JOANNA ROSTROPOWICZ-CLARK
Przyszlosc
reszte pokaze...
Zeszlej niedzieli, po miesiacu zupelnego zaniedbania zajec domowych, postanowilam posprzatac: najpierw gore, gdzie tymczasowo mieszka jeden z moich doroslych synow, a potem, jesli mi starczy energii, zajmowany juz tylko przez mnie dol. Zaczelam od zbierania porozrzucanych wszedzie w sypialni syna monet - czyli drobnych - i po chwili az achnelam z zachwytu. Jakiez to cudne slowo: drobne! I staja mi w oczach jakze liczne obrazki z przeszlosci: kasy kolejowe, kawiarnie, bary mleczne, gdzie (sama, a czasem we dwoje) liczylam drobne, slysze glos Mamy oznajmujacy, ze znalazla troche drobnych w kieszeni jesionki, smieje sie z zartu o zebraku, ktory na wykret skapca, ze nie ma drobnych, odpowiada: moga byc grube... Rozrzewniona tym naglym przyplywem milosci do rodzimej mowy, odkladam na pozniej sprzatanie i zdejmuje z polki pierwszy z brzegu tom Mickiewicza. Powiesci poetyckie. Dawno nie czytalam Konrada Wallenroda... Juz wiem. Sprobuje polaczyc przyjemne z pozytecznym i przetlumaczyc na wspolczesny jezyk angielski Alpuhare, jako genialny polski utwor poetycki o wojnie biologicznej.
Zamiar swietny, ale po kilkunastu wersjach pierwszej zwrotki bliska jestem rezygnacji. Juz w gruzach leza Maurow posady... W tlumaczeniu George'a Rapalla Noyesa (1925 r.) jest tresc, ale nic poezji: Already the towns of the Moors are laid low. A gdzie gruzy, gdzie posady? Jak powiedziec po angielsku ryknely spize? U Noyesa jest bells clang, ale to przeciez armaty ryknely, nie dzwony. Pisze The cannons roared at sunrise... i czuje przykre uklucie zawisci, ze nie jestem Stanislawem Baranczakiem. Brne jednak dalej, myslac zarazem, ze sympatia naszego wieszcza byla tu bardziej po stronie Almanzara, "krola muzulmanow", ktory udajac poddancza pokore zaraza dzuma caly sztab zwycieskich Hiszpanow, niz po stronie owych kapiacych sie w winie i osadzajacych na minaretach krzyze zwyciezcow. Pocalowaniem wszczepilem w dusze/ Jad, co was bedzie pozerac - i rzeczywiscie pozarl, ponoc dwie trzecie XIV-wiecznej Europy.
Wspolczesni imitatorzy Almanzara doskonale zdaja sobie sprawe z atrakcyjnosci historycznych legend o przewyzszajacych swoich przeciwnikow sprytem i odwaga przywodcach swietych wojen. Pozujacy reporterom w powiewnym burnusie na tle skalnych pustkowi Osama bin Laden nie tylko jest slepo uwielbiany przez podatne na fanatyzm rzesze wspolwyznawcow, ale takze - nie inaczej niz Almanzor z garstka rycerzy - budzi pewien respekt w kregach intelektualistow europejskich i wsrod radykalow amerykanskiej lewicy. Hiszpanie mestwo cenic umieja... Oficjalna biografia (co nam to przypomina?) prezentuje go jako ascete - choc podobno nie rozstaje sie z trzema zonami - oraz jako zbuntowanego przeciwko swojej rodzinie saudyjskich multimilionerow rzecznika biednych i uposledzonych. Rola naczelnego msciciela doskonale harmonizuje z prymitywna ideologia wojujacego islamu, ktora nie inaczej niz inne znane nam z zeszlowiecznej historii monstrualne systemy ideologiczne dzieli swiat na dwa obozy: idealistycznych wyznawcow jedynej slusznej wiary i skorumpowanych "infidelow", wyzyskiwanych i wyzyskiwaczy, swietlanego postepu i zgnilej reakcji. Uwodzicielski czar globalnej dychotomii? Moze warto przypomniec, jakim przemawiala jezykiem rowno piecdziesiat lat temu:
"Po jednej stronie nasila sie wilcza zachlannosc producentow broni i bankierow. Poglebia ucisk mas pracujacych. Coraz bezwstydniej przychodza do glosu cynizm i klamstwo. Po drugiej stronie krzepna sily narodow ludowej demokracji. Dojrzewaja w trudnej walce komunistyczne partie narodow jeszcze poddanych, (...) ruchy wolnosciowe ogarniajace coraz silniejszym plomieniem kraje Bliskiego i Dalekiego Wschodu". Autor tego urywka z wiekszej calosci (Pisarz i partia), wybitnie utalentowany prozaik, nie byl uciskanym kolonialnym jarzmem Beduinem ani ofiara jakiejkolwiek innej formy wyzysku czlowieka przez czlowieka, choc jego narod nie mogl nawet marzyc o rychlym odzyskaniu utraconej "w wyniku glebokich historycznych przemian" wolnosci.
Wydawaloby sie, ze kleska sowietyzmu - podobnie jak przedtem kleska nazizmu, ktory dzielil ludzkosc na Aryjczykow i rasowo nizsza reszte - ostatecznie udowodnila koszmarny w skutkach obled dualistycznych swiatopogladow. Chyba najdobitniej pisal o tym Leszek Kolakowski, wskazujac na manipulacyjny charakter wszelkich utopijnych ideologii, ktore w imie budowy "lepszego swiata" postuluja unicestwienie apodyktycznie zdefiniowanego przeciwnika. A jednak pokusa dzielenia swiata na dwie strony, dwa bloki, dwie cywilizacje, opiera sie i lekcjom historii i zdrowemu - nie zarazonemu plemiennym fanatyzmem - rozsadkowi. Kazdy wstrzas, miedzynarodowy kryzys - a obecnie bezprecedensowe ataki muzulmanskich terrorystow na Stany Zjednoczone - wyzwala ow impuls polaryzowania: Zachod i Wschod, Polnoc i Poludnie, syci i glodni, cywilizacja rozrywkowo-konsumpcyjna, czyli zasadniczo amerykanska, i ta druga, o ktorej prowizorycznie i troche niepewnie mowi sie "cywilizacja islamu". Oczywiscie nalezy tu odroznic z zalozenia obiektywny opis dwoch stron konfliktu, co po tej, a co po tamtej, od mobilizujacej nas do walki z nimi ideologii. Ale w jakiej mierze te uogolniajace opisy sa - moga byc - obiektywne? I czy zawarte w nich opinie nie sluza, mimo najlepszych intencji ich autorow, propagandzie usprawiedliwiajacej akty przemocy i terroru?
O dwoch swiatach czytam w artykule Jerzego Surdykowskiego "Nadzieja, matka nieszczescia" (+ Plus - Minus, 29 wrzesnia): w jednym nie ma postepu, czyli "jako bylo na poczatku, tak i zawsze na wieki wiekow amen" - drugi ma postep, ale "jest, niestety, tak samo grzeszny, niedoskonaly, slabo sterowalny i niepodatny na dorazne naprawy, jak swiat miniony". W tym pierwszym swiecie, ktorego reprezentatywna czescia jest, zdaniem autora, Daleki Wschod, "czlowiek nie usiluje zmienic swojego polozenia", cierpienie wyraza sie nie pragnieniem rewolucji a zemsty, "nadzieja jest z koniecznosci zakotwiczona w niebiosach". Ergo: terrorysci-samobojcy. Nie jestem znawczynia Dalekiego Wschodu, choc moja synowa jest Birmanka i buddystka, i wraz z cala swoja rodzina i wieloma wspolziomkami na obu polkulach bardzo energicznie dazy do zmiany swojego polozenia na lepsze. To samo chyba mozna powiedziec o wielu Chinczykach, Hindusach, Kurdach, Palestynczykach, nieszczesnych Afganczykach... Jeszcze wiecej moich watpliwosci budzi opinia Jerzego Surdykowskiego, naszego do niedawna wspanialego konsula w Nowym Jorku, o "bezsilnym wobec nadziei" swiecie, ktory rozpaczliwie wierzy w postep. Trzonem tego swiata jest oczywiscie Ameryka, cierpiaca na "zadyszke moralna", coraz gorzej placaca za prace "w obrocie ideami i papierami", a teraz obiecujaca odbudowe wiez World Trade Center, nie baczac na "popalone domy Harlemu" i buszujace "po zapuszczonych stacjach zbudowanego ponad sto lat temu metra" szczury. A czy nie warto zauwazyc w tym samym Nowym Jorku, podobnie jak wszedzie w Ameryce, imponujacej koegzystencji urodzonych tu i wciaz przybywajacych reprezentantow wszystkich narodow swiata, wyznawcow wszystkich religii i sekt, stalego postepu - tak, postepu! - w jakze trudnych kwestiach rownouprawnienia, tolerancji, wolnosci i mozliwosci wyboru drogi zyciowej? Czy nie warto zapytac, dlaczego wlasnie Ameryka nie tylko wciaz przyciaga ogromne masy emigrantow, ale takze czyni z nich dumnych i sklonnych do poswiecen patriotow? Zadyszka moralna? Pojdzmy na chocby jedno nabozenstwo zalobne poswiecone nowojorskim strazakom i policjantom, ktorzy zgineli 11 wrzesnia - na przyklad do ktoregos z kosciolow Harlemu.
Nie wiem, co odpowiedziec na stwierdzenie Jerzego Surdykowskiego, ze straszliwa slaboscia systemu demokratycznego jest "brak utopii". Ale juz zupelnie nie rozumiem, czemu "jeszcze straszniejsza slaboscia demokracji jest uwielbienie sukcesu".
Przeciez zawsze i wszedzie ludzie, moze z wyjatkiem swietych, daza do jakiegos rodzaju sukcesu, pragna uznania i nagrod dla swoich wysilkow, chca posylac swoje dzieci do dobrych szkol, aby ulatwic im pozniejsze zawodowe osiagniecia. Chlubimy sie sukcesami naszych rodakow w kraju i na swiecie i nikomu nie przychodzi na mysl, ze jest to jakas straszliwa demokratyczna slabosc. Nie wiem, czy Amerykanie bardziej niz inne nacje uwielbiaja sukces, ale dobrze wiem, jak ciezko i solidnie pracuja, nie tylko obracajac papierami i ideami. Sa pragmatyczni, ale takze potrafia sie dzielic: nie wszystko co zarobia wydaja na siebie. Chca wierzyc w demokracje i postep, nie z rozpaczy, jak twierdzi autor "Nadziei, matki nieszczescia", ale w zaufaniu do systemu wartosci, ktory wydaje im sie, nie bez racji, lepszy niz inne.
Trudno nie uznac za trafna sformulowanej przez Ryszarda Kapuscinskiego ("Podziemna globalizacja, prywatyzacja przemocy", Przeglad Polski, 28 wrzesnia) tezy o wspolistnieniu we wspolczesnym swiecie dwoch globalizacji: jawnej, "w ktorej wielkie korporacje dzialaja ponad granicami panstwa" i podziemnej globalizacji przestepczosci, doskonale zorganizowanej, korzystajacej z najnowszych osiagniec technologicznych i wiedzy o operacjach rynkowych. Ta podziemna machina miedzynarodowej przestepczosci jest wykorzystywana przez wrogie Zachodowi, a przede wszystkim Ameryce (Ryszard Kapuscinski nie wspomina o Izraelu), organizacje terrorystyczne. Znajduja one oparcie w spoleczenstwach zmarginalizowanych, ktore charakteryzuje w ostatnim dziesiecioleciu "wzrost samoswiadomosci", ktorej czescia skladowa jest "poczucie frustracji, nastroje zawisci, negacji wobec Zachodu, a przede wszystkim Stanow Zjednoczonych". Czyli tak zwani terrorysci sa jak gdyby postmodernistyczna banda Janosika, ktory tez, tak jak bin Laden, operowal w cieniu gorskich jaskin. Nie bez tonu sympatii pisze Ryszard Kapuscinski o dobrze mu przeciez znanych czlonkach spoleczenstw zmarginalizowanych, ze "nie czuja sie zdominowani w sensie duchowym; przeciwnie, czuja sie wyzwoleni". Nalezy dodac, nihil novi.
Znacznie surowiej ocenia autor Cesarza swiat zachodniej demokracji, zwanej w latach jego mlodosci demokracja burzuazyjna. Dominuje w nim kult rozrywki i konsumpcji: "... cala swiadomosc, energia i wysilek sprowadzily sie do tych dwoch form dzialalnosci". Bawiac sie i konsumujac "cywilizacja ta (zachodnia) nie jest zdolna do krytycznego spojrzenia na sama siebie". Faktu, ze wrecz wszystkie wyzsze uczelnie w USA stanowia kuznie wszechstronnego krytycyzmu wobec spolecznego i politycznego status quo, czy ze amerykanskie media wrecz obsesyjnie bija sie w grzeszne piersi, Ryszard Kapuscinski nie zauwaza; moze rzeczywiscie z daleka te autokorektywne wysilki wydaja sie kropla w morzu blogiego hedonizmu.
Nastroje zawisci i nienawisci wobec Ameryki i Izraela w roznych geograficznie i srodowiskowo czesciach swiata nie sa chyba zjawiskiem narastajacym ze szczegolna ostroscia dopiero w ciagu ostatniego dziesieciolecia. Istnialy w latach bezposrednio powojennych w Europie Zachodniej, mimo ogromnej dla niej pomocy w postaci planu Marshalla. Antyamerykanizm i antysyjonizm byly propagandowa bronia podczas calego dlugiego okresu zimnej wojny w konfliktach o skali miedzynarodowej i lokalnej - zawsze z wykorzystaniem elementow przestepczych. Czynnikiem nowym, co slusznie podkresla Ryszard Kapuscinski, jest upowszechnienie dostepu do technologicznych srodkow informacji i destrukcji, a wiec takze ich prywatyzycja. Nie sa nim natomiast jakies szczegolne bledy w polityce zagranicznej USA czy choroby demokracji. Moze nawet przeciwnie, moze rosnaca egalitaryzacja i otwartosc spoleczenstw zachodnich ulatwiaja ich penetracje przez niekoniecznie bardzo liczebne, ale doskonale zorganizowane siatki politycznego terroryzmu. Ohydna zbrodnia 11 wrzesnia byla zaplanowana na dlugo przed opuszczeniem przez delegacje USA jednoznacznie antyizraelskiej konferencji, ostentacyjnie poswieconej problemom rasizmu - a takze przed aresztowaniem przez talibow czworki pracownikow jednej z zachodnich agencji niesienia pomocy ludnosci Afganistanu pod zarzutem, ze chcieli oni nawracac muzulmanow na religie chrzescijanska, co bylo oczywistym posunieciem propagandowym: nasza wojna z Zachodem, z Ameryka jest wojna religijna... Nie jest. Ani religijna, ani w interesie narodow zmarginalizowanych.
W jednym z ostatnich numerow Rzeczpospolitej pan Jezewski porownuje obroncow talibanskiej dyktatury - sprawcow bestialskiego mordu ok. pieciu tysiecy amerykanskich cywilow, zabojcow afganskich kobiet, burzycieli tysiacletnich pomnikow Buddy - do powstancow warszawskich w 1944 roku. Almanzor z garstka rycerzy...
Odkladam na polke Mickiewicza i wracam do liczenia drobnych. Dam je mojej wnuczce na skladke dla Czerwonego Krzyza. Albo, w odpowiedzi na apel prezydenta Busha, na pomoc dla afganskich dzieci.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |