[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (5 pazdziernika 2001)


JAN PIESZCZACHOWICZ

Wielki Samotnik

Kiedy patrze na dzieje pisarstwa Tadeusza Rozewicza, jego przeszlo polwiekowa obecnosc na scenie literackiej, najbardziej uderza mnie samotnosc jego upartego trwania. Wielu probowalo go nasladowac, ale nikomu sie nie udalo, choc ksztalt Rozewiczowskiego wiersza odcisnal sie na czesci polskiej poezji powojennej wyraziscie. Nie stworzyl szkoly, sam w zasadzie do niczego i nikogo nie nawiazywal. Zmienialy sie literackie mody i prady, a on trwal niezmiennie, mimo ze wielokrotnie przepowiadano jego tworczosci zmierzch, kryzys, nawet zapomnienie. Dzis poezja powojenna jest niewyobrazalna bez jego wierszy, zyja one nadal mimo wszystkie przeciwnosci cywilizacyjne i mimo spychania literatury na ubocze.

Rozewicz wmontowal w swoja praktyke pisarska mechanizm, ktory niegdys wielu szokowal, a okazal sie w rezultacie czyms w rodzaju autoszczepionki: postanowil nie tylko pozbawic poezje tradycyjnych atrybutow estetycznych, ale dokonac zamachu na sama jej istote, wyciagajac radykalne konsekwencje z tego, co stalo sie ze sztukami pieknymi i literatura w zawierusze drugiej wojny swiatowej. "Mam dwadziescia cztery lata /ocalalem/ prowadzony na rzez" - napisal w jednym z wczesnych wierszy. Doszedl do wniosku, ze poeta nie moze udawac, iz nic sie nie stalo: "Czulem, ze cos skonczylo sie na zawsze dla mnie i dla ludzkosci. Cos czego nie uchronila ani religia, ani nauka, ani sztuka...".

Dla "kamiennego swiata", przerazajaco opisanego przez Tadeusza Borowskiego, nie bylo i nie ma alibi. Bolesnie poparzony przez pieklo historii czlowiek powinien miec odwage spojrzec w oczy apokaliptycznej bestii, ktora zreszta w wierszach Rozewicza przybiera nierzadko postac straszna, ale zarazem zalosnie banalna. Wnioski dla poezji, jakie zaprezentowal chociazby w eseju Sezon poetycki - jesien 1966 mogly zaszokowac, zanim sie z nimi oswojono. Poeta zaproponowal cos w rodzaju lirycznej "opcji zero": zanegowal odwieczny ped do oryginalnosci, egocentryzm, milosc wlasna, wiare w slowo i w jego magiczna urode. Skonczyl sie sezon "Raju Jezyka" i "wiersz jaje/trzeba bedzie/ znosic/ nie w plewy slow polslow cwiercslow/ ale wprost/ do przepasci do niczego". Dlatego - powiadal Rozewicz - "mysle o poezji pozbawionej wszelkich interesujacych wlasciwosci", ktora bylaby "glosem anonima", a nie literackiego gwiazdora. Krotko mowiac, "Aby zmartwychwstac, poezja musiala umrzec. Bylem i ja sprawca i swiadkiem jej smierci".

W wierszu Moja poezja jej rola zostala ograniczona jeszcze wyrazniej, bo "niczego nie tlumaczy/ niczego nie wyjasnia /.../ ma miejsce zakreslone/ ktore musi wypelnic /.../ przegrywa sama ze soba". Na taki program mogl sobie pozwolic tylko on - i tylko on mogl go probowac wypelnic. Poezja, zamordowana przez bieg historii, zostala wskrzeszona jako twor na swoj sposob kaleki, w rozsypce, fragmentaryczny, szorstki i surowy, takze w oszczednej metaforyce. Te "obrazy-klocki", jak je okreslil Kazimierz Wyka, czy moze nawet obrazy-drobiny, atomy swiata spekanego i zdezintegrowanego, zamienionego w gigantyczny smietnik, na ktorym poeta trwa niby nowoczesny Hiob. Brzydota i szarosc dominuja rzeczywistosc, pyszniaca sie cywilizacyjnym rozpedem, a "poeta smietnikow jest blizej prawdy/ niz poeta chmur" - czytamy w Opowiadaniu dydaktycznym.

Coz moze zaoferowac czytelnikowi poeta, ktory tak gleboko zwatpil? Przeciez nawet tradycyjne "ja" liryczne zostalo przez niego zakwestionowane, stajac sie glosem jakiegos "everymana", bezimiennego swiadka epoki, ktora go przygniata, dezintegruje, rozdrabnia, rzuca na pastwe nieznanych, niezaleznych od woli sil. W przekonaniu Rozewicza pozostaje trzymanie sie ziemi, nawet zasmieconej, sledzenie drobin zycia, proby zawarcia sojuszu ze zwyczajnymi przedmiotami i nawet nijakimi zdarzeniami, zwrot "do banalnej wiary, banalnej nadziei, banalnej milosci", a takze "do banalnych prawd, do zwyklego sensu, do zdrowego rozsadku". To nie minimalizm, o ktory czasami oskarzano poete, na zmiane z podejrzeniami o nihilizm. Do takiego postawienia sprawy trzeba miec w gruncie rzeczy wielka odwage i byc wybitnym poeta.

Rozewicz zdaje sie proponowac na pobojowisku historii, "na ziemi/ ubitej z gazet/ na smietniku gdzie/ slina krew i zolc/ lezala wymieszana/ z gnojem slow" (Walka z aniolem) swojego rodzaju prace u podstaw. W jego mniemaniu ludzkosc tak dalece zabrnela w falsz, ze trzeba budowac, czy raczej odbudowywac rzeczywistosc niemal od nowa, slowo po slowie, detal po detalu, az do pojawienia sie w nowej postaci starych, elementarnych prawd. Cala operacja musi byc poprzedzona starannym demontazem: "Powoli ostroznie trzeba zdejmowac slowa/ rozbierac obraz z obrazu/ obrazy z uczuc/ az do rdzenia/ do jezyka cierpienia/ do smierci" (Poslowie do poematu).

Wielki Samotnik nie oczekuje poklasku, powiada: "ja odbieram sobie poezje/ zeby widziec jasniej". Cena takiego spojrzenia jest bardzo wysoka: to ciezar rozdarcia i tragizmu istnienia nie podpartego metafizyka, paradoksalnie antybohatersko heroicznego, bo "Przychodzi wielkie swiatlo/ zimne i okrutne". A jednak ten antyliryczny poeta potrafi mowic o losie ludzkim tak, ze odczuwa sie gdzies w glebi jakby tlumiony szloch, a swiatlo nabiera cieplej, ludzkiej barwy solidarnosci z zywymi. Nawet ostatecznosc staje sie dramatycznie swojska, jak w Nie mam odwagi, gdzie "o godzinie 22 przyszla/ smierc i mowi/ nie pisz juz tych slow/ siedz prosto/ odloz pioro opusc rece", lub w wierszu Z kroniki zycia Lwa Tolstoja: "chce jak male dziecko/ przytulic sie do matki /.../ pragne smierci".

Dla Rozewicza jednak nie tyle smierc, stanowiaca integralna, ostatnia czesc zycia jest kluczowym problemem, ale nicosc otaczajaca czlowieka ze wszystkich stron, z ktora musi bezustannie walczyc, by samemu nie zamienic sie w nic, w nikogo. Jak malo ktory poeta wspolczesny w skali swiata pokazal zagrazajaca ludzkosci pustke duchowa i cywilizacyjna, coraz bardziej wszechwladna, uprzedmiotowiajaca jednostki, zarazajaca je strachem: "nic z ulic i ust/ z ambon i wiez/ nic z glosnikow/ mowi do niczego/ o niczym". Wtedy "byt-ku-smierci", jak pisal Martin Heidegger, staje sie rzeczywistoscia absolutna, wypelniona rozpacza, przed ktora mozna juz tylko skapitulowac. Poeta tego nie aprobuje, jak twierdzili niektorzy krytycy - idzie raczej o protest ostateczny, moze i bezsilny, ale przeciez opowiadajacy sie po stronie uwiklanego w smiertelna pulapke zycia czlowieka, chocby to byl zalosny, ale i na swoj sposob bohaterski Nikt.

Przenikliwosc Rozewicza w portretowaniu mieszkanca dzisiejszego swiata, zdyszanego, pelnego tlumow zadnych coraz wiekszej konsumpcji oraz pustych wewnatrz, wyalienowanych jednostek jest chwilami porazajaca. To "Lawice ludzi/ tak blisko obok/ jedno przy drugim/ ze widac rozklad /.../ zaczynamy zyc coraz samotniej/ odleglosc od czlowieka do/ rosnie pod neonami/ w przeludnionych miastach/ ocierajac sie o siebie do krwi/ zyjemy jak na wyspie", gdzie trzeba "Predzej jesc pic czytac zyc/ kochac predzej/ dalej jechac leciec". Postacie z tych wierszy zdaja sie byc zredukowane do cielesnosci, do biologicznej egzystencji, "naleza do swiata zwierzat", zyja w swiecie namiastkowym, tymczasowym, sztucznym, kiczowatym, trywialnym. Czlowiek uksztaltowany na jego obraz i podobienstwo, przy pomocy pop-kultury i srodkow masowego przekazu jest nijaki, "drze sie miekko/ jak gazetowy papier/ byle jak nierowno/ proby sklejenia/ nie daja wynikow".

Trudno sie w takiej sytuacji odbic od dna, bo umyka spod nog, a moze dno juz nie istnieje? To swiat bez danej z gory sankcji ostatecznej. Poeta nie zamierza opuszczac na niego "zaslony milosierdzia", przeciwnie, chce nami wstrzasnac, zmusic do wlasnej refleksji, naklonic do "zycia w prawdzie", chocby byla najczarniejsza. Pragnie uczynic nasza egzystencje bardziej autentyczna, sklonic do poszukiwania prawdy indywidualnej, np. w wierszy Schodzac: "jestem jak czlowiek/ ktory cos zgubil/ ale nie szukam/ dokola siebie/ czasem w srodku nocy/ w sobie lub w samo poludnie/ w sobie szukam znajduje".

Tadeusz Rozewicz nie jest poeta, ktorego tworczosc mozna w calosci, raz na zawsze akceptowac. To byloby sprzeczne z duchem jego pisarstwa, programowo niespokojnego, niejednoznacznego, nieustannie, goraczkowo poszukujacego, bladzacego po sciezkach zwatpienia, ale tez powracajacego niekiedy na spokojniejsza rownine zycia.

Jedno jest pewne: Wielki Samotnik nie pozostawia nikogo sposrod swoich czytelnikow obojetnym. I za pelne dramatyzmu poetyckie czuwanie przez dziesieciolecia nalezy mu sie wdziecznosc.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail