PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (2 listopada 2001)


JERZY R. KRZYZANOWSKI

Zly
- powiesc na dzisiaj

Przed czterdziestu pieciu laty ukazala sie w Warszawie powiesc, ktora stala sie natychmiast sensacja, Zly Leopolda Tyrmanda. Wydrukowana w 20 tys. egzemplarzy w listopadzie 1955 r., na rynek ksiegarski trafila na przelomie roku i natychmiast z rynku tego zniknela, wykupywana po paskarskich nieraz cenach. W roku nastepnym miala rekordowa liczbe 38 omowien i recenzji, a w ciagu nastepnych osmiu lat wydano jej tlumaczenia na 13 jezykow zachodnioeuropejskich (w tym dwa przeklady na angielski - brytyjski i amerykanski), a takze na ukrainski i serbskochorwacki. Wznawiana byla dwukrotnie, w latach 1957 i 1966, potem zas, po wyjezdzie autora na Zachod, wydania nastepne musialy czekac az do lat 1990 i 1993; ostatnio doczekala sie osobnego hasla w Przewodniku Encyklopedycznym Literatura polska XX wieku (PWN, 2000). W sumie byl to drugi, po powiesci Jerzego Andrzejewskiego Popiol i diament (1948 r.), majacej w roku wydania 28 recenzji, a nastepnie 17 przekladow na jezyki obce, najwiekszy sukces wydawniczy w powojennej historii literatury polskiej.

Czym nalezy sukces ten tlumaczyc? Wydaje sie, ze zaistnialy trzy powody: znakomicie prowadzona, zywa narracja, sensacyjny watek kryminalny i ukazanie problemu spolecznego, w tym okresie szczegolnie dotkliwego w Warszawie, a mianowicie gwaltownego nasilenia sie chuliganstwa. Powodem dodatkowym, bodajze nie mniej waznym od poprzednich, bylo wyglodzenie czytelnikow na literature uczciwa, inna od "lakierniczych" obrazow socrealistycznych powiesci o wspolczesnej Polsce, pokazujacych jedynie "ludzi z marmuru", przodownice pracy i dzielnych sekretarzy zakladowych partii, bo glownie tacy bohaterowie pojawiali sie w literaturze od roku 1949 az po polowe lat 50. Tyrmand schemat ten przelamal, napisal pierwsza od lat powiesc calkowicie wspolczesna, wprowadzajaca prawdziwe konflikty i zywe postacie Warszawy, takie, o jakich nie czytano od lat, a jakie napotykano na kazdym kroku w rzeczywistosci. W ten sposob - mimo wszelkich jej brakow - stworzyl pierwsza po wojnie powiesc realistyczna.

Zly, pisany od maja do grudnia 1954 r., pokazuje Warszawe tego samego okresu: akcja rozpoczyna sie w lutym, a konczy latem tegoz roku, przy czym zauwazyc warto, ze czas pisania powiesci pokrywa sie z praca nad diariuszem Dziennik 1954, opublikowanym w Londynie dopiero w 1980 r., a bedacym kronika przezyc autora, ktory odnotowujac wiele osobistych, a nawet intymnych sytuacji, nie wspomina jednak o pracy nad Zlym, co rzuca pewna watpliwosc co do pelnej szczerosci autobiograficznego zapisu. Z tym wszystkim powiesc Tyrmanda jest - poza Lalka Prusa - najbardziej warszawska ze wszystkich warszawskich powiesci literatury polskiej. Podobienstwa i roznice miedzy tymi dwiema ksiazkami zasluguja na nieco uwagi.

Przypomnijmy, ze wydana w 1890 r. Lalka rozpoczyna sie znamiennym akapitem: "W poczatkach roku 1876, kiedy swiat polityczny zajmowal sie pokojem san-stefanskim, wyborem nowego papieza albo szansami europejskiej wojny, warszawscy kupcy tudziez inteligencja pewnej okolicy Krakowskiego Przedmiescia nie mniej goraco interesowala sie przyszloscia galanteryjnego sklepu pod firma J. Mincel i S. Wokulski". To wprowadzenie mocno osadza akcje powiesci w czasie i miejscu, co pozwala odczytywac ja jako swoista kronike Warszawy tej epoki. Zly, od powiesci Prusa mlodszy o lat 65, jest poczatkowo mniej precyzyjny w okresleniu czasu akcji - dopiero na str. 41 jeden z bohaterow mowi o roku 1954 jako czasie terazniejszym - wprowadza za to, rownie jak u Prusa dokladna, lokalizacje miejsca rozpoczecia wydarzen powiesciowych: chyba kazdy, kto mieszkal w Warszawie tamtych lat, pamieta apteke przy placu Trzech Krzyzy i zatrzymujace sie przed nia autobusy linii 113 i 116.

Porownanie obu ksiazek prowadzic musi do nieuchronnego pytania o ich znaczenie i aktualnosc po pol wieku, jaki od przedstawianych w nich wydarzen uplynal. Znaczenie Lalki jako swojego rodzaju dokumentu epoki jest dobrze znane i stalo sie przedmiotem wielu prac historycznoliterackich. Nie napotkalem jednak nigdzie proby porownania owczesnej Warszawy z tym samym miastem po uplywie 45 lat, azeby analogie miedzy obu powiesciami moc uscislic mozliwie dokladnie. Wystarczy jednak przypomniec fakty zasadnicze, choc nie zawsze dokladnie pamietane, takie chociazby, ze w tym samym roku, kiedy przy piwie debatowano nad dalszymi losami firmy Mincel i Wokulski, w tej samej Warszawie Helena Modrzejewska i Henryk Sienkiewicz podjeli decyzje emigracji z kraju, w ktorym nie mozna bylo swobodnie pracowac ani tworzyc. Warto takze przypomniec, ze Warszawa Lalki istnieje calkowicie bez Rosjan, bez dwujezycznych szyldow, bez wszechobecnej policji i zandarmerii, bez problemow narodowych. I ta dyktowana wzgledami cenzuralnymi ostroznosc Prusa - jakze inna od nieco pozniejszych powiesci Zeromskiego - jest jedna z nielicznych slabosci ksiazki.

Po latach 45, po odzyskaniu niepodleglosci i zniknieciu z prawdziwej, nie powiesciowej Warszawy Rosjan, mimo chwilowego jeszcze pozostawienia na placu Saskim prawoslawnego soboru, widomego symbolu rosyjskiej przemocy (rozebranego dopiero w 1925 r.), poprzez zmiany polityczne i spoleczne, takie chocby, jak demokratyczny ustroj II Rzeczypospolitej, wyzwolenie kobiet i wyzwolenie seksualne, jazz, charleston i shimmy, panujace wtedy w Warszawie, obraz miasta zmienil sie dostatecznie wyraznie, zeby zrozumiec, ze bariery miedzy Wokulskim a Leckimi zniknely bez sladu. Swiat Lalki bezpowrotnie odszedl do historii.

A jak po takim samym okresie, w roku 2001, wyglada swiat Zlego? Nim do porownan przejdziemy, przypomnijmy, ze Tyrmand postapil podobnie, z tych samych co Prus, cenzuralnych wzgledow, a mianowicie Warszawe roku 1954, miasto wstajace z gruzow w dziesiec zaledwie lat po powstaniu, w rok po smierci Stalina, w pelni kontrolowane przez PZPR, calkowicie odpolitycznil. W calej liczacej blisko 700 stronic drobnego druku powiesci nie ma najmniejszej wzmianki ani o polityce, ani o partii, ani nawet o Kosciele! Raz tylko w tekscie pojawia sie ironiczne okrzyki sprzedawcow na Koszykach reklamujacych "truskawy, ananasy, najlepsza, patentowana, miczurinowska metoda pielegnowane, na osiem tygodni przed terminem zakonczyly plan dojrzewania" (s. 380); raz tylko uslyszymy komentarz sluchacza publicznego zebrania, ze prelegent "zacznie od Engelsa… jak nam zasunie teraz referat o imperialistach, to skonasz" (s. 409); raz tylko dowiemy sie, ze pan Kalodont otrzymal Krzyz Grunwaldu (s. 416), a inzynier Wilga byl w chwili zakonczenia wojny w Niemczech, gdzie przepil pieciu Australijczykow (s. 356) - i to wszystko, co wyczytac mozna o historii i polityce.

Nie nalezy krytykowac autora za to, czego w ksiazce nie ma, totez podkreslic warto, iz mimo takiego pelnego niemal wysterylizowania akcji powiesciowej z historycznych realiow, majacy ambicje kronikarza stolicy Tyrmand nie mogl pominac jednego z najbardziej w tym okresie charakterystycznych miejsc Warszawy, a mianowicie Palacu Kultury i Nauki imienia Stalina, budowanego w latach 1952-1955. Zgodnie jednak z najwyrazniej przyjetym zalozeniem odpolitycznienia powiesci nie tylko unika tej czy jakiejkolwiek innej oficjalnej nazwy, nie pisze nawet o "palacu", a budowle nazywa jedynie "kremowym gigantem" (s. 109), do otoczenia budynku zas parokrotnie uzywa okreslenia "najwiekszy plac budowy w Europie". Zamykajac swiadomie oczy na ten nowoczesny symbol sowietyzacji, dziesieciokrotnie wiecej miejsca poswieca lirycznym opisom Chmielnej i jej okolic, jedynie Marszalkowska Dzielnice Mieszkaniowa (1952) wlaczajac do obrazu nowej Warszawy.

Mimo lirycznych inwokacji do ulic czy obyczajow miasta, czesto wplatanych w tok narracji, ogolem biorac obraz Warszawy i jej mieszkancow nie jest budujacy. Jedyna lektura przeszlo piecdziesieciu wystepujacych w powiesci postaci jest Express Wieczorny, jedyna rozrywka - po libacjach w szczegolowo opisanych knajpach i restauracjach - picie, picie i jeszcze raz picie. Tyrmand z upodobaniem i znawstwem przedmiotu prowadzi czytelnika po kilkunastu lokalach, od staromiejskiego Krokodyla zaczynajac, poprzez dansingi w Kameralnej ("zas zapomina sie najlepiej w Kameralnej") i Paradisie, przez niezliczone kawiarnie srodmiescia, az po spelunki Zelaznej i Krochmalnej, opisujac bezblednie atmosfere, jadlospis, a nawet bywalcow kazdego lokalu. Mniej natomiast pisze o dziedzinie tzw. zycia kulturalnego, gdzie jest tylko kino z biletami kupowanymi u "konikow", slizgawka i mecze pilki noznej, przy czym wszystkie te rozrywki sa polem operacji chuliganow panujacych w Warszawie. Ten bowiem problem spoleczny stanowi os powiesciowa Zlego.

Dla odswiezenia pamieci tych czytelnikow, ktorzy powiesc Tyrmanda czytali byc moze przed laty, wypunktujmy glowne tezy ksiazki. W Warszawie roku 1954 dzialaja bandy wyrostkow, zwanych wtedy modnie chuliganami, ktorzy napadaja, terroryzuja i bija przechodniow, co staje sie spoleczna plaga. Wojne wypowiada im panstwowy pelnomocnik do walki z chuliganstwem porucznik Michal Dziarski, jak wiekszosc postaci Zlego noszacy znaczace nazwisko, ale przekonuje sie wkrotce, ze taka sama inicjatywe podejmuja pojedynczy obywatele, a wsrod nich anonimowy pogromca mlodych przestepcow, popularnie nazywany Zlym. Wkrotce tez dowiadujemy sie, ze nad calym tym, pozornie chaotycznym, swiatkiem przestepczym, panuje znakomicie sytuowany prezes Spoldzielni Pracy "Woreczek" pan Filip Merynos, pod szyldem wytworni plastikowych wyrobow kryjacy mafijna wladze nad podziemnym zyciem Warszawy. "Nazywa sie ich chuliganami - powie Zly w rozmowie z Dziarskim - chociaz przyznam sie panu, ze ja nie wiem, gdzie i kiedy konczy sie chuligan, a zaczyna sie zwykly bandyta, i czy facet, ktory odrzyna drugiemu facetowi nozykiem palce, bo taka mu przyjdzie po pijacku fantazja, to chuligan czy zboj?" (s. 630). Pada tez okreslenie powiazan mlodocianych bandytow slowem mafia (s. 629), a podobny do profesora Filutka z Przekroju detektyw-amator Jonasz Drobniak w epilogu powiesci powie wyraznie: "Tak, tak, to byla wielka mafia, ogromny gang, zorganizowany z podziwu godna precyzja" (s. 661). Nikt, o ile mi wiadomo, poza Tyrmandem nie odwazyl sie tak dokladnie zakwalifikowac problemu narastajacej przestepczosci, rozwijajacej sie stopniowo w Polsce lat 50., w okresie rzekomo spokojnego budowania zrebow "realnego socjalizmu".

Przeskoczmy nastepne 45 lat, przeniesmy sie w czasy wspolczesne, ktorych z kolei kronikarzem jest Marek Nowakowski, autor m.in. ostatnio wydanych zbiorow opowiadan Strzaly w motelu "George" (1997 r.) i Prawo prerii (1999 r.), siegnijmy do wiadomosci prasowych i telewizyjnych. Okreslenia takie, jak "mafia pruszkowska" czy "gang wolominski" spotykamy na co dzien, a rownie codzienne doswiadczenia potwierdzaja ogromna intensyfikacje zjawisk pokazanych przez Tyrmanda przed 45 laty. Mieszkajac wtedy przez lata na MDM i wracajac do domu o roznych porach nocy, nigdy nie mialem obaw o napad czy rabunek, podczas gdy w latach 90. przyjaciele stanowczo zakazali mi noszenia na warszawskich ulicach pierscionka, a nawet przyzwoitej marki zegarka. Istotnie, wystarczylo dwukrotnie przyjechac z parotygodniowymi wizytami do Warszawy, azeby dwukrotnie zostac w bialy dzien, w centrum miasta, bezczelnie okradzionym. "Spoldzielnie" w rodzaju przedsiebiorstwa prowadzonego przez prezesa Merynosa kwitna i prosperuja, podczas gdy "typowy warszawski zbir, zbudowany jak kamienny atleta, o skorze hipopotama, wyzbyty skrupulow, nikczemny i zywotny jak gad" (s. 640) opanowal ulice miasta, z tym tylko, ze porusza sie teraz luksusowym mercedesem lub najnowszym modelem BMW. Totez watpic mozna, czy pokazany przez Tyrmanda "jeden z ostatnich rezerwatow mroku i cienia wsrod wielkomiejskiej, rozswietlonej plaszczyzny najwiekszego placu w Europie" (s. 571) nalezy naprawde do przeszlosci.

Czy istnieje nadzieja na poprawe sytuacji? Przeciwstawiajac sie dobrotliwej sedzinie, ktora wychowaniem i perswazja chce poprawic mlodocianych przestepcow, jeden z bohaterow powiesci, redaktor Edwin Kolanko, podaje przyklad Szwecji - w XIX wieku siedliska najwiekszych w Europie przestepcow - i przypomina, ze w tym kraju "bandytyzm i chuliganstwo wypalone zostalo rozzarzonym zelazem […]; pomoglo wydatnie zwiekszenie kontyngentow dzielnych szwedzkich policjantow, uzbrojonych w tegie, gumowe palki. Fakt, ze moze sie pan przespac na ulicy i nie zostac obrabowanym zawdziecza pan temu przede wszystkim, ze dwoch takich roslych chlopcow stoi ciagle jeszcze na kazdym ulicznym rogu" (s. 332). Czyzby Tyrmand mial juz wtedy recepte na dzisiejsze problemy Warszawy - i nie tylko Warszawy? W kazdym razie, jest to powiesc zaslugujaca na powtorne przeczytanie i przemyslenie. Powiesc na dzisiaj.

--------------------------

Najnowsze wydanie Zlego, opublikowane przez wydawnictwo Proszynski i S-ka w roku 2001, mozna nabyc w Ksiegarni Nowego Dziennika; cena 20 dol. plus NY tax i 5,50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail