JAN ZIELINSKI
Pod innym katem
Kolebka smierci
Jest taka sugestywna rycina Durera z cyklu ilustracji do Apokalipsy, przedstawiajaca aniola, ktory stoi na kolumnach z ognia.
Zawsze mnie fascynowala absurdalna doslownosc tego przedstawienia:
niemiecki artysta nie narysowal dwoch slupow ognia, jak
nalezaloby zapewne interpretowac biblijny tekst, tylko dwie
solidne kolumny, z ktorych (jak z rakiety) wychodza plomienie
i na ktorych wspiera sie postac aniola.
W dorobku eseistycznym Zbigniewa Herberta takimi kolumnami
byly dotad Barbarzynca w ogrodzie i Martwa natura
z wedzidlem, nazwijmy je umownie kolumna prowansalska
i niderlandzka. Dzis do tej pary ognistych kolumn trzeba
dodac trzecia, ktora siega do kolebki kultury europejskiej,
do Grecji i Rzymu, a nosi tytul Labirynt nad morzem.
*
Dzieje edytorskie tej ksiazki to swoisty przyczynek do
paranoicznej sytuacji kultury w powojennej Polsce. Poeta
zlozyl tom esejow w wydawnictwie Czytelnik w maju roku 1973.
Wszystkie (procz jednego) zamieszczone w nim teksty byly
publikowane w latach 1965-73 na lamach Odry, Poezji, Tworczosci i Wiezi. Ale potem przyszedl zakaz
publikowania Herberta. A po stanie wojennym juz i autor
nie chcial w Czytelniku drukowac. Nie bardzo wiadomo, dlaczego
nie doszlo do publikacji ksiazki po zmianach w Polsce, kiedy
to Wydawnictwo Dolnoslaskie przystapilo do wydawania dziel
Herberta. W kazdym razie dopiero po smierci meza Katarzyna
Herbertowa powierzyla maszynopis Zeszytom Literackim.
Ksiazka, ozdobiona gwaszem Jana Lebensteina, ukazala sie
na Miedzynarodowe Targi Ksiazki we Frankfurcie.
*
Pierwsze wrazenie: ksiazka stoi pod znakiem smierci. Oto
na przyklad niesamowity opis widmowej wedrowki po Heraklionie:
"Wymiary swiatla zastygly i choc slysze zgrzyt piasku pod
nogami i stukot wlasnych krokow, nie poruszam sie chyba
wcale, zanurzony po glowe w upale, zatopiony w blasku. Zaczyna
sie bolesny ubytek realnosci. Widze sie teraz jak we snie,
z boku, bez mozliwosci porozumienia sie z moim cialem, poruszajacym
sie jak wahadlo - nieruchomy, przybity do bialej przestrzeni,
utrwalony raz na zawsze jak na fotografii, zlapany w potrzask
pozoru z ciezkim cieniem za plecami. Dlugie lata przesladowac
mnie bedzie ten obraz i wspomnienie wedrowki po stromej
ulicy Handakos, obraz spetania - jakby to wowczas dotknela
mnie po raz pierwszy smierc w oslepiajacym sloncu poludnia".
To dotkniecie smierci wyznacza osobista perspektywe patrzenia
na greckie zabytki, uwrazliwia na mroczna, cienista strone
odkrywanej przeszlosci. A takze przyszlosci. Patrzac na
greckiego rzeznika, zajetego artystycznym cwiartowaniem
wolu, Herbert utozsamia sie z oprawianym cialem zwierzecia:
"Mysle o krytykach, ktorzy zajma sie nami i beda sie znecali
nad tym, co po nas zostanie, klujac i szarpiac na oslep".
*
Wstepne zetkniecie sie z dzielami sztuki kretenskiej jest
dla Herberta rozczarowaniem. Wyczuwa ich nieautentycznosc,
potem, zaglebiwszy sie w literature przedmiotu, stwierdza,
iz rzeczywiscie malowidla, odkryte w palacu Knossos przez
sir Atrhura Evansa byly w tak zlym stanie, ze polecono szwajcarskiemu
artyscie Gilliéronowi uzupelnienie luk i "odtworzenie"
rozpadajacych sie w proch wizerunkow.
Herbert zdumiewa sie, dlaczego "fantazje Szwajcara na temat
kretenskich freskow" uchodza w podrecznikach historii sztuki
za oryginaly i wyznaje, ze nie udalo mu sie natknac "na
wlasne prace mistrza Gilliérona czy chocby na wzmianki
o tym artyscie". Trudno mi sie tu oprzec przed dygresja,
oparta przede wszystkich na informacjach ze slownika artystow
szwajcarskich Bruna. Otoz "rysownik, malarz i archeolog"
Émile Gilliéron urodzil sie 26 pazdziernika
1851 roku w Villeneuve. Studiowal w akademii sztuk pieknych
w Monachium, nastepnie w Paryzu. Od roku 1877 mieszkal w
Atenach, gdzie wyspecjalizowal sie w rysunku archeologicznym.
Wspolpracowal z roznymi archeologami zachodnioeuropejskimi,
w koncu - z Evansem. "Zawdzieczamy mu bardzo wazne uzupelnienia
(reconstitutions) czesci skarbu z Myken, przechowywanego
w muzeum atenskim i slynnych zlotych naczyn z Vaphio, odtworzenia
przychylnie przyjete przez muzea; G. zapewnil sobie wspolprace
grawera-zlotnika George'a Hantza z Genewy". Dalej Brun powiada,
ze Gilliéron zostal nauczycielem rysunku ksiazat
i ksiezniczek greckich. W roku 1884 wystawil w Genewie widok
Akropolu (szkoda, ze Herbert, ktory zdaje w ksiazce sprawe
z wyjatkowej roli, jaka Akropol odegral w jego zyciu, nigdy
nie natrafil chocby na reprodukcje tego widoku). Takze zona
Gilliérona, o 13 lat od niego mlodsza, byla artystka
- to jego uczennica, Hélene Oltramare, ktora wyspecjalizowala
sie nastepnie w ceramice. Szwajcarski malarz zmarl w roku
1940.
*
Po tej dygresji wracam do watku smierci. Zbrzydzony rekonstrukcjami
malarstwa kretenskiego (o jednym z freskow powiada, ze jest
"smiertelnie ranny; luszczy sie jego kolor skrzeplej krwi"),
Herbert odkryl jednak w muzeum w Heraklionie cos dla siebie,
odkryl arcydzielo: sarkofag z Hagii Triady. Daje nam jego
subtelny opis, po czym przechodzi do interpretacji. Otoz
okazuje sie, ze nie tylko mamy do czynienia z arcydzielem,
ale tez z unikatowym dokumentem, z "jedyna ocalala minojska
Ksiega Zmarlych". Poszczegolne sceny na scianach sarkofagu
sa etapami rytualu zwiazanego z kultem zmarlych. "Uroczystosc
zalobna, ofiary, sakralne gesty maja cel praktyczny: czuwanie
nad zyciem zmarlego - albowiem smierc i zmartwychwstanie
byly prawem naturalnym jak prawa przyrody, nastepstwa por
roku, opadanie lisci i kielkowanie zboz".
Podobnie z samym palacem w Knossos. Herbert fascynujaco
opowiada dzieje odkrycia budowli, wchodzi w szczegoly watpliwych
z dzisiejszego punktu widzenia praktyk Evansa, po czym przedstawia
hipoteze niemieckiego paleontologa Wunderlicha, zgodnie
z ktora najwiekszy zachowany zabytek kultury kretenskiej
nie byl wcale siedziba krolow, tylko miastem umarlych. "O
zyciu Minojczykow, podobnie jak o cywilizacji Etruskow nie
mialyby swiadczyc ich tetniace niegdys zyciem porty i miasta
(zdobyte zreszta i przebudowane przez najezdzcow) - ale
ciche zatoki smierci, owe rozlegle nekropole, obszary zamieszkane
przez cienie, grobowce, trwalsze niz domy zywych".
*
W tej perspektywie jest rzecza jasna, ze nastepna kwestia,
jaka zajmie Herberta, bedzie pytanie o "kierunek, z ktorego
przyszla smierc". To jedna z najpiekniejszych czesci tytulowego
eseju ksiazki: splot erudycji i artystycznej intuicji, polaczenie
wiedzy z madroscia poety.
Ale gdzies w tym miejscu perspektywa niepostrzezenie sie
zmienia. Zwiedzajac Delos, Herbert spostrzega, ze to "umarle
miasto jest zywe. Slady codziennosci jak odcisk reki odczytac
mozna na scianach swiatyni i magazynow, palacow i lunaparow".
Albo wezmy takie kluczowe zdanie z zakonczenia eseju Labirynt
nad morzem: "Nie ma innej drogi do swiata, jak tylko
droga wspolczucia". I troche dalej: "Ich [Kretenczykow]
ruiny to ruiny kolyski, ruiny pokoju dziecinnego". Mam wrazenie,
ze dotykamy tu zasadniczej tajemnicy podejscia Herberta
do dawnych kultur: jest to patrzenie na smierc z perspektywy
narodzin, kontemplacja grobow i ruin poprzez kolyski, cofniecie
sie do odczuc wlasciwych wiekowi dzieciecemu dla uchwycenia
istoty dawno umarlych kultur.
*
Przygotowaniem do tej zmiany punktu widzenia jest wspomnienie
Maciusia. Najpierw Herbert wyznaje, ze kiedy ojciec opowiadal
mu po raz pierwszy o Minotaurze - "uczulem bolesny skurcz
serca i wspolczucie dla pol zwierza, pol czlowieka, spetanego
labiryntem i obca sobie ludzka historia, pelna podstepow
i toposow". Nawiasem mowiac, to samo wspolczucie wroci potem
w znanym wierszu o torturowanym Marsjaszu. Po czym pojawia
sie Macius ("moj prywatny Minotaur, mieszkajacy pod schodami
wiodacymi do piwnicy") - kot, ktory mial niezwykle doniosly
wplyw na Herberta: "Maciusiowi zawdzieczam, ze pozniejsza
lektura mistykow nie byla dla mnie calkiem niezrozumiala;
byl dla mnie niedostepny, wypelniony obcym zyciem, rzadko
odpowiadal pomrukiwaniem na moje litanie milosne, na moje
strzeliste akty uwielbienia, patrzac obojetnie z wyzyn swojej
kociej boskosci".
W swietle tej nowej perspektywy szczegolnie przejmujaca
staje sie - w eseju Proba opisania krajobrazu greckiego - relacja ze zstapienia kolo wioski Psychro do groty, w
ktorej wedle przekazow mial sie narodzic Zeus. Opis oddaje
niesamowitosc tego miejsca ("Juz po paru krokach ciemnosci
gestnieja; ogarnia zimno i przenikliwa, kamienna wilgoc.
Czarne stalaktyty - kolumnada szalonego architekta, waskie
korytarze, zakamarki poteguja wrazenie lepkiej, biologicznej
tajemnicy narodzin"). Tym wieksza ulga, kiedy z mroku wychodzi
sie w radosny krajobraz kretenski. Grota Zeusa "jest ciemna
kolyska nowej religii swiatla". Podobne odczucia mial Herbert
wieczorem kolo - znanego z rysunku i wiersza Slowackiego
- grobu Agamemnona. "Noc schodzi z gor, ale gniazdo Atrydow
swieci jeszcze rudym kolorem starego zlota i starej krwi".
Gniazdo, kolebka, grota narodzin. Chcac do tego poczatku
dotrzec, trzeba w sobie odszukac dziecieca wrazliwosc.
*
W eseju O Etruskach motyw ten powraca w innej postaci:
boga Tagesa. Religia Etruskow, powiada Herbert, w odroznieniu
od greckiej i rzymskiej byla objawiona. Pewnego dnia przed
oczyma etruskiego rolnika wynurzyl sie z bruzdy ziemi bog
Tages. "Mial postac dziecka, lecz madrosc wiekowego starca".
To uwrazliwienie na dziecieca strone madrosci stanowi tez
o specyfice sztuki zycia - dziedziny, ktorej Etruskowie
byli mistrzami. "Cechowala ich ujmujaca dziecieca lekkomyslnosc,
kult zabawy, sklonnosc do wyrafinowanej elegancji i luksusu".
Prawdziwym jednak zwienczeniem obu watkow - smierci i dziecinstwa
- jest zamykajacy ksiazke esej Lekcja laciny. Plasuje
sie on w nurcie wlasciwych autorowi Barbarzyncy w ogrodzie rozwazan o ciaglych zmaganiach cywilizacji i barbarzynstwa.
Esej rozgrywa sie na dwoch planach - wspomnienia z lwowskiego
gimnazjum przeplataja sie z relacja o podboju Brytanii przez
Rzymian. I kiedy czytelnik zastanawia sie nad zwiazkiem
miedzy tymi dwoma planami, kiedy zadaje sobie pytanie, dlaczego
Herbert tak szczegolowo opisuje rzymskie legie, strategiczne
plany i taktyczne podstepy, a potem przeskakuje do swego
gimnazjum i wspomina lekcje z profesorem zwanym (zdrobniale
jak boski kot spod schodow do piwnicy) Grzesiem, nagle pada
odpowiedz: "Pracowalismy w pocie czola. Zblizala sie pora
owocobrania: w nastepnym roku mielismy przejsc do poezji
Katullusa i Horacego. Ale wtedy wkroczyli barbarzyncy".
Inaczej mowiac: Herbert i jego koledzy chcieli zastosowac
zdobyta znajomosc laciny do poznania wielkiej literatury,
ale jesienia roku 1939 do Lwowa wkroczyli Sowieci. I rozumiemy,
ze dzieje odwiecznego zmagania nie maja konca, ze wracajac
pamiecia i wrazliwoscia do swego dziecinstwa wracamy zarazem
do kolebki cywilizacji, ze warto studiowac archeologie,
historie i historie sztuki chocby po to, by dotrzec do boga,
ktory byl madrym dzieckiem.
*
W teczce z notatkami do Labiryntu nad morzem znalazl
sie wiersz Ostatnie slowa (opublikowany w Zeszytach
Literackich nr 72). To rzeczywiscie jeden z ostatnich
wierszy Herberta, jako ze jest w nim mowa o smierci czeskiego
poety Miroslava Holuba, ktoremu dedykowany byl szkic Sprawa
Samos, a ktory zmarl 14 lipca roku 1998, na dwa tygodnie
przed Herbertem. Po przeczytaniu w Labiryncie nad morzem opisu widmowej wedrowki po Heraklionie dodatkowej wymowy
nabiera pierwsza zwrotka:
Od paru lat
smierc
przechadza sie po glowie
tam i z powrotem
Z tego obrazu, ktory mnie kojarzy sie tez z obsesjami Edgara
Allana Poego (Studnia i wahadlo) i z wierszem Wata
rozpoczynajacym sie slowami W czterech scianach mego
bolu, Herbert przechodzi do refleksji nad przypuszczalnym
ksztaltem ostatniej chwili:
kiedy linia zycia
uklada sie poslusznie
jak plaski horyzont
jak struna po koncercie
Napisany cwierc wieku wczesniej Labirynt nad morzem nie ma jeszcze w sobie tego wybrzmiewania i zamierania.
Dominuje w nim tytulowy obraz labiryntu, czyli linii pokretnej,
zwijajacej sie w klebek. Autor wyrusza w podroz tropem Tezeusza,
z pozostawionych przez swoich poprzednikow sladow probuje
rozplatac klebek. Przypatrujac sie uwaznie zmaganiom cywilizacji
z barbarzynstwem rozpoznaje mechanizmy, ktore dobrze, na
wlasnej skorze poznal w XX wieku (dalszym przykladem beda
edytorskie dzieje jego ksiazki). Zarazem wie, ze smierc
zbliza sie nieuchronnie. I oto, medytujac nad smiercia i
nad kolebka europejskiej cywilizacji, dochodzi do przekonania,
ze miedzy tymi dwoma stanami, miedzy poczatkiem a kresem,
istnieje nierozerwalna wiez. Ze z jednej strony w obliczu
smierci wracamy pamiecia do swego dziecinstwa, a z drugiej,
wracajac do kolebki cywilizacji, rozpoznajemy w niej zarodki
przyszlego barbarzynstwa. Ze u zrodel stoi kolebka smierci.
----------------------
Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem,
Fundacja Zeszytow Literackich, Warszawa 2000, s. 197 plus
nota edytorska, cena 22 dol. plus NY tax i 4.50 dol. porto
w przypadku zamowienia z wysylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |