PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (9 listopada 2001)


GRAZYNA DRABIK

Rytmy Nowego Jorku

Kochani Nowojorczycy!

Jesien w Nowym Jorku przypomina kolorowymi fajerwerkami, jak wiele w szarej geometrii ulic mamy enklaw drzew i kwiatow. Kolory panosza sie w parkach, wzdluz Hudsonu, na bocznych uliczkach. W tym roku bardziej niz zwykle, bo choc to juz listopad, czerwienie i chromy wpisuja sie we wciaz jeszcze obecna zielen lata.

Dzien po dniu slonce szaleje wsrod lisci, wschodzi w splendorach rozowosci, zachodzi w splendorach fioletow. Rockefeller Center jarzy sie od pomaranczowych chryzantem. Wzniosle klony przy Riverside Drive zachwycaja plamami zlota malowanymi na bujnie lisciastych koronach. Magnolia zakwitla po raz drugi. W ogrodku pod domem roze ciagle rozowieja beztrosko. Hortensje wspolgraja z astrami. Kiedy biegne rano wzdluz luku zbiornika w Central Parku, niebo jasnieje nade mna i tuz obok, w szerokiej tafli wody. Siedem tygodni prawie niezmiennie slonecznej, cieplej pogody. Tylko ostre porywy wiatru od czasu do czasu zaklocaja spokoj dlugiego "indianskiego lata".

Jesien w Nowym Jorku to takze eksplozja wielkomiejskiej energii, podsycanej nowymi spektaklami w operze, wystawami w muzeach, wystepami zespolow tanecznych. W Metropolitan Opera odbyla sie premiera rzadko pokazywanej Normy Belliniego, z Jane Eaglen w trudnej tytulowej roli. Czekam na zblizajace sie przedstawienia Spiewakow norymberskich Wagnera oraz przygotowywana na grudzien premiere Die Frau ohne Schatten Richarda Straussa, z Deborah Voight.

W New York City Opera cieszyla pelna sale na wszystkich pazdziernikowych przedstawieniach popularna operetka Gilberta i Sullivana Mikado pod batuta Geralda Steichena. W.S. Gilbert wyraznie bawil sie piszac absurdalne libretto o milosnych klopotach Nanki-Poo, ktory ma poslubic zaborcza Katishe, choc sam zakochany jest beznadziejnie w slicznej Yum-Yum, ktora z kolei poslubic ma Ko-Ko, niezbyt madry, ale ustosunkowany byly krolewski krawiec, a obecnie Naczelny Kat, ktorego palacym problemem jest nie tyle nieodwzajemnione uczucie, co fakt, ze choc komara zabic nie potrafi, jako kat musi natychmiast wykonac jakas egzekucje... Bowiem w odleglym krolestwie, ktorym wlada szeroki w talii cesarz Mikado, obowiazuja dziwne prawa i nielogiczna logika.

Oczywiscie po serii qui pro quo wszystko konczy sie szczesliwie. Ambitny Ko-Ko zadowoli sie slubem z Katisha o brzydkim licu, lecz pieknej lewej lopatce i sporych wplywach u Mikado. Piekna Yum-Yum i dobry Nanki-Poo zyc beda dlugo w slicznym palacyku w spokojnej wiosce Titipu. Rzecz jest cudownie niepowazna i wszyscy moga bawic sie wybornie. Jonathan Miller i jego wspolpracownicy - Stefanos Lazaridis, ktory przygotowal scenografie, Sue Blane (kostiumy) oraz Davy Cunningham (oswietlenie) - nadali calosci dramatycznie bialo-czarna oprawe. Myrna Paris wyspiewuje operowe arie Katishy pelna piersia. Cieszy przesadny kostium grubego cesarza Jana Opalacha. Jeszcze bardziej cieszy jego dzwieczny baryton i kojace melodie Arthura Sullivana. Operetka jest jak bita smietanka, jak wyborne lody waniliowe, jak szampan pity z eleganckiego kieliszka w eleganckiej altance angielskiego ogrodu. No, juz rysuje sie Panstwu wlasciwy obrazek!

Jak dobrze sie dzieje, ze potrafimy sie jeszcze cieszyc niepowaznie i z humorem. Moze wlasnie w trudnych chwilach przyda sie nam energia rubasznosci i pociecha dobrego humoru. W Duke Theatre na 42 St. rozpoczal sie cykl "Taniec w miescie" sponsorowany przez Dance Theatre Workshop. DTW jest jednym z glownych punktow oparcia dla awangardy tanecznej. Milo wiec, ze udalo sie zebrac fundusze konieczne na rozbudowe stalej siedziby na Zachodniej 19 St. Zanim to nastapi DTW korzysta z goscinnej sali Duke, do ktorej wspinamy sie po szerokich schodach ze szklanych tafli.

Taneczny cykl DTW zaingaurowal Doug Elkins, choreograf znany z pogodnej syntezy tanca, gimnastyki, dramatycznej narracji oraz nurtow kultury popularnej, jak break czy hip-hop. Elkins zbudowal The Look of Love z szeregu winiet, obrazkow ilustrujacych skomplikowana, fascynujaca gre milosna. Zespol sprawnych tancerzy wyszkolonych w technikach tanca nowoczesnego daje popis zsynchronizowanego ruchu przy akompaniamencie piosenek Burta Bacharacha (znanego miedzy innymi z licznych przebojow Dionne Warwick) oraz Daniela Johnsona. Nie ma tu czasu na zastanowienie, tak jak w disco czy na rave concert. Jest za to przyjemnosc sprawnosci fizycznej i upojenie szybkoscia. Moze to niewiele, ale wzbudza sympatie bezpretensjonalnosc intencji Elkinsa i pozytywna energia tancerzy. Wyroznia sie wsrod nich atrakcyjna Fritha Pengelly, bardzo szybka Charemaine Seet, dramatyczny Brian Caggiano i pelen lekkiej sily Bernard Brown.

W Mikado ludzie sie kochaja tak otwarcie, ze wywoluja nasze poblazanie i usmiech. W The Look of Love Doug Elkins przyglada sie uwaznie, co kryje sie za naszymi maskami, co jezyk ciala wyraza jasniej niz dwuznaczne slowa. Obserwujemy udane cwiczenia: opis gestem i ruchem wariacji pozadan i rozczarowan milosnych. W plynnych ukladach mienia sie akrobacje spelnien i niespelnien. Dwuznaczna zacheta. Niedwuznaczna erotyczna satysfakcja. Dramatyczne zderzenia sprzecznych pragnien. Bol zazdrosci. Bol rozstania. Kocie przymilanie sie w nowych poczatkach. Sposrod roztanczonej grupy wylania sie zgrany duet. Pomiedzy czula pare wdziera sie niespodziewanie ten trzeci. Trzeci staje sie pierwszym. Pierwszy odchodzi. Z innym drugim tworzy inna nierozerwalna pare, poki ktos jeszcze nastepny nie zwroci na siebie uwagi... I znowu, da capo al fine.

I chcialabym tu moc skonczyc. Lecz w tym roku jesien w Nowym Jorku takze boli. Mimo siedmiu tygodni promiennego slonca. Mimo wspanialych koncertow i najlepszej od lat serii premier. Miasto nie chce ubrac sie w zalobe. Nie potrafi, bo nigdy w zalobe ubierac sie nie musialo. Moze szkoda, a moze to sluszne, ze tak wielki czynimy wysilek, by codziennosc biegla swoim normalnym rytmem.

Tylko na dole miasta nie mozna sie uchronic od bezposredniej konfrontacji z tym, co sie stalo. Choc szary pyl zostal zmyty z ulic, osiadl jakby pod skora. Pod powiekami. Pod zaluzjami zamknietych sklepow i restauracji. Dolny Manhattan zyje. Jestem przekonana, choc w uporze, z jakim to powtarzam, rozpoznaje takze potrzebe pozytywnego zaklinania, ze za lat kilka zyc bedzie lepiej i ladniej. Na razie lize rany.

Dol miasta opustoszal. Srodek sie rozszerzyl. Nad Hudsonem, na wysokosci West 55-53 St., rozlozylo sie nowe miasteczko. Tymczasowe, choc nie tak calkiem, bo Pier 94 - osrodek pomocy poszkodowanym i ich rodzinom prowadzony przez Czerwony Krzyz - dziala juz prawie dwa miesiace. Przestrzenne hale starych dokow, polaczone wspolnym dachem i poprzedzielane plociennymi korytarzami, tworza rodzaj wielkiego obozowiska. Starano sie, by w srodku stworzyc choc troche przyjaznej intymnosci.

Stad odchodza promy wiozace rodziny z pielgrzymka do strefy zero. Tu zalatwia sie formalnosci zwiazane z otrzymaniem swiadectwa zgonu. Przed uroczystoscia zbiorowego pogrzebu 28 pazdziernika rodziny odbieraly na Pier 94 symboliczne urny z prochami. Mniej uroczyscie, a bardziej praktycznie, codziennie, od rana do wieczora ludzie dotknieci tragedia World Trade Center szukaja tutaj wsparcia u organizacji charytatywnych, zalatwiaja najrozmaitsze sprawy u przedstawicieli wszelkich mozliwych urzedow, biur, przedstawicielstw.

Tragedia zostala ujeta w ramy rutyny. Miasteczko-oboz dyszy od naporu bolu i dobrej woli, indywidualnej zyczliwosci i ogolnej biurokratycznej niemocy. Przez bialo-niebieskie korytarze przewijaja sie dzien w dzien setki woluntariuszy i setki potrzebujacych pomocy. Wsrod woluntariaszy ludzie z Poludnia zastapili ostatnio dyzurnych z Zachodniego Wybrzeza, ktorzy z kolei przyjechali na miejsce dyzurujacych przez trzy tygodnie ochotnikow ze Srodkowego Zachodu. Zas do hiszpanskojezycznego tlumu oczekujacego w kolejkach do Wydzialu Pracy, Urzedu Imigracyjnego czy Armii Zbawienia dolaczyla nowsza fala poszkodowanych mieszkancow Chinatown.

Wzdluz korytarzy, na bialo-niebieskich plociennych scianach jasnieja kolorowe rysunki. Obrazki nadeslane z roznych stron swiata. Czerwone papierowe serca. Bialy labedz niesie w dziobie wstazke: "Nie trac nadziei!". Na stolach zalegaja sterty listow i kartek. Niektore sa pieknie zdobne, inne pospieszne. Nieudolne. Niesmiale. Zaskakujaco madre. Dorosli i dzieci zwracaja sie do nas, anonimowych mieszkancow Nowego Jorku, jak do swoich bliskich. Wzruszaja kulfony dzieciecego pisma. Budzi podziw staranna kaligrafia. Slowa skladaja sie w symfonie wspolczucia i solidarnosci.

Dziwnie jest nagle byc tak hojnie kochanym. Reszta Ameryki przeciez nigdy w pelni nie uznawala Nowego Jorku za "swoje" miasto. Tak, wszyscy przez moment bylismy nowojorczykami. Uplynelo zaledwie 7 tygodni, a te wzruszajace "sygnaly w butelce" wydaja sie byc echem z coraz odleglejszej przeszlosci. Dobrze sobie przypomniec serdecznosc obcych, wyrazana tak bezposrednio.

"Drogi Nowojorczyku! Nazywam sie Nicole. Mam 8 lat. Nie moge przestac myslec o tym, jak Ci musi byc smutno i ciezko. Tak mi bardzo przykro".

Monica z New Hampshire:" Kochani ratownicy! Musi byc Wam bardzo trudno kopac w tych gruzach. Jestescie dzielni. W mojej klasie zbieramy pieniadze, by wyslac Wam grube rekawice. Na razie przesylam zyczenia powodzenia i podziekowania. Niech Was Bog blogoslawi".

Matthew: "Tylu niewinnych ludzi zginelo we Wtorek. Calym sercem i modlitwa jestem z Wami. Wszystko dla mnie sie zmienilo, nigdy nie bede juz mogl patrzec tak samo na zycie jak przedtem. We mnie takze uderzyly te samoloty".

Javier: "Kochany Nowojorczyku! Jesli jestes jednym z tych, ktorzy pomagaja teraz innym, twoj dobry czyn na pewno wkrotce bedzie odplacony. Jesli straciles kogos bliskiego, wiedz, ze jednoczesnie zyskales aniola. Wesprzyj sie na kims. Wesprzyj sie na przyjacielu lub kims z rodziny. Wesprzyj sie na mnie".

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail