KRZYSZTOF CWIKLINSKI
Monsieur Sans-Gene
albo pralnia pod wezwaniem Ducha Swietego
Emigracja jest zjawiskiem paradoksalnym, plaszczem krolewskim i lachmanem zebraczym jednoczesnie; prawda, ze ten drugi bardziej rzuca sie w oczy, gdyz pierwszego najczesciej nie widac. Jan Bielatowicz trzydziesci lat temu pisal, ze "emigracja to zarazem stan spoleczny, dobrowolny wybor pracy najemnej, raczej deklasacja, niz utrzymanie zyciowej pozycji". Zaiste, niewielu znalezlibysmy emigrantow, ktorym dane bylo uniknac dokuczliwosci i nedz wygnanczej egzystencji. Dotyczylo to wszystkich bez mala pisarzy. Wspolczesny badacz emigracji Marek Pytasz tak o tym pisze: "Wiekszosc, szczegolnie z pokolenia emigracji walczacej, nie mogla (...) marzyc o profesjonalizacji swojego pisarstwa; wiecej nawet: nie mogla liczyc na utrzymanie sie z zajec okololiterackich, imala sie tedy roznych prac: byli drukarzami, ogrodnikami, pomywaczami, zecerami, czyscili miejskie kanaly, dzielili tusze wieprzowe w rzezniach, kalibrowali wojskowy sprzet optyczny, organizowali pogrzeby, pracowali fizycznie w fabrykach lub w biurach na poslednich posadach, przygotowywali do odprawy pociagi towarowe, reperowali zegarki, sprzatali, ukladali tory kolejowe, zawijali cukierki w kolorowa folie, i z trudem przebijali sie do lepszych zawodow". Ten katalog powszednich zajec zarobkowych pisarzy emigracyjnych jest, naturalnie, niepelny. Rozszerzyc go mozna o zajecia tak niezwykle i specyficzne, ze az dziw bierze, iz w ogole istnieja.
Jeden z najwybitniejszych pisarzy polskich, a zarazem jedna z najciekawszych i najbardziej fascynujacych osobowosci w skali nie tylko emigracyjnej, Andrzej Bobkowski dopisalby do tego repertuaru wiele ciekawych zajec, ktorymi w roznych okresach zarobkowal na zycie: byl robotnikiem, pozniej urzednikiem w fabryce amunicji, kierownikiem ksiegarni, redaktorem biuletynu informacyjnego, pracowal fizycznie w zakladzie naprawiajacym rowery, zarzadzal majatkiem ziemskim, byl tragarzem, buchalterem, wreszcie wlascicielem sklepu i firmy produkujacej modele latajace. Jego biografia jest dzis juz dobrze znana, co nie znaczy, ze nie ma w niej miejsc niejasnych i epizodow tajemniczych, ktore choc sa jak szpilka w lesie, zasluguja na pelne swiatlo. Losy pisarza znamy po czesci ze Szkicow piorkiem, po czesci z tomu Coco de Oro, po czesci zas z publikowanej korespondencji. Co jednak dzialo sie wczesniej?
W marcu 1939 roku Bobkowski wraz z zona Barbara przyjechal do Paryza, gdzie mial odbyc praktyke przed objeciem posady w jednym z polskich przedstawicielstw handlowych w Argentynie. Mial wowczas 26 lat, byl z wyksztalcenia ekonomista. Przyjazdowi temu towarzyszyla aura rodzinnego skandalu, jakim zakonczyla sie trzymiesieczna proba znalezienia pracy w przemysle i osiedlenia w Katowicach. Jakiej natury byl to skandal, nie wiadomo. Sam pisarz twierdzil, ze chyba przyjdzie mu zmienic nazwisko. Na jakie, rowniez nie wiadomo. Musial to byc wszakze skandal, ktory wstrzasnal nie tylko zacna krakowska rodzina, ale i elita sanacyjnej wladzy. Zapewne i bez niego Bobkowski mialby calkiem zasluzona opinie enfant terrible. Nic w tym dziwnego. Podobno matka chrzestna, pulkownikowa Schenk, miala na widok niemowlecia zawolac: "Alez to skandal, a nie dziecko!". I tak juz pozostalo, co zreszta samego pisarza napawalo pewnym rodzajem dumy.
Co Bobkowski robil w Paryzu? Tego takze nie wiadomo. W zyciorysie sporzadzonym po latach dla Jerzego Giedroycia napisal, ze... przebywal, co zwazywszy na miejsce pobytu bylo niewatpliwie czynnoscia zajmujaca. Po wybuchu wojny zglosil sie jako jeden z pierwszych do wojska, lecz nie zostal przyjety ze wzgledu na swe sanacyjne koneksje. Dla nowego rezimu istotnie nie mogl byc mily: dziecinstwo spedzone na kolanach Marszalka Pilsudskiego i owczesnego generala Rydza-Smiglego, ojciec general brygady, stryj wiceminister komunikacji i ziec prezydenta Moscickiego; stanowilo to wystarczajaca podstawe, by uniemozliwic mlodemu pisarzowi przelanie krwi za ojczyzne. Trudno bylo wowczas o gorsza rekomendacje.
We francuskiej fabryce zbrojeniowej w Chatillon pod Paryzem Andrzej Bobkowski zaczal pracowac w lutym 1940 roku. Co zatem robil od wybuchu wojny, z czego zyl, bo przeciez nie ze skromnych, oszczedna i surowa reka ojca wydzielanych co miesiac, subsydiow, ktore i tak urwaly sie we wrzesniu?
Siegnijmy do znakomitych Szkicow piorkiem, dziennika z lat 1940-1944, ktory pisarz zaczal prowadzic w maju 1939 roku. Pierwszy umieszczony w wydaniu ksiazkowym zapis nosi date 20 maja 1940 roku, a wiec juz po zakonczeniu "dziwnej wojny", kiedy to front francuski trzeszczal i pekal w szwach pod naporem niemieckich dywizji pancernych i zmotoryzowanych. Przyczyne tej kilkumiesiecznej rozbieznosci wyjasnia Bobkowski w notatce z 25 listopada 1940 roku, sporzadzonej juz w Paryzu, po powrocie ze slynnej pozniej rowerowej wloczegi po Francji. "Jeszcze ciagle nie moge przebolec tych spalonych zeszytow - notuje Bobkowski - czasopism polskich. Bohaterowie! P. (pp.Payen, wlasciciele kamienicy, w ktorej mieszkali Bobkowscy - przyp. K.C.) wiedzieli, ze pisze. Po wejsciu Niemcow do Paryza kazali Basi wszystko spalic. Ze strachu! Dobrze, ze tych kilku ksiazek polskich tez nie kazali popalic. Pilnowali, zeby Basia zrobila to przy nich. Wydarla z tych zeszytow kilkanascie kartek. Zostalo ich w sam raz tyle, ile we mnie z mojej przeszlosci. Niczego nie odtworze i nie chce nawet odtwarzac".
Co bylo na owych ocalalych z pozogi przy rue St.Lazare 20 kartkach, a - dodajmy - bylo ich wiecej niz kilkanascie? Wczesniej jedna jeszcze uwaga. Otoz w pierwszych wojennych miesiacach mlodych Bobkowskich wspomagal ze Szwajcarii stryj Andrzeja Aleksander, wspomniany juz wiceminister komunikacji w rzadzie gen. Slawoja-Skladkowskiego. Nawet jesli byly skromne, owe stryjowskie zapomogi byly regularne i pozwalaly przetrwac. Wlasnie w liscie do stryja z 30 stycznia 1940 roku pisarz uchylil rabka tajemnicy. "U nas byly mrozy siarczyste - pisal - i teraz jeszcze ciagle siarczyste zimno. Wskutek tych mrozow musialem przerwac od 10-go b.m. moja pralnie, bo mi stawy w palcach i w lokciach tak zaczely puchnac i bolec, ze nie moglem pracowac. Bardzo mnie to przygnebilo, ale co robic. Jak sie tylko mozliwiej zrobi i choc troche cieplej, to zaczne na nowo, tym bardziej, ze klientela stale sie dopytuje natarczywie o zdrowie 'tej panskiej praczki'. Ja tymczasem obkladam sie troche niesmiertelna nasza rodzinna 'antiflogestyna' i kuruje 'te moja praczke'. Te mrozy dochodzace do minus szesnastu stopni przetrwalismy w naszym golebniku zupelnie dobrze pomimo braku jakiegokolwiek ogrzewania. Lod byl na oknie, woda marzla w miednicy".
Ow rabek odslania wlasciwie cala tajemnice: pisarz pracowal jako praczka i to szlachetne skadinad zajecie stanowilo podstawe utrzymania jego i zony. Wobec klientow Bobkowski wystepowal jako... wlasciciel pralni! Zwazywszy znaczenie nazwiska, a takze calkiem niedawna pozycje jego i rodziny, nie wypadalo inaczej.
We wspomnianym zyciorysie sporzadzonym na prosbe i dla potrzeb Jerzego Giedroycia juz po osiedleniu sie w Gwatemali, prawdopodobnie po roku 1958, Bobkowski napisal wiecej o tym tajemniczym epizodzie i swoich pralniczych przewagach. Caly zyciorys utrzymany jest w konwencji kpiarsko-humorystycznej, a nawet autoironicznej, wiec i najbardziej interesujacy nas w tym miejscu fragment nie odstaje od konwencji: "Oczekujac na powolanie do wojska i nie chcac korzystac z pomocy spolecznej, utrzymuje sie z prania bielizny, zalozywszy polska pralnie dla uchodzcow pod firma 'Monsieur Sans-Gene, Chlorcio i Spolka', w ktorej obok obficie uzywanego chlorku, czyli zawelu, byl jedynym pracownikiem. Wtedy to w przyszlym autorze znakomitych Szkicow piorkiem budzi sie po raz pierwszy talent literacki i spostrzegawczosc, gdyz prana bielizna wielu osobistosci zjawiajacych sie w Paryzu pozwala mu na poznanie tychze osobistosci takze sensu stricto od srodka. Wtedy to powstaja pierwsze notatki naszego znakomitego pisarza, ktore zostana opublikowane dopiero po jego smierci, a to ze wzgledu na zbyt intymne informacje, jakie autor zebral w tym czasie dzieki brudnej bieliznie. Instytut Literacki moze z duma powiadomic juz swoich czytelnikow, iz otrzymal pierwszenstwo na publikacje tych niewatpliwie kontrowersyjnych notatek". Kilka zdan dalej Bobkowski pisze o upadku firmy: "Nie mogac dalej kontynuowac swego interesujacego zajecia praczki, wstapil do francuskiej fabryki amunicji".
Na marginesie warto dodac: nieprawda, ze po raz pierwszy ujawnil sie przy tej szczegolnej okazji jego talent literacki, gdyz pisywal juz od dawna, a nawet publikowal humoreski i felietony; nieprawda tez, ze wtedy zaczely powstawac pierwsze notatki, gdyz powstawaly juz znacznie wczesniej, prawda natomiast, ze nabawil sie reumatyzmu, na ktory cierpial do konca zycia i ktory okresowo uniemozliwial mu wykonywanie precyzyjnych prac modelarskich. Ze wzmianki o udzieleniu Instytutowi Literackiemu pierwszenstwa na publikacje owych notatek wnosic mozna, ze sie zachowaly... i zachowaly sie w istocie, byly to bowiem nie tylko te wyrwane kartki, ale i cale zeszyty, ktore Barbarze Bobkowskiej udalo sie dla potomnosci ocalic, nie zostaly tylko opublikowane przez Instytut Literacki, bowiem... zaginely, a tak sie przynajmniej zdawalo. Bobkowski zmarl w Gwatemali w 1961 roku, jego zona w 1982; przypuszczano (tak sadzil np. Tymon Terlecki, bezskutecznie apelujacy do wdowy po pisarzu o przekazanie archiwum do Londynu), ze wraz z jej smiercia cala rekopismienna spuscizna po autorze Czarnego piasku bezpowrotnie przepadla. Po latach okazalo sie jednak, ze Barbara Bobkowska archiwum swojego meza przekazala Polskiemu Instytutowi Naukowemu w Nowym Jorku i w nim to wlasnie zachowaly sie stronice opisujace historie, od narodzin przez chwile swietnosci az po upadek paryskiej pralni pod wezwaniem Ducha Swietego. Odnalazla je w 1993 roku i opublikowala w grudniowym numerze krakowskiego NaGlosu Bozena Shallcross. Gdyby nie owe zachowane notatki i ich pozniejsza publikacja, ujawnienie owego pralniczego epizodu wydawac by sie moglo nieuzasadnione, a nawet wzbudzac podejrzenie o chec epatowania tania sensacja, okazalo sie jednak, ze Bobkowski pozostawil po sobie jeszcze jedno dzielo nieznane, dzielo najscislej swoiste, dzielo jakich malo, jesli w ogole literatura zna podobne. Coz z tego, ze motywy pralnicze znalezc mozemy juz u Apulejusza z Madaury, zas w naszej literaturze u Lesmiana i Czechowicza, Milosza i Lema, u Romanowiczowej i Radzyminskiej, a takze we wspomnieniach Zdzislawa Czermanskiego poswieconych Lechoniowi? Jeden Bobkowski stworzyl dzielo plynace z glebi doswiadczenia.
Bozena Shallcross, ktora notatki te podala do druku, tak m.in. pisze w krotkim wstepie: "25 listopada Bobkowski opisuje powziety wlasnie zamiar otwarcia pralni dla wojennych uciekinierow. Siedem nastepnych stron kajetu zajmuje buchalteria wprowadzonego w zycie pomyslu. Pokazuje ona jak Bobkowski - w nowej roli wlasciciela pralni - przeksztalca sie z czytelnika ksiazek w ich przyszlego autora. Buchalteria zalozonego na paryskim bruku punktu uslugowego zaczyna sie apostrofa do trzech jej patronow. Kazda stronica podzielona jest na dwie stosowne rubryki: dochod i rozchod. W tej ostatniej pojawiaja sie zartobliwie obsceniczne komentarze wlasciciela pralni o jego klientach. Niewybrednosc laczy sie w tych rymowankach z zabawa literacka i ostrym, szyderczym smiechem dystansujacym Bobkowskiego wobec czynnosci prania cudzych brudow. Pralnia najprawdopodobniej upadla lub tez zmierzila go do reszty, gdyz u dolu siodmej strony oglasza on (...) zamkniecie interesu".
Autorka tych slow nie wiedziala, bo wiedziec nie mogla, o okolicznosciach, w jakich pralnia zakonczyla dzialalnosc, uwierzyla tez Bobkowskiemu, ze byl wlascicielem firmy, ktorej jedynym wyposazeniem byly balia, tara, mydlo i chlorek, jedynym pracownikiem on sam, zas miescila sie ona w ciasnej facjatce na szostym pietrze okazalej paryskiej czynszowki. Ponad wszelka watpliwosc Bobkowski bawil sie znakomicie, takze kosztem swoich przyszlych biografow i komentatorow.
25 listopada 1939 roku pisarz zanotowal: "Kalkulacja pralni. Obserwacje: uciekinierzy, a wiec kazdy ma niewiele bielizny. W takiej sytuacji bielizna poscielowa odpada. Obliczam ok. 100 frankow tygodniowo przy 6-godzinnym dniu pracy (od 9 do 12 i od 17 do 20). Ceny nalezy dac nizsze niz Armia Zbawienia, podkreslac, ze uzycie chlorku wykluczone. A w ogole jazda!".
Patronem pralni Bobkowski mianuje Ducha Swietego, zas staje sie ona wlasnoscia firmy Bobkowski, Chlorcio i Spolka. Stosownie do tej niezwyklej okazji i w trosce o powodzenie interesu pisarz kieruje do poszczegolnych patronow inwokacje i apostrofy. Pierwsza z nich brzmi: "Swiety Kalesonty, czuwaj nad pralnia". Nastepne wezwanie adresuje do Catherine Hubscher, tulonskiej praczki, zony pozniejszego marszalka napoleonskiego Francois Lefebvre'a, ksieznej gdanskiej i niedoszlej krolowej westfalskiej, slynnej bohaterki popularnej komedii Victoriena Sardou i Emila Moreau Madame Sans-Gene: "Niech duch Mme Sans-Gene pilnuje, aby bielizna nie pomieszala sie!". Przez analogie Bobkowski nazywa odtad samego siebie "Panem bez zenady", zmieniajac pozniej pierwotna nazwe firmy. Kolejne wezwanie skierowane jest do samego Napoleona i brzmi: "Duchu Cesarza Francuzow, wstaw sie za mna do zony Twojego Marszalka. Z mysla o niej poczynam". Bobkowski nie pominal i motta firmy, jej swoistego hasla reklamowego i inspiracji dzialan; uczynil nim trawestacje slynnego zdania Beaumarchais'go: "Smiejmy sie, nie wiadomo, czy swiat potrwa jeszcze trzy tygodnie". Parafraza Bobkowskiego brzmi: "Pierzmy, bo nie wiadomo, czy swiat potrwa jeszcze trzy tygodnie". Pod takimi auspicjami i w rekach wyksztalconego ekonomisty interes nie mogl sie nie powiesc. Pisarz byl pelen najlepszych mysli.
Firma rozpoczela dzialalnosc 27 listopada od dwoch pizam flanelowych i jednego recznika pp. Czerwinskich, zas zakonczyla 5 stycznia 1940 roku dwiema koszulami inzyniera Dunikowskiego. W tym okresie przez rece Bobkowskiego przeszedl bezmiar osobistej bielizny, a wraz z nia przeszly i ludzkie charaktery. Klientele mial pisarz stala, ale - jak slusznie przewidywal - takze pod wzgledem zasobnosci w bielizne niewatpliwie zdeklasowana. W pierwszej rubryce Bobkowski zapisywal terminy przyjecia i wykonania zlecenia, nazwiska zleceniodawcow, ilosc i rodzaj bielizny oraz naleznosc zainkasowana za usluge, zas w drugiej wydatki na mydlo, chlorek (uzywal go czesto, wbrew szumnym deklaracjom), przedze do cerowania skarpetek (bo i takie zlecenia otrzymywal) oraz na uslugi obce, jak np. pranie krawata p. Sliwowskiego w pralni chemicznej, a takze podliczal ilosc bielizny i dochod netto. Buchalteria prowadzona byla skrupulatnie, przejrzyscie i fachowo, jak na absolwenta Wyzszej Szkoly Handlowej przystalo. W calej tej buchalterii interesuje nas wszakze nie to, ze pisarz w ciagu niecalego miesiaca wypral 55 koszul meskich, 11 pizam, 15 par kalesonow, 19 recznikow i 62 chustki do nosa, ani nie to, ze czysty zysk wyniosl 332 franki i 15 centimow, lecz wydzielona z rubryki ROZCHOD podrubryka PRZYPISY. Owe przypisy to zwiezle, dosadne, rzeczywiscie bez zadnej zenady i na granicy dobrego smaku, a nierzadko i poza nia, sporzadzane charakterystyki nie tyle bielizny i jej stanu, ile jej wlascicieli. To wlasnie owe dzielo samo w sobie, dzielo laczace elementy literatury, psychologii i higieny z podstawami chemii praktycznej i organoleptyki.
Owe charakterystyki bywaja nieraz okrutne. O inz. Wieczorkiewiczu Bobkowski pisze: "Tak sie perfumuje, ze widocznie juz za zycia smierdzi"; o p. Sliwowskim zas: "W tych kalesonach moze isc tylko do dziwek ponizej 20 frankow. Przestrzelane na durch"; natomiast o p. Toczylowskim: "To jakis dzwonnik, bo wszystkie kalesony wydzwonione w kroku".
Bywaja i inne charakterystyki, by tak rzec - profesjonalne. Jedna z nich dotyczy p. Malcolma Morrisa: "Koszule z przodu zasikane, piernikow nie zauwazylem". Notabene pan Morris byl jednym ze stalych klientow pralni, ale nie cieszyl sie sympatia jej wlasciciela, o czym swiadczy jedna z poswieconych mu notatek: "Rdza moczowa! Podobno Polak, ale to raczej taki Hasling Ketling, ino ze swinia!". Natomiast wyrazna sympatia cieszy sie p. Abratanski, ktory nie jest swinia i otrzymuje wysoka note: "allright".
Niekiedy odzywa sie w Bobkowskim dusza belfra (zapewne to rodzinna tradycja!) i niektorych klientow - jak np. p. Rauscha - poucza: "A myjze sie pan przed spaniem!", na innych - jak np. na p. Popielowa - zlosci sie i wyklina: "Tos, psiakrew, musiala dac te sciereczki czerwone, zeby mi zafarbowaly cala bielizne? A to myslisz, ze mnie chlorek nic nie kosztuje, zeby z tych kolorow zrobic znowu biale? Za tom cie strugnal na 48 frankow, ty stara cholero!". Przy innej okazji nie przepuszcza i malzonkowi p. Popielowej, ktorego desusom wystawia nastepujaca recenzje: "Chlopski beton w gaciach" i odwolujac sie do legendarnych dziejow Polski konstatuje: "Pewnie ze strachu przed myszami Popiel tak kipka w porcieta", a konczy dystychem: "A ze chlorek wybiela gacie Popiela, wiec..." w rachunku wypada ponad 36 frankow.
Bobkowski wyraznie cieszy sie, gdy rosnie ilosc przynoszonej bielizny, co swiadczy o podnoszeniu sie kondycji materialnej klientow, ale zarazem powieksza i jego dochody; np. p. Ramza zaczyna od jednej koszuli, potem przynosi dwie, a na koniec juz piec, co wzbudza nieklamany podziw pisarza. Podziw wzbudzaja takze ci, ktorzy przynosza... czysta bielizne. Albo przynajmniej niezbyt zabrudzona, jak np. p. Iwanska, ktora honoruje takim oto epigramatem:
Bielizna czysta, noszona z panska,
Pracy niewiele,
lecz plac, Iwanska.
Nie jest to jedyny przypadek, w ktorym ujawniaja sie nie tylko zdolnosci wersyfikacyjno-rymotworcze wybitnego pozniej prozaika, ale manifestuje sie przede wszystkim wysoka kultura literacka i solidne wyksztalcenie filologiczne wyniesione z krakowskiego Gimnazjum sw. Anny - w koncu matura oblana wlasnie z polskiego zobowiazuje. Oto kilka przykladow dajacych wyobrazenie o skali talentu poetyckiego, o wyksztalceniu, umiejetnosci posluzenia sie aluzja i - coz tu ukrywac - o zlosliwosci autora.
O panu Witkowskim:
Hej Witkowski, ty chamie,
hej ty plemie borsucze,
Co na siebie ubierze,
to od razu zbrucze.
O panu Sliwowskim:
Trzy razy ksiezyc obrocil sie zloty,
Trzy razy Sliwowski
dal cos do roboty:
Suknie plugawe i trykociki,
A w gaciach pierniki.
Nie brakuje tez i probek epickich z dialogami, jak chocby ta: "Sliwowski zawsze sie pyta:
- A paczuszka dla mnie jest? - A nie ma. A bedzie. I nazajutrz znowu: - A paczuszka dla mnie jest? - A nie ma. I tak co dzien". Oznaczac to moze, ze pralnia pod wezwaniem Ducha Swietego nie byla jednak firma solidna i nie zawsze dotrzymywala obiecanych terminow, choc moze to tez zle swiadczyc o cnocie cierpliwosci zacnych skadinad klientow.
Zdarzali sie wszakze i tacy, o ktorych Bobkowski nie mial na podstawie gruntownej analizy stanu ich koszul, recznikow, obrusow i serwetek niczego do zanotowania. Dlatego niczego nie wiemy o p. Ciemochowskiej, p. Orlinska kojarzy mu sie wylacznie ze slynnym lotnikiem; inzynierowie Wieczorkowski i Chlipalski opatrzeni zostaja jedynie znakami zapytania, z ktorych to nader trudno wyciagnac jakiekolwiek wnioski.
Firma, jak juz wspomniano, zakonczyla dzialalnosc 5 stycznia 1940 roku i zadne
wysokie protekcje nie wystarczyly, aby utrzymala sie przy
zyciu. Najzwyklejszy, pospolity reumatyzm polozyl jej kres
gwaltownie i ostatecznie. Gdyby nie on, kto wie, czego jeszcze
moglibysmy sie o kondycji emigranta poprzez medium jego
desusow i poprzez medium literackiego talentu Monsieur Sans-Gene'a
dowiedziec. Owych siedem stron to material jeszcze zbyt
skapy, ale przeciez nie da sie zaprzeczyc, ze wielce wymowny,
choc... niewymownych w wiekszosci czesci garderoby dotyczacy.
Nie jest to tez moze wystarczajacy powod do wszczynania
szczegolowych badan socjologicznych i literackich, choc
niewatpliwie perspektywa pralni moze byc interesujaca, a
to pod tym warunkiem, ze nie korzysta sie z jej uslug bez
uprzedniego upewnienia sie, czy jej wlasciciel nie jest
przypadkiem... pisarzem.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |