ZYGMUNT ZIATEK
"Heban" Ryszarda Kapuscinskiego ksiazka roku 1999
Wyprawa w glab
Dotychczasowe
polskie opinie o ksiazce roku 1999 (jej tytul ogloszono
przed kilkunastoma dniami, a juz zdazyla zrobic wielka miedzynarodowa
kariere) pokazuja, ze najtrudniej jest nie zamienic uwag
o Hebanie w prezentacje walorow calej prozy reportazowej
Ryszarda Kapuscinskiego albo i walorow jego samego: jego
talentu pisarskiego, wiedzy, odwagi, wytrwalosci, znajomosci
rzeczy, empatii w stosunku do opisywanych ludzi, kultur
i spoleczenstw. Chcac uniknac tego niebezpieczenstwa dobrze
byloby skupic sie na poczatek na jednej zalecie Hebanu,
na ktora naprowadzaja najprostsze wrazenia czytelnicze -
wlasne i cudze, udokumentowane recenzjami. Otoz ta ksiazka
- znacznie bardziej niz jakakolwiek wczesniejsza tego autora
- odznacza sie zdolnoscia urzekania czytelnika, wciagania
go w swoj, stworzony na trzystu kilkudziesieciu stronach,
afrykanski swiat. Czarowi oddzialywania Hebanu poddaja
sie jednakowo ci, dla ktorych jest on pierwsza ksiazka Kapuscinskiego,
a Afryka byla dotad ladem nieznanym nawet z przyzwoitej
lektury, jak i ci, ktorzy i Afryke, i wczesniejsza tworczosc
Kapuscinskiego znaja doskonale. Wymowne jest swiadectwo
Ewy Szumanskiej (Afryka rozpoznana, Rzeczpospolita nr 301, 1998 r.) ktora - jak stwierdza - jeden falszywy
ton wytracilby na stale z lekturowego zauroczenia. Ale nie
wytracil, bo go nie znalazla.
Intensywnosc oddzialywania Hebanu byla porownywana
z oddzialywaniem prozy Brunona Schulza i latynoamerykanskiego
realizmu magicznego, a wiec prozy stwarzajacej wlasne, egzotyczne,
odrebne, ale i uniwersalne swiaty, w ktorych czytelnik przezywa
wielka przygode poznawcza, polegajaca na odnajdywaniu tego,
co wspolne w tym, co rozne. Heban nie jest jednak
powiescia. Przy wszystkich literackich walorach stylu, opisu,
obrazowania - znanych i z wczesniejszych ksiazek Kapuscinskiego
- nie przestal przeciez byc relacja z reporterskich wedrowek,
notatnikiem osobistych spotkan z Afryka, wspomnieniem kilkunastu
ludzi i czasu z nimi przezytego. Wiec jak to sie stalo,
ze z tej prostej formy potrafil pisarz uczynic narzedzie
glebokiego wtajemniczenia w swiat odmiennej kultury?
Najlatwiej zauwazalna cecha jego strategii jest przemyslane
- choc moze i spontaniczne - stopniowanie owego wtajemniczania,
umiejetne, krok po kroku, poszerzanie horyzontow czytelnika.
Poczatek, zderzenie, Ghana 58 - brzmi tytul pierwszego
zapisu. A wiec najpierw pelna niewiedza, szok odmiennosci
klimatycznej, odczucie innego swiatla, innych barw i zapachow.
Pierwszy krok na afrykanskim ladzie, co mozna rozumiec bardzo
doslownie (bo zostal postawiony w nadmorskiej Akrze na zachodnim
wybrzezu) i pierwszy etap wspolczesnej historii Afryki,
zainaugurowany wlasnie zdobyciem i swietowaniem niepodleglosci
przez Ghane. A po tym pierwszym kroku - pierwsza jazda,
wykorzystana do maksimum w sensie poznawczym. 500-kilometrowa
podroz autobusem w glab ladu dostarcza autorowi okazji do
zapoznania czytelnika z odmiennym od europejskiego pojmowaniem
czasu, celami i sposobami przemieszczania sie ludnosci,
struktura klanu, bez znajomosci ktorej nie pojmie sie funkcjonowania
biurokracji nowo powstajacych panstw; zjawiskiem czarow,
ledwie - w tym miejscu - dotknietym.
Nastepny datowany zapis - 1962 rok, Tanganika, dzis Tanzania
- do pewnego stopnia powtarza, utrwala poznawcze zdobycze
pierwszego zetkniecia z Afryka, a jednoczesnie - poszerza
je i modyfikuje. To znow jakby pierwszy krok na kontynencie,
ale teraz z drugiej strony: od wybrzeza wschodniego, od
Dar es-Salaam. Tanganika juz ma niepodleglosc, do jej ogloszenia
szykuje sie sasiadujaca z nia Uganda, co sklania Kapuscinskiego
do kolejnej podrozy w glab kontynentu, odbywanej tym razem
samochodem terenowym, kupionym za bezcen od Anglika opuszczajacego
w pospiechu Afryke. Tu okazja, by pomowic o bialych i czarnych,
o europejskim indywidualizmie i afrykanskim kolektywizmie,
o apartheidzie i rasizmie na wschodnim wybrzezu, innym od
zachodniego, bo dotyczacym takze hindusow, o roli tych ostatnich.
Najwazniejsze w tej podrozy na wlasna reke jest jednakze
posmakowanie - jednoczesnie - piekna samodzielnie poznawanej
przyrody i kilku jej smiertelnie niebezpiecznych zasadzek.
Mozna stracic orientacje w sawannie, byc stratowanym przez
stado bawolow, ukaszonym przez kobre, umrzec na udar sloneczny,
malarie i jej nastepstwo - gruzlice. Wiedza o tych i innych
niebezpieczenstwach jest przygotowaniem do dalszych studiow
nad indywidualna i zbiorowa dusza Afrykanczyka, zmuszonego
do bezustannego radzenia sobie z nimi, a takze: nad jego
stosunkiem do historii - w rozumieniu europejskim - ktora
bardzo upodabnia mu sie do bezrozumnego, niepojetego a groznego
zywiolu. I od razu sprawdzian tej wiedzy: niepodleglosciowy
przewrot na wyspie Zanzibar, ktory daje tez okazje zademonstrowania
sposobu - iscie stracenczego! - i sensu - niewielkiego!
- zdobywania dziennikarskich informacji o gwaltownych i
krwawych politycznych przemianach.
Bylibysmy chyba zdziwieni, gdyby nastepny, datowany ciag
zapisow nie przenosil nas znow na przeciwlegle wybrzeze,
nie lokowal nieco wyzej na spirali poznania i nie posuwal
troche dalej w glab ladu. Anatomia zamachu stanu to dziennik
pisany na goraco w Lagos, stolicy Nigerii, w styczniu 1966
roku. Jest on zywym dowodem uswiadamiania sobie przez pisarza
- juz wtedy - ze oto konczy sie krotka epoka naiwnej, entuzjastycznej
wiary w przyszlosc niepodleglej Afryki. Zagrozeniem dla
niej jest nie tylko rozpoczynajacy sie kolowrot wojskowych
zamachow stanu, ale i armia ludzi bezczynnych, posrod ktorych
autor zamieszkal w slumsie na przedmiesciu i ktorych po
raz pierwszy tak dokladnie sportretowal.
Nie wiadomo, czy wlasnie z Nigerii pisarz zawedrowal az
na pustynie w Mauretanii, ale wlasnie tu, jakby dla kontrastu
z wyspiarskim przedmiesciem, zamiescil doznanie rozpalonych
piaskow pustyni: dal czytelnikowi poznac, czym jest oaza,
oczekiwanie na ciezarowke zdolna do pokonania pustynnych
bezdrozy, czekanie na ratunek, kiedy sie zepsuje.
Nie mozemy dalej rownie szczegolowo sledzic, jak narasta
ta ksiega Afryki. Powiedzmy tylko, ze lwia czescia ksiazki
zdaje sie rzadzic regula podejmowania datowanych wedrowek
naprzemiennie: od zachodniego i od wschodniego wybrzeza,
i ze na ogol prowadza nas one coraz dalej w glab kontynentu.
Po Nigerii 1966 i 1967 roku mamy srodkowa Etiopie z roku
1975, stamtad podroz do Ugandy krwawego Amina, musniecie
Sudanu i Zairu w 1988 roku i na poczatku lat 90. jeszcze
Somalia i znow Uganda, tym razem z wykladem o Rwandzie,
sprowokowanym pamietnymi rzeziami, i z wypadem do Konga.
Ale znajdziemy sie i na zachodzie. Najpierw na granicy Mauretanii
i Senegalu, potem w Mali, zawadzimy o Monrowie w Liberii
i o Kamerun.
To podazanie w glab ladu z obu kierunkow na przemian ma
smak dawnych wypraw, rozpoczynanych przeciez takze od wybrzeza,
i jak one ma na celu dotarcie do trudno dostepnej prawdy
kontynentu. Bo na jego obrzezach zapisala sie przede wszystkim
zlowroga historia stosunkow Afryki ze swiatem. Lagos i Zanzibar
to byly wyspy niewolnicze, gigantyczne obozy koncentracyjne,
w ktorych uprowadzeni mieszkancy Afryki oczekiwali na transport
do obu Ameryk. Od wybrzezy rozpoczynal sie pochod swiatowego
handlu i pochod kolonizacji; dopiero po traktacie z 1884
roku siegnela ona centrum. Na wybrzezach rodzil sie rasizm
bialych i formowala sie odpowiedz czarnych, ksztaltowaly
sie wzajemne stereotypy. Na wybrzezach powstaly pierwsze
niepodlegle panstwa nie mogace sobie poradzic z dziedzictwem
przeszlosci, co zapowiadalo ponury obrot rzeczy dla reszty
kontynentu.
Nie jest przypadkiem, ze Kapuscinskiego od razu ciagnelo
do "srodka". Znajdowal tam nie tylko porazajaco piekne,
jakby nie skazone obecnoscia czlowieka pejzaze i doznawal
potegi groznych najczesciej zywiolow przyrody. Znajdowal
takze odpowiedz (czy wiele zroznicowanych regionalnie odpowiedzi)
na pytanie o to, czym dla Afrykanczyka jest smierc i zycie
czlowieka, dom i rodzina, swiat zmarlych i swiat istot nadprzyrodzonych,
pamiec i tradycja. Wszystkie, albo prawie wszystkie epizody
rekonstruujace duchowosc afrykanska, wewnetrzny swiat kultury,
dzieja sie gdzies w afrykanskim interiorze: w malych wioskach,
na przypadkowych miejscach postoju, w wedrowce karawany,
w ktorej pisarzowi wyznaczono bodaj ostatnie miejsce - razem
z kupcem (za kozami i owcami). To m.in. Bedzie swieto, Dzien we wsi Abdallah Wallo, Czarne krysztaly
nocy.
Trzeba podkreslic, ze ten wlasny swiat Afrykanina nie jest
tylko swiatem zyczliwej wspolnoty, pokojowej koegzystencji
z bostwami i duchami zmarlych, goscinnosci, ze zna takze
doswiadczenie zla, przemocy, wewnetrznej dyskryminacji plemiennej
w niczym nie ustepujacej rasizmowi bialych. Swoisty plemienny
rasizm jest podlozem wojny w Sudanie, odwiecznego konfliktu
Tutsi i Hutu, krwawej groteski Liberii. I dopiero obecnosc
takze owego pierwiastka wewnetrznego, afrykanskiego zla
sprawia, ze dociekanie tajemnicy kontynentu definitywnie
przestaje byc odkrywaniem kulturowej egzotyki, ze staje
sie - po prostu - dochodzeniem jakiejs uniwersalnej prawdy
o czlowieku i jego zyciu spolecznym.
Pod koniec ksiazki wyczerpuje sie ta dynamika poznawania
i konstytuowania afrykanskiej tozsamosci. Wydaje sie, ze
w jej ostatnich rozdzialach autor pyta raczej o przyszlosc,
o to, co czeka Afryke w malo jej sprzyjajacym wspolczesnym
swiecie. Pyta nie tylko o przyszlosc "skrzywdzonego kontynentu",
ale takze o perspektywy owej tozsamosci kulturowej zmierzonej
dlugimi epokami afrykanskiego trwania. Sa to takze pytania
o los wartosci elementarnych, przechowanych w spolecznosciach
ubogich cywilizacyjnie, tak bliskich pod wieloma wzgledami
europejskiej starozytnosci.
Z tego, co zostalo powiedziane, mogloby wynikac, ze ksiazka
Kapuscinskiego jest moze dzielem jakiejs niezwykle wyrafinowanej
mysli konstrukcyjnej, jakiejs zelaznej wrecz zasady dochodzenia
do zalozonych, pozadanych sensow. Tymczasem jej uroda i
zniewalajaca atrakcyjnosc biora sie najpewniej z tego, ze
w duzej mierze rzadzi sie ona jakas logika naturalna, nie
calkiem wyrozumowana, taka, ktora wynika z zaufania do wlasnego
zasobu doswiadczen, no i z tego, ze tych doswiadczen jest
tak duzo, ze jest z czego wybierac. Bo z jakims wyborem
z dorobku wieloletniego obserwowania i przezywania Afryki
mamy oczywiscie do czynienia; stwierdzi to latwo kazdy czytelnik
tomu Gdyby cala Afryka (1969) lub Jeszcze dzien
zycia (1976), wielkiego reportazu o Angoli, wznowionego
niedawno. Angoli w Hebanie w ogole nie ma.
Na czym to zaufanie do wlasnego doswiadczenia mialoby polegac?
Nie jest to tylko, zwykle w reportazu, poleganie na tym,
co sie samemu widzialo, czego sie bylo swiadkiem. Polega
ono na pisarskim uruchomieniu jakby calej swojej biografii,
na podstawienie w miejsce krotkotrwalego, reportazowego
uczestnictwa autora w wydarzeniu - calego jego zycia. Cale
zycie staje sie sprawdzianem i gwarantem wiarygodnosci tego,
o czym sie pisze.
Mozna to bylo zauwazyc juz w Imperium (1993), poprzedniej
ksiazce Kapuscinskiego, ktora zostala zbudowana na zasadzie
pamietnika osobistych spotkan z mocarstwem: od doznania
rosyjskiej okupacji w Pinsku 1939 roku, przez podroz pociagiem
z Chin w okolicach pazdziernikowej "odwilzy" 1956 r. i podroz
po azjatyckich republikach Zwiazku Sowieckiego w latach
60., po wedrowki w latach rozpadu ZSRR na przelomie lat
80. i 90. Warto zapytac: dlaczego akurat wtedy Kapuscinski
wymyslil te nowa dla siebie zasade kompozycyjna? Narzekal
wowczas sporo na klopoty z konstrukcja ksiazki o rozpadzie
imperium, spowodowanych dlugotrwaloscia, niekonsekwencja
i niejasnoscia tego procesu. Ale, mozemy zapytac, dlaczego
ow rozpad mialby wygladac inaczej i dlaczego obserwator
nie mialby sie dostosowac do jego rytmu? Rzecz w tym, ze
Kapuscinski wowczas juz nie byl dziennikarzem zafascynowanym
biegiem codziennych zdarzen politycznych; zdarzenie interesowalo
go, jesli odbijala sie w nim jakas prawda o formacji historycznej,
z ktora mial do czynienia, czy jakas uniwersalna prawda
o mechanizmach historii. To myslenie w kategoriach wielkich
epok dawalo znakomite rezultaty, kiedy spotykalo sie z wydarzeniem
na jego miare, z wielka, jednorazowa nieodwracalna zmiana
historyczna, taka, jaka byl upadek odwiecznego cesarstwa
w Etiopii (Cesarz) lub muzulmanska rewolucja w Iranie
(Szachinszach). Rozpad ZSRR nie byl porownywalnym
wydarzeniem, przyszlosc ciagle pozostawala niejasna i niejasne,
nieodgadnione pozostawaly sily i kierunki przemian mocarstwa,
ktore nigdy nie odslonilo wszystkich swoich tajemnic. Odwolanie
sie do dlugoletniego doswiadczenia biograficznego bylo wiec
wyrazem pewnej bezradnosci wobec kolosa, ale i wyrazem odkrycia,
ze mozna przeciez opisac te formacje historyczna inaczej:
wlasnie od strony osobistego, czastkowego, weryfikowanego
w kolejnych spotkaniach procesu poznawczego.
Wydaje sie, ze to, co bylo w duzym stopniu mimowolnym,
wyniklym z koniecznosci, wynalazkiem Imperium, stalo
sie w Hebanie swiadomie i celowo zastosowana metoda.
Afryka z pewnoscia nie jest latwiejsza do poznania niz dawny
Zwiazek Sowiecki, ale autor przeciez obcowal z nia nie mniej
intensywnie. Z pewnoscia mogl Kapuscinski zaufac temu sprawdzianowi
waznosci afrykanskich spraw, jakim stalo sie prawie cale
jego dotychczasowe reporterskie i pisarskie zycie. Najwazniejsze,
ze zaufal nie tylko materialowi przezyc i obserwacji, ale
takze porzadkujacej prace swojej mysli oraz tej mysli rozwojowi
i przemianom. Jak wspomnialem, pisarstwo Kapuscinskiego
przeszlo zdecydowana ewolucje: od fascynacji biezaca historia,
w tym warstwa zdarzen politycznych, do myslenia w kategoriach
wielkich formacji historycznych, dlugich epok trwania, spraw
elementarnych i najtrwalszych jednoczesnie, uniwersalnych
i odwiecznych. I ta ewolucja jest zapisana w Hebanie.
Oferowana przez te ksiazke przygoda poznawcza nie bylaby
zapewne tak wciagajaca, gdyby nie rozwijala sie z naturalna,
nie wyrozumowana logika rozwoju samego autora. Pierwsze
zapisy Hebanu dotycza powstawania niepodleglych panstw
afrykanskich na obu wybrzezach takze dlatego, ze wiaza sie
z owczesnymi zainteresowaniami autora. Ksiazka rozwija sie
w strone srodka kontynentu i w strone afrykanskiej dawnosci,
bo Kapuscinski coraz bardziej interesowal sie wielkimi formacjami
cywilizacyjnymi, a wielkie formacje afrykanskie pochodzily
sprzed przybycia tam bialego czlowieka. Konczy sie pytaniami
o przyszlosc afrykanskiego nieszczescia i afrykanskiej odrebnosci
w dzisiejszym swiecie, bo takie pytania sobie i nam zadaje
autor.
W tym polaczeniu osobistego doswiadczenia, wiedzy o wspolczesnej
historii i wiedzy o wielkich calosciach cywilizacyjnych
jest ksiazka Kapuscinskiego czyms niepowtarzalnym. Jakims
symptomem jej niezwyklosci moze byc kondensacja czasow,
jakie w niej wystepuja. Czas rozwoju samego autora naklada
sie na czas obumierania wspolczesnej historii Afryki, tak
obiecujaco startujacej w epoce dekolonizacji. Jednoczesnie
narracji zgodnej z chronologia ostatnich czterdziestu lat
towarzyszy odkrywanie coraz starszych warstw kultury kontynentu,
a wiec jakby cofanie sie do zrodel. Drzewo z zakonczenia
ksiazki, ktorym Kapuscinski zegna sie z Afryka i z czytelnikiem,
mogloby przeciez rosnac w raju.
------------------
Ryszard Kapuscinski, Heban, Czytelnik, Warszawa
2000 (wydanie III), s. 340, cena 17 dol. plus NY tax i 4.50
dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia
w Ksiegarni Nowego Dziennika).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |