JAN PIESZCZACHOWICZ
Wielki Samotnik
Kiedy patrze na dzieje pisarstwa Tadeusza Rozewicza, jego przeszlo polwiekowa
obecnosc na scenie literackiej, najbardziej uderza mnie samotnosc jego upartego
trwania. Wielu probowalo go nasladowac, ale nikomu sie nie udalo, choc ksztalt
Rozewiczowskiego wiersza odcisnal sie na czesci polskiej poezji powojennej wyraziscie.
Nie stworzyl szkoly, sam w zasadzie do niczego i nikogo nie nawiazywal. Zmienialy
sie literackie mody i prady, a on trwal niezmiennie, mimo ze wielokrotnie przepowiadano
jego tworczosci zmierzch, kryzys, nawet zapomnienie. Dzis poezja powojenna jest
niewyobrazalna bez jego wierszy, zyja one nadal mimo wszystkie przeciwnosci
cywilizacyjne i mimo spychania literatury na ubocze.
Rozewicz wmontowal w swoja praktyke pisarska mechanizm, ktory niegdys wielu
szokowal, a okazal sie w rezultacie czyms w rodzaju autoszczepionki: postanowil
nie tylko pozbawic poezje tradycyjnych atrybutow estetycznych, ale dokonac zamachu
na sama jej istote, wyciagajac radykalne konsekwencje z tego, co stalo sie ze
sztukami pieknymi i literatura w zawierusze drugiej wojny swiatowej. "Mam dwadziescia
cztery lata /ocalalem/ prowadzony na rzez" - napisal w jednym z wczesnych wierszy.
Doszedl do wniosku, ze poeta nie moze udawac, iz nic sie nie stalo: "Czulem,
ze cos skonczylo sie na zawsze dla mnie i dla ludzkosci. Cos czego nie uchronila
ani religia, ani nauka, ani sztuka...".
Dla "kamiennego swiata", przerazajaco opisanego przez Tadeusza Borowskiego,
nie bylo i nie ma alibi. Bolesnie poparzony przez pieklo historii czlowiek powinien
miec odwage spojrzec w oczy apokaliptycznej bestii, ktora zreszta w wierszach
Rozewicza przybiera nierzadko postac straszna, ale zarazem zalosnie banalna.
Wnioski dla poezji, jakie zaprezentowal chociazby w eseju Sezon poetycki
- jesien 1966 mogly zaszokowac, zanim sie z nimi oswojono. Poeta zaproponowal
cos w rodzaju lirycznej "opcji zero": zanegowal odwieczny ped do oryginalnosci,
egocentryzm, milosc wlasna, wiare w slowo i w jego magiczna urode. Skonczyl
sie sezon "Raju Jezyka" i "wiersz jaje/trzeba bedzie/ znosic/ nie w plewy slow
polslow cwiercslow/ ale wprost/ do przepasci do niczego". Dlatego - powiadal
Rozewicz - "mysle o poezji pozbawionej wszelkich interesujacych wlasciwosci",
ktora bylaby "glosem anonima", a nie literackiego gwiazdora. Krotko mowiac,
"Aby zmartwychwstac, poezja musiala umrzec. Bylem i ja sprawca i swiadkiem jej
smierci".
W wierszu Moja poezja jej rola zostala ograniczona jeszcze wyrazniej,
bo "niczego nie tlumaczy/ niczego nie wyjasnia /.../ ma miejsce zakreslone/
ktore musi wypelnic /.../ przegrywa sama ze soba". Na taki program mogl sobie
pozwolic tylko on - i tylko on mogl go probowac wypelnic. Poezja, zamordowana
przez bieg historii, zostala wskrzeszona jako twor na swoj sposob kaleki, w
rozsypce, fragmentaryczny, szorstki i surowy, takze w oszczednej metaforyce.
Te "obrazy-klocki", jak je okreslil Kazimierz Wyka, czy moze nawet obrazy-drobiny,
atomy swiata spekanego i zdezintegrowanego, zamienionego w gigantyczny smietnik,
na ktorym poeta trwa niby nowoczesny Hiob. Brzydota i szarosc dominuja rzeczywistosc,
pyszniaca sie cywilizacyjnym rozpedem, a "poeta smietnikow jest blizej prawdy/
niz poeta chmur" - czytamy w Opowiadaniu dydaktycznym.
Coz moze zaoferowac czytelnikowi poeta, ktory tak gleboko zwatpil? Przeciez
nawet tradycyjne "ja" liryczne zostalo przez niego zakwestionowane, stajac sie
glosem jakiegos "everymana", bezimiennego swiadka epoki, ktora go przygniata,
dezintegruje, rozdrabnia, rzuca na pastwe nieznanych, niezaleznych od woli sil.
W przekonaniu Rozewicza pozostaje trzymanie sie ziemi, nawet zasmieconej, sledzenie
drobin zycia, proby zawarcia sojuszu ze zwyczajnymi przedmiotami i nawet nijakimi
zdarzeniami, zwrot "do banalnej wiary, banalnej nadziei, banalnej milosci",
a takze "do banalnych prawd, do zwyklego sensu, do zdrowego rozsadku". To nie
minimalizm, o ktory czasami oskarzano poete, na zmiane z podejrzeniami o nihilizm.
Do takiego postawienia sprawy trzeba miec w gruncie rzeczy wielka odwage i byc
wybitnym poeta.
Rozewicz zdaje sie proponowac na pobojowisku historii, "na ziemi/ ubitej z
gazet/ na smietniku gdzie/ slina krew i zolc/ lezala wymieszana/ z gnojem slow"
(Walka z aniolem) swojego rodzaju prace u podstaw. W jego mniemaniu ludzkosc
tak dalece zabrnela w falsz, ze trzeba budowac, czy raczej odbudowywac rzeczywistosc
niemal od nowa, slowo po slowie, detal po detalu, az do pojawienia sie w nowej
postaci starych, elementarnych prawd. Cala operacja musi byc poprzedzona starannym
demontazem: "Powoli ostroznie trzeba zdejmowac slowa/ rozbierac obraz z obrazu/
obrazy z uczuc/ az do rdzenia/ do jezyka cierpienia/ do smierci" (Poslowie
do poematu).
Wielki Samotnik nie oczekuje poklasku, powiada: "ja odbieram sobie poezje/
zeby widziec jasniej". Cena takiego spojrzenia jest bardzo wysoka: to ciezar
rozdarcia i tragizmu istnienia nie podpartego metafizyka, paradoksalnie antybohatersko
heroicznego, bo "Przychodzi wielkie swiatlo/ zimne i okrutne". A jednak ten
antyliryczny poeta potrafi mowic o losie ludzkim tak, ze odczuwa sie gdzies
w glebi jakby tlumiony szloch, a swiatlo nabiera cieplej, ludzkiej barwy solidarnosci
z zywymi. Nawet ostatecznosc staje sie dramatycznie swojska, jak w Nie mam
odwagi, gdzie "o godzinie 22 przyszla/ smierc i mowi/ nie pisz juz tych
slow/ siedz prosto/ odloz pioro opusc rece", lub w wierszu Z kroniki zycia
Lwa Tolstoja: "chce jak male dziecko/ przytulic sie do matki /.../ pragne
smierci".
Dla Rozewicza jednak nie tyle smierc, stanowiaca integralna, ostatnia czesc
zycia jest kluczowym problemem, ale nicosc otaczajaca czlowieka ze wszystkich
stron, z ktora musi bezustannie walczyc, by samemu nie zamienic sie w nic, w
nikogo. Jak malo ktory poeta wspolczesny w skali swiata pokazal zagrazajaca
ludzkosci pustke duchowa i cywilizacyjna, coraz bardziej wszechwladna, uprzedmiotowiajaca
jednostki, zarazajaca je strachem: "nic z ulic i ust/ z ambon i wiez/ nic z
glosnikow/ mowi do niczego/ o niczym". Wtedy "byt-ku-smierci", jak pisal Martin
Heidegger, staje sie rzeczywistoscia absolutna, wypelniona rozpacza, przed ktora
mozna juz tylko skapitulowac. Poeta tego nie aprobuje, jak twierdzili niektorzy
krytycy - idzie raczej o protest ostateczny, moze i bezsilny, ale przeciez opowiadajacy
sie po stronie uwiklanego w smiertelna pulapke zycia czlowieka, chocby to byl
zalosny, ale i na swoj sposob bohaterski Nikt.
Przenikliwosc Rozewicza w portretowaniu mieszkanca dzisiejszego swiata, zdyszanego,
pelnego tlumow zadnych coraz wiekszej konsumpcji oraz pustych wewnatrz, wyalienowanych
jednostek jest chwilami porazajaca. To "Lawice ludzi/ tak blisko obok/ jedno
przy drugim/ ze widac rozklad /.../ zaczynamy zyc coraz samotniej/ odleglosc
od czlowieka do/ rosnie pod neonami/ w przeludnionych miastach/ ocierajac sie
o siebie do krwi/ zyjemy jak na wyspie", gdzie trzeba "Predzej jesc pic czytac
zyc/ kochac predzej/ dalej jechac leciec". Postacie z tych wierszy zdaja sie
byc zredukowane do cielesnosci, do biologicznej egzystencji, "naleza do swiata
zwierzat", zyja w swiecie namiastkowym, tymczasowym, sztucznym, kiczowatym,
trywialnym. Czlowiek uksztaltowany na jego obraz i podobienstwo, przy pomocy
pop-kultury i srodkow masowego przekazu jest nijaki, "drze sie miekko/ jak gazetowy
papier/ byle jak nierowno/ proby sklejenia/ nie daja wynikow".
Trudno sie w takiej sytuacji odbic od dna, bo umyka spod nog, a moze dno juz
nie istnieje? To swiat bez danej z gory sankcji ostatecznej. Poeta nie zamierza
opuszczac na niego "zaslony milosierdzia", przeciwnie, chce nami wstrzasnac,
zmusic do wlasnej refleksji, naklonic do "zycia w prawdzie", chocby byla najczarniejsza.
Pragnie uczynic nasza egzystencje bardziej autentyczna, sklonic do poszukiwania
prawdy indywidualnej, np. w wierszy Schodzac: "jestem jak czlowiek/ ktory
cos zgubil/ ale nie szukam/ dokola siebie/ czasem w srodku nocy/ w sobie lub
w samo poludnie/ w sobie szukam znajduje".
Tadeusz Rozewicz nie jest poeta, ktorego tworczosc mozna w calosci, raz na
zawsze akceptowac. To byloby sprzeczne z duchem jego pisarstwa, programowo niespokojnego,
niejednoznacznego, nieustannie, goraczkowo poszukujacego, bladzacego po sciezkach
zwatpienia, ale tez powracajacego niekiedy na spokojniejsza rownine zycia.
Jedno jest pewne: Wielki Samotnik nie pozostawia nikogo sposrod swoich czytelnikow
obojetnym. I za pelne dramatyzmu poetyckie czuwanie przez dziesieciolecia nalezy
mu sie wdziecznosc.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |