Stanislaw A. Blejwas
(1941-2001)
I jesli ja z
niej odejde, to ona zostanie...
Od
dobrych kilku lat obiecywalismy sobie z profesorem Stanislawem
Blejwasem, ze wreszcie znajdziemy czas i w zacisznym miejscu
usiadziemy i porozmawiamy o katedrze. "Profesorze - mowilam
za kazdym razem, kiedy sie spotkalismy - mamy zalegla rozmowe".
Zawsze odwzajemnial sie cieplym usmiechem, przyznawal, ze
mam racje i znowu rozmowe odkladalismy na tak zwana najblizsza
przyszlosc. A okazji do owych "najblizszych przyszlosci"
mielismy duzo, bo dawaly nam je chocby spotkania na wykladach
czy wydarzenia polonijne, male lub duze, wszystkie dla Profesora
wazne, w ktorych wspolnie uczestniczylismy. Lata zatem plynely,
los przynosil wiele wspanialych wydarzen, a my, pozdrawiajac
sie z daleka czy wymieniajac korespondencje, wiedzielismy,
ze "najblizsza przyszlosc" juz tuz, tuz. Pod koniec czerwca,
pchana jakas determinacja, przyrzeklam sobie, ze koniec
z przesuwaniem terminu. Zauwazylam, ze Profesorowi tez jakby
sie to znudzilo. Umowilismy sie zatem w bibliotece na Central
Connecticut State University, by porozmawiac o Katedrze
Studiow Polskich i Polonijnych, jednej z trzech tego rodzaju
na uniwersytetach amerykanskich. Dla mnie jednak nie historia
katedry byla najciekawsza, znalam ja dobrze, bo po czesci
powstawala na moich oczach. Najbardziej interesowalam sie,
czym jest dla Profesora, syna polskich emigrantow, ktory
przez te wszystkie lata, co nam tak niepostrzezenie uciekaly,
ja tworzyl. "Jakie to dziwne - powiedzial Profesor - przez
tyle lat nikt nigdzie mnie o to nie zapytal i ja sam tez
nigdy glebiej sie nad tym nie zastanawialem". Wiedzial,
ze to wazne pytanie, wiec nie spieszyl sie z odpowiedzia,
nieco sie zamyslil i nie zawstydzil, kiedy oczy napelnily
mu sie lzami. A potem opowiadal mi o swej polskiej rodzinie
na Brooklynie, o tym, jak byl swiadkiem wiecznych sporow
rodzinnych o Jalte i o tym, jak postanowil studiowac historie,
by moc samodzielnie rozwiazywac te wasnie. W koncu stwierdzil,
ze prowadzenie katedry jest dla niego ciaglym poszukiwaniem
odpowiedzi na wszystkie trudne pytania, ktore zwykl zadawac
jego ojciec i wuj, a takze proba zrozumienia, dlaczego byly
one dla nich tak istotne. Wspomnienia Profesora znalazlam
jako fascynujaca opowiesc czlowieka, ktory porzucil prestizowy
Columbia University dla prowincjonalnego New Britain, by
poszukiwac tam swoich korzeni i by znajdowac dla nich zyzna
glebe. Wiedzialam jednak, ze na co dzien ta opowiesc, na
wskros romantyczna w wymowie, jest benedyktynska praca naukowca,
administratora, spolecznika i organizatora, bo przynajmniej
tyle funkcji przyszlo mu pelnic w roli kierownika katedry.
Mowilismy tez o tym. Wspominalam znakomite wyklady organizowane
przez Profesora i mowilam, ze stworzyl nam tutaj w New Britain
raj intelektualny, "bo przeciez, gdzie bysmy mieli taki
latwy dostep do takich znakomitosci jak Norman Davies, Adam
Michnik czy Eva Hoffman". Profesor przyznawal, ze sporo
zostalo zrobione, ze sprawia mu ogromna radosc, ze wczesniejszy
Program Polski zostal przeksztalcony na stala Katedre Studiow
Polskich i Polonijnych i ze ma ona juz znaczace miejsce
w ludzkich sercach. Uwazal, ze takie katedry, jak ta w New
Britain, spelniaja wyjatkowa role, a wiec wymagaja ciaglych
inwestycji - intelektualnych i finansowych. Z duzym zatem
entuzjazmem opowiadal mi o swoich nowych, imponujacych zamyslach,
a ja nie moglam sie doczekac ich realizacji, szczegolnie,
ze jeden z nich mial dotyczyc roli kobiety we wspolczesnej
Polsce.
Nasze spotkanie tego czerwcowego popoludnia odbywalo sie w kilka dni po przyjezdzie
Profesora z Waszyngtonu, gdzie z nominacji prezydenta Billa Clintona pelnil
funkcje jednego z dyrektorow US Holocaust Memorial Council. Jego zaangazowanie
w sprawy polsko-zydowskie bylo zawsze racjonalne, pewnie dlatego zdecydowalam
sie z nim porozmawiac na temat Jedwabnego. Byl wstrzemiezliwy w osadach i wyraznie
czekal na wyniki prowadzonych badan. Nie szczedzil jednak pochwal polskim historykom,
ktorzy, jego zdaniem, doskonale przygotowali swiat, a szczegolnie Ameryke do
odbioru tej tragedii. Byl rad, ze po angielskojezycznej wersji Sasiadow nie rozpetala sie histeria w amerykanskich mediach, czego sie obawial. Histeria
faktycznie sie nie rozpetala, ale Profesor placil wysoka cene za swoje zaangazowanie
w proby pojednania obu narodow. Po wywiadzie, jakiego udzielil lokalnej prasie,
dostawal listy okropnej tresci, anonimy, a nawet pogrozki. Nie rozmawialismy
oczywiscie na ten temat, ale wiem, ze byl to dla niego ogromny cios i kazdy,
kto go w jakikolwiek sposob zranil, ponosi odpowiedzialnosc za to, co sie stalo.
Czlowieka bowiem mozna ranic do czasu, az mu peknie serce. Profesorowi, ktory
obchodzilby swoje 60. urodziny 5 pazdziernika, peklo ono 23 wrzesnia, dlatego
to moje z nim czerwcowe ponaddwugodzinne spotkanie, odkladane latami, nabralo
tak szczegolnego znaczenia. Podziekowal mi za nie bardzo serdecznie, wyznajac,
ze nie pamieta, kiedy mial tak spokojna pogawedke. Wtedy uznalam to za rodzaj
komplementu, dzisiaj wiem, ze faktycznie dalam mu chwile ulgi.
Czy moglam spodziewac sie, ze zadajac Profesorowi pytanie o role katedry w
jego zyciu, prosze go o publiczne podsumowanie jego zycia?
Czy moglam spodziewac sie, ze slowa Profesora: "I jesli ja z niej odejde, to
ona zostanie, bo tu juz ma swoje stale miejsce", nagle tak tragicznie sie ucielesnia?
Nikt sie tego nie spodziewal. Profesora juz nie ma i nikt go zastapic nie moze,
ale katedra, tak jak powiedzial, zostanie.
Jolanta Szepieniec
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |