PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (28 wrzesnia 2001)


Stanislaw A. Blejwas (1941-2001)

I jesli ja z niej odejde, to ona zostanie...

Od dobrych kilku lat obiecywalismy sobie z profesorem Stanislawem Blejwasem, ze wreszcie znajdziemy czas i w zacisznym miejscu usiadziemy i porozmawiamy o katedrze. "Profesorze - mowilam za kazdym razem, kiedy sie spotkalismy - mamy zalegla rozmowe". Zawsze odwzajemnial sie cieplym usmiechem, przyznawal, ze mam racje i znowu rozmowe odkladalismy na tak zwana najblizsza przyszlosc. A okazji do owych "najblizszych przyszlosci" mielismy duzo, bo dawaly nam je chocby spotkania na wykladach czy wydarzenia polonijne, male lub duze, wszystkie dla Profesora wazne, w ktorych wspolnie uczestniczylismy. Lata zatem plynely, los przynosil wiele wspanialych wydarzen, a my, pozdrawiajac sie z daleka czy wymieniajac korespondencje, wiedzielismy, ze "najblizsza przyszlosc" juz tuz, tuz. Pod koniec czerwca, pchana jakas determinacja, przyrzeklam sobie, ze koniec z przesuwaniem terminu. Zauwazylam, ze Profesorowi tez jakby sie to znudzilo. Umowilismy sie zatem w bibliotece na Central Connecticut State University, by porozmawiac o Katedrze Studiow Polskich i Polonijnych, jednej z trzech tego rodzaju na uniwersytetach amerykanskich. Dla mnie jednak nie historia katedry byla najciekawsza, znalam ja dobrze, bo po czesci powstawala na moich oczach. Najbardziej interesowalam sie, czym jest dla Profesora, syna polskich emigrantow, ktory przez te wszystkie lata, co nam tak niepostrzezenie uciekaly, ja tworzyl. "Jakie to dziwne - powiedzial Profesor - przez tyle lat nikt nigdzie mnie o to nie zapytal i ja sam tez nigdy glebiej sie nad tym nie zastanawialem". Wiedzial, ze to wazne pytanie, wiec nie spieszyl sie z odpowiedzia, nieco sie zamyslil i nie zawstydzil, kiedy oczy napelnily mu sie lzami. A potem opowiadal mi o swej polskiej rodzinie na Brooklynie, o tym, jak byl swiadkiem wiecznych sporow rodzinnych o Jalte i o tym, jak postanowil studiowac historie, by moc samodzielnie rozwiazywac te wasnie. W koncu stwierdzil, ze prowadzenie katedry jest dla niego ciaglym poszukiwaniem odpowiedzi na wszystkie trudne pytania, ktore zwykl zadawac jego ojciec i wuj, a takze proba zrozumienia, dlaczego byly one dla nich tak istotne. Wspomnienia Profesora znalazlam jako fascynujaca opowiesc czlowieka, ktory porzucil prestizowy Columbia University dla prowincjonalnego New Britain, by poszukiwac tam swoich korzeni i by znajdowac dla nich zyzna glebe. Wiedzialam jednak, ze na co dzien ta opowiesc, na wskros romantyczna w wymowie, jest benedyktynska praca naukowca, administratora, spolecznika i organizatora, bo przynajmniej tyle funkcji przyszlo mu pelnic w roli kierownika katedry. Mowilismy tez o tym. Wspominalam znakomite wyklady organizowane przez Profesora i mowilam, ze stworzyl nam tutaj w New Britain raj intelektualny, "bo przeciez, gdzie bysmy mieli taki latwy dostep do takich znakomitosci jak Norman Davies, Adam Michnik czy Eva Hoffman". Profesor przyznawal, ze sporo zostalo zrobione, ze sprawia mu ogromna radosc, ze wczesniejszy Program Polski zostal przeksztalcony na stala Katedre Studiow Polskich i Polonijnych i ze ma ona juz znaczace miejsce w ludzkich sercach. Uwazal, ze takie katedry, jak ta w New Britain, spelniaja wyjatkowa role, a wiec wymagaja ciaglych inwestycji - intelektualnych i finansowych. Z duzym zatem entuzjazmem opowiadal mi o swoich nowych, imponujacych zamyslach, a ja nie moglam sie doczekac ich realizacji, szczegolnie, ze jeden z nich mial dotyczyc roli kobiety we wspolczesnej Polsce.

Nasze spotkanie tego czerwcowego popoludnia odbywalo sie w kilka dni po przyjezdzie Profesora z Waszyngtonu, gdzie z nominacji prezydenta Billa Clintona pelnil funkcje jednego z dyrektorow US Holocaust Memorial Council. Jego zaangazowanie w sprawy polsko-zydowskie bylo zawsze racjonalne, pewnie dlatego zdecydowalam sie z nim porozmawiac na temat Jedwabnego. Byl wstrzemiezliwy w osadach i wyraznie czekal na wyniki prowadzonych badan. Nie szczedzil jednak pochwal polskim historykom, ktorzy, jego zdaniem, doskonale przygotowali swiat, a szczegolnie Ameryke do odbioru tej tragedii. Byl rad, ze po angielskojezycznej wersji Sasiadow nie rozpetala sie histeria w amerykanskich mediach, czego sie obawial. Histeria faktycznie sie nie rozpetala, ale Profesor placil wysoka cene za swoje zaangazowanie w proby pojednania obu narodow. Po wywiadzie, jakiego udzielil lokalnej prasie, dostawal listy okropnej tresci, anonimy, a nawet pogrozki. Nie rozmawialismy oczywiscie na ten temat, ale wiem, ze byl to dla niego ogromny cios i kazdy, kto go w jakikolwiek sposob zranil, ponosi odpowiedzialnosc za to, co sie stalo. Czlowieka bowiem mozna ranic do czasu, az mu peknie serce. Profesorowi, ktory obchodzilby swoje 60. urodziny 5 pazdziernika, peklo ono 23 wrzesnia, dlatego to moje z nim czerwcowe ponaddwugodzinne spotkanie, odkladane latami, nabralo tak szczegolnego znaczenia. Podziekowal mi za nie bardzo serdecznie, wyznajac, ze nie pamieta, kiedy mial tak spokojna pogawedke. Wtedy uznalam to za rodzaj komplementu, dzisiaj wiem, ze faktycznie dalam mu chwile ulgi.

Czy moglam spodziewac sie, ze zadajac Profesorowi pytanie o role katedry w jego zyciu, prosze go o publiczne podsumowanie jego zycia?

Czy moglam spodziewac sie, ze slowa Profesora: "I jesli ja z niej odejde, to ona zostanie, bo tu juz ma swoje stale miejsce", nagle tak tragicznie sie ucielesnia? Nikt sie tego nie spodziewal. Profesora juz nie ma i nikt go zastapic nie moze, ale katedra, tak jak powiedzial, zostanie.

Jolanta Szepieniec

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail