GRAZYNA DRABIK
Nowojorska
kronika kulturalna (Teatr)
Sam
Shepard, The Late Henry Moss. Rezyseria: Joseph Chaikin,
scenografia: Christine Jones, kostiumy: Teresa Snider-Stein,
oswietlenie: Michael Chybowski, muzyka i dzwiek: David Van
Tieghem i Jill B. C. Du Boff. Wykonawcy: Guy Boyd (Henry
Moss), Ethan Hawke (Ray Moss), Arliss Howard (Earl Moss),
Clark Middleton (Taxi), Jose Perez (Esteban), Shiela Tousey
(Conchilla). Premiera 23 wrzesnia, przedstawienia do 14
pazdziernika. Signature Theatre, 555 W. 42 St., miedzy 10
i 11 Ave.
Sztuka jest wysmienicie dopracowana, zarowno tekst, jak i inscenizacja. Kazde slowo Sama Sheparda, mistrza gniewu i bolu ukrytych pod cywilizowana powierzchnia chlodnego opanowania, jest perfekcyjnie wymierzone. Odbija sie echem od poprzednich. Wzmacnia nastepnym. Slowa lacza sie jak gromadzace sie chmury, jak krople deszczu - poczatkowo mile widziane w posusze ciszy, potem przechodzac w ulewe, w grozny sztorm, w wybuch przerazajacej nawalnicy.
Kazdy gest i ruch na scenie jest madrze celowy, w pelni przyswiadczajac kunsztowi doswiadczonego rezysera. Joseph Chaikin wyznacza precyzyjny rytm, nadaje ton, a jednoczesnie zostawia wolna reke na indywidualne rozwiazania. Aktorzy rozkwitaja w takiej sytuacji, przechodza samych siebie. Arliss Howard od pierwszego momentu wciela sie bezblednie w role starszego brata Earla Mossa, malomownego, wszystkowiedzacego, wszystko niby rozumiejacego. Earl upija sie miarowo lyk po lyku, szklanka po szklance, z zimna determinacja zatapiajac w whisky gniew na ojca, wlasny wstyd i bezbrzezne poczucie winy za opuszczenie matki i brata. Ethan Howard rysuje przed nami postac mlodszego brata, kiedys bezsilnie przerazonego w domu, w ktorym krolowal ojciec-pijak, teraz utrzymujacego poze nonszalanckiego spokoju. Przystojna twarz Raya budzi sympatie, lecz mlodzienczy wdziek kryje brak jakiegokolwiek uczucia.
Minimalnymi srodkami - pobielona sciana, male okienko wygladajace na wiecznie niebieskie niebo, stary zlew, obdrapana lodowka, metalowe lozko, najzwyklejszy stol i dwa krzesla - Scott Pask maluje na rozleglej scenie wyraziste tlo rozgrywajacego sie dramatu: koniec lat 1980., bezimienne miasteczko gdzies w Nowym Meksyku, zapuszczony pokoj samotnika. Pol-pustka Dzikiego Zachodu. Pol-pustka serca. Dwaj bracia spotykaja sie po latach, zjezdzaja z przeciwleglych stron kontynentu na pogrzeb ojca. Probuja zrozumiec jego nagla smierc. Probuja znalezc sens w jego zyciu bez sensu. Probuja dojsc do ladu z wlasna przeszloscia, znalezc cien pojednania.
Dobry tekst i przedstawienie, dobrzy aktorzy. I tylko szkoda, ze raz jeszcze ogladamy te sama sztuke. Brutalny ojciec. Brutalnie zniszczone piescia pijaka zycie kobiety. Na zawsze wypaczone zycie dzieci.
Shepard dodal kilka nowych detali. Zjawia sie watek tajemniczej Indianki, niby to poslanniczki Zemsty, niby Aniola Smierci. Zjawia sie sasiad zmarlego Esteban, prostolinijny i dobrego serca, a takze przygodny Taksowkarz, ostrozny pragmatyk. Przysparzaja oni okazji do zartow z pogranicza czarnego humoru. Ale glowny konflikt, wynikajacy z wiru uczuc rodzinnych, pozostaje ten sam, dobrze juz znany z wczesniejszych sztuk Sheparda. Dobrze znany takze, choc tutaj bardziej brutalnie i inteligentniej przedstawiony, z dziesiatkow innych wspolczesnych sztuk amerykanskich.
Rodzina rozpatrywana li tylko we wlasnym, klaustrofobicznie zamknietym swiatku. Nie ma wokol zadnej szerszej spolecznosci. Nie ma zadnej odpowiedzialnosci wobec innych. Zamrozone serca. Zapatrzenie w pepek wlasnej krzywdy. Raz jeszcze, niby dorosli ludzie, a zagubieni w gaszczach dziecinstwa. Nie moga dojsc do ladu z soba, juz nie mowiac o porozumieniu z drugim czlowiekiem.
Moj Boze, swiat wokol nas sie wali, a my - dojrzali mezczyzni, madre kobiety - ciagle wolimy przygladac sie z uwaga w lustrze, zapatrzeni w grymas dziecinnej bezsilnosci. Nie zauwazamy czlowieka obok nas. Obysmy tylko mieli jeszcze szanse dorosnac.
*
Charles L. Mee, First Love. Rezyseria: Erin B.Mee, scenografia: Klara
Zieglerova, kostiumy: Christine Jones, oswietlenie: Christopehr
Akerlind, dzwiek: Judith Schoenfeld. Wykonawcy: Jennifer
Hall (Melody), Ruth Maleczech (Edith) oraz Frederick Neumann
(Harold). Premiera 9 wrzesnia, przedstawienia do 23 wrzesnia.
New York Theatre Workshop, 79 E. 4 St., miedzy Second Ave
i Bowery.
Nie jestem w stanie w pelni ocenic przedstawienia First Love. Odnotowuje wiec kilka kluczowych faktow. Przede wszystkim nowa sztuka Charlesa Mee'a wyroznia sie nieortodoksyjna para bohaterow: dwoje starych ludzi, biednych, fizycznie brzydkich. Znamy ich z powielanych obrazow bezdomnych, potrzebujacych pomocy czy tez w jakis sposob zagrazajacych wygodzie naszego bardziej uporzadkowanego swiata. Pozostaja zwykle bezimienni, gdzies w tle czy na uboczu. Tutaj nie domagaja sie naszej uwagi proszac o litosc czy datek. Nie sa czescia "spolecznego problemu". Maja za to swoje prywatne zycie. Skomplikowana przeszlosc, ktora ich okresla. Konflikty i pragnienia. Starzy, a poznaja cudowny smak pierwszej milosci. Zakochani w sobie, odkrywaja, jak piekny moze sie stac caly swiat wokol. Jak naprawde proste sa nawet najbardziej skomplikowane sprawy, kiedy ogladamy je przez pryzmat milosci. Przynajmniej poki tecza zakochania otacza ich swym blaskiem.
Sympatyzuje z kierunkiem New York Theatre Workshop, ambitna grupa artystow na dole miasta, ktorzy systematycznie przygotowuja ciekawe nowe rzeczy. Lubie spokojna dramaturgie Charlesa Mee'a. Z sympatia czytalam, ze Pierwsza milosc ma wyjatkowy rodzinny podtekst: sztuke rezyseruje corka autora. Glowni wykonawcy, Ruth Maleczech i Frederick Neumann naleza do doswiadczonych weteranow teatralnych bitew. Oboje wywodza sie z czolowej fali awangardy jeszcze z lat 1960., sa filarami wysmienitej grupy Mabou Mines. Przedstawienie z pewnoscia zostalo zrobione fachowo, wrecz czule. Nie potrafie jednak ocenic ani jego zalet, ani brakow z odpowiednim dystansem.
Ogladalam je przez mgle, starajac sie usilnie skupic, by przynajmniej nie zgubic glownego watku. Byl piatek, pierwszy dzien po wtorku 11 wrzesnia, kiedy teatry otworzyly drzwi dla publicznosci. Idac do teatru mijalam wszedzie, przed latynoska bodega, przy kraweznikach, przy wrotach kosciolow, na rogach ulic grupki i pojedynczych ludzi z zapalonymi swiecami w dloni. Chybotaly sie krucho i jasno plomienie.
W teatrze bylo nas mniej wiecej pol sali. Z tego wieczora juz na zawsze zachowam w pamieci nasza straszna bezradnosc i potrzebe potwierdzenia, ze zwykly swiat istnieje. Zapamietam z czuloscia potkniecia Neumanna, nietypowe dla wybitnego fachowca, ktory kilka razy gubil tekst. Zapamietam niesamowity spokoj Maleczech. Zapamietam moja wdziecznosc dla nich, ze istnieja, sa na scenie, beznadziejnie podatni na ciosy, wspaniale zwyciescy, silni tylko swoim aktem woli.
Nie wiem, czego mozna spodziewac sie od sztuki w chwili katastrofy, ktora uderza zbyt blisko, by mozna bylo odwrocic sie plecami.
Nie wiem, jakie pocieszenie moze nam oferowac sztuka. Nie wiem nawet, jakie pytania nalezy w tym momencie zadac przede wszystkim sobie, a z jakimi mozna zwrocic sie do artysty. Wiem, ze stworzenie normalnosci tamtego wieczoru bylo wyborem, zalezalo od aktu woli - kazdego z nas, indywidualnie, i w kruchej, przypadkowej wspolnocie po prostu bycia w tym momencie razem.
*
Mark Hollmann (muzyka) i Greg Kotis (slowa), Urintown: the Musical. Rezyseria:
John Rando, scenografia: Scott Pask, kostiumy: Jonathan
Bixby i Gregory Gale, oswietlenie: Brain MacDevitt, dzwiek:
Jeff Curtis. Wykonawcy: John Cullum (Caldwell B. Cladwell),
John Deyle (Senator Fipp), Hunter Foster (Bobby Strong),
Ken Jennings (Old Man Strong), Spencer Kayden (Little Sally),
Jeff McCarthy (Officer Lockstock), Nancy Opel (Penelope
Pennywise), Jennifer Laura Thompson (Hope Cladwell), Kay
Walby (Josephine Strong). Premiera na Broadwayu 10 wrzesnia.
The Henry Miller Theatre, 124 W. 43 St, przy Sixth Ave.
Nie udalo mi sie zobaczyc, jak planowalam w ubieglym tygodniu, najnowszego wcielenia popularnego musicalu Urinetown, ktory z duzym a sympatycznym hukiem podbija coraz szersze kregi widzow, ostatnio przenoszac sie na Broadway. Ogladalam w czerwcu off-broadwayowska wersje w American Theater of Actors. Fabula jest tu znikoma. Dowcip dosc sztubacko niewybredny. Konflikt karykaturalnie uproszczony: zwykly, szary czlowiek przeciw chciwym, zdolnym do brutalnej akcji zarzadcom wielkiej korporacji.
Cala rzecz oparta jest na jednej anegdocie raczej, niz zgrabnej dramaturgii.
W zwiazku z przedluzajaca sie susza woda stala sie nadzwyczaj cennym dobrem. Pelna kontrole nad doplywem i uzytkowaniem wody zdobywa jedna firma, ktorej pozwala to kontrolowac zycie calej metropolii. Sprytni wlasciciele razem z chetnie wyslugujacymi im sie politykami i policja wszystko potrafia usprawiedliwic. Obiecuja sprawne dostarczanie uslug, bezpieczenstwo i porzadek, lecz naprawde daza tylko do jednego: do wyciagniecia jak najwiekszych zyskow z trudnej dla miasta sytuacji. Brzmi nieco swojsko?
Pal licho "zgrabna dramaturgie"! Kiedy maluczki gra na nosie poteznemu, kiedy mlode serce bije w jednym rytmie z drugim mlodym sercem, a chytrosc zostaje w calej swej chciwej brzydocie obnazona, trudno sie oprzec wrecz biblijnemu uczuciu satysfakcji. Niewiele to ma wspolnego z konkretnymi slowami przyspiewek czy z konkretnymi rozwiazaniami akcji. Natomiast wiele zawdziecza prawdziwym talentom i wielkiej pasji, z jaka muzycy i aktorzy graja, spiewaja i wytancowuja swe serca. Dzieki nim, pomimo oczywistych ograniczen, musical tetni zyciem. A sam fakt, ze maluczki wysmiewa sie z wielkiego, dobry i odwazny gest jednego spotyka odzew w gescie drugiego czlowieka, chytrosc zostaje ukarana, dazenie do zysku pod przykrywka pieknych slow i obietnic zostaje obnazone w calej swej brzydocie i to nabiera calkiem niespodziewanej dodatkowej dramatycznej wymowy. Ma sie ochote puscic w tan ze zwycieskimi bohaterami na scenie.
Mala rzecz, a cieszy. Masowa kultura coraz intensywniej przekonuje wszystkich, ze sa maluczkiego ducha i ze wszystkich obchodzi tylko i wylacznie robienie pieniedzy. Sukces musicalu jest wyraznym znakiem, ze nie choroba nie toczy wszystkich, ze gdzies tam drzemie w nas szlachetnosc, o czym swiadcza chocby ostatnie wydarzenia w naszym miescie - tak wspaniale sprawdzili sie najzwyklejsi, ciezko pracujacy, bohaterscy wrecz w swej codziennej zwyklosci ludzie.
*
Ponadto warto odnotowac: recenzowana wiosna komedia Marie Jones Stones in His Pockets, mocno osadzona w realiach malego irlandzkiego miasteczka, lecz o nieglupiej uniwersalnej wymowie, nadal idzie z sukcesem w Golden Theater (W. 47 St. przy Broadwayu). Warto obejrzec z pelna pasja popisujacych sie tam dwoch wielce utalentowanych aktorow Conletha Hilla i Seana Campiona. W nagrodzonej Pulitzerem oraz Tony sztuce Davida Auburna Proof w Walter Kerr Theatre (219 W. 48 St.) glowna role Catherine, blyskotliwej matematyczki opiekujacej sie chorym ojcem, dotad wykonywana przez Mary-Louise Parker przejela od 11 wrzesnia Jennifer Jason Leigh znana z filmow The Last Exit to Brooklyn, Mrs. Parker and the Vicious Circle, Georgia czy The Anniversary Party.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |