EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
Tak sie zlozylo, ze o pierwszym ataku amerykanskim na obiekty wojskowe w Kabulu i Kandaharze dowiedzialam sie z samochodowego radia, przekraczajac granice niemiecko-polska w Zgorzelcu. Chlonelam nadlatujace komunikaty z teatru wojny, co nie przeszkadzalo mi widziec zwyczajnej prozy zycia za szybami naszego wozu. Podobno naturalna reakcja. Poprzez wspomnienia zolnierzy czy lagiernikow, obok koszmarow, przewija sie zawsze cienka nitka opis zwyczajnosci zycia. Odruch obronny. Zeby nie zwariowac. Moja zwyczajnoscia w tym przypadku byl szok wywolany diametralna roznica jakosci drogi niemieckiej i polskiej. Oj nie, z takim kontrastem do Wspolnej Europy nie wejdziemy!
Za komuny - zasieki, druty kolczaste, wiezyczki strzelnicze, zaorany pas pustej ziemi i zlowrogie ostrzezenia z glosnikow, wszystko to przestrzegalo z dala, ze podrozny zbliza sie do "innego swiata". Teraz zadnego memento. Na granicy - zero kontroli. Zerkniecie w paszport i jazda!
No i wjechalam w inny swiat, czyli w Polske. Przez dwanascie wolnych lat zadnej poprawy w infrastrukturze drogowej. Wolnosc jest wartoscia bezcenna i nie oddalabym jej za lsniace autostrady, tylko jest maly problem: sama wolnoscia trudno posuwac sie na kolach. Trase Monachium - Zgorzelec (700km) zrobilismy koncertowo w 4,5 godziny. Czysta rozkosz. Odcinek od granicy do Warszawy (500km) - w dwukrotnie dluzszym czasie przy stalym dudnieniu szosy, ciemnej, wyboistej, pelnej dziur i zasadzek.
Tuz po wybiciu sie na niepodleglosc wsrod wielu potrzebnych instytucji, ktore niestety utonely w biurokracji i lukratywnych etatach, powstala Agencja Budowy Autostrad. Dla nas sprawa wagi pierwszorzednej. Polska wreszcie nie na linii boju, lecz na skrzyzowaniu otwartych na osciez handlowych szlakow ze Wschodu na Zachod i z Polnocy na Poludnie. Przez nasz kraj od razu zaczal sie przetaczac wszelki towar od Wladywostoku po Londyn, od Skandynawii po Wlochy. Moglismy na tym transporcie robic kokosy. Dorobili sie tylko przydrozni karczmarze. Jedyne, co przez dwanascie lat zrobila wspomniana agencja, to 70 km wysoko platnej trasy miedzy Krakowem a Katowicami.
Gdy pamietna noca, z 7 na 8 pazdziernika, wjechalismy w polskie oplotki, znow pomyslalam z wsciekloscia o ukochanej ojczyznie.
Kolo Opola - jako relikt historii - pozostal urwany kawalek autostrady, w zamysle majacej laczyc to miasto z Breslau i Berlinem. Polacy nie pociagneli go przez piecdziesiat lat do Wroclawia. Autostrada niszczala, nie tknieta naprawa od czasow hitlerowskich... W Czestochowie wlaczylismy sie w tak zwana dwupasmowke, juz nasze dzielo. Ale, jak to u nas, wykonane polowiczne. Zabraklo pary, zeby zrobic droge bezkolizyjna. Trase szybkiego ruchu, jak ja nazwano, poprzecinano licznymi przejsciami dla pieszych, pojazdow konnych i traktorow. Rozpedzone samochody musza nagle hamowac. Droga szybkiego ruchu stala sie droga szybkiej smierci. Drogowcy notuja tu najwyzszy wskaznik wypadkow. Chyba trzymamy prymat w tej materii w Europie.
Nie licze fatalnych kolizji po pijaku. Gorsza do wyeliminowania wsrod naszych kierowcow jest mentalnosc stanowiaca mieszanke syndromu macho z bezmyslnoscia. Ignorowanie faktu, ze pod kolami maja nie gladka powierzchnie, ale dziury i wertepy, obok, podobnych sobie zdobywcow szos, a skrajem, czesto bez zadnego pobocza, slabo widocznych pieszych i rowerzystow. Zakuty kraj. Jestem u siebie.
Radiowe wiesci ze swiata Wielkiego Konfliktu przeplataja sie z lokalnymi. Oto odchodzacy poslowie domagaja sie dozywotniego zasilku! Mnie, ktora sadomasochistycznie wylapywala tyle ich bezczelnych zagrywek, nie powinno to dziwic. A jednak! Inna wiadomosc z codziennosci: chlopaka z wypadku karetka wozila po czterech szpitalach, nim go w piatym przyjeto. Dwiescie kilometrow dalej. Lekarz mowi: "... kompletnie wykrwawiony, ratujemy go intensywna terapia...". Nowosc: ukrainskie leki na bazarach. Na serce, na bol, na uspokojenie, na krazenie, na prostate. Nawet aspiryna. "Listki" po 10-12 pastylek; wszystkie po zlotowce. Z data waznosci, prosto ze lwowskiej apteki. "U was leki drogie, a u nas tanie " - zapewnia Ukrainka. Staly odbiorca, rencista, mowi, ze tylko tu zaopatruje sie w specyfiki poprawiajace krazenie. Renty ma 500 zl, za recepty zapisane przez lekarza zaplacilby miesiecznie w polskiej aptece 200 zl, trudno sie dziwic. Wladze podnosza larum, ze handlarze (tak samo biedni jak nabywcy) zeruja na ludzkim nieszczesciu, podsuwajac ludziom byle co, ale odpowiednie instancje cen lekow nie obnizaja, przeciwnie: wszystkie ida w gore. A co do ukrainskich lekow - wcale nie bylabym taka pewna, ze zle. Raczej mysle, ze nie odbiegaja jakoscia od naszych. Cieszy mnie wiec, ze policjanci kontrolujacy bazary przymykaja oko na lekarstwa i koncentruja sie na tropieniu handlarzy sprzedajacych pirackie kasety. Co do lekow - lepsze te "lewe" niz zadne. W sercu zostaje jednak wstyd. Wstyd, ze tak zesmy sobie poslali. Pozbawilismy ludzi podstawowych lekarstw po dostepnych cenach.
*
Swego czasu napsulam niemalo krwi bylemu prezydentowi Warszawy Marcinowi Swiecickiemu. Glownie chodzilo o slamazarnosc w budowie mostu Siekierkowskiego. Wysmiewalam go, ze opoznienie tlumaczy niemoznoscia wywlaszczenia niezagospodarowanej dzialki z pusta stodola stojaca na trasie. Wlascicielka zaparla sie, wiec mostu nie ma.
O moscie Siekierkowskim mowiono juz przed wojna. Byl w planach rozbudowy stolicy, pierwszorzednie zrobionych przez zespol architektow pod wodza malzenstwa Skibniewskich. Miasto zostalo zrownane z ziemia, pole do popisu ogromne, plany jednak rzucono w kat, bo obowiazywal socrealizm. O moscie jednak pamietano, co rusz odzywaly sie glosy na ten temat, ale nic nie robiono. Nie robiono, chociaz po obu poludniowych brzegach Wisly wyrosly wielkie blokowiska. Trzeba sie bylo do nich przeprawiac przez Srodmiescie. Wladz to nie wzruszalo. Ale kiedy za wolnosci ruszyl masowy ruch miedzynarodowych tirow, Warszawa zaczela dusic sie od korkow.
No i doigralam sie. Most Siekierkowski wszedl estakada w moje okna. Pania od pustej stodoly blagano, zeby dala sie wywlaszczyc za gruby grosz; nas, mieszkancow osiedla, nikt o nic nie pytal. Wycieto przedwojenne drzewa "prawem chronione" i jak lancetem przekrojono osiedle. Gazeta Stoleczna opublikowala plan. Zolte kolo przy moim domu znaczylo najwyzszy stopien nasilenia halasu noca, kiedy ruszaja tiry. Przekracza wszelkie zdrowotne normy. Jestem od lat uzalezniona od zatyczek usznych i "blind" na oczy, bo zawsze mieszkalam w halasie, ale w tym przypadku zabezpieczenia te na nic sie zdaja. Trzeba pobudowac oslaniajace ekrany i wstawic dzwiekoszczelne okna. Spor, kto to zrobi. Wojewoda, gmina, zarzad budowy, spoldzielnia mieszkaniowa czy jeszcze inni wszyscy swieci? Jeden wskazuje na drugiego: "kolega". Wiec nikt. Kto zaplaci? My, mieszkancy. Chcialas, babo, mostu - masz.
Caly ten skomplikowany wezel drogowy mozna by poprowadzic nie kosztem przepolawiania istniejacego osiedla, ale obok, wsrod pustych lak. Odpowiedz oficjalna: na lakach ma powstac miasteczko ambasad i konsulatow. Odpowiedz nie trzyma sie kupy. Dyplomaci juz maja swoje rezydencje i mieszkania. Wiec po co psuje sie cos, co juz jest, kosztem tego, czego jeszcze nie ma, a co wydaje sie iluzoryczne, zwazywszy glebie dziury budzetowej.
Przy okazji konfliktu z mostem wyszla na jaw - nie po raz pierwszy - fikcja tego, co nazywa sie spoldzielczoscia mieszkaniowa. Odmrozony i nadal funkcjonujacy sztuczny twor z czasow komuny. Jestem na swoich metrach glowna lokatorka i wlascicielka jednoczesnie. Procz swiadczen i komornego splacam kredyt z odsetkami. Place tez za ochrone osiedla. Ukradli mi auto z parkingu, spoldzielnia nie zrekompensowala straty. I teraz, choc most z estakada i czterema pasmami ruchu dla najciezszych pojazdow wszedl do mojej sypialni, spoldzielnia nie zrekompensuje mi kosztow wygluszajacych okien ani nie obnizy stawek, chociaz wartosc rynkowa mieszkania spadla. Mam przeciez stokroc gorsze mieszkanie niz to, ktore kupilam. Prezes macha nam przed oczami pismami interweniujacymi, ktore wyslal do wojewody. A coz mi wojewoda! Nie z nim zawieralam transakcje mieszkaniowa, tylko ze spoldzielnia. Innym wywlaszczonym zaplacono, dla nas, tak zwanych spoldzielcow wlasnosciowych - figa z makiem.
Najczestszym slowem, jakie padalo przez ostatnie dwunastolecie z ust najwyzszych wladz, bylo: "odpowiedzialnosc". (Ostatni premier zaczynal nim kazde niemal zdanie). Slownik Jezyka Polskiego podaje, ze "odpowiedzialnosc" znaczy: koniecznosc, obowiazek moralny lub prawny odpowiadania za swoje czyny i ponoszenia za nie konsekwencji. Poniesli?! Placzac po sejmowych faworach, pospiesznie moszcza sobie synekury. Ci, co przyszli, tez krzycza "odpowiedzialnosc". Juz im nie wierze!
Co do mostu, ktory dzis glownie zajmuje moja mysl, znalazlam pocieche. Okazuje sie, ze mieszkancem naszego osiedla jest swiezutko upieczony senator Samoobrony. Wiec majacy wprawe w blokowaniu drog. Jak ktorejs nocy my, mieszkancy spod mostu, pobudziwszy dzieci, powstaniemy pod jego wodza i zablokujemy te tiry - drzyj wladzo! Nowy minister spraw wewnetrznych Krzysztof Janik jawi sie lagodny jak owieczka. Zapewnil, ze masowe uliczne protesty sa niezbywalnym prawem obywateli. Pogoni nas policyjna palka? Tylko czy w nowym senatorze, ktory sukmane zamienil na garnitur od Armaniego, odezwie sie dawny lew?
*
Polska, zwrocona uwaga i dusza na Bliski Wschod i Ameryke - jakby niezauwazalnie zmienila naczelne wladze (nic mnie to juz nie obchodzi), a Warszawa rozpoczela jesienny sezon kulturalny. Poczta przynosi zaproszenia na wernisaze, spotkania i promocje. Te ostatnie najczestsze. Prawde powiedziawszy tak zwana promocja jest jedyna zaplata wydawcy za wydana autorowi ksiazke. Dalej jej losami wydawnictwo sie nie interesuje. Promocje bywaja lepsze i gorsze. Mam na mysli poczestunek, nastepujacy po czesci oficjalnej. Przy promocji mojego Ale sie porabalo wywalczylam tyle wina, ile ludzie zechcieli. Targowalam sie, bo na ogol butelka przypada na siedem osob.
Na moim stoliku rosnie stosik zaproszen na: spotkanie z poetka Julia Hartwig w Pen Clubie; do Kordegardy (kameralna filia Zachety) na rysunki Norwida; do Muzeum Literatury na wystawe "Krzemieniec Juliusza Slowackiego"; ambasada australijska zaprasza do Instytutu Orientalistycznego na sesje naukowa pt. "Przeniesienie doswiadczen wielokulturowych Australii do Polski w swietle integracji europejskiej". Nawiasem mowiac, w swietle niedawnej australijskiej odmowy wpuszczenia do siebie statku-widma "Tampa", tulajacego sie po oceanach z Afganczykami i Irakijczykami uchodzacymi od terroru panujacego w ich krajach, brzmi troche dziwnie. Wysilki profesora Jerzego Zubrzyckiego, ojca wielkokulturowosci australijskiej, za ktorego sprawa Australia przyjela swego czasu tzw. boat people - tym razem okazaly sie bezsilne. Nie trzeba dlugo myslec, zeby pojac, iz malodusznosc i krotkowzrocznosc rzadu Australii mialy rowniez swoja czastke w tym, co stalo sie pozniej na swiecie.
Jesienne imprezy kulturalne, niezaleznie od tematu, maja dla mnie urok: spotykam ludzi mojego miasta, ktorych widuje na ulicach, patrze, jak sie starzejemy, porownuje zmiany.
Oczywiscie nie na wszystko chodze. Czasem nie moge, czasem nie lubie, czasem boje sie powrotow w ciemnosci do domu. Lek uzasadniony.
Ostatnio dobrze mi sie siedzialo w Teatrze Ateneum przy swiecach i dzbanach z bialym winem "na Konwickim".
Tadeusz Konwicki, ktory mowi: "ja juz wlasciwie nie pisze...", napisal piekna ksiazke "mowiona". Miron Bialoszewski tez mowil "na tasme" - Pamietnik z powstania warszawskiego to arcydzielo! Konwicki "spowiadal sie" dwojgu mlodym dziennikarzom. Powstal wywiad-rzeka pod tytulem: Pamietam, ze bylo goraco. Doskonaly. Dziennikarze nie przeszkadzali Konwickiemu mowic. Szkoda, ze nie mozna go bylo sluchac. Jego chrapliwy, ale swietnie artykulowany glos ma w sobie cos z tajemnicy. Rozdzial pod tytulem Pani Konwicka (mowa o niedawno zmarlej zonie Danucie) ktos z zebranych na promocji porownal do Trenow Kochanowskiego. Moze istotnie jest w nim podobienstwo w glebi doznania po utracie, ale jakze inaczej wyrazone! Pomijajac forme, Konwicki nie bylby Konwickim, gdyby nie posluzyl sie dystansem i ironia.
Lubie Tadeusza Konwickiego jako czlowieka, chociaz malo go znam. Klania mi sie, ilekroc mijamy sie na ulicy - zupelna rzadkosc w Warszawie - z dyskretnym usmieszkiem. Podobnie czynil ktos z innej operetki, Jan Himilsbach.
A poza wszystkim trudno nie lubic autora, ktory napisal Bohin, powiesc, ktora czytam jak Lalke Prusa co kilka lat.
Zaluje, ze nie bede na spotkaniu z Marcinem Krolem pod haslem "Czy Polska jest krajem demokratycznym" w Café Wolna Europa. Na pewno bedzie ciekawie! Ludzie pokloca sie. W tym czasie bede jednak w powietrzu. Kierunek - Nowy Jork.
*
Umarl ksiadz Andrzej Bardecki, ostatni ze starej gwardii Tygodnika Powszechnego. Obok Mietka Pszona najbardziej przeze mnie kochany. Zloty czlowiek. Byl czas, zesmy sporo z soba rozmawiali. Opowiadal mi o wycieczkach gorskich z biskupem Karolem Wojtyla, incognito. Opowiadal, jak bral na siebie ciegi prymasa Wyszynskiego za Tygodnik i rowniez za owczesnego metropolite krakowskiego. Nie bylo w nim cienia goryczy. Sama dobroc. Potem znajomosc zaniedbalam. Sumienie gryzie. Zawsze tak jest po smierci kogos bliskiego. Nie bylam na jego pogrzebie, chociaz ostatnio sa to glowne moje uroczystosci. Odwrotnie niz w znanym filmie Cztery wesela i pogrzeb. U mnie pogrzeby sie mnoza, a wesela sa rodzynkami. Ostatnio mi sie trafilo. Gdy bombardowano Afganistan, bawilam sie na weselu w Bawarii. Rzadka gratka.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |