PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (15 grudnia 2000)


ZYGMUNT ZIATEK

"Heban" Ryszarda Kapuscinskiego ksiazka roku 1999

Wyprawa w glab

Dotychczasowe polskie opinie o ksiazce roku 1999 (jej tytul ogloszono przed kilkunastoma dniami, a juz zdazyla zrobic wielka miedzynarodowa kariere) pokazuja, ze najtrudniej jest nie zamienic uwag o Hebanie w prezentacje walorow calej prozy reportazowej Ryszarda Kapuscinskiego albo i walorow jego samego: jego talentu pisarskiego, wiedzy, odwagi, wytrwalosci, znajomosci rzeczy, empatii w stosunku do opisywanych ludzi, kultur i spoleczenstw. Chcac uniknac tego niebezpieczenstwa dobrze byloby skupic sie na poczatek na jednej zalecie Hebanu, na ktora naprowadzaja najprostsze wrazenia czytelnicze - wlasne i cudze, udokumentowane recenzjami. Otoz ta ksiazka - znacznie bardziej niz jakakolwiek wczesniejsza tego autora - odznacza sie zdolnoscia urzekania czytelnika, wciagania go w swoj, stworzony na trzystu kilkudziesieciu stronach, afrykanski swiat. Czarowi oddzialywania Hebanu poddaja sie jednakowo ci, dla ktorych jest on pierwsza ksiazka Kapuscinskiego, a Afryka byla dotad ladem nieznanym nawet z przyzwoitej lektury, jak i ci, ktorzy i Afryke, i wczesniejsza tworczosc Kapuscinskiego znaja doskonale. Wymowne jest swiadectwo Ewy Szumanskiej (Afryka rozpoznana, Rzeczpospolita nr 301, 1998 r.) ktora - jak stwierdza - jeden falszywy ton wytracilby na stale z lekturowego zauroczenia. Ale nie wytracil, bo go nie znalazla.

Intensywnosc oddzialywania Hebanu byla porownywana z oddzialywaniem prozy Brunona Schulza i latynoamerykanskiego realizmu magicznego, a wiec prozy stwarzajacej wlasne, egzotyczne, odrebne, ale i uniwersalne swiaty, w ktorych czytelnik przezywa wielka przygode poznawcza, polegajaca na odnajdywaniu tego, co wspolne w tym, co rozne. Heban nie jest jednak powiescia. Przy wszystkich literackich walorach stylu, opisu, obrazowania - znanych i z wczesniejszych ksiazek Kapuscinskiego - nie przestal przeciez byc relacja z reporterskich wedrowek, notatnikiem osobistych spotkan z Afryka, wspomnieniem kilkunastu ludzi i czasu z nimi przezytego. Wiec jak to sie stalo, ze z tej prostej formy potrafil pisarz uczynic narzedzie glebokiego wtajemniczenia w swiat odmiennej kultury?

Najlatwiej zauwazalna cecha jego strategii jest przemyslane - choc moze i spontaniczne - stopniowanie owego wtajemniczania, umiejetne, krok po kroku, poszerzanie horyzontow czytelnika.

Poczatek, zderzenie, Ghana 58 - brzmi tytul pierwszego zapisu. A wiec najpierw pelna niewiedza, szok odmiennosci klimatycznej, odczucie innego swiatla, innych barw i zapachow. Pierwszy krok na afrykanskim ladzie, co mozna rozumiec bardzo doslownie (bo zostal postawiony w nadmorskiej Akrze na zachodnim wybrzezu) i pierwszy etap wspolczesnej historii Afryki, zainaugurowany wlasnie zdobyciem i swietowaniem niepodleglosci przez Ghane. A po tym pierwszym kroku - pierwsza jazda, wykorzystana do maksimum w sensie poznawczym. 500-kilometrowa podroz autobusem w glab ladu dostarcza autorowi okazji do zapoznania czytelnika z odmiennym od europejskiego pojmowaniem czasu, celami i sposobami przemieszczania sie ludnosci, struktura klanu, bez znajomosci ktorej nie pojmie sie funkcjonowania biurokracji nowo powstajacych panstw; zjawiskiem czarow, ledwie - w tym miejscu - dotknietym.

Nastepny datowany zapis - 1962 rok, Tanganika, dzis Tanzania - do pewnego stopnia powtarza, utrwala poznawcze zdobycze pierwszego zetkniecia z Afryka, a jednoczesnie - poszerza je i modyfikuje. To znow jakby pierwszy krok na kontynencie, ale teraz z drugiej strony: od wybrzeza wschodniego, od Dar es-Salaam. Tanganika juz ma niepodleglosc, do jej ogloszenia szykuje sie sasiadujaca z nia Uganda, co sklania Kapuscinskiego do kolejnej podrozy w glab kontynentu, odbywanej tym razem samochodem terenowym, kupionym za bezcen od Anglika opuszczajacego w pospiechu Afryke. Tu okazja, by pomowic o bialych i czarnych, o europejskim indywidualizmie i afrykanskim kolektywizmie, o apartheidzie i rasizmie na wschodnim wybrzezu, innym od zachodniego, bo dotyczacym takze hindusow, o roli tych ostatnich. Najwazniejsze w tej podrozy na wlasna reke jest jednakze posmakowanie - jednoczesnie - piekna samodzielnie poznawanej przyrody i kilku jej smiertelnie niebezpiecznych zasadzek. Mozna stracic orientacje w sawannie, byc stratowanym przez stado bawolow, ukaszonym przez kobre, umrzec na udar sloneczny, malarie i jej nastepstwo - gruzlice. Wiedza o tych i innych niebezpieczenstwach jest przygotowaniem do dalszych studiow nad indywidualna i zbiorowa dusza Afrykanczyka, zmuszonego do bezustannego radzenia sobie z nimi, a takze: nad jego stosunkiem do historii - w rozumieniu europejskim - ktora bardzo upodabnia mu sie do bezrozumnego, niepojetego a groznego zywiolu. I od razu sprawdzian tej wiedzy: niepodleglosciowy przewrot na wyspie Zanzibar, ktory daje tez okazje zademonstrowania sposobu - iscie stracenczego! - i sensu - niewielkiego! - zdobywania dziennikarskich informacji o gwaltownych i krwawych politycznych przemianach.

Bylibysmy chyba zdziwieni, gdyby nastepny, datowany ciag zapisow nie przenosil nas znow na przeciwlegle wybrzeze, nie lokowal nieco wyzej na spirali poznania i nie posuwal troche dalej w glab ladu. Anatomia zamachu stanu to dziennik pisany na goraco w Lagos, stolicy Nigerii, w styczniu 1966 roku. Jest on zywym dowodem uswiadamiania sobie przez pisarza - juz wtedy - ze oto konczy sie krotka epoka naiwnej, entuzjastycznej wiary w przyszlosc niepodleglej Afryki. Zagrozeniem dla niej jest nie tylko rozpoczynajacy sie kolowrot wojskowych zamachow stanu, ale i armia ludzi bezczynnych, posrod ktorych autor zamieszkal w slumsie na przedmiesciu i ktorych po raz pierwszy tak dokladnie sportretowal.

Nie wiadomo, czy wlasnie z Nigerii pisarz zawedrowal az na pustynie w Mauretanii, ale wlasnie tu, jakby dla kontrastu z wyspiarskim przedmiesciem, zamiescil doznanie rozpalonych piaskow pustyni: dal czytelnikowi poznac, czym jest oaza, oczekiwanie na ciezarowke zdolna do pokonania pustynnych bezdrozy, czekanie na ratunek, kiedy sie zepsuje.

Nie mozemy dalej rownie szczegolowo sledzic, jak narasta ta ksiega Afryki. Powiedzmy tylko, ze lwia czescia ksiazki zdaje sie rzadzic regula podejmowania datowanych wedrowek naprzemiennie: od zachodniego i od wschodniego wybrzeza, i ze na ogol prowadza nas one coraz dalej w glab kontynentu. Po Nigerii 1966 i 1967 roku mamy srodkowa Etiopie z roku 1975, stamtad podroz do Ugandy krwawego Amina, musniecie Sudanu i Zairu w 1988 roku i na poczatku lat 90. jeszcze Somalia i znow Uganda, tym razem z wykladem o Rwandzie, sprowokowanym pamietnymi rzeziami, i z wypadem do Konga. Ale znajdziemy sie i na zachodzie. Najpierw na granicy Mauretanii i Senegalu, potem w Mali, zawadzimy o Monrowie w Liberii i o Kamerun.

To podazanie w glab ladu z obu kierunkow na przemian ma smak dawnych wypraw, rozpoczynanych przeciez takze od wybrzeza, i jak one ma na celu dotarcie do trudno dostepnej prawdy kontynentu. Bo na jego obrzezach zapisala sie przede wszystkim zlowroga historia stosunkow Afryki ze swiatem. Lagos i Zanzibar to byly wyspy niewolnicze, gigantyczne obozy koncentracyjne, w ktorych uprowadzeni mieszkancy Afryki oczekiwali na transport do obu Ameryk. Od wybrzezy rozpoczynal sie pochod swiatowego handlu i pochod kolonizacji; dopiero po traktacie z 1884 roku siegnela ona centrum. Na wybrzezach rodzil sie rasizm bialych i formowala sie odpowiedz czarnych, ksztaltowaly sie wzajemne stereotypy. Na wybrzezach powstaly pierwsze niepodlegle panstwa nie mogace sobie poradzic z dziedzictwem przeszlosci, co zapowiadalo ponury obrot rzeczy dla reszty kontynentu.

Nie jest przypadkiem, ze Kapuscinskiego od razu ciagnelo do "srodka". Znajdowal tam nie tylko porazajaco piekne, jakby nie skazone obecnoscia czlowieka pejzaze i doznawal potegi groznych najczesciej zywiolow przyrody. Znajdowal takze odpowiedz (czy wiele zroznicowanych regionalnie odpowiedzi) na pytanie o to, czym dla Afrykanczyka jest smierc i zycie czlowieka, dom i rodzina, swiat zmarlych i swiat istot nadprzyrodzonych, pamiec i tradycja. Wszystkie, albo prawie wszystkie epizody rekonstruujace duchowosc afrykanska, wewnetrzny swiat kultury, dzieja sie gdzies w afrykanskim interiorze: w malych wioskach, na przypadkowych miejscach postoju, w wedrowce karawany, w ktorej pisarzowi wyznaczono bodaj ostatnie miejsce - razem z kupcem (za kozami i owcami). To m.in. Bedzie swieto, Dzien we wsi Abdallah Wallo, Czarne krysztaly nocy.

Trzeba podkreslic, ze ten wlasny swiat Afrykanina nie jest tylko swiatem zyczliwej wspolnoty, pokojowej koegzystencji z bostwami i duchami zmarlych, goscinnosci, ze zna takze doswiadczenie zla, przemocy, wewnetrznej dyskryminacji plemiennej w niczym nie ustepujacej rasizmowi bialych. Swoisty plemienny rasizm jest podlozem wojny w Sudanie, odwiecznego konfliktu Tutsi i Hutu, krwawej groteski Liberii. I dopiero obecnosc takze owego pierwiastka wewnetrznego, afrykanskiego zla sprawia, ze dociekanie tajemnicy kontynentu definitywnie przestaje byc odkrywaniem kulturowej egzotyki, ze staje sie - po prostu - dochodzeniem jakiejs uniwersalnej prawdy o czlowieku i jego zyciu spolecznym.

Pod koniec ksiazki wyczerpuje sie ta dynamika poznawania i konstytuowania afrykanskiej tozsamosci. Wydaje sie, ze w jej ostatnich rozdzialach autor pyta raczej o przyszlosc, o to, co czeka Afryke w malo jej sprzyjajacym wspolczesnym swiecie. Pyta nie tylko o przyszlosc "skrzywdzonego kontynentu", ale takze o perspektywy owej tozsamosci kulturowej zmierzonej dlugimi epokami afrykanskiego trwania. Sa to takze pytania o los wartosci elementarnych, przechowanych w spolecznosciach ubogich cywilizacyjnie, tak bliskich pod wieloma wzgledami europejskiej starozytnosci.

Z tego, co zostalo powiedziane, mogloby wynikac, ze ksiazka Kapuscinskiego jest moze dzielem jakiejs niezwykle wyrafinowanej mysli konstrukcyjnej, jakiejs zelaznej wrecz zasady dochodzenia do zalozonych, pozadanych sensow. Tymczasem jej uroda i zniewalajaca atrakcyjnosc biora sie najpewniej z tego, ze w duzej mierze rzadzi sie ona jakas logika naturalna, nie calkiem wyrozumowana, taka, ktora wynika z zaufania do wlasnego zasobu doswiadczen, no i z tego, ze tych doswiadczen jest tak duzo, ze jest z czego wybierac. Bo z jakims wyborem z dorobku wieloletniego obserwowania i przezywania Afryki mamy oczywiscie do czynienia; stwierdzi to latwo kazdy czytelnik tomu Gdyby cala Afryka (1969) lub Jeszcze dzien zycia (1976), wielkiego reportazu o Angoli, wznowionego niedawno. Angoli w Hebanie w ogole nie ma.

Na czym to zaufanie do wlasnego doswiadczenia mialoby polegac? Nie jest to tylko, zwykle w reportazu, poleganie na tym, co sie samemu widzialo, czego sie bylo swiadkiem. Polega ono na pisarskim uruchomieniu jakby calej swojej biografii, na podstawienie w miejsce krotkotrwalego, reportazowego uczestnictwa autora w wydarzeniu - calego jego zycia. Cale zycie staje sie sprawdzianem i gwarantem wiarygodnosci tego, o czym sie pisze.

Mozna to bylo zauwazyc juz w Imperium (1993), poprzedniej ksiazce Kapuscinskiego, ktora zostala zbudowana na zasadzie pamietnika osobistych spotkan z mocarstwem: od doznania rosyjskiej okupacji w Pinsku 1939 roku, przez podroz pociagiem z Chin w okolicach pazdziernikowej "odwilzy" 1956 r. i podroz po azjatyckich republikach Zwiazku Sowieckiego w latach 60., po wedrowki w latach rozpadu ZSRR na przelomie lat 80. i 90. Warto zapytac: dlaczego akurat wtedy Kapuscinski wymyslil te nowa dla siebie zasade kompozycyjna? Narzekal wowczas sporo na klopoty z konstrukcja ksiazki o rozpadzie imperium, spowodowanych dlugotrwaloscia, niekonsekwencja i niejasnoscia tego procesu. Ale, mozemy zapytac, dlaczego ow rozpad mialby wygladac inaczej i dlaczego obserwator nie mialby sie dostosowac do jego rytmu? Rzecz w tym, ze Kapuscinski wowczas juz nie byl dziennikarzem zafascynowanym biegiem codziennych zdarzen politycznych; zdarzenie interesowalo go, jesli odbijala sie w nim jakas prawda o formacji historycznej, z ktora mial do czynienia, czy jakas uniwersalna prawda o mechanizmach historii. To myslenie w kategoriach wielkich epok dawalo znakomite rezultaty, kiedy spotykalo sie z wydarzeniem na jego miare, z wielka, jednorazowa nieodwracalna zmiana historyczna, taka, jaka byl upadek odwiecznego cesarstwa w Etiopii (Cesarz) lub muzulmanska rewolucja w Iranie (Szachinszach). Rozpad ZSRR nie byl porownywalnym wydarzeniem, przyszlosc ciagle pozostawala niejasna i niejasne, nieodgadnione pozostawaly sily i kierunki przemian mocarstwa, ktore nigdy nie odslonilo wszystkich swoich tajemnic. Odwolanie sie do dlugoletniego doswiadczenia biograficznego bylo wiec wyrazem pewnej bezradnosci wobec kolosa, ale i wyrazem odkrycia, ze mozna przeciez opisac te formacje historyczna inaczej: wlasnie od strony osobistego, czastkowego, weryfikowanego w kolejnych spotkaniach procesu poznawczego.

Wydaje sie, ze to, co bylo w duzym stopniu mimowolnym, wyniklym z koniecznosci, wynalazkiem Imperium, stalo sie w Hebanie swiadomie i celowo zastosowana metoda. Afryka z pewnoscia nie jest latwiejsza do poznania niz dawny Zwiazek Sowiecki, ale autor przeciez obcowal z nia nie mniej intensywnie. Z pewnoscia mogl Kapuscinski zaufac temu sprawdzianowi waznosci afrykanskich spraw, jakim stalo sie prawie cale jego dotychczasowe reporterskie i pisarskie zycie. Najwazniejsze, ze zaufal nie tylko materialowi przezyc i obserwacji, ale takze porzadkujacej prace swojej mysli oraz tej mysli rozwojowi i przemianom. Jak wspomnialem, pisarstwo Kapuscinskiego przeszlo zdecydowana ewolucje: od fascynacji biezaca historia, w tym warstwa zdarzen politycznych, do myslenia w kategoriach wielkich formacji historycznych, dlugich epok trwania, spraw elementarnych i najtrwalszych jednoczesnie, uniwersalnych i odwiecznych. I ta ewolucja jest zapisana w Hebanie. Oferowana przez te ksiazke przygoda poznawcza nie bylaby zapewne tak wciagajaca, gdyby nie rozwijala sie z naturalna, nie wyrozumowana logika rozwoju samego autora. Pierwsze zapisy Hebanu dotycza powstawania niepodleglych panstw afrykanskich na obu wybrzezach takze dlatego, ze wiaza sie z owczesnymi zainteresowaniami autora. Ksiazka rozwija sie w strone srodka kontynentu i w strone afrykanskiej dawnosci, bo Kapuscinski coraz bardziej interesowal sie wielkimi formacjami cywilizacyjnymi, a wielkie formacje afrykanskie pochodzily sprzed przybycia tam bialego czlowieka. Konczy sie pytaniami o przyszlosc afrykanskiego nieszczescia i afrykanskiej odrebnosci w dzisiejszym swiecie, bo takie pytania sobie i nam zadaje autor.

W tym polaczeniu osobistego doswiadczenia, wiedzy o wspolczesnej historii i wiedzy o wielkich calosciach cywilizacyjnych jest ksiazka Kapuscinskiego czyms niepowtarzalnym. Jakims symptomem jej niezwyklosci moze byc kondensacja czasow, jakie w niej wystepuja. Czas rozwoju samego autora naklada sie na czas obumierania wspolczesnej historii Afryki, tak obiecujaco startujacej w epoce dekolonizacji. Jednoczesnie narracji zgodnej z chronologia ostatnich czterdziestu lat towarzyszy odkrywanie coraz starszych warstw kultury kontynentu, a wiec jakby cofanie sie do zrodel. Drzewo z zakonczenia ksiazki, ktorym Kapuscinski zegna sie z Afryka i z czytelnikiem, mogloby przeciez rosnac w raju.

------------------

Ryszard Kapuscinski, Heban, Czytelnik, Warszawa 2000 (wydanie III), s. 340, cena 17 dol. plus NY tax i 4.50 dol. porto w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail