PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (7 wrzesnia 2001)


GRAZYNA DRABIK

Lato na Dobrej

Na rogu mija mnie pospiesznie chlopak - wysoki, postawny. Pewnie przystojny, dopisuje sobie ze szczuplej sylwetki i wyprostowanych plecow. W obu rekach cos niesie. Rece ruszaja sie rytmicznie, zgodnie z tempem energicznego kroku. Stercza, jakby przybrane w monumentalne rekawice. Przygladam sie. Wydaje sie niemozliwe, ale przeciez widac: cztery butelki piwa w jednej rece, cztery w drugiej. Miedzy malym palcem i serdecznym, miedzy serdecznym i srodkowym, miedzy srodkowym i wskazujacym. Kciuk przytrzymuje czwarta - zgrabnie, prawie elegancko. Chlopak znika w bramie. To przeciez jeden z robotnikow, ktorzy odnawiaja klatke schodowa mojej letniej przystani na Dobrej, na Powislu. Niesie posilek kolegom, mysle ze zloscia.

Wszystko mnie zreszta tutaj denerwuje. Samochody pedzace ulicami niby szosa. Brak przejsc dla pieszych na alei Niepodleglosci. Brak wind dla niepelnosprawnych wszedzie. Niechetne twarze starych i znudzone twarze mlodych urzednikow. Pijak rozwalony na lawce w tramwaju. Matka krzyczaca na dzieciaka bawiacego sie w piaskownicy. Ostry refren: "Nie rusz! Zlaz stamtad! Nie wlaz tam!" otacza mnie gesta siecia, kiedy przechodze kolo placu zabaw, jakby jedyna forma wyrazenia troski byl rozkaz i zakaz. Wlaza mi w oczy nachalnie reklamy zasmiecajace sciany budynkow, nawolujace z plansz. Wielkie usta unosza sie karminowo nad placem Konstytucji. Niebotyczna butelka coca-coli grozi spod niebios przy skrzyzowaniu Alej Jerozolimskich i Marszalkowskiej.

Denerwuje, bo mogloby byc przeciez inaczej, powinno byc inaczej. Bo to, co brzydkie, jest tak dokuczliwie brzydkie. Skazana jestem na to moje miasto bez wdzieku, mimo orgii kwiatow i zielonej topieli drzew. Teskniace za wielkomiejskoscia, lecz ciagle plebejskie. Tymczasowe. Niechlujne. Nieuprzejme. W nerwowym rytmie dorabiania sie i nieustannego zaaferowania, obojetne na wlasna brzydote. To prawda. Lecz tylko tu wszystko boli do zywego. Nigdzie indziej nie zalezy mi tak mocno, by bylo ladniej. Lepiej. Z lepszym pomyslunkiem.

Wchodze w rytm Warszawy z latwoscia, prawie jakbym nigdy nie wyjechala. Gazeta Wyborcza po dwoch dniach staje sie codzienna koniecznoscia, naturalnie odzyskanym przyzwyczajeniem. Bawia chwytliwe tytuly, cieszy szeroka siec informacji, pochlaniaja reportaze pelne pasji. W ogole gazety sa nieporownywalnie bogatsze od nowojorskich. Zaczytuje sie wiec prasa zachlannie. Zaskakuje mnie tym razem wzbogacona tresc Zycia "z kropka", jak tu sie mawia, w odroznieniu od Zycia Warszawy, ktore nadal zachowuje swe postkomunistyczne spojrzenie i na przemian ton oburzenia i gawedy. Zyciu udalo sie wychynac zza prawicowej barykady. Rozszerzylo zakres wiadomosci, jest bardziej otwarte na rozne poglady, ma sporo ciekawych felietonow i wywiadow. Najwiekszy podziw nadal nalezy sie Rzeczpospolitej. Budzi zaufanie solidna rzeczowosc informacji, wywazony ton komentarzy, dluzszy oddech najwazniejszych artykulow. Doskonaly jest sobotni dodatek Plus Minus, gdzie w kazdym numerze tyle do czytania, ze nie sposob sie podolac. Nawet SuperExpress stara sie jakby zachowywac przynajmniej ciut gazetowej godnosci, skandalizujac lecz i informujac, krotko i wasko, ale jednak.

Trybuna (bez Ludu, lecz nadal z czerwienia w tytule, choc teraz tylko pierwsza litera naglowka raduje sie ceglasto) budzi niezmienna niechec, zwlaszcza obecnie, kiedy z pasja roztrabia przedwyborcze obietnice. Sojusz Lewicy Demokratycznej juz tryumfuje. Stare wilki i mlode charty szykuja sie do przejecia wladzy. Ze stron drukowanych na najbrzydszym gazetowym papierze, najmniej atrakcyjnych pod wzgledem graficznym, bije arogancja. Ton zacieklej slusznosci przemienia oczywiste polklamstwa w zarliwa polprawde. Trybuna co raz podkresla nastepna kleske prawicy. Naglasnia nastepny skandal. Cytuje z przemowien Leszka Millera: "... po czterech latach rzadow prawicy Polska nie jest w pelni normalnym krajem". Lubuje sie w haslach: "Warszawa, jakiej pragniesz!", "Przywrocmy normalnosc!". Ot, podwojna ironia politycznych zygzakow. Historia sie powtarza; zgodnie z marksistowska maksyma tragedia powraca groteska. Spadkobiercy partii odpowiedzialnej za absurdalna nienormalnosc polowy wieku naszej historii zajmuja znowu glowne miejsce na arenie pod sztandarem "przywracania normalnosci".

Nawet Trybune jednak mozna przelknac, jak i smetnie monotonny Nasz Dziennik, kiedy oprocz tych skrajnosci lewicowo-prawicowych wychodzi piec innych gazet. Szesc razy w tygodniu, w kazdym kiosku, najnormalniej w swiecie mozna sobie kupic: najtanszy, za 1,30 zl, Nasz Dziennik; lubiacy sensacje SuperExpress za 1,50 zl; Zycie "z kropka" i Zycie Warszawy po 1,80 zl; Trybune za 1,90 zl oraz najdrozsze, po 2 zl, ale i najobszerniejsze - Gazete Wyborcza i Rzeczpospolita. Zapomnialam, ze jest mozliwa taka prasowa rozmaitosc.

Zapomnialam takze, jak zywa moze byc historia. Zywa i ciezka reka nakladajaca na terazniejszosc czas przeszly. Zdumiewaja mnie przywolywane i odswiezane warstwy pamieci - w gazetach, w radiu, w telewizji, w prywatnych rozmowach. Mocno tetni plaska codziennosc biezacych politycznych rozgrywek. Ale rozlewa sie tylko powierzchownie. W glebi, pod ta halasliwa powierzchnia kryja sie wielowarstwowe bogactwa. Nurt czasu zwalnia, tetni podwojnym rytmem wczoraj-lub-przed-pol-wiekiem i dzisiaj.

Czerwiec: rocznice wypadkow w Poznaniu. Lipiec: rocznica likwidacji warszawskiego getta. Rocznica pogromu kieleckiego. Kadysz za Zydow zamordowanych w Jedwabnem. 60. rocznica hitlerowskiego mordu we Lwowie, kiedy zginal Tadeusz Boy-Zelenski i piecdziesieciu innych profesorow z uczelni lwowskich. Sierpien: powstanie warszawskie...

Celebrowane sa rocznice, ktore ogladane z boku a to wzruszaja, a to na nowo bulwersuja. Jedne nieco smiesza, inne wydaja sie calkiem niepowazne. Jedne sa odlegle i malo czytelne, inne przeciwnie, pulsuja zyciem. Pod Olsztynkiem staja naprzeciw siebie w szrankach wojska polskie i krzyzackie; w upalna lipcowa sobote odgrywaja bitwe pod Grunwaldem, w 591. rocznice zwyciestwa. 19 sierpnia w Krakowie i Zakopanem odbywaja sie uroczystosci jubileuszowe w 100-lecie poswiecenia krzyza na Giewoncie, 15-metrowego krucyfiksu zmudnie niesionego na plecach z kosciola parafialnego w Zakopanem przez Hale Kondratowa na szczyt.

I ciagly, nieustanny rytm odnotowywanych pieczolowicie rocznic urodzin i smierci. 22 czerwca: rocznica smierci Wladyslawa Szpilmana. (Przy okazji artykuly na temat montowanego wlasnie filmu Polanskiego Pianista.) Setna rocznica urodzin Mariana Hemara. Setna rocznica urodzin Stanislawa Rembeka. (Kto to byl? Aha, "zapomniany pisarz, zmarl w 1985 r. w Zakopanem".) 27 czerwca: urodziny Krzysztofa Kieslowskiego. ("Dzis skonczylby 60 lat", przypomina naglowek na pierwszej stronie, kierujac czytelnikow do okolicznosciowych artykulow.) 30 czerwca: 90. urodziny Czeslawa Milosza. (Liczne wspomnienia, dlugie eseje, wiersze drukowane juz na pierwszej stronie. Zapomnialam, ze poeta moze sie liczyc jako postac zycia publicznego. A tu szum wokol Milosza. Wzruszone recenzje z tomiku To. 100-godzinny maraton czytania i recytacji jego poezji w Gdansku.) 59. rocznica tragicznej smierci gen. Boleslawa Wieniawy-Dlugoszowskiego. 3 lipca: 50. rocznica samobojstwa Tadeusza Borowskiego. Pierwsza rocznica smierci ksiedza Jozefa Tischnera. Pierwsza rocznica smierci Gustawa Herlinga-Grudzinskiego. 13 lipca: rocznica smierci Jana Karskiego.

W dwa dni pozniej: 125. rocznica smierci Aleksandra Fredry. W Teatrze Narodowym odbywa sie z tej okazji przedsezonowa premiera Dozywocia w rezyserii Jana Englerta. Englert gra takze glowna role w tej komedii o bezwzglednosci chciwosci. Jego Latka jest nieco zbyt karykaturalny, zbyt monotonny. Goni jak szalony za pieniadzem. Depcze po ludziach. Depcze bez zadnego zalu i po wlasnych uczuciach. Wcale nie potrzebuje do tego zadnego kuszenia, zadnych obietnic. Sam z siebie sprzedal dusze za pieniadze, byleby miec wiecej, byleby bogaciej. Moze zreszta to przerysowanie pasuje do dzisiejszych czasow w Polsce, gdzie z duzo goretsza pasja ludzie sie kloca, by supermarkety mogly byc otwarte w niedziele, niz o szkolne reformy. Stary kpiarz dosc niespodziewanie wychodzi tu na proroka.

I dalej, nieprzerwany nurt zycia i smierci. 29 lipca: zmarl Edward Gierek. 30 lipca: 75. urodziny Jacka Bochenskiego. Troche wczesniej: 75. urodziny Konwickiego. Wkrotce, w pazdzierniku, 80. urodziny Tadeusza Rozewicza. Starzeja sie nasi mistrzowie. Wlasnie. Wyszedl nowy tom Rozewicza Nozyk profesora. Jest wyraznie pozegnalny, swiadomy, ze moze byc ostatnim. Konczy sie wzruszajaca koda: "Dobranoc, moi mili, dobranoc zywi i umarli poeci, dobranoc". A w wywiadzie udzielonym angielskiemu dziennikarzowi, ciagle zadziwiony Rozewicz mowi: "Im jestem starszy, tym zycie wydaje mi sie dziwniejsze. Kiedy mialem siedem lat, rozumialem wszystko lepiej, niz kiedy skonczylem siedemdziesiat, wbrew temu, co sie mowi, ze dziecko nie rozumie".

W Narodowym tryumfuje jego sztuka Na czworakach w rezyserii Kazimierza Kutza. Sztuka jest znowu glosem z przeszlosci - ukonczona w 1971 roku, mimo to pulsuje szczegolnie zywym wydzwiekiem. Mowi o poecie u schylku zycia, schorowanym i zdziecinnialym juz do tego stopnia, ze funkcjonuje tylko "na czworakach" i dopomina sie, by wszyscy wokol niego zeszli do tego przyziemnego poziomu. Poeta juz dawno uzyskal oficjalny poklask i ustawiony zostal na Olimpie. Nawet wiec kiedy czolga sie na kleczkach i bawi namietnie kolejka na szynach, zawsze znajdzie sie nastepny, wielce zazdrosny o holdy przyjaciel z mlodosci. Nastepna delegacja z nowymi medalami. Nastepna wielce zapatrzona w jego slawe Dziewczyna, gotowa go emablowac i podziwiac. Poeta ociera sline kapiaca z kacika ust. Zostalo mu tylko to cialo schorowane, obolale i brzydkie. Dusza, jesli w ogole byla, dawno uleciala w niebyt. Ach, moc raz jeszcze byc mlodym, chocby przez chwile, poddac sie najzwyklejszemu cielesnemu pozadaniu. Przez moment i moze, ale obok Straznik juz czeka, smierc w plecy chucha. Nawet dziewicza nagosc smierci nie oddali.

Reakcje warszawskich krytykow byly mieszane. Na widowni tez nie wyczuwalam entuzjazmu. Ale mnie sie wszystko podobalo. Tekst wydal mi sie mocny, jednoczesnie smetny i zjadliwy. Reka Kutza podkreslila jego groteskowosc, moze i cena goryczy moralitetu. Jerzy Kalina przygotowal pieczolowita scenerie. Stworzyl na scenie jakby wizualny odpowiednik mitu Gabinetu Poety, cos pomiedzy tajemnicza grota alchemika, pelna szklanych kolb i pieknych mineralow, a muzeum z polkami wypelnionymi ksiazkami, zbiorami sztuki i militariow. Podobala mi sie dobitna kreacja Ignacego Gogolewskiego w roli Laurentego. Podobala mi sie przesadnie mloda i piekna Dziewczyna Bozeny Stachury. Podobala mi sie szczegolnie dwuznaczna wymowa koncowej sceny: zasuszona sylwetka poety siedzacego przy wielkim stole, w romantycznym gescie pisania piorem z gesi. Wokol niego mlodzi - podziwiajacy te zjawe z przeszlosci, lecz i calkiem obojetni. Ale moze po prostu zapomnialam, jak smakowity moze byc prawdziwy teatr, w ktorym o cos chodzi, gdzie aktorzy graja z wielkim zaangazowaniem w sztuke, a nie tylko w siebie. Gdzie widownia i artysci maja te same punkty odniesienia.

Dobrze przypomniec sobie smak takiego teatru. Widac strasznie duzo pozapominalam.

Ostatniego wieczoru ide powloczyc sie po Krakowskim Przedmiesciu. Zostawiam samochod nieopodal Telimeny, parkujac "po warszawsku" na chodniku juz bez tej zenady, ktora towarzyszyla mi poczatkowo. Z tarasu placu Zamkowego podziwiam elegancki rysunek bialosrebrnych lin wiszacego mostu Syreny. Przez chwile wdycham piekny spokoj ciemnego wnetrza u sw. Anny.

Znowu uderza mnie uparte trwanie rzeczy. Nawet radykalne zmiany wydaja sie zachowywac kontury czasu przeszlego. Nowa kawiarnia, ale na miejscu dawnej. Nowy butik, ale tam gdzie przedtem juz byl elegancki sklep. Nowy ogrodek, dwa stoliczki w bramie, ale przy starej cukierni. U Poniatowskiego nadal kusza kruche ciasteczka z makiem. W Europejskiej jak dawniej najlepszy jest rozek smietankowy.

W ksiegarniach pelno nowych ksiazek, ale ksiegarnie trwaja na tych samych miejscach, gdzie przedtem. "Pod filarami", dawna wojskowa, ciagle ma polki wypelnione ksiazkami Bellony. Pelno tez tu map, przewodnikow, albumow, choc teraz tyle jest ladnych przewodnikow nie tylko po Polsce, po okolicach Warszawy, po Kazimierzu nad Wisla, po Wybrzezu i Bieszczadach, ale po wszystkich zakatkach swiata. W ksiegarni uniwersyteckiej "u Prusa" na stolach opasle tomy z historii i filozofii, biografie, tlumaczenia. Platon w skorzanej oprawie. Sw. Augustyn. Jung. Pelne wydanie Pamietnikow Ignacego Jana Paderewskiego. Tomy pism ks. Tischnera. Reportaze podobno wysmienitego dziennikarza z Wilna Mariusa Ivaskeviciusa. Orfeusz w piekle XX wieku Jozefa Wittlina. Kieszonkowa historia teatru na swiecie Kazimierza Brauna. Najnowsza historia teatru polskiego Joanny Godlewskiej. Wszystko kusi.

Jutro juz pora powrotu. Jutro rozpoczne dzien droga na lotnisko. Zakoncze droga z lotniska, po drugiej stronie globu. Dzisiaj podziwiam jeszcze dwujezyczne wydania poezji. Pieszcze po kolei miekkie okladki swojskich miesiecznikow: Dialog, Tworczosc, Znak, Teatr, Odra, gruby tom Frondy, Zeszyty Literackie rocznicowo poswiecone Miloszowi, Karta ze specjalnym, swietnym doborem starych zdjec z "zydowskiego Lublina".

Dzisiaj pachna mi jeszcze maliny. Zjadam lody poziomkowe. Nawet nie bardzo mi sie chce i do tego deszcz zaczyna padac, ale kupuje porcje, potem druga. Smakuje slodki chlod w ustach, miekko rozplywajacy sie pol-smak, pol-nic. Zegnam lato. Pelargonie w skrzynkach na balkonach. Przekwitle juz roze w Lazienkach. Ulice Dobra.

Poziomka - coz za piekne slowo.

 


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail