[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (16 listopada 2001)


JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK

Dziennik takze noca pisany

Jak kazdy muzyk, Zygmunt Mycielski (1907-1987) kochal cisze. Nie mial jej w malym dwupokojowym mieszkaniu przy Rutkowskiego, czyli Chmielnej, ktore dzielil z wieloletnim przyjacielem Stanislawem K., jezdzil wiec co jakis czas na pare miesiecy do Nieborowa, gdzie w dawnym palacu Radziwillow, a obecnie domu pracy tworczej, od godziny 17 do 19 mogl korzystac z pokoju z fortepianem. "Palac zamykaja dla zwiedzajacych po 17. Robi sie wtedy pusto i ide do bialej sali".

Dziennik jako gatunek literacki jest blisko spokrewniony z powiescia, z jedna zasadnicza roznica, ze autor dziennika nie "zmysla" ani wystepujacych w jego narracji osob, ani wydarzen, podczas gdy w powiesci moga one, choc nie musza, miec swoje hipotetyczne odpowiedniki w rzeczywistosci. Ale w sytuacjach, kiedy sfera zwiazku literackiej fikcji z rzeczywistoscia podlega systemowi politycznych zakazow, kiedy na pytanie: czemu o tym pisac nie chcecie panowie?, odpowiedz jest brutalnie prosta: bo nam nie wolno - pisane z mysla o lepszych czasach, z wiara, ze chyba kiedys nadejda, dzienniki zastepuja powiesc. Sa dokumentem zarazem literackim i historycznym. Tym bardziej literackim - im wiekszy dystans dzieli czas ich powstawania w chowanych do szuflady zeszytach od momentu, w ktorym juz moga jako ksiazka dotrzec do czytelnika.

Czytajac trzeci tom Dziennika Zygmunta Mycielskiego, jego zapisy z lat 1960-1969 (tom pierwszy nosil tytul Niby-dziennik), mam wrazenie ogromnej odleglosci tamtego dziesieciolecia, mimo ze dobrze je pamietam. Jeszcze stosunkowo niedawno interesowalyby mnie jakies rewelacje polityczne "za panowania Gomulki" czy plotki towarzyskie ze srodowiska owczesnej elity kulturalnej, a wiec dziedzina, ktora okreslamy mianem faktow. Ale nasza ciekawosc owych historycznych faktow z roznych okresow PRL-u zostala juz w duzej mierze nasycona. Pozostaje natomiast to, czego szukamy w literaturze: atmosfera miejsc i wydarzen, a przede wszystkim ludzie, osobno, w ich myslach, dzialaniu i sumieniu, i w stosunkach z innymi ludzmi, wlasnie wtedy, w tamtej przedziwnej, nieomal juz teraz niepojetej epoce w historii Polski i swiata. Dziennik Zygmunta Mycielskiego, kompozytora i krytyka muzycznego, wieloletniego redaktora naczelnego swietnego Ruchu Muzycznego, potomka starych arystokratycznych rodow, swiatowca i homoseksualisty, dostarcza przyjemnosci literackich, jakich nie znajdujemy w wiekszosci pisanych w tym samym okresie powiesci.

Zapis z 26 lipca 1964 r., w Nieborowie: "Wyszedlem przed kolacja do karczmy napic sie wodki - ciepla, ohydna, z ohydnym kawalkiem kielbasy - ledwie wypilem. Ale lubie patrzec, jak wchodza ludzie. Stary tutejszy stroz, z utyskiwaniem, jak to dzis ludzie nie pracuja, nie wiedza, co robic, nikt nie umie rozkazac, wymagac. Ksiaze to umial, i Niemcy. Ci - co by nie bylo - umieli zorganizowac prace. Polak to musi miec dyscypline - ale ta gospodarka teraz - machniecie reka...

Potem sliczny duzy chlopak w zielonej, czarno drukowanej, wyrzuconej na spodnie koszulce. Czy oni wiedza, jak przy tym kolorze wyglada ciemna, opalona skora? Wypija duszkiem z butelki ciepla, ciemnozolta, slodka lemoniade i rzuca pieniadz na stol. Strzela okiem, bo widzi, ze patrze. Wychodzi na motocykl stojacy pod drzwiami, przez ktore widac kopice i las na horyzoncie.

Moj stroz gledzi dalej sluszne rzeczy o Polakach, o pracy dawniej i dzis - wchodzi drugi chlopak. Boze, co tych chlopcow jest na swiecie! Zagryzam chlebem, kielbase biore do garsci, zeby dac kurom, ukradkiem. Cialo jest silnym motorem przez tych kilkadziesiat lat".

W dziennikach wybitnych Polakow ubieglego wieku jest bardzo niewiele erotyki. Zwiazki, problemy milosne - czesciej notowane przez kobiety niz mezczyzn - ale nie pozadanie, nie goraczka seksualna, o ktorej Mycielski mowi, ze dla niego nie ma to nic wspolnego z miloscia. Niewatpliwie Mycielski nie tylko lubi o tym pisac, ale swiadomie wprowadza ten watek do swego dziennika, aby zaskarbic sobie, w oczach wlasnych i przyszlych czytelnikow, najdalej posunieta wiarygodnosc. Nie jest naiwny, czytal i znal osobiscie Gide'a, cala erotycznie rozkielznana boheme francuska dwudziestolecia miedzywojennego, irytuje go, ze "Gombrowicz obwija w taka bawelne slow swoj homoseksualizm". Nie chce, co wydaje mi sie naczelnym impulsem jego dziennika, ulec nawykowi czy strategiom zaklamania. Takze w Nieborowie, pisal 1 sierpnia: "Wszyscy boja sie mowienia prostych prawd, jak bylo naprawde - ze polski Londyn byl antyradziecki, a czerwoni byli zadowoleni, ze Armie Krajowa wytluka Niemcy i mniej jej zostanie do wytluczenia przez komunistow rosyjskich i polskich. Czemu sie takich zwyczajnych, niestety, faktow politycznych nie mowi? Czemu nie szuka sie, nie stawia sie nawet pytan o zabojstwo Kennedy'ego, nie pisze sie tu o zamierzonej jezdzie Chruszczowa do Bonn ani rumunskiego premiera Maurera do Paryza, ani o zwolaniu przez Rosje 25 zjazdu partii na temat otwartego juz rozlamu chinskiego?

Moze na ten temat napisze list do Jaroslawa w odpowiedzi na jego slowo?".

Jaroslaw Iwaszkiewicz i jego zona Anna, jak wiadomo oboje bardzo muzykalni, to od wczesnej mlodosci bliscy przyjaciele Zygmunta Mycielskiego. Nadal czesto ich widuje i wiele o nich w Dzienniku pisze, zamieszczajac wzajemne listy. Ceni tworczosc Iwaszkiewicza i wiezi, ktore ich lacza, ale nie moze zaakceptowac jego serwilizmu, jego granej bez cienia wyrzutow sumienia roli ambasadora trzymanej na rezimowej smyczy polskiej kultury. Inni jego krajowi przyjaciele, w pierwszym rzedzie Jerzy Andrzejewski i Pawel Hertz, od dawna znajduja sie w bezwzglednej opozycji do rzadow komuny, stad wiec wspolny jezyk ich rozmow, nawet jesli nie wszyscy w pokoju (najczesciej Andrzejewski) sa trzezwi. Jednak Mycielski jest zawsze trzezwy i z trzezwym wstretem znosi upokorzenia ze strony strozow tego zalosnego, coraz bardziej zrujnowanego domu poprawczego, jakim byl PRL, o czym takze pisze z najwieksza szczeroscia. Czy moglby sie wycofac? Nie miec 3000 zl pensji i przejsc na utrzymanie K., ktory pracuje w Czytelniku? A jednak to nie tylko pensja, bo Mycielski lubi swoja prace w Ruchu Muzycznym, cennym i potrzebnym. Kiedy w Ruchu ukazuje sie puszczony przez cenzure wywiad Tadeusza Kaczynskiego, krytyka muzycznego i czlonka zespolu redakcyjnego, z Romanem Palestrem, mlodym muzykiem, ktory wyjechal i zostal na Zachodzie, wezwany do KC Mycielski jednak tam idzie, jednak wysluchuje najpierw "niejakiej pani Szubertowej, ktora zajmuje sie w KC PZPR sprawami muzycznymi", a potem na "wyzszym szczeblu" Wincentego Kraski ("naczelnik czy cos takiego w Wydziale Kultury w KC"), ktory mu nakazuje, "zeby w przyszlosci uwazac". Wychodzac dostrzega na biurku jednej z urzedniczek pomarancze: "... oni tu widocznie dostaja po pomaranczy, ktorych nigdzie nie ma".

Moglby takze z ktoregos ze stosunkowo czestych wyjazdow na Zachod - jest jurorem na dorocznych konkursach kompozytorskich w Monaco - nie wrocic do Polski... Ma w Paryzu, w Anglii wielu przyjaciol, bliskich czlonkow rodziny. Latwiejsze sa tam erotyczne eskapady, z werwa w Dzienniku opisane. Ale Bogiem a prawda powojenny Zachod, prosperujacy za cene ugodowosci, milczenia o potwornych zbrodniach sowietyzmu, nudzi i irytuje Mycielskiego. Pisze o Sartrze: "Pod plaszczykiem szlachetnego humanitaryzmu i antykolonializmu wylewa kubly idiotycznej nienawisci do calej naszej kultury, tak jakby istnialy wielkie i nieekspansywne i niezdobywcze kultury i cywilizacje. A jednoczesnie nie widzi podbitych narodow, ktore sa blizej, w Europie. (...) Antykolonializm Sartre'a jest ciasnym i partykularnym okienkiem, une lucarne parisienne faceta, ktory chcialby wyskoczyc z kregu zamknietego pomiedzy Boulevard St. Germain a Boulevard des Capucines". Nic sie te slowa do dzis nie zestarzaly. Natomiast Polska, choc nie ma w niej cytryn i papieru, z dachow cieknie i rury pekaja, choc meczy - to jednak nie nudzi. O jej zyciu muzycznym Mycielski pisze: "Na razie mozemy sobie brykac awangardowo", ale przeciez jest Warszawska Jesien, w ktorej organizowaniu, przyjmowaniu gosci Mycielski bierze niezastapiony udzial, jest plejada wybitnych kompozytorow. Sa dramaty i napiecia, walka Kosciola z rezimem o dusze narodu, sa, co Mycielski powtarza za stara hrabina Branicka, nieugieci polscy robotnicy i chlopi, sa wiecznie zywe Dziady Mickiewicza, ironia i bunt, wiecej niz gdziekolwiek indziej poezji - i wreszcie Krzysztof Penderecki.

Piszac o Pendereckim, po tym jak poczul sie "zmiazdzony wielkoscia tego dziela", Pasja wedlug sw. Lukasza, Mycielski przypomina sprawe Mozarta i Salieriego. I znow jest i w stosunku do siebie, i wobec mlodzienczego geniusza przejmujaco szczery. "Wszystko, co wykonano na 16 koncertach festiwalu, staje sie niewazne, wszystko male, niemal glupie i niepotrzebne. Ta Pasja pojawila sie nagle, w roku naszego tysiaclecia. Jest prosta. Wola O Crux, Deus meus - quare me derelinquisti?, Jerusalem za Jeremiaszem, Judica me, Deus i Miserere mei, Deus, quoniam conculcavit me homo - ´Zmiluj sie nade mna, Boze, bo depcze mnie czlowiek: kazdego dnia poniza mnieª. Wszystko jest dzisiejsze i wstrzasajace".

Tak, wszystko jest dzisiejsze i wstrzasajace.

------------------------

Zygmunt Mycielski, Dziennik 1960-1969, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2001, s. 395 plus przypisy, indeks nazwisk, cena 20 dol. plus NY tax i 5,50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail