EWA BERBERYUSZ
Kartki
ze skazonej strefy
"Tragedia amerykanska" - napisalam machinalnie, i w pierwszym momencie wcale
nie stanely mi przed oczami ogladane po stokroc od 11 wrzesnia osuwajace sie
wieze Manhattanu, ale brana w lekturach powiesc Theodore'a Dreisera z poczatkow
XX wieku. Slowo "tragedia" ma tyle znaczen. Do tego, co zdarzylo sie w Nowym
Jorku, najbardziej chyba pasuje pojecie tragedii greckiej, czyli sytuacji rozpaczliwej,
nieogarnionej i bez wyjscia. Czesto powtarzane przez media porownanie z Pearl
Harbor jest - moim zdaniem - calkowicie chybione. Tam wrog byl znany i umiejscowiony
geograficznie. Czerwone kola na skrzydlach japonskich samolotow zrzucajacych
bomby na amerykanska flote podawaly swoj adres. Wiadomo bylo, komu wymierzac
kare. I zostala wymierzona. Trzeba przyznac, ze z okrutnym naddatkiem: grzyb
atomowy nad Hiroszima i Nagasaki nie niszczyl okretow i zolnierzy, ale niewinnych
ludzi liczonych w pokolenia. Byl to odwet z punktu widzenia pragmatyki niepotrzebny.
Japonia byla juz bowiem na kolanach
Zastanawiam sie, czy w obecnej chwili wolno mi wspominac tamta rzez. A moze
wlasnie powinnam? Moze gdzies rowniez w dalekiej przeszlosci nalezy szukac ogniwa
lancucha zla?
*
To, co 11 wrzesnia 2001 roku dotknelo Ameryke, przezywalismy w Polsce "bez
reszty". Stosy kwiatow przed ambasada, znicze, swieczki w oknach osiedli mieszkaniowych,
jak w stanie wojennym. Wielu ludzi odgrzebalo z pamieci plonaca powstancza Warszawe.
Widok ze skarpy palacu Kazimierzowskiego na Powisle w ogniu; dziecko pomyslalo:
"Neron pali Rzym". Ksiadz dajacy rozgrzeszenie zywym i martwym in articulo
mortis. Smrod spalonych cial i zgliszcza. Nawyklismy do wojen i smierci.
Totez w dniach, gdy patrzylismy na walacy sie dolny Manhattan, wielu mowilo
z przekonaniem: "Pojdziemy umierac za Nowy Jork". Akurat w tym przypadku mozna
nam wierzyc. "Pojdziemy, jak kamienie rzucone na szaniec". W umieraniu za innych
jestesmy mocni. Ale czy nas zechca i docenia? Walczylismy u boku aliantow w
drugiej wojnie swiatowej i nawet nie oslodzili nam Jalty zaproszeniem do parady
zwyciestwa w Londynie. Anders patrzyl na nia z okna hotelu. Dla potomnych symbolem
zgniecenia komunizmu jest i bedzie runiecie muru berlinskiego. Kto dzis na swiecie
pamieta Stocznie Gdanska i wszystko, co sie u nas dokonalo. Mur berlinski byl
tego nastepstwem.
*
Nic dziwnego, ze wydarzenia amerykanskie wyrzucily z mediow i z mojej pamieci
dzien 17 wrzesnia 1939 roku. Cios zadany wowczas Polsce w plecy przez ZSRR.
Zawsze w tym dniu powracaly do mnie obrazy z dziecinstwa: stada ptakow, nieznosnie
kraczacych, zakrywajace ciemna chmara jaskrawoniebieskie niebo w przygranicznej
wiosce Choszcza, do ktorej zagnala nas ucieczka przed Niemcami. Oficerowie z
malenkiego garnizonu natychmiast pognani przez wroga na wschod. Formujace sie
pospiesznie bojowki Ukraincow, lypiace ku nam, a my ku nim, ze znakiem zapytania
w oczach: obie strony nie wiedzialy, jak sie do siebie odniesc - oni: zabic
od razu? My, glownie kobiety i dzieci - blagac o litosc, uciekac na oslep?
Kazdego 17 wrzesnia ten "film" nachodzil mnie z nieslabnaca sila. Az do chwili,
kiedy najpierw z radia (przy gotowaniu obiadu), potem z obrazow w telewizji
zobaczylam, co sie stalo po drugiej stronie Atlantyku. Juz wtedy nic sie nie
liczylo. Rowniez nasza rozrywkowa kampania wyborcza poszla w kat.
Myslalam ustawicznie, jak moglo do tego dojsc? Gdy czytelnik wezmie tekst ten
do reki, bedzie madrzejszy o setki analiz, komentarzy i faktow. Moze wybuchnie
"wojna swiatow"? Kto wie? Pozwolcie jednak, zeby ten moj drobny zapis pozostal.
Nie moglam pojac fatalnej wpadki. Zawiodl uwazany za najlepszy wywiad swiata.
Dlaczego? Zarozumialosc, niefrasobliwosc, arogancja? A moze swoisty prowincjonalizm?
Tak, prowincjonalizm. Myslenie w stylu: "Moja chata skraja". "Niech na calym
swiecie wojna, byle moja wies spokojna".
Zdziwila mnie miara nieudolnosci i nonszalancji fachowcow. Nie zadziwila natomiast
stracencza determinacja sluzb powolanych do ratowania zycia, strazakow i policjantow.
Wedle relacji Polaka, ktory tam byl, strumien pracujacych w wiezowcach parl
schodami w dol, drugi strumien - obroncow - w gore. Po smierc. Kto raz byl w
Ameryce, ten wie, ze w takich razach moze na pomoc liczyc. O Polakach mowi sie,
ze tez jestesmy dobrzy w jednorazowym bohaterstwie. Skoczyc po tonacego, skoczyc
w ogien po plonacego, tak, to potrafimy. Ale czynia to jednostki szlachetne
z natury. U Amerykanow dziala cos innego: wkodowane w umysl poczucie obowiazku
i godnosci, autentyczny etos zawodu. Odznaka, ktora nosi policjant czy strazak,
stanowi widomy symbol czegos, co u nas niegdys nazywano honorem. Niekoniecznie
odnosi sie to do ludzi wybitnych. Policjant moze byc nawet prywatnie lapowkarzem
i bic zone, ale w sytuacji totalnego zagrozenia stanie sie bohaterem, wcale
o tym nie myslac.
Nie wiem, jaki mechanizm tu dziala. Poczucie demokracji nie w gebie, lecz w
czynach? Solidarnosc z grupa? Ta sama solidarnosc, ktora w chwilach grozy kaze
Amerykaninowi skupic sie wokol osoby prezydenta, kimkolwiek by nie byl. Staje
sie on z miejsca Ojcem. Poczatkowo George'a W. Busha porownywano do George'a
Waszyngtona. Dopiero fakty sprawily, ze prawdziwym Ojcem okazal sie nie prezydent
panstwa, lecz burmistrz miasta Rudolph Giuliani.
*
Stalo sie. Mamy wlasny koniec swiata. Sondaze i ludzkie przekonanie mowily,
ze Sojusz Lewicy Demokratycznej wygra wybory w cuglach. Z lekkoscia baletnicy
przekroczy polowe puli i stanie sie jedynym bohaterem na placu, tworzac rzad
i nie ogladajac sie na zadna koalicje, ktora mieszalaby im szyki. Wiedzielismy
tez, choc smutek bral, ze szlachetna Unia Wolnosci, ta Unia, ktora wprowadzila
u nas nie tylko demokracje, ale za sprawa ekipy Tadeusza Mazowieckiego i Leszka
Balcerowicza ruszyla kolo zamachowe gospodarki, przedsiewziecie podziwiane przez
swiat - otoz ze ta Unia - przegra wybory Anno Domini 2001 z kretesem. Niektorzy
nawet przestrzegali: glos w najlepszej wierze, z wiernosci, z sympatii i szacunku
oddany na Unie, jest de facto glosem oddanym na SLD.
Tak, to wiedzielismy, ale ktoz mogl sie spodziewac zwyciestwa tych, ktorych
z szacunku dla rodakow nie nazwe holota? "Samoobrona" Andrzeja Leppera i Liga
Polskich Rodzin z takimi postaciami jak Wrzodak, Macierewicz, mlody Giertych,
u mnie, starej, budzacych strach jak potwory z bajek Grimma, a coz dopiero u
dzieci. Kraj nasz cofnal sie do czasu, kiedy punkty zdobywal Tyminski. Ale wtedy
bylismy jakos usprawiedliwieni. Kraj byl swiezo po komunie, ludzie zdezorientowani.
Teraz spoleczenstwo ogarnal gluchy gniew. Nie powiem, ze zwyciezyl populizm,
slowo malo konkretne. Zwyciezylo "nie!" dla prywaty rzadzacych, w ktorych rece
powierzylismy wladze. Zapomnieli, ze pogarda dla "czlowieka prostego" ma swoj
kres. Zapomnieli w zachlannosci, ze nozyc miedzy bogactwem a bieda nie mozna
rozwierac w nieskonczonosc. Nie przekona mnie gadanina o dekoniunkturze, o trudzie
wprowadzania czterech reform. Reform nieudacznych, wszystkich po kolei, glownie
dlatego, ze zawlaszczonych przez biurokracje, przez napychanie kieszeni przez
wyzszych urzednikow.
Zorientowalam sie, ze w moim glosie pobrzmiewa ton Leppera. Moj Boze, tego
Leppera-chuligana od blokad, kar wymierzanych publicznie na gole tylki przeciwnikow;
Leppera od zajazdu na Sejm i tego, ktory poboznie odmawial paciorek w celi wieziennej
we fleszach kamer.
Dzisiejszy Lepper jest utemperowany, objezdzil swiat, otrzaskal sie, ma poczucie
misji i ma charyzme, chociaz w niczym nie przypomina ona finezyjnej osobowosci
i wdzieku niegdysiejszego Lecha Walesy. Dzisiejszy Lepper potrafi zapedzic dziennikarzy
w kozi rog i napomniec publicznie, kto tu pelni role sluzebna. Dzisiejszy Lepper
nie chce zostac wicemarszalkiem Sejmu, nawet gdy poprosza. Zanudzilby sie, mowi,
sluchajac bajan poslow. Jest czlowiekiem czynu.
W czasie wieczoru wyborczego w jego komitecie w podwarszawskiej karczmie U
Witaszka bylo najhuczniej. Zebrani przestali byc Marysiami, Jasiami, ale zaczeli
sie tytulowac "panie posle, pani poslanko". Jedna pochwalila sie, ze w czasie
kampanii pistoletem dostrzeliwala do plakatow przeciwnikow portret Wodza. Jednemu
na policzku, drugiemu na czole, a Czeslawowi Bieleckiemu na szczece, "zeby Andrzej
zgrzytal mu w zebach". Gdy ciemna noca wszystkie komitety poszly juz do domu,
U Witaszka przy pieczonych prosiakach, gesiach, kaszance i salcesonie trwala
zabawa i szalone tany w rytm reklamowej piosenki "Ten kraj jest nasz i wasz,
nie damy bic sie w twarz, bedziemy walczyc jak lwy i nie przeszkodzi nikt".
SLD przeliczylo sie w rachubach na sukces; musi szukac koalicjanta. Z Lepperem?
On tego nie wyklucza. "Ale jak nie bedzie po mojemu, to sprowadze ludzi pod
Sejm...".
Glosowalam na Platforme Obywatelska. Dziwi mnie, ze tak malo ugrala, chociaz
jest na drugim miejscu. Dziwi mnie, bo ich propozycje byly sensowne i wyrazane
normalnym, zrozumialym jezykiem, bez zadecia. A przede wszystkim - mowila konkretami:
obiecuje zniesienie gigantycznych przerostow wszelkich zarzadow, rad nadzorczych,
spolek skarbu panstwa, a nawet niektorych stowarzyszen i fundacji pozarzadowych,
ktore zapomnialy o swojej statutowej roli i obrosly biurokracja. (Przykladowo:
w latach 90. namnozyly sie do liczby 30 tysiecy, pracuje w nich 100 tysiecy
osob na bardzo wysoko platnych etatach.) Platforma Obywatelska obiecuje wybory
wojtow, burmistrzow, prezydentow miast oddolnie, nie z nadania partyjnego. Obiecuje
finansowanie partii nie z kieszeni podatnika, ale przez wlasne fundusze (polityk
powinien wchodzic do polityki z pieniedzmi!) i "transparentnych" czyli jawnych
sponsorow. Czy nie sa to obiecanki-cacanki - zobaczymy. Na razie urzekla mnie
innosc stylu. Jest dla mnie rzecza zagadkowa, ze Platforme bojkotowaly prawie
wszystkie media. Dotychczas ludzilam sie, ze mamy media w miare niezalezne od
partii. Nie mamy, niestety.
Warszawa, 11-24 wrzesnia 2001 r.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |