Podziemna globalizacja
- prywatyzacja przemocy
Z Ryszardem Kapuscinskim rozmawia Czeslaw Karkowski
Czeslaw Karkowski: - Panskie poczynione na goraco uwagi na temat terrorystycznego zamachu na Nowy Jork i Waszyngton, opublikowane w "Przegladzie Polskim" z 14 wrzesnia br., nasuwaja wiele pytan i - jak sadze - wymagaja szerszego komentarza.
Ryszard Kapuscinski: - Przede wszystkim nie chcialbym mowic o samym ataku i jego bezposrednich sprawcach oraz konkretnych nastepstwach. To sprawa politykow. Natomiast wydaje mi sie szalenie wazny szerszy punkt widzenia. Jestem przekonany, ze im bardziej bedziemy wychodzili na zewnatrz jadra tego wydarzenia, tym bardziej bedzie sie nam rozjasniac i klarowac cala sytuacja. Bardzo istotny jest oglad horyzontalny, bowiem to, co sie stalo 11 wrzesnia, stanowi czesc panoramy swiata, w ktorym zyjemy. Nie chce ani usprawiedliwiac, ani nawet wyjasniac korzeni zamachu terrorystycznego, chcialby raczej zarysowac kontekst, w ktorym do niego doszlo.
- Czy sklanialby sie Pan ku tezie, ze oto moze rozpoczac sie wojna cywilizacji - zachodniej z islamem albo przynajmniej jego najbardziej agresywna forma?
- Nastawienie, jak i oglad sprawy nie moze i nie powinien kierowac sie w strone wojny z islamem. Dla politykow najistotniejsze jest w tej chwili oddzielenie terroryzmu od kwestii muzulmanskiej. Obawiam sie jednak, ze w obecnym stanie nastrojow bedzie o takie rozdzielenie trudno.
- Czy bedzie mozna powiedziec, ze wypowiadamy wojne tylko terroryzmowi - niezaleznie od religii, kultury i racji, w imie ktorych wystepuje?
- Niemozliwe. Terrorysci to sa ryby, ktore plywaja w tej wodzie. Oni zyja i funkcjonuja wewnatrz tych spoleczenstw. Chcialbym jednak podkreslic, ze na cala sprawe terrorystycznego zamachu na Ameryke nie mozna spogladac w oddzieleniu od calego kontekstu, w ktorym do ataku doszlo.
Punktem wyjscia mojej oceny sytuacji jest falszywa ocena konca zimnej wojny, traktowana jako kres konfliktow w ogole, tak jak to w modelowy niejako sposob przedstawil Francis Fukuyama w glosnym artykule o "koncu historii", rozbudowanym pozniej do rozmiarow ksiazki. To on wlasnie skodyfikowal rozpowszechniona wowczas bledna, zupelnie falszywa ocene sytuacji. Fukuyama nalezy do Rand Co. i ta wlasnie korporacja nadala swiatowy rozglos jego tekstowi i zawartej w nim tezie. Poza tym jego koncepcja pasowala do ogolnego triumfalnego nastroju, jaki zapanowal od konca lat 80. Na Zachodzie przyjeto bezkrytycznie teze wlasciwie absurdalna, bo przeciez zywiolem historii, motorem napedowym dziejow byl zawsze konflikt. A tu uznano, ze konflikty sie skonczyly. Teza Fukuyamy wynikala ze skadinad racjonalnego myslenia, ze skoro liberalna demokracja okazala sie forma najbardziej odpowiadajaca ludzkosci i wyszla zwyciesko ze starcia z innymi formami prawno-ustrojowymi, to znaczy, ze kierujac sie racjonalna kalkulacja wszyscy ludzie kierowac sie beda hurmem w strone liberalnej demokracji.
Nie uwzglednil on przy tym, ze inne kultury, inne tradycje, wcale nie musza uwazac tego ustroju za najwyzsza forme zycia i porzadku spoleczno-politycznego.
Ale fakt, ze teorii Fukuyamy nadano znamiona manifestu i programu, pociagnal za soba fatalne skutki. Z tego zrodla - mozna powiedziec - wziely poczatek tendencje w demokracji zachodniej, ktore dominowaly przez minione dziesiec lat z okladem. Skoro juz nie ma konfliktow i nie ma zagrozen, to media sprowadzono do rangi rozrywki, a potrzeby spoleczne - do rzedu konsumpcji. Te dwie postawy nawzajem sie uzupelnialy i wzmacnialy - rozrywka rodzila i napedzala konsumpcje, ta druga napedzala pierwsza. Cala zachodnia swiadomosc, energia i wysilek sprowadzily sie do tych dwoch form dzialalnosci.
Krytyka takiej postawy nastapila w samej spolecznosci amerykanskiej i jej objawy zostaly zauwazone bardzo wczesnie, np. w pracy Neila Postmana pt. Amusing Ourselves to Death. To on bodaj jako pierwszy pokazal, jak telewizja nie tylko coraz bardziej opanowana zostaje przez rozrywke, ale jak w rozrywke przeksztalca nawet programy informacyjne i publicystyczne. Cale zycie widzi sie jako zabawe, a wojne czy inne tragiczne wydarzenia przeksztalcono w widowiska. Postawa taka zaczela zaslaniac obraz swiata, a nie jest to bynajmniej wizerunek wesoly.
Tymczasem wraz z koncem zimnej wojny dokonuja sie dwa bardzo niebezpieczne procesy, niosace ze soba ogromne zagrozenia. Pierwszy - koniec wojny jakby "odmrozil" swiat i umozliwil wszelkim drobnym nacjonalizmom, lokalnym roznicom, rasizmom, animozjom wyjsc na powierzchnie. Poprzednio wszystkie konflikty tlumiono w imie koncentracji na glownym, "blokowym" konflikcie, ktory w latach 1945-1989 byl najwazniejszy.
Drugi proces to rozwoj ekonomiczny i technologiczny oraz jego konsekwencje. Okazal sie on rozwojem generujacym nierownosci. Jego istota bylo to, ze roznice miedzy bogatymi i biednymi sie poglebialy. Dysproporcje te powodowaly reakcje Trzeciego Swiata na efekt postepujacej marginalizacji panstw biednych i zacofanych.
W ostatnim dziesiecioleciu nastapil ogromny wzrost swiadomosci spoleczenstw zmarginalizowanych. Zaczelo w nich wzrastac poczucie godnosci, znaczenia, wartosci wlasnych kultur. Ludzie z tych terenow czuja sie teraz samowystarczalni duchowo, a nie jak przedtem - jak ubodzy krewni i uzupelnienie do cywilizacji zachodnich. To bardzo istotny element. Ludzie nie czuja sie zdominowani w sensie duchowym; przeciwnie, czuja sie wyzwoleni.
- Czy w takim razie Zachod nie jest przypadkowym sprawca wzrostu samoswiadomosci wynikajacego stad, ze napor zachodniej kultury (w ramach globalizacji) wywolal w Trzecim Swiecie reakcje obronna?
- To jedno, ale po drugie, rozbudzenie samoswiadomosci jest wynikiem postepujacej rewolucji elektronicznej i rozwoju srodkow masowego przekazu.
- Teza Francisa Fukuyamy jest mi zasadniczo dosc bliska, z tym ze jego koncepcje interpretowalem nieco inaczej. Wedlug mnie Fukuyama twierdzi, ze historia wszystkich narodow (historia uniwersalna) to dzieje dazenia do wolnosci. W momencie uzyskania wolnosci, rozumianej jako liberalna demokracja zachodnia, historia sie konczy. Czy nie mozemy wiec interpretowac wszelkiego rodzaju fundamentalizmow w dzisiejszych czasach jako reakcji sil "wstecznych", dzisiejszych "ludystow" walczacych z postepem, z naporem instytucji i porzadkow zachodniego swiata? Jak dawni "niszczyciele maszyn", wspolczesni "ludysci" takze chca zniszczyc Zachod, aby sie oprzec (daremnie) postepom liberalnej demokracji.
- Nie przecenialbym sily fundamentalizmow. Nie caly Trzeci Swiat jest swiatem islamskim, a nawet wsrod muzulmanow fundamentalizm stanowi zaledwie fragment szerszych zjawisk tam zachodzacych. Tymczasem zjawisko, o ktorym mowie: rosnacej samoswiadomosci, obejmuje wszystkie narody - w Azji, Afryce, Ameryce Lacinskiej.
W tym, co mowi Fukuyama, tkwi zasadniczy blad, albowiem rozne narody rozmaicie rozumieja pojecie wolnosci. On je utozsamia z modelem amerykanskim, podczas gdy w innych kulturach niekoniecznie musi tak byc. Fukuyama sadzi, ze istnieje tylko jedna prawdziwa wolnosc, co nie jest, w moim przekonaniu, prawda. W roznych kulturach np. prawa czlowieka oznaczaja co innego, podczas gdy my jestesmy sklonni widziec w nich jedna formule - na wzor zachodni.
- Konkluzja jest wiec bardzo pesymistyczna: ze taki konflikt jest nieunikniony.
- Niekoniecznie musi to byc konflikt krwawy i w ogole niekoniecznie musi to byc konflikt.
Postepujace zmarginalizowanie, o ktorym mowilem, rodzi ogromna frustracje i nastroje zawisci, negacji wobec Zachodu, a przede wszystkim Stanow Zjednoczonych. To, co sie zdarzylo 11 wrzesnia, mialo miejsce w pewnym klimacie utrzymujacym sie od lat. Nie przytrafilo sie w chwili, kiedy caly swiat kocha Ameryke i tylko paru szalencow postanowilo dokonac desperackiego zamachu.
Niepokojace sygnaly tego rosnacego niezadowolenia dawaly sie zaobserwowac od pewnego czasu. Przypomnijmy tylko niedawne wykluczenie USA z Komisji Praw Czlowieka Organizacji Narodow Zjednoczonych; szereg wystapien, masowych demonstracji przeciwko globalizacji, wielkich protestow z okazji spotkan miedzynarodowych instytucji. Proby sprowadzenia tych protestow do wystapien anarchistow, chuliganow i innych malkontentow sygnalizowaly, ze nie chce sie zrozumiec istoty rzeczy. To bylo tak, jak w 1968 r., kiedy objawy niezadowolenia daly sie odczuc najpierw na uniwersytetach, w ruchach wyrazajacych tylko klimat frustracji, bez wyraznych programow, bez konkretnego oblicza i kierunku; chodzilo jakby wylacznie o protest.
Obecne coraz gwaltowniejsze demonstracje antyglobalistow - od Seattle po niedawna Genue - stanowia sygnal, ze atmosfera niezadowolenia zaczyna przepelniac miare i znajduje ujscie na razie w przypadkowych ulicznych bijatykach z policja.
Ostatnim takim sygnalem byla konferencja w Durbanie poswiecona problemom rasizmu. Od rozpadu ruchu panstw niezaangazowanych stanowila pierwsza probe stworzenia wspolnej platformy. Takze i tutaj sa rozmaite nurty, ale pojawily sie glosy bardzo istotne. Tymczasem zostaly one, niestety, zupelnie zlekcewazone przez delegacje amerykanska. W Waszyngtonie i innych stolicach potraktowano konferencje ze wzruszeniem ramion, tymczasem tam, na miejscu decyzja USA o wycofaniu sie z udzialu w niej wywolala wprost furie.
W poczatkach XXI wieku narasta tedy atmosfera dezaprobaty i krytyki wobec poczynan i postawy Ameryki w stosunku do krajow Trzeciego Swiata.
- Nie wyobrazamy sobie przeciez innej drogi, odwrocenia procesow globalizacji...
- Naturalnie ze nie, ale chcialbym zwrocic uwage na to, ze zwykle mowimy o jednej globalizacji, w ktorej wielki kapital dazy do opanowania wszystkich rynkow, a wielkie korporacje dzialaja ponad granicami panstw. Ale przeciez jest i druga globalizacja - podziemna; globalizacja handlu narkotykami, nielegalnego handlu bronia, globalizacja unikania placenia podatkow, prania pieniedzy, globalizacja przerzutu i handlu ludzmi. Dla obslugi tego systemu pracuja coraz wieksze grupy ludzi - roznego rodzaju mafie, prywatne armie, najemnicy, grupy terrorystyczne. W porownaniu z terrorystami z przelomu XIX i XX wieku to sa dzisiaj bogate organizacje, instytucje wrecz, ktore moga sobie pozwolic na operacje wymagajace wielkich nakladow finansowych. I to jest tez globalizacja, poniewaz korzysta ona ze wszystkich osiagniec i mozliwosci, jakie legly u podstaw tej pierwszej.
W tym kontekscie mozemy lepiej chyba ujac wypadki 11 wrzesnia. Nie bylo to cos naglego i nieoczekiwanego. Swiat, ktory zaatakowal Ameryke, tworzyl sie, organizowal i doskonalil juz od dawna.
- Czy nie jest to zbyt manichejska wizja swiata, podzielonego na toczace ze soba nieustanna walke sily dobra i zla?
- Nie, absolutnie nie. A jesli tak wyszlo w rozmowie, to tylko ze wzgledu na konieczne uproszczenia, jakie musialem wprowadzic. Rzeczywistosc, jak zwykle, jest duzo bardziej skomplikowana, poplatana. Sily i tendencje, o ktorych mowie, przenikaja sie, oddzialuja na siebie.
Chcialem zwrocic uwage, ze mamy do czynienia z jakosciowo odmienna sytuacja. Terrorysci, powiedzmy, z epoki Dostojewskiego, to byli biedni studenci, glodni zapalency chorzy na gruzlice, ktorzy tak naprawde mogli skrzywdzic jednego wyzszego urzednika znienawidzonego rezimu. Zasadniczo nie roznili sie od nich terrorysci po stu z okladem latach z ugrupowan Baader-Meinhoff czy z Czerwonych Brygad. Byly to grupy przestepcze, grozne i niebezpieczne, ale dzialajace na bardzo mala skale, o ograniczonych mozliwosciach organizacyjnych i finansowych. Teraz zas mamy do czynienia z poteznymi instytucjami.
W zeszlym roku bylem w Kolumbii; jesli sie widzi te wielka liczbe samolotow, ktorymi codziennie do Stanow Zjednoczonych transportowane sa narkotyki, to widac, ze mamy do czynienia z poteznym przedsiebiorstwem, a nie malym gangiem uprawiajacym swoj przestepczy proceder. Myslimy ciagle o terrorystach w XIX-wiecznych kategoriach -widzimy samotnego czlowieka idacego na wybrane miejsce z bomba. Z takim wymiarem mamy ciagle do czynienia w przypadku palestynskiej intifady, gdzie jeden czlowiek z ladunkiem wybuchowym wsiada do autobusu.
- A czy nie jest to dla Pana po prostu jeden z pozimnowojennych przejawow konfliktu biednego Poludnia z bogata Polnoca?
- Nie. Sily podziemnej globalizacji wyzyskuja rowniez biedne Poludnie, jak rak tocza wlasne spoleczenstwa. To jest zupelnie inna struktura, choc czesto zeruje na tych bezbronnych, zacofanych spoleczenstwach. Najwieksza slabosc owego swiata ubogich polega na tym, ze nie ma on zadnej instytucji, zadnej reprezentacji, ruchow spolecznych, zwiazkow zawodowych itd. Jest to swiat milczacy, swiat bierny, ubezwlasnowolniony.
Wypadki 11 wrzesnia mogly nastapic w takim wlasnie kontekscie. Jesli bedziemy probowac wyizolowac je z tego kontekstu - jak to sie, niestety, robi - i ograniczac je do grona jakichs szalencow, to zaciemnimy obraz i zafalszujemy sens tego, co sie dzieje. Terrorystyczny atak 11 wrzesnia byl mozliwy w swiecie narastajacego konfliktu i scislego splecenia sie dwoch stron procesow globalizacyjnych - ciemnej i jasnej.
Zarazem postepuje kryzys panstwa obywatelskiego. Panstwo jest coraz slabsze i coraz mniej zdolne do panowania nad sytuacja. Albo sie czesc tych panstw w ogole rozpada, albo istnieje juz tylko na mapie, jak na przyklad w Afryce, a czesc funkcjonuje symbolicznie. Nawet w Europie wiele panstw jest zagrozonych; moga sie rozpasc Wlochy, moze sie rozpasc Hiszpania czy Belgia. Ujawniaja sie wszelkiego rodzaju regionalizmy i wzrastaja na sile ruchy separatystyczne. Z drugiej strony oslabiaja te panstwa niejako "od gory" wielkie korporacje, ktore dzialaja ponad granicami.
Ale najistotniejszym chyba czynnikiem wplywajacym na oslabienie panstwa, zwlaszcza po zakonczeniu zimnej wojny, jest prywatyzacja przemocy. Dawniej przemoc byla monopolem panstwa: armia, policja, sluzby specjalne stanowily o sile i powadze panstwa. Teraz przemoc jest zupelnie sprywatyzowana: sa prywatne armie, sa prywatne policje, prywatne ochroniarstwo. Prywatyzacja przemocy w Trzecim Swiecie byla mozliwa, albowiem po raz pierwszy grupy przemocy opanowaly bogactwa naturalne kraju. Dawniej nalezaly one do panstwa, albo do prywatnych spolek scisle zwiazanych z politycznymi elitami. Teraz nie. Przywodztwo tych grup bierze w posiadania kopalnie diamentow, szyby naftowe i w ten sposob finansuja swa dzialalnosc. Nie potrzebuja opieki panstwa, przeciwnie - porzadek narzucany przez prawo i administracje panstwowa jest sprzeczny z ich interesami, totez uniezalezniaja sie od niego albo po prostu wchodza w prywatna wojne z panstwem.
- To bardzo pesymistyczna diagnoza wspolczesnego swiata, bo wynika z niej, ze brniemy coraz glebiej w ten slepy zaulek.
- Oczywiscie, ze tak. Proces ten trwa. Nie sposob sie nawet wycofac, bo wszystko wymknelo sie juz spod wszelkiej kontroli. Zachod, ktory rzadzil swiatem przez przynajmniej 500 lat, nadawal mu kierunek i ton, zaczyna sie teraz tylko bawic i konsumowac, patrzec, co mozna taniej kupic albo gdzie dobrze zjesc. Zabraklo przywodztwa, "glowy" dla wielu panstw.
- Nie jest wiec Panu obca idea "zmierzchu Zachodu".
- Raczej chce tylko powiedziec, iz sila cywilizacji zachodniej tkwila zawsze w jej zdolnosci do samokrytycyzmu. Zadna inna cywilizacja nie umiala spojrzec na siebie z dystansu i bardzo krytycznie. Ta jej specyficzna wlasciwosc i niebywala zywotnosc wynikala ze zdolnosci do autokorektur. Dzis cywilizacja ta nie jest zdolna do krytycznego spojrzenia na sama siebie i to jest dla mnie najpowazniejszy przejaw jej kryzysu.
- A nie sadzi Pan, ze zamach 11 wrzesnia stanowic bedzie cos w rodzaju wstrzasu, ktory obudzi Ameryke z jej drzemki po zwyciestwie w zimnej wojnie i przywroci Zachodowi jego dawne sily witalne?
- Mam nadzieje, ze stanie sie to powodem do powazniejszych dociekan, glebszej analizy sytuacji USA i Zachodu w dzisiejszym swiecie oraz stanu tego swiata na poczatku XXI wieku.
Obok odpowiedzi na pytanie: jak to bylo mozliwe? - rownie istotna jest kwestia: co dalej? Zadnej cywilizacji nie da sie zniszczyc, jesli ona sama, w wyniku wlasnej slabosci, nie upadnie, jesli sie nie wyczerpie. Jedyny wiec realistyczny program na przyszlosc to uczyc sie wspolzycia tam, gdzie jest ono mozliwe, uczyc sie porozumienia.
- Od paru lat sporo sie mowi o nieuniknionym konflikcie cywilizacji. Dzis nawet wiecej.
- Te modna teorie starcia miedzy cywilizacjami wylansowal Samuel Huntington. Znowu zinterpretowano jego mysl jako konieczny rezultat ksztaltowania sie wielobiegunowego swiata po zimnej wojnie, zorganizowanego w kilku odmiennych grupach cywilizacyjnych.
Jesli sie nie mysli o porozumieniu, dialogu, o szansach na wspolistnienie, to oczywiscie, ze innym wyjsciem jest tylko konflikt. Ale wcale nie jest on konieczny, wcale na taka wojne nie jestesmy skazani. Mamy mozliwosc wyboru i od nas zalezy, w ktorym kierunku pojdzie swiat.
Jest bowiem inna koncepcja zwiazana z ta sama problematyka - francuskiego socjologa Maurice'a Mausa, ktory mowi, ze cywilizacje wcale nie musza sie zwalczac, natomiast moga doskonale koegzystowac. Z tych dwoch koncepcji wybieram druga: nie konfliktu cywilizacji, ale wspolistnienia i wspolpracy, wzajemnego wzbogacania sie.
- Dziekuje Panu za rozmowe.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |