JAN ZIELINSKI
Pod innym katem
Dar losu
Charlotte Kerr, corka wplywowego niemieckiego krytyka teatralnego Alfreda Kerra (ktorego postac skadinad odegrala istotna role w genezie sztuki Aleksandra Wata Kobiety z Monte Olivetto) oraz wdowa po szwajcarskim pisarzu Friedrichu Dürrenmatcie, opublikowala w latach 90. ladna (stanowczo warta przekladu) ksiazke wspomnieniowa, ktorej nadala tytul Die Frau im roten Mantel (Kobieta w czerwonym plaszczu). Autorka, znacznie od swego slawnego meza mlodsza, moglaby bez trudu drapowac sie w szaty dziewczynki, a jednak w tytule swiadomie podkreslila swoj status kobiety. Jej ksiazka zebrala doskonale recenzje, bestsellerem wszakze nie zostala. Nie wiem, czy mieszkajaca w Niemczech Roma Ligocka zetknela sie z ksiazka wdowy po Dürrenmatcie, a przynajmniej z jej tytulem, nie ulega w kazdym razie watpliwosci, ze jej tytul Das Mädchen im roten Mantel (Dziewczynka w czerwonym plaszczyku) ma zupelnie inna geneze, a takze inna wymowe. Zwlaszcza tytul polskiego przekladu swym podwojnym zdrobnieniem stanowi wyrazna deklaracje: rzecz bedzie o dziewczynce w plaszczyku. Holocaust z dziecinnej perspektywy? Ksiazka Romy Ligockiej stala sie bestsellerem zarowno w Niemczech, jak i w Polsce.
*
Jesli to, co napisalem powyzej, brzmi pejoratywne, nie taka byla moja intencja. Uwazam, ze Dziewczynka w czerwonym plaszczyku slusznie cieszy sie popularnoscia, co wiecej, polecam te ksiazke wszystkim, ktorzy maja dosc literatury martyrologicznej. Bo choc impuls spisania tych wspomnien zrodzil sie po obejrzeniu filmu Stevena Spielberga Lista Schindlera, w ktorym autorka w pojawiajacej sie tam epizodycznie dziewczynce w czerwonym plaszczyku rozpoznala siebie, glowny walor tej ksiazki wcale nie lezy - moim zdaniem - w pokazaniu hitlerowskiej okupacji oczyma zydowskiego dziecka. Wystarczy spojrzec na proporcje. "W nocy wkraczaja Rosjanie. Jest 18 stycznia 1945 roku". Te slowa padaja na stronie 119 w ksiazce, ktora liczy stron trzysta piecdziesiat. A wiec wiecej jak polowa objetosci przypada na wspomnienia z okresu powojennego. Owszem, mozna powiedziec, ze doswiadczenia okupacyjne rzutuja w rozmaity sposob na dalsze losy autorki, na jej szkolne perypetie, na ludzkie wybory, na emigracje wreszcie. Ale nie do tego stopnia, zeby zamazac glowny temat ksiazki. A tym jest w moim przekonaniu los kobiety, ktora postanowila pozostac dziewczynka.
*
W trakcie lektury pierwszej, okupacyjnej czesci wspomnien Romy Ligockiej raz po raz narzuca sie pytanie: czy to mozliwe? Czy kilkuletnie dziecko jest w stanie tak szczegolowo, tak dokladnie zrozumiec i zapamietac to, co sie wokol niego dzialo? Czytelnicza nieufnosc wzmaga jeszcze to, ze na stronie tytulowej obok nazwiska autorki figuruje inne, Iris von Finckenstein, opatrzone dosc enigmatycznym okresleniem "wspolpraca". Rodza sie kolejne pytania. O zakres tej wspolpracy, o to, czy ograniczyla sie ona do - skadinad dosc kunsztownej - kompozycji ksiazki, czy tez polegala na rozbudowaniu wspomnien autorki, na ich literackim "upiekszeniu". Od odpowiedzi na te pytania zalezy przeciez zaufanie do szczerosci autorki, do uznania autentycznosci jej ksiazki jako wspomnienia, a nie powiesci autobiograficznej. Czytelnik jest wobec tych pytan osamotniony, moze je mnozyc, ale odpowiedzi musi sobie - na podstawie tekstu - udzielic sam.
*
Nie bede sam z kolei droczyl sie z czytelnikami i powiem od razu, ze wierze Romie Ligockiej. Nawet jesli ktos jej pomagal ubierac wlasne wspomnienia w slowa, pomoc ta byla, sadze, drugorzedna, nie podwazyla zasadniczej prawdy tej opowiesci o poznawaniu swiata. Nie mam naturalnie niezbitych dowodow, opieram sie raczej na intuicji, ktora w przypadku analizy tekstow literackich jest czesto pomocna, ale bywa tez zawodna. Gdybym jednak mial pokazac na jednym czy dwoch przykladach to, co zdaje sie swiadczyc o autentyzmie tej narracji, wybralbym dwa watki, ktore sie przeplataja, a w koncu nawet zbiegaja.
Pierwszy to watek tajemniczego ogrodu. Jego geneza jest zreszta czysto literacka. Kilkuletnia Roma z matka, zbiegle z getta Zydowki, znalazly schronienie w krakowskiej rodzinie - niechaj to nazwisko zostanie i w recenzji utrwalone - panstwa Kiernikow. Roma dostala w upominku ksiazke Hodgson Burnett, ktora teraz czyta jej panna Manuela Kiernik. "Tajemniczy ogrod to cudowna historia. Na okladce narysowana jest mala blondyneczka w pieknym ogrodzie. To jestem ja. Kwitna kwiaty, a na ramieniu dziewczynki siedzi kos".
Bohaterka angielskiej powiesci dla panienek jest samotna, nie ma sie z kim bawic. Lektura Tajemniczego ogrodu kusi, zeby chociaz popatrzec na inne dzieci, ktorych rozbawione glosy dobiegaja z podworza. Roma chowa sie na balkonie i stamtad, nie widziana, patrzy na dzieci. Ale to tez jest niebezpieczne.
Bohaterka powiesci odkryla tajemniczy ogrod, znalazla klucz do furtki i bawi sie wsrod kwiatow. Matka Romy wpada na szczesliwy pomysl i od czasu do czasu we wczesnych godzinach rannych wynajeta dorozka wiezie corke do krakowskiego ogrodu botanicznego, gdzie dozorca za lapowke pozwala malej sie bawic. Za pierwszym razem jest jak w raju. "Jestem tak zaskoczona, ze musze zaczerpnac tchu. Z szeroko otwartymi oczyma patrze na ten cudowny swiat, na to absolutne piekno, ktore mnie otacza: blyszczace krople rosy na prostych galazkach krzewow, wysokie ciemne sosny, polyskujaca, srebrzysta laka, obramowana falujaca linia rabatek, na ktorych z ciemnej ziemi wysuwaja glowki setki krokusow i przebisniegow, i w dodatku jeszcze maly staw z fontanna...".
Potem stopniowo przychodzi wiedza o istocie tego daru, jakim jest dla Romy ogrod botaniczny. "W tajemniczym ogrodzie nie istnieje czas, ani strach, nie ma Niemcow i ich zakazow. Jestem tylko ja i zaklete drzewa, ktore szepcza mi swoja opowiesc, kolorowe kwiaty, ktore wylaniaja sie z ziemi jak zywe, szlachetne kamienie i milczace czerwone i biale ryby w bajecznym stawie. Widzialam nawet kosa. Wyglada dokladnie tak jak na okladce ksiazki. Troche sie go boje, tak jak zreszta wszystkich ptakow i zwierzat".
Ta samowiedza powroci po wojnie, kiedy z pierwsza przyjaciolka Roma bedzie dzielic sie swoim swiatem marzen, bedzie wspolnie budowac "cos w rodzaju wlasnego tajemniczego ogrodu". A na osiemnaste urodziny autorka dostanie od matki "pieknie opakowany w kolorowy papier wielki klucz do bramy" - rownie magiczny jak kluczyk do furtki tajemniczego ogrodu symbol wolnosci i doroslosci.
Drugi watek dotyczy smaku czekolady. Posluchajmy:
" - Mamo, jak smakuje czekolada? - pytam sennie, bo jestem zmeczona goraczka i ukrywaniem sie.
- Ach - mowi, a jej zielonobrazowe oczy nabieraja zdumiewajacego blasku - czekolada smakuje tak cudownie, ze tego sie wcale nie da opisac. Slodko i klejaco jak mleko i miod, jak marmolada i ciastka, ale o wiele lepiej...".
Jakis czas pozniej pada kolejne wazne pytanie.
" - Mamo, co to znaczy byc zakochanym? - pytam sennie.
Wlasnie uslyszalam to slowo po raz pierwszy. Mama sie waha. Chrzaka. A mimo to jej glos jest jakby stlumiony, kiedy mowi:
- Byc zakochanym, to jak... jak... jak czekolada".
Nic dziwnego, ze po takiej - opartej na wysilku wyobrazni, na pracy fantazji - edukacji w glodujacym getcie pierwsze zetkniecie z czekolada (a potem: z miloscia) moze byc tylko rozczarowaniem:
"Pelna radosci odlamuje kawalek i wkladam do buzi. Jest bardzo twardy i kruszy sie podczas gryzienia. Jest slodki, ale rownoczesnie gorzki, wlasciwie smakuje ohydnie.
- To ma byc czekolada? - pytam rozczarowana.
Wszyscy potakuja, a ja mam poczucie, ze raj zamienil sie nagle w ogrodek dzialkowy".
Zauwazmy, ze oba watki, tajemniczego ogrodu i smaku czekolady lacza sie tutaj w jeden wezel, wezel rzeczywistosci, ktora rzadko wytrzymuje konfrontacje z wymarzonym idealem.
*
Czytajac wspomnienia okupacyjne jestesmy w zasadzie zdani na slowa autorki. W okresie powojennym latwiej konfrontowac jej relacje z innymi dokumentami. O jednej takiej konfrontacji chcialbym tu - nie przeceniajac jej znaczenia - opowiedziec.
Roma Ligocka wyrosla na piekna dziewczyne, w dodatku utalentowana artystycznie. Nic tez dziwnego, ze "w Krakowie, gdzie wszyscy sie przeciez znaja" (to tez cytat z tej ksiazki, w czasie okupacji bywalo to niebezpieczne), zetknela sie z Piotrem Skrzyneckim i swoj pierwszy wernisaz miala w Piwnicy Pod Baranami. Roma Ligocka opisuje to w ksiazce w formie rozmowy z przyjaciolka, ktora nazajutrz po wernisazu przyniosla jej opis tej imprezy w miejscowej gazecie. Mamy kilka cytatow, ktore mozemy porownac ze zrodlem, jako, ze na lamach Echa Krakowa od roku 1957 do stanu wojennego ukazywala sie rubryka "Echo Piwnic Pod Baranami". Teksty te obficie wykorzystala Joanna Olczak-Ronikier w swej ilustrowanej monografii Piwnicy. Roma Ligocka z poczatku cytuje relacje ze swego wernisazu wiernie. Potem wprowadza w cytaty niewielkie zmiany. Konczy zas takim zdaniem: "Po dlugich przemowach, jeszcze podczas wieszania ostatnich obrazow, publicznosc zaintonowala piesn, ktora zatytulowana byla: 'Nie ma nocki bez Ligocki...'". W "Echu Piwnic pod Baranami" odpowiedni fragment brzmi: "Na koniec uroczystego otwarcia Geniusze z Muzami odspiewali kantate ulozona na te wyjatkowa uroczystosc. Kantate pod tytulem 'Jesli nocka, to z Ligocka...' odspiewal solo mlody czlowiek - maz, a potem wylacznie pod katem artystycznym - Ludwik Jerzy Kern i z nim cala sala". Rozumiem, ze chodzilo o usuniecie meza, z ktorym autorka rychlo sie rozwiodla, ale po co bylo zmieniac urocze i z humorem opisane zakonczenie? Falszywy wstyd? Przeciez autorka na te przypadlosc chyba akurat nie cierpi, dosc otwarcie piszac o swoich romansach, ich partnerow pod przejrzystymi ukrywajac maseczkami.
Tu musze podkreslic, ze ksiazka Romy Ligockiej imponuje szczeroscia. Widac to zwlaszcza w opisie borykania sie z nalogiem lekomanii. Wiec tylko dusza filologa zzyma sie na przeinaczanie cytatow, milosnik autobiografii gotow jest takie drobiazgi wielkodusznie wybaczyc, skoro w sumie otrzymuje dar ludzkiego losu.
*
Kiedy artystke i pisarke Flore Lu zapytano o to, jakie zna najlepsze pierwsze zdanie ksiazki, zacytowala Charlotte Kerr: "Kobieta w czerwonym plaszczu jestem ja". U Romy Ligockiej analogiczne zdanie pada pod sam koniec ksiazki, na stronie 344, w relacji z krakowskiej premiery filmu Spielberga: "Tego drugiego marca 1994 roku odnajduje wreszcie te mala dziewczynke w czerwonym plaszczyku.
I nagle wiem, kogo ja szukalam i przed kim tak rozpaczliwie probowalam uciec przez te wszystkie lata - przez cale moje zycie. Wiem, kim w rzeczywistosci jestem!
Ja jestem mala zastraszona dziewczynka w czerwonym plaszczyku".
Miedzy tamtym poczatkiem a tym koncem rozciaga sie na przestrzeni 350 stron los kobiety, ktora w odroznieniu od bohatera Blaszanego bebenka Güntera Grassa nie przestala wprawdzie rosnac, ale na nieslychane wynaturzenie historii zareagowala w gruncie rzeczy podobnie: w glebi duszy pozostala dziewczynka. To nie infantylizm, to nie pojscie na latwizne. To wybor, ktory swiadczy o odwadze i determinacji. Wybor, ktory napawa podziwem.
----------------
Roma Ligocka, Dziewczynka w czerwonym plaszczyku. Wspolpraca
Iris von Finckenstein, przeklad Katarzyna Zimmerer. Wydawnictwo
Znak, Krakow 2001, s. 351, cena 20 dol. plus NY tax i 5.50
dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia
w Ksiegarni Nowego Dziennika).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |