JERZY R. KRZYZANOWSKI
Zly
- powiesc na dzisiaj
Przed
czterdziestu pieciu laty ukazala sie w Warszawie powiesc,
ktora stala sie natychmiast sensacja, Zly Leopolda
Tyrmanda. Wydrukowana w 20 tys. egzemplarzy w listopadzie
1955 r., na rynek ksiegarski trafila na przelomie roku i
natychmiast z rynku tego zniknela, wykupywana po paskarskich
nieraz cenach. W roku nastepnym miala rekordowa liczbe 38
omowien i recenzji, a w ciagu nastepnych osmiu lat wydano
jej tlumaczenia na 13 jezykow zachodnioeuropejskich (w tym
dwa przeklady na angielski - brytyjski i amerykanski), a
takze na ukrainski i serbskochorwacki. Wznawiana byla dwukrotnie,
w latach 1957 i 1966, potem zas, po wyjezdzie autora na
Zachod, wydania nastepne musialy czekac az do lat 1990 i
1993; ostatnio doczekala sie osobnego hasla w Przewodniku
Encyklopedycznym Literatura polska XX wieku (PWN,
2000). W sumie byl to drugi, po powiesci Jerzego Andrzejewskiego Popiol i diament (1948 r.), majacej w roku wydania
28 recenzji, a nastepnie 17 przekladow na jezyki obce, najwiekszy
sukces wydawniczy w powojennej historii literatury polskiej.
Czym nalezy sukces ten tlumaczyc? Wydaje sie, ze zaistnialy
trzy powody: znakomicie prowadzona, zywa narracja, sensacyjny
watek kryminalny i ukazanie problemu spolecznego, w tym
okresie szczegolnie dotkliwego w Warszawie, a mianowicie
gwaltownego nasilenia sie chuliganstwa. Powodem dodatkowym,
bodajze nie mniej waznym od poprzednich, bylo wyglodzenie
czytelnikow na literature uczciwa, inna od "lakierniczych"
obrazow socrealistycznych powiesci o wspolczesnej Polsce,
pokazujacych jedynie "ludzi z marmuru", przodownice pracy
i dzielnych sekretarzy zakladowych partii, bo glownie tacy
bohaterowie pojawiali sie w literaturze od roku 1949 az
po polowe lat 50. Tyrmand schemat ten przelamal, napisal
pierwsza od lat powiesc calkowicie wspolczesna, wprowadzajaca
prawdziwe konflikty i zywe postacie Warszawy, takie, o jakich
nie czytano od lat, a jakie napotykano na kazdym kroku w
rzeczywistosci. W ten sposob - mimo wszelkich jej brakow
- stworzyl pierwsza po wojnie powiesc realistyczna.
Zly, pisany od maja do grudnia 1954 r., pokazuje
Warszawe tego samego okresu: akcja rozpoczyna sie w lutym,
a konczy latem tegoz roku, przy czym zauwazyc warto, ze
czas pisania powiesci pokrywa sie z praca nad diariuszem Dziennik 1954, opublikowanym w Londynie dopiero w
1980 r., a bedacym kronika przezyc autora, ktory odnotowujac
wiele osobistych, a nawet intymnych sytuacji, nie wspomina
jednak o pracy nad Zlym, co rzuca pewna watpliwosc
co do pelnej szczerosci autobiograficznego zapisu. Z tym
wszystkim powiesc Tyrmanda jest - poza Lalka Prusa
- najbardziej warszawska ze wszystkich warszawskich powiesci
literatury polskiej. Podobienstwa i roznice miedzy tymi
dwiema ksiazkami zasluguja na nieco uwagi.
Przypomnijmy, ze wydana w 1890 r. Lalka rozpoczyna
sie znamiennym akapitem: "W poczatkach roku 1876, kiedy
swiat polityczny zajmowal sie pokojem san-stefanskim, wyborem
nowego papieza albo szansami europejskiej wojny, warszawscy
kupcy tudziez inteligencja pewnej okolicy Krakowskiego Przedmiescia
nie mniej goraco interesowala sie przyszloscia galanteryjnego
sklepu pod firma J. Mincel i S. Wokulski". To wprowadzenie
mocno osadza akcje powiesci w czasie i miejscu, co pozwala
odczytywac ja jako swoista kronike Warszawy tej epoki. Zly,
od powiesci Prusa mlodszy o lat 65, jest poczatkowo mniej
precyzyjny w okresleniu czasu akcji - dopiero na str. 41
jeden z bohaterow mowi o roku 1954 jako czasie terazniejszym
- wprowadza za to, rownie jak u Prusa dokladna, lokalizacje
miejsca rozpoczecia wydarzen powiesciowych: chyba kazdy,
kto mieszkal w Warszawie tamtych lat, pamieta apteke przy
placu Trzech Krzyzy i zatrzymujace sie przed nia autobusy
linii 113 i 116.
Porownanie obu ksiazek prowadzic musi do nieuchronnego
pytania o ich znaczenie i aktualnosc po pol wieku, jaki
od przedstawianych w nich wydarzen uplynal. Znaczenie Lalki jako swojego rodzaju dokumentu epoki jest dobrze znane i
stalo sie przedmiotem wielu prac historycznoliterackich.
Nie napotkalem jednak nigdzie proby porownania owczesnej
Warszawy z tym samym miastem po uplywie 45 lat, azeby analogie
miedzy obu powiesciami moc uscislic mozliwie dokladnie.
Wystarczy jednak przypomniec fakty zasadnicze, choc nie
zawsze dokladnie pamietane, takie chociazby, ze w tym samym
roku, kiedy przy piwie debatowano nad dalszymi losami firmy
Mincel i Wokulski, w tej samej Warszawie Helena Modrzejewska
i Henryk Sienkiewicz podjeli decyzje emigracji z kraju,
w ktorym nie mozna bylo swobodnie pracowac ani tworzyc.
Warto takze przypomniec, ze Warszawa Lalki istnieje
calkowicie bez Rosjan, bez dwujezycznych szyldow, bez wszechobecnej
policji i zandarmerii, bez problemow narodowych. I ta dyktowana
wzgledami cenzuralnymi ostroznosc Prusa - jakze inna od
nieco pozniejszych powiesci Zeromskiego - jest jedna z nielicznych
slabosci ksiazki.
Po latach 45, po odzyskaniu niepodleglosci i zniknieciu
z prawdziwej, nie powiesciowej Warszawy Rosjan, mimo chwilowego
jeszcze pozostawienia na placu Saskim prawoslawnego soboru,
widomego symbolu rosyjskiej przemocy (rozebranego dopiero
w 1925 r.), poprzez zmiany polityczne i spoleczne, takie
chocby, jak demokratyczny ustroj II Rzeczypospolitej, wyzwolenie
kobiet i wyzwolenie seksualne, jazz, charleston i shimmy,
panujace wtedy w Warszawie, obraz miasta zmienil sie dostatecznie
wyraznie, zeby zrozumiec, ze bariery miedzy Wokulskim a
Leckimi zniknely bez sladu. Swiat Lalki bezpowrotnie
odszedl do historii.
A jak po takim samym okresie, w roku 2001, wyglada swiat Zlego? Nim do porownan przejdziemy, przypomnijmy,
ze Tyrmand postapil podobnie, z tych samych co Prus, cenzuralnych
wzgledow, a mianowicie Warszawe roku 1954, miasto wstajace
z gruzow w dziesiec zaledwie lat po powstaniu, w rok po
smierci Stalina, w pelni kontrolowane przez PZPR, calkowicie
odpolitycznil. W calej liczacej blisko 700 stronic drobnego
druku powiesci nie ma najmniejszej wzmianki ani o polityce,
ani o partii, ani nawet o Kosciele! Raz tylko w tekscie
pojawia sie ironiczne okrzyki sprzedawcow na Koszykach reklamujacych
"truskawy, ananasy, najlepsza, patentowana, miczurinowska
metoda pielegnowane, na osiem tygodni przed terminem zakonczyly
plan dojrzewania" (s. 380); raz tylko uslyszymy komentarz
sluchacza publicznego zebrania, ze prelegent "zacznie od
Engelsa
jak nam zasunie teraz referat o imperialistach,
to skonasz" (s. 409); raz tylko dowiemy sie, ze pan Kalodont
otrzymal Krzyz Grunwaldu (s. 416), a inzynier Wilga byl
w chwili zakonczenia wojny w Niemczech, gdzie przepil pieciu
Australijczykow (s. 356) - i to wszystko, co wyczytac mozna
o historii i polityce.
Nie nalezy krytykowac autora za to, czego w ksiazce nie
ma, totez podkreslic warto, iz mimo takiego pelnego niemal
wysterylizowania akcji powiesciowej z historycznych realiow,
majacy ambicje kronikarza stolicy Tyrmand nie mogl pominac
jednego z najbardziej w tym okresie charakterystycznych
miejsc Warszawy, a mianowicie Palacu Kultury i Nauki imienia
Stalina, budowanego w latach 1952-1955. Zgodnie jednak z
najwyrazniej przyjetym zalozeniem odpolitycznienia powiesci
nie tylko unika tej czy jakiejkolwiek innej oficjalnej nazwy,
nie pisze nawet o "palacu", a budowle nazywa jedynie "kremowym
gigantem" (s. 109), do otoczenia budynku zas parokrotnie
uzywa okreslenia "najwiekszy plac budowy w Europie". Zamykajac
swiadomie oczy na ten nowoczesny symbol sowietyzacji, dziesieciokrotnie
wiecej miejsca poswieca lirycznym opisom Chmielnej i jej
okolic, jedynie Marszalkowska Dzielnice Mieszkaniowa (1952)
wlaczajac do obrazu nowej Warszawy.
Mimo lirycznych inwokacji do ulic czy obyczajow miasta,
czesto wplatanych w tok narracji, ogolem biorac obraz Warszawy
i jej mieszkancow nie jest budujacy. Jedyna lektura przeszlo
piecdziesieciu wystepujacych w powiesci postaci jest Express
Wieczorny, jedyna rozrywka - po libacjach w szczegolowo
opisanych knajpach i restauracjach - picie, picie i jeszcze
raz picie. Tyrmand z upodobaniem i znawstwem przedmiotu
prowadzi czytelnika po kilkunastu lokalach, od staromiejskiego
Krokodyla zaczynajac, poprzez dansingi w Kameralnej ("zas
zapomina sie najlepiej w Kameralnej") i Paradisie, przez
niezliczone kawiarnie srodmiescia, az po spelunki Zelaznej
i Krochmalnej, opisujac bezblednie atmosfere, jadlospis,
a nawet bywalcow kazdego lokalu. Mniej natomiast pisze o
dziedzinie tzw. zycia kulturalnego, gdzie jest tylko kino
z biletami kupowanymi u "konikow", slizgawka i mecze pilki
noznej, przy czym wszystkie te rozrywki sa polem operacji
chuliganow panujacych w Warszawie. Ten bowiem problem spoleczny
stanowi os powiesciowa Zlego.
Dla odswiezenia pamieci tych czytelnikow, ktorzy powiesc
Tyrmanda czytali byc moze przed laty, wypunktujmy glowne
tezy ksiazki. W Warszawie roku 1954 dzialaja bandy wyrostkow,
zwanych wtedy modnie chuliganami, ktorzy napadaja, terroryzuja
i bija przechodniow, co staje sie spoleczna plaga. Wojne
wypowiada im panstwowy pelnomocnik do walki z chuliganstwem
porucznik Michal Dziarski, jak wiekszosc postaci Zlego noszacy znaczace nazwisko, ale przekonuje sie wkrotce, ze
taka sama inicjatywe podejmuja pojedynczy obywatele, a wsrod
nich anonimowy pogromca mlodych przestepcow, popularnie
nazywany Zlym. Wkrotce tez dowiadujemy sie, ze nad calym
tym, pozornie chaotycznym, swiatkiem przestepczym, panuje
znakomicie sytuowany prezes Spoldzielni Pracy "Woreczek"
pan Filip Merynos, pod szyldem wytworni plastikowych wyrobow
kryjacy mafijna wladze nad podziemnym zyciem Warszawy. "Nazywa
sie ich chuliganami - powie Zly w rozmowie z Dziarskim -
chociaz przyznam sie panu, ze ja nie wiem, gdzie i kiedy
konczy sie chuligan, a zaczyna sie zwykly bandyta, i czy
facet, ktory odrzyna drugiemu facetowi nozykiem palce, bo
taka mu przyjdzie po pijacku fantazja, to chuligan czy zboj?"
(s. 630). Pada tez okreslenie powiazan mlodocianych bandytow
slowem mafia (s. 629), a podobny do profesora Filutka z Przekroju detektyw-amator Jonasz Drobniak w epilogu
powiesci powie wyraznie: "Tak, tak, to byla wielka mafia,
ogromny gang, zorganizowany z podziwu godna precyzja" (s.
661). Nikt, o ile mi wiadomo, poza Tyrmandem nie odwazyl
sie tak dokladnie zakwalifikowac problemu narastajacej przestepczosci,
rozwijajacej sie stopniowo w Polsce lat 50., w okresie rzekomo
spokojnego budowania zrebow "realnego socjalizmu".
Przeskoczmy nastepne 45 lat, przeniesmy sie w czasy wspolczesne,
ktorych z kolei kronikarzem jest Marek Nowakowski, autor
m.in. ostatnio wydanych zbiorow opowiadan Strzaly w motelu
"George" (1997 r.) i Prawo prerii (1999 r.),
siegnijmy do wiadomosci prasowych i telewizyjnych. Okreslenia
takie, jak "mafia pruszkowska" czy "gang wolominski" spotykamy
na co dzien, a rownie codzienne doswiadczenia potwierdzaja
ogromna intensyfikacje zjawisk pokazanych przez Tyrmanda
przed 45 laty. Mieszkajac wtedy przez lata na MDM i wracajac
do domu o roznych porach nocy, nigdy nie mialem obaw o napad
czy rabunek, podczas gdy w latach 90. przyjaciele stanowczo
zakazali mi noszenia na warszawskich ulicach pierscionka,
a nawet przyzwoitej marki zegarka. Istotnie, wystarczylo
dwukrotnie przyjechac z parotygodniowymi wizytami do Warszawy,
azeby dwukrotnie zostac w bialy dzien, w centrum miasta,
bezczelnie okradzionym. "Spoldzielnie" w rodzaju przedsiebiorstwa
prowadzonego przez prezesa Merynosa kwitna i prosperuja,
podczas gdy "typowy warszawski zbir, zbudowany jak kamienny
atleta, o skorze hipopotama, wyzbyty skrupulow, nikczemny
i zywotny jak gad" (s. 640) opanowal ulice miasta, z tym
tylko, ze porusza sie teraz luksusowym mercedesem lub najnowszym
modelem BMW. Totez watpic mozna, czy pokazany przez Tyrmanda
"jeden z ostatnich rezerwatow mroku i cienia wsrod wielkomiejskiej,
rozswietlonej plaszczyzny najwiekszego placu w Europie"
(s. 571) nalezy naprawde do przeszlosci.
Czy istnieje nadzieja na poprawe sytuacji? Przeciwstawiajac
sie dobrotliwej sedzinie, ktora wychowaniem i perswazja
chce poprawic mlodocianych przestepcow, jeden z bohaterow
powiesci, redaktor Edwin Kolanko, podaje przyklad Szwecji
- w XIX wieku siedliska najwiekszych w Europie przestepcow
- i przypomina, ze w tym kraju "bandytyzm i chuliganstwo
wypalone zostalo rozzarzonym zelazem [
]; pomoglo wydatnie
zwiekszenie kontyngentow dzielnych szwedzkich policjantow,
uzbrojonych w tegie, gumowe palki. Fakt, ze moze sie pan
przespac na ulicy i nie zostac obrabowanym zawdziecza pan
temu przede wszystkim, ze dwoch takich roslych chlopcow
stoi ciagle jeszcze na kazdym ulicznym rogu" (s. 332). Czyzby
Tyrmand mial juz wtedy recepte na dzisiejsze problemy Warszawy
- i nie tylko Warszawy? W kazdym razie, jest to powiesc
zaslugujaca na powtorne przeczytanie i przemyslenie. Powiesc
na dzisiaj.
--------------------------
Najnowsze wydanie Zlego, opublikowane
przez wydawnictwo Proszynski i S-ka w roku 2001, mozna nabyc
w Ksiegarni Nowego Dziennika; cena 20 dol. plus NY
tax i 5,50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |