PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (19 pazdziernika 2001)


GRAZYNA DRABIK

Pochwala milosci

Zakonczyl sie 39. Nowojorski Festiwal Filmowy w Lincoln Center. Honor zamykajacej frazy przypadl nowemu filmowi Jean-Luc Godarda Eloge de l'amour. Jest to film tajemniczy, wizualnie piekny - poczatkowo krystalicznie czarno-bialy, potem niespodziewanie, lecz z nieugieta logika mieniacy sie oszalamiajaco intensywnymi kolorami.

Zostalo mi z tego filmu przedziwne wrazenie zachwytu i zagubienia. Czulam pelne zaufania do artysty, mimo niezrozumienia, o czym on w swym filmowym poemacie rozprawia. Rozpoznaje watki i poszczegolne ujecia, film bowiem jest pelen odnosnikow do wydarzen i ikon kultury drugiej polowy XX wieku. Nie potrafie jednak polaczyc ich w zwarty obraz. Lecz ta bezradnosc wcale mi nie dokucza. Przeciwnie, wzmacnia tylko chec, by obejrzec film raz jeszcze, i raz jeszcze, ufna, ze z fragmentow slow i obrazow wyloni sie ksztalt calosci na razie pozostajacy niewidocznym.

Powtarza sie w filmie zdanie, ze myslac o czyms, zawsze myslisz o czyms innym. Kiedy patrzysz na nowy krajobraz, tlumaczy cierpliwie glos narratora, wydaje ci sie on nowy, bowiem porownujesz go z innym, ktory juz wczesniej sie widzialo.

Zawsze myslisz o czyms innym - o czym? Co jest tak wazne, ze podskornie nieustannie ci towarzyszy? Ze swiadomie czy nieswiadomie jest watkiem twojego zycia? Co w zyciu dla ciebie najwazniejsze?

Jest to film, wydaje mi sie, mozliwy do zrobienia tylko przez dojrzalego, moze nawet wrecz starego artyste. Nie czuje sie pospiechu w poszukiwaniu odpowiedzi. Wyczuwa sie natomiast skupienie. Fascynacje samym pytaniem. Szacunek dla aktu tworzenia.

40 lat temu inny, rowniez starszy, doswiadczony i szanowany artysta pochylal sie nad fragmentami krajobrazow swego zycia. Staral sie je zlozyc w mozaike wiekszej calosci. Tom pism zebranych Jozefa Wittlina Orfeusz w piekle XX wieku zostal opublikowany w 1963 r. przez paryski Instytut Literacki; dlugo byl niedostepny w Polsce. Dzieki Wydawnictwu Literackiemu fascynujacy zbior ukazal sie teraz w nowym, rozszerzonym wydaniu.

W esejach Wittlina wyczuwam podobny brak pospiechu, jak w filmie Godarda. Podobna potrzebe zadawania sobie pytan. Liczy sie przede wszystkim trud i piekno poszukiwania. Ksiazka budzi we mnie rowniez, podobnie jak film, ufnosc do tworcy. Nie musze wszystkiego na raz ogarnac. Moge poznawac fragment po fragmencie. Rozpoznaje smak klesk, ale i upor postawy trwania na pisarskim posterunku, mimo wszystko. Ucze sie przyjemnosci bycia w towarzystwie pisarza-eseisty, mistrza krotkiej formy, "ktory czegos probuje".

"Psyches hiatrejon" - taki tajemniczy napis odkryl kiedys Wittlin w czasie wedrowki po prowincjonalnym miasteczku na poludniu Polski. Odnotowuje wtedy w szkicu Sjesta w obcym miescie: "A wiec tutaj. Nareszcie znalazlem to, czego daremnie szukam od tylu lat. Wcale mnie to nie dziwi, ze wlasnie w tym miescie istnieje lecznica dusz. Psyches hiatrejon. Zatrzymuje kilku przechodniow, lecz zaden nie potrafi mnie objasnic, co sie znajduje w tym domu. Zagladam w okna, moze cos zobacze. Widze firanki, doniczki z kwiatami, gasior z sokiem malinowym. Co to znaczy? Zwyczajne ludzkie mieszkanie? Mialzebym raz jeszcze odejsc z pustymi rekami? Co oznacza ten grecki napis na murze polskiego miasta? Czemu zwodzi mnie nadzieja uzdrowienia duszy? Czemu jezykiem Ajschylosa obiecuje uspokoic furie, ktore sa we mnie i w takich jak ja?".

Nie wiadomo, co kiedys miescilo sie w starym budynku przylegajacym do rokokowego kosciolka gdzies na bocznej uliczce. Nie wiadomo, czy napis nadal jeszcze wola greckimi gloskami z ciemnego muru. Wystarczy, ze istnial. Ktos go zauwazyl. Odnotowal znak rozpoznawczy. I te doniczki z kwiatami. Gasior z sokiem. Postawil znak zapytania.

Zapis sam w sobie zawiera juz obietnice i cicha pocieche. W tym towarzystwie poczulam sie ciut bezpieczniej. Ciut pogodniej. Tak, mamy dusze. Bez cudzyslowu. Dusze mozna leczyc.

*

Wydawnictwo Literackie zadbalo wyjatkowo starannie o szate graficzna, o szczegoly, ktore w sumie skladaja sie na edytorski sukces. Gruby tom Orfeusz w piekle XX wieku zostal wydrukowany na dobrym papierze. Zdobi ksiazke swietna okladka przygotowana przez Bartka Malyse, urozmaicaja graficzne przerywniki miedzy poszczegolnymi czesciami. Ciekawe jest poslowie Jana Zielinskiego Zagadka zycia, mlodosc. Mamy note wydawcy i note bibliograficzna opracowana przez Joanne Krasnodebska. Pomocny jest szczegolowy indeks. Imponujaco bogaty zbior nazwisk przyswiadcza szerokim kregom zainteresowan autora. Indeks kusi nazwiskami ludzi slawnych, zaciekawia nazwiskami dzis prawie zapomnianymi.

Szkice i recenzje, opisy i notatki z podrozy, artykuly polemiczne, przemowienia i odczyty, zapis lektur i pozegnania przyjaciol pochodza z czterech dekad eseistycznej tworczosci Wittlina. Najwczesniejsze siegaja lat 1920. Ostatnie, rozwazania o wlasnych pismach posmiertnych z 1962 r., napisane zostaly 14 lat przed smiercia. Pisma skladaja sie w cztery odrebne czesci, wedlug szeroko okreslonych czterech watkow tematycznych. W ramach poszczegolnych czesci zachowano porzadek chronologiczny. Taki uklad pozwala przesledzic mlodziencze pasje i natchnienia, uchwycic zmieniajacy sie ton glosu pisarza, lecz i wydobyc trwalosc pewnych watkow i zainteresowan.

Czesc pierwsza rozpoczynaja eseje zawarte w tomie Wojna, pokoj i dusza poety (1925). Pacyfizm, rozwazania moralne o kategoriach dobra i zla, refleksja nad rola pisarza rysuja sie na tle diagnozy czasow: odnowionych nadziei okresu po pierwszej wojnie swiatowej, narastajacych napiec politycznych i spolecznych okresu miedzywojennego, coraz wyrazniej nieuchronnego wybuchu drugiej wojny swiatowej. Zamyka te czesc slynny odczyt Blaski i nedza wygnania wygloszony w nowojorskim Pen Club in Exile w lutym 1957 r.

Czesc druga zbudowana jest na materialach zbioru Etapy z 1933 r. Do zawartych tam opisow podrozy po Wloszech, notatek z wizyty w Jugoslawii, relacji z dluzszych pobytow we Francji, dodane zostaly ulotne obrazki z kilku wedrowek po Polsce oraz dramatyczne sprawozdanie z bardzo odmiennej juz w charakterze, ostatniej wielkiej podrozy - przymusowej emigracji w 1941 r. do Nowego Jorku.

Na czesc trzecia skladaja sie gawedy o rodzinnym miescie Moj Lwow (1946) oraz kilka osobistych wspomnien - o pierwszym spotkaniu z teatrem, o wizycie w Montrealu w 1955 r., ktora odnowila tesknote za Lwowem, o starym psie Mucku z "oblednymi oczami". To ostatnie wspomnienie jest jednym z dziwniejszych tekstow w tomie. Nic tu nie ma z sentymentu. Jest to surowe cwiczenie w stawianiu diagnozy upodlenia. W pelnym bolu glosie mozemy odnalezc, zaskoczeni, identyfikacje pisarza ze starym, nielubianym stworzeniem, ktorym wszyscy sie brzydza.

W czesci czwartej Wittlin prezentuje sylwetki ulubionych pisarzy, recenzuje ksiazki szczegolnie dla niego wazne, opowiada o kilku teatralnych przygodach, rozdaje troche laurow, coraz czesciej zegna odchodzacych przyjaciol. Recenzje, odczyty i szkice pochodzace z lat 1932-62 wskazuja na wzruszajaca stalosc podstawowych punktow odniesienia. Pelno tu swietych, poetow pomijanych przez szybko pedzacy nurt literackich mod, pisarzy z pograniczy.

Wittlin wyroznia poezje Rilkego i Kasprowicza. Przywoluje wiersze swego lwowskiego przyjaciela Jana Stura. Szkicuje tragiczne zycie Poego. Broni Tuwima przed pogarda elit i Karola Szymanowskiego przed niezrozumieniem. Przypomina o szacunku, ktory nalezy sie Zeromskiemu i Strugowi. Szeroko omawia tworczosc Stendhala i Alfreda Döblina. Wielokrotnie powraca do ksiazek z niemieckiej tradycji pacyfistycznej, szczegolnie Josepha Rotha. Podziwia katolickich myslicieli - Georgesa Bernanosa, Henriego Barbusse'a i Céline'a. Fascynuja go biografie swietych w ogole, a wsrod nich podziwa zwlaszcza Augustyna z Hippony i Franciszka z Asyzu. Samego siebie Wittlin chcialby widziec jako Orfeusza, ale przyjmuje z pogoda ducha takze mniej wzniosla role Chaplina.

Zaczytujac sie w tych tekstach, ciagle lapalam sie na odnotowywaniu sobie na marginesie napomnien: zajrzec do Podrozy po Polsce Döblina! Jak to mozliwe, ze nie znam Rotha! I dalej: Odnowic znajomosc ze Stendhalem! A takze: zyc lepiej!

*

W przedmowie Wittlin okresla omawiany tom jako rodzaj "nie zamierzonej i nie komponowanej" autobiografii: "Stal sie autoportretem mimo woli. I dopiero po czterdziestu latach. Byl malowany na raty, kawalkami, bez jednolitego planu i bez lustra. W ciagu tylu lat twarz autora musiala ulec niejednej zmianie. Osobliwoscia tego autoportretu jest to wlasnie, iz ukazuje kolejne zmiany na twarzy portretowanego. Ale i ten proces nie byl zamierzony. A moze powinno sie tu mowic nie o jednej, ale o wielu twarzach?"

Rzeczywiscie, w kolorowych fragmentach zebranych tu pism odbijaja sie rozne oblicza pisarza. W przypadku "nie komponowanej autobiografii" mozna sie tego spodziewac. Co zaskakuje, to raczej fakt, ze poszczegolne nuty laczy melodia glebokiego humanizmu. O sprawach skomplikowanych Wittlin pisze klarownie i czysto. Malo tu ironii, a kiedy sie pojawia, to by budowac dystans wobec siebie raczej, niz sluzyc jako bron do podcinania skrzydel innym.

Z lustra jego tworczosci wychyla sie ku nam twarz czlowieka, ktory choc bezradny wobec uchodzczego zagubienia, stara sie zachowac zyczliwosc wobec ludzi. Woli bronic straconych pozycji, niz poddac sie goryczy czy przyznac do przegranej. Wiecej wymaga od siebie niz od innych. Jest to twarz humanisty, wiernie opowiadajacego sie po stronie dobra. Bowiem nawet jesli nie mozemy z ufnoscia deklarowac naszej wiary w czlowieka, tak jak to uczynil przed wojna podziwiany przez Wittlina "szlachetny pisarz-pacyfista" Leonard Frank, nadajac zbiorowi swych opowiadan znamienny tytul Czlowiek jest dobrym, mozemy z uporem nalegac, ze "czlowiek powinien byc dobrym".

Orfeusz w piekle XX wieku jest przejmujacym swiadectwem pokolenia naznaczonego potrojnie: dwiema wojnami swiatowymi i emigracja. Krajobraz, do ktorego Wittlin z uporem porownuje wszystkie nowe krajobrazy, jest krajobrazem Utraconego - rodzinnego miasta, kraju, zakorzenienia, przyjaciol. Ale w okreslonym przez moment historyczny losie wygnanca - ze Lwowa, z Polski, z Europy - Wittlin rozpoznaje jeszcze inne, bardziej uniwersalne wygnanie.

Wszyscy jestesmy wygnancami. Caly rodzaj ludzki podziela ten los. "Wsrod grozy zycia i piekla na ziemi raz po raz odzywa sie w nas nagle tesknota do czegos, co nie jest pieklem ani groza, ani wygnaniem. Kto wie, czy misja pisarzy i artystow nie jest wychwytywanie i postaciowanie tych wlasnie tesknot i przeczuc". W pismach zebranych w tomie Orfeusz w piekle XX wieku, najtrwalszy jest watek piesni religijnej. Piesni wedrowca szukajacego drogi do Boga, tropiciela naszej wspolnej tesknoty za pieknem i dobrem.

Zakoncze slowami Wittlina, fragmentem wspanialego poematu-holdu zlozonego rodzinnemu miastu. Moj Lwow, ukonczony tuz po wojnie w Nowym Jorku, to czysta poezja, choc pisana proza. Oto spiew syna Boga, kochanka kobiety, znawcy piekna. Orfeusz swobodnie czuje sie wsrod cieni. Uzycza swego glosu milczacym. Spiewa, by przekroczyc niebyt. Zaprzecza Nicosci.

"Zamykam oczy i widze tlumy snujace sie po Corsie. Plyna od Teatru Miejskiego, ulica Legionow, do Kasy Oszczednosci, i plyna dalej pod pasaz Mikolascha. Szeroka struga rozlewaja sie na placu Mariackim, mijaja hotel George'a, i skrecaja w ulice Akademicka az do konca, do apteki Pileckiego. Tam zawracaja i powoli, rytmicznie, spokojnie odfalowuja z powrotem pod Teatr Miejski. Umarli spaceruja z zywymi. Umarli zatrzymuja zywych, prosza o ogien do papierosa. Lowelasi przywalaja sie do dam w tiurniurach, do dam ktore od dawna sa juz cieniami. Promenada cieni. Zbratani w smierci wrogowie ujeli sie pod rece jak przyjaciele. Zatrzymuja sie na rogach, gdzie w dymiacych piecykach pieka sie kasztany... Tlum rosnie. Z bocznych ulic dolaczaja sie strazacy, slugi, ´co stojaly na bramie i buly piskateª, i panny, co na reunionach z samym Grottgerem tanczyly lansjera, i primadonny, co wystepowaly w pierwszych operetkach Offenbacha. Cala zlota mlodziez, jaka w ciagu stuleci widzial Lwow, wyroila sie na Corso. Czarna fala wylewa sie na jezdnie i wali pod pomnik Mickiewicza. Z tlumu odrywa sie fircyk w pudrowanej peruce i kusym fraczku. Staje pod kolumna Mickiewicza, gdzie juz na stopniach ustawil sie caly Cäcilienchor. Syn Mozarta klania sie zywym i umarlym. Daje znak paleczka, i plac Mariacki, szczelnie wypelniony milczaca cizba, rozbrzmiewa piesnia z roku 1914: ´W dzien deszczowy i ponuryª. Na dachu domu Dittmara i Ski zapala sie swietlny transparent: ´BAJKAª... I znow na Corsie panuje normalny ruch, miarowe falowanie, beztroska promenada. Milczace cienie suna pod Teatr Miejski, skad zawracaja, aby znow poplynac na Akademicka. I tak bez przerwy: tam i z powrotem - tam i z powrotem - w nieskonczonosc - az do kresu wszystkich dni".

------------------

Jozef Wittlin, Orfeusz w piekle XX wieku, Wydawnictwo Literackie, Krakow 2000, s. 750, cena 28 dol. plus NY tax i 5,50 dol. porto przy zamowieniu z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail