sie krecilo.

Pisarze niezalezni i z kregu "salonow" (szczegolnie tzw. Warszawki) egzystowali przez dlugi czas nieuchronnie w tzw. szarej strefie, wedlug terminologii moralistow po roku 1989. Oznaczalo to, ze publikowali utwory w panstwowych wydawnictwach, niekiedy z licznymi wznowieniami, nierzadko dofinansowywane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, bo niektore nalezaly do szkolnych lektur. "Podpadnieci" politycznie miewali z tym klopoty, pojawialy sie problemy z cenzura, ale przykrosc lagodzilo nierzadko uznanie towarzyskie i spoleczne badz opublikowanie utworu za granica.

Trzeba podkreslic, iz "salony" spelnialy w tamtych warunkach pozyteczna role, stanowily przeciwstawienie oficjalnej polityki kulturalnej, dawaly impuls sprzeciwom i protestom w slusznych sprawach, wreszcie z czasem braly udzial w organizowaniu roznych form opozycji. W koncu slynny Klub Krzywego Kola tez byl swojego rodzaju salonem intelektualnym. Moze przydalyby sie i dzis, kiedy zycie literackie wyraznie przywiedlo? Tylko kogo by teraz obchodzila ich ewentualna opozycyjnosc, niezaleznie od barwy politycznej aktualnego rzadu III RP? Czasy, kiedy z powodu jakiegos protestu literatow zbieralo sie Biuro Polityczne KC PZPR, minely. I dobrze.

Po niezbyt przyjemnych, ale niezbednych przypomnieniach, trzeba wiekszosci pisarzy i bylemu Zwiazkowi Literatow Polskich oddac sprawiedliwosc. Kiedy czytam dzis wypowiedzi ludzi, ktorym wiek badz okolicznosci nie pozwolily zetknac sie blizej z ZLP, sugerujace, ze byla to zawsze banda nienawidzacych sie i zwalczajacych literatow, w wiekszosci uleglych wladzy, wzdycham: o swieta prostoto demagogii! Bo ZLP nie tylko skutecznie pomagal pisarzom w sprawach socjalnych i zawodowych, ale takze zdobywal sie - mimo politycznych naciskow i partyjnych manipulacji - na gesty i slowa godne uwagi. Moge tu zareczyc jako prezes krakowskiego oddzialu ZLP od 1976 roku.

W roku 1956 zaczelo sie od rezolucji ZLP popierajacej postanowienia pazdziernikowego VIII plenum KC PZPR, ktore - poparte przez robotnicze oddzialy samoobrony oraz niektore jednostki wojskowe - oparlo sie szantazowi interwencji zbrojnej ze strony specjalnej delegacji sowieckiej pod wodza Chruszczowa. Na plenum owym, juz po wyjezdzie nieproszonych gosci, Gomulka mowil to, co chcieli wreszcie uslyszec Polacy: "Kultu jednostki nie mozna sprowadzac tylko do osoby Stalina. Kult jednostki to pewien system... (...) Przy tym systemie lamano charaktery i sumienia ludzkie. Deptano ludzi, opluwano ich czesc. Oszczerstwo, klamstwo i falsz, a nawet prowokacje sluzyly za narzedzia sprawowania wladzy. (...) Przyczyny tragedii poznanskiej (...) tkwia w nas, w kierownictwie partii, w rzadzie".

Nawet pisarze, ktorzy niemalo zawinili i uchodzili za zadeklarowanych poplecznikow partii, decydowali sie na ryzyko. Moskiewska Prawda gwaltownie zaatakowala m.in. Jerzego Putramenta za artykul w Zyciu Warszawy - "zapozyczajacy polityczny arsenal od Glosu Ameryki" (tak!). Organizacja partyjna przy Glownym Urzedzie Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk niemal jednoglosnie zazadala ograniczenia kompetencji swojej cenzorskiej instytucji. Wieslaw Gornicki napietnowal wodza PAX-u Boleslawa Piaseckiego, przypominajac mu przedwojenne faszystowskie ciagoty i wypominajac haniebny artykul "Instynkt panstwowy" w Slowie Powszechnym, protestujacy przeciwko rzekomo nadmiernej swobodzie dyskusji politycznych w okresie Pazdziernika - w imie komunistycznej "racji stanu" (z niedwuznaczna pogrozka, ze moze sie to skonczyc stanem wyjatkowym).

VII Zjazd ZLP podjal uchwaly m.in. o: zniesieniu wszelkich form cenzury oraz tzw. prohibitow w bibliotekach, poparciu dla spacyfikowanego przez ZSRR narodu wegierskiego, naprawieniu krzywd pisarzom represjonowanym politycznie. Literatura i kultura polska zdawaly sie odzyskiwac utracona czesc i godnosc, mimo wszystkich meandrowan.

Za tydzien:
"Dialog dziada z obrazem".

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail