PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

 

Przeglad Polski (17 listopada 2000)


EWA BERBERYUSZ

Kartki ze skazonej strefy

Jerzy Giedroyc oglosil przed laty wyrok: Kultura umrze wraz z nim. Pamietam, jakesmy sie wowczas w Tygodniku Powszechnym burzyli. Jak to?! Kultura, przemycana przez granice na wszelkie mozliwe sposoby; Kultura, na ktorej "uczyly sie polskosci pokolenia", mialaby przestac istniec?! Nawet Jerzy Turowicz, zwykle powsciagliwy w wyrazaniu opinii o innych, byl skonsternowany. Na zebraniu padaly slowa "duma", "pycha" pod adresem Redaktora z Maisons-Laffitte...

Nieslusznie. Jak moglby kontynuowac dzielo ktos inny, skoro przez ponad piecdziesiat lat robil go od poczatku do konca ten sam jeden czlowiek? Kot Jelenski, wspolpracownik i przyjaciel, zartowal, ze Giedroyc cieszy sie, iz linotypistami (jeszcze obowiazywaly tamte techniki) sa Francuzi nie znajacy polskiego, zatem pierwszym czytelnikiem tez byl on, Redaktor. Redaktor wszech czasow, jak nazwal go Adam Michnik.

Mnie, jezeli cos dziwilo, a scislej: wprawialo w podziw - to fenomen, ze w pismie redagowanym niekolegialnie panowala opcja tak szeroka, jakiej nie spotyka sie do dzis dnia w niezaleznej prasie krajowej. Jerzy Giedroyc ze swoja niezwykle precyzyjna wizja polityczna dopuszczal hojnie rozne punkty widzenia. Nie liczyly sie powiazania, sympatie, antypatie, towarzyskie koterie. Rzecz niespotykana wsrod Polakow.

Czy zalowal, ze nie zostawil nastepcy? Nie mowil o zalu, ale wyrywalo mu sie ostatnio coraz czesciej: "Nie mam nastepcy...". Za malo, zeby sadzic.

Za to na pewno Kultury zaluja czytelnicy. Krajowi i zagraniczni. Pan Marian Szuch z Gdanska pisze list do Plusa-Minusa (tygodniowy dodatek do warszawskiej Rzeczpospolitej) zatytulowany "Smutek". Konczy, iz bylby nieskonczenie wdzieczny za wiadomosc, gdzie obecnie mozna czytac ulubionych autorow Kultury (tu kilka nazwisk). Pan Jan Kurdwanowski z Cornwall, NY pisze do mnie: "... juz mi niewiele nici laczacych z Polska pozostalo, a oto zerwala sie jeszcze jedna, Kultura"... Na targach ksiazki, na spotkaniach ludzie pytaja, kto teraz bedzie robil to pismo. Obudzili sie. "Czy nie mozna tego pociagnac?" - pytaja. W potoku wolnej prasy o Kulturze jakby zapomnieli, teraz chca ja wznawiac. Marek Krawczyk, wydawca krajowej edycji, na gwalt robi dodruki ostatnich numerow.

Sadze, ze nie tylko osoba Redaktora, ale i Kultura beda nabieraly wlasciwego ciezaru gatunkowego dla przyszlych pokolen Polakow. Ale to juz inna historia.

Dopingowana potrzeba czytelnikow, sprobuje przeniesc Kartki ze skazonej strefy do Przegladu Polskiego przy nowojorskim Nowym Dzienniku. Z napomknien pana Jerzego wynikalo niezbicie, ze z redaktorka Przegladu Julita Karkowska wspolbrzmi na tych samych falach. Intuicja mowi mi, ze jezeli chcialby kontynuacji Kartek, to wlasnie na jej lamach.

*

W rocznice dwudziestolecia pontyfikatu Jana Pawla II puszczono w pierwszym programie telewizji dwugodzinny dokument o Papiezu robiony reka "z zewnatrz", przez rezyserke amerykanska Helen Whitney. Ucieszylam sie, ze w czasie (osma wieczorem), kiedy zwykle ida "rzewne kawalki" (tez, nawiasem mowiac, rodem z Ameryki) wreszcie pokazano cos dla doroslych. Film pt. Jan Pawel II. Papiez Tysiaclecia przykuwal maestria roboty i szerokoscia spojrzenia. Przez dwie godziny nie nudzil ani chwili, chociaz nie bylo w obrazie cienia sensacji. Byla natomiast fascynacja osobowoscia bohatera i proba zrozumienia jego wielkosci bez ociekajacej lukrem laudacji.

Myslalam, ze film zyska powszechna aprobate. Naiwnosc! Nie docenilam skali naszego izolacjonizmu, rozjatrzonych emocji i ksenofobii. Wara innym! O Papiezu wolno tylko nam i po naszemu!

Po emisji wybuchla burza. Adam Szostkiewicz napisal w Polityce, ze rzucono sie na film Whitney, jakby nakrecil go Ali Agca. Nie zostawiono na obrazie suchej nitki; nie dostrzezono niczego pozytywnego.

Wydawalo mi sie, ze znam rodakow dosc dobrze, ale okazalo sie, ze nie mam o nich pojecia. Zaskoczyla mnie reakcja nawet ze strony "zolnierzy" Radia Maryja. A tym bardziej, ze strony ksiezy, ktorych szanowalam i uwazalam za ludzi rozsadnych i madrych. Poczulam sie zgorszona i upokorzona, zwlaszcza patrzac, jak w tymze telewizyjnym okienku zbiera ciegi ks. Krzysztof Oldakowski, konsultant filmu i odpowiedzialny za dopuszczenie go na ekran. Tlumaczyl sie gesto i przepraszal, jezeli ktos poczul sie urazony. Zgroza.

Nic nie rozumiem, chociaz na dobra sprawe - powinnam. Bo - jezeli dlugoletni posel, prawnik operujacy piekna polszczyzna Jan Lopuszanski, kandydat na prezydenta z tysiacami potrzebnych do tego podpisow, powtarza ze z chwila przystapienia do Unii Europejskiej - tu ruch reka na nasze pola i lasy - Polska zostanie wymazana z mapy swiata jak podczas zaborow; jezeli w kraju, gdzie jawnie nie szanowani przez obywateli parlamentarzysci z miedzianym czolem domagaja sie specjalnych emerytur; jezeli w kraju, w ktorym stolica bije negatywny rekord Guinnessa w liczbie radnych (blisko 800) wybranych nie z klucza kompetencji, ale z partyjnego i przez blisko dziesiec lat nie dopuszcza do zmiany ustroju Warszawy, blokujacego wszelkie prospoleczne dzialania tylko dlatego, ze zainteresowani tak mocno przyssani sa do zlotodajnych stolkow - no to, prosze panstwa, gdziez tu miejsce na zdziwienie?!

Jezeli juz mowa o Warszawie. Komisarz Jozef Ploskonka z radoscia zegna sie ze stanowiskiem. Zastalem bagno, mowi. I nie kryje, ze bagno opuszcza. Premier wyznaczyl go na trzy miesiace, zeby posprzatal. W praktyce, zeby rozdzielil bijacych sie - doslownie - na piesci (panow radnych) i torebki (panie radne) oraz uniewaznil bezprawne zobowiazania i umowy. Nowo wybranym radnym, ktorzy jeszcze nie zdazyli nic zrobic, przyznal symbolicznie 22 zl diety za sesje, co uznali za ponizenie (dotychczas radni przydzielali sobie nawet po 10 tys. zl za posiedzenie).

Gdybym byla radna, nie przyznalabym sie do tego. W uszach warszawiakow brzmi to obrazliwie, gorzej niz karierowicz. Raczej jak nabieracz, kretacz, domokrazca. Ze swieca szukac wsrod nich spolecznikow. Przed wyborami chodzili po domach. Sami mlodzi! Zatrzaskiwalam przed nimi drzwi. Nie tylko ja. Frekwencja wyborcza wyniosla 20%, byli to glownie "krewni i znajomi Krolika".

Jozef Ploskonka, wojewoda kielecki w rzadzie Tadeusza Mazowieckiego, wypowiedzial znamienne zdanie: "Dla inteligentnego czlowieka w Kielcach praca w urzedzie wojewodzkim to szczyt marzen. Dla inteligentnego czlowieka w Warszawie to degradacja".

Jerzy Giedroyc wskazywal na prowincje, mowiac: "Tam drazcie; tam moze byc skarb...".

*

Wyjatkowo dorodna tegoroczna jesien "obrodzila" odejsciem wspanialych ludzi. Plakalismy po wielu. Ale tak wielkiego placzu jak po Franciszce Cegielskiej (minister zdrowia) nie bylo po nikim innym. Umarla 22 pazdziernika, a nekrologi ida i ida calymi kolumnami przez wszystkie gazety. Tak bardzo kochanego prezydenta nie mialo zadne miasto. Prezydentowala Gdyni przez osiem lat. Wystarczylo przejechac, zeby zobaczyc, jak to miasto blyszczy.

Gdynia oglosila tygodniowa zalobe. Kondukt zalobny nie mial konca. Ludzie ocierali lzy mankietem bez wstydu. W tlumie nioslo sie porownanie z Eugeniuszem Kwiatkowskim.

Dlaczego opuscila miejsce, gdzie byla tak kochana? Przystojna i ujmujaca; miala 54 lata. Mowia, ze nie mogla zyc bez trudnych wyzwan. A "zdrowie" to bylo wyzwanie prometejskie. Od poczatku wolnosci. Nikt z powaznych ludzi branzy nie chcial sie nim parac (przyklad - dr Zofia Kuratowska, ktora wybrala wdzieczne marszalkowanie Senatowi). Podjecie sie funkcji ministra zdrowia przy wdrazaniu reformy, juz od poczatku gnijacej poprzez zbiurokratyzowanie i prywate kas chorych, bylo czynem heroicznym. Jestem przekonana, ze "zelazna Franka" (tak ja nazywano) sprostalaby zadaniu. Miala w sobie to cos, co ma niewielu: laczyla krystaliczna czystosc z kompetencja menedzerska, pomyslowoscia i zmyslem spolecznym. Nie zdazyla. Juz na starcie zlapala ja smiertelna choroba, ktorej sie do konca, pracujac, przeciwstawiala. Odeszla tak, jak przed nia odszedl podobny jej duchem Andrzej Baczkowski, minister pracy czy Andrzej Zakrzewski, minister kultury. Wszyscy troje stanowili wzory urzednikow, ktorych tak bardzo nam potrzeba. Przyslowie mowi, ze Bog wczesnie zabiera najlepszych.

*

Halloween w Polsce nie wypalil. Chociaz straganiarze przygotowali sterty dyn, malo kto sie na nie nabral. Swietujemy po swojemu. Najpierw media oglaszaja wielkim glosem o Akcji Znicz, w co zamieszana jest wielka liczba policjantow. Maja ulatwiac dostep do cmentarzy - utrudniaja. Przez pare ostatnich lat robili to harcerze z daleko lepszym skutkiem.

Pod koniec pazdziernika ze szczotkami ryzowymi, goraca woda w termosach i "Ludwikiem" jedziemy pucowac groby. Po nas przychodza hieny cmentarne i groby ogolacaja. (Grob mojej mamy z dwuletnimi plazakami wygladal po ich wyrwaniu jak sprofanowany.) Glowny naplyw ludzi przypada nie na Zaduszki, tylko na 1 listopada, czyli na Wszystkich Swietych, ktory jest dniem wolnym od pracy.

Tradycja jazdy na rodzinne groby chocby na drugi kraniec kraju jest silniejsza niz spotkania bozonarodzeniowe czy wielkanocne. Cala Polska jedzie, a tego dnia w calej Polsce lalo jak z cebra. Przy naszym stanie drog daleko przed celem nastapil zawal komunikacyjny. A ci, ktorzy dostali sie na cmentarz Brodnowski (najwieksza europejska nekropolia) czy na Wolke Weglowa utkneli w tlumie. Media donosily spod bram Brodna: sygnaly karetek pogotowia mieszaja sie z placzem dzieci. Rynsztokiem wzdluz ulicy Swietego Wincentego plynie rwaca rzeka; wpada do jeziora tuz przy glownym wejsciu. Rzeke wody tratuja rzeki ludzi. Ludzie wzywaja policje, policjanci milcza jak zaczarowani. Nikt nie jest w stanie kupic zniczy czy kwiatow ze stratowanych straganow... Szczesliwi ci, ktorym udalo sie umknac z polowy drogi. Jednak ubolewali, ze po raz pierwszy w zyciu nie odwiedzili grobow najblizszych.

Sceny te maja w sobie cos z bezbrzeznej bezradnosci "gierkowskiej" zimy stulecia. Zupelna bezbronnosc wobec zywiolu przy zapowiadanym gromko przygotowaniu. Jednakze - polski paradoks! - na Starych Powazkach aktorom udalo sie zebrac 107 tys. zl (ok. 25 tys. dolarow) na ratowanie zabytkowych grobow, czyli na akcje zainicjowana przez Jerzego Waldorffa. Pobili dawny rekord, mimo jego nieobecnosci wsrod nas.

*

Eliot Ness potrzebny od zaraz! W Polsce dlugo broniono sie przed slowem "mafia". Nie ma u nas mafii, sa gangi, a to zupelnie co innego, mowiono. Napomykano co prawda od lat o mafii pruszkowskiej i wolominskiej, ale policja traktowala to jako potoczne nazwania. Sa to gangi: wymuszaja haracze, przerzucaja i produkuja narkotyki, podrabiaja pieniadze, masowo kradna i szmugluja auta oraz wzajemnie strzelaja do siebie. Gdy przed kilku laty przed wlasnym domem zabito komendanta glownego policji gen. Papale i sledztwo utknelo, przeszlismy nad tym do porzadku dziennego. Niebawem, w bialy dzien, w Zakopanem, zastrzelono "Pershinga", szefa mafii pruszkowskiej; ot tak, gdy na oczach wielu kladl narty na bagaznik samochodu. Nie przejmowano sie tez wiele strzelanina w sali rozpraw w sadzie w Jeleniej Gorze, gdzie sadzono groznych przestepcow. Ani coraz liczniejszymi doniesieniami w prasie o nepotyzmie i przekupstwie w wymiarze sprawiedliwosci. Korupcja jest wszedzie, a politycy tyle maja na glowie.

Az tu naraz mamy sukces. Rozgryziono macki lodzkiej "Osmiornicy", posypaly sie aresztowania; a gdy zlapano Ryszarda Niemczyka, zabojce "Pershinga" - rozlegly sie fanfary zwyciestwa. Nikt z oficjeli nie zaprzeczal, ze zlapalismy mafie za kark. Przedwczesnie. Triumf istotnie bylby pelen, gdyby Ryszard Niemczyk, najpilniej strzezony wiezien w Polsce, ktoregos pieknego poranka najspokojniej w swiecie nie zbiegl ze spacerniaka. I slad sie urwal.

Surowo nam panujacy minister sprawiedliwosci Lech Kaczynski, ktory od poczatku swojej kadencji obiecywal uzdrowienie resortu i obostrzenia karne, zapowiedzial w mediach, iz nazajutrz ujawni konkrety powiazan mafii z czynnikami wladzy. Nie ujawnil. Zaslonil sie tajemnica sluzbowa. Naczelnik wiezienia podal sie do dymisji, a straznik majacy nie spuszczac z oka najcenniejszego wieznia dostal nagane. A przeciez Niemczyk mogl sie wydostac z wiezienia jedynie przy pomocy z wewnatrz. Dzis juz nikt nie ma zludzen, ze buja gdzies na Karaibach z przefasonowanym nosem i paszportem.

Strach przed napascia w spoleczenstwie wzrasta. Przestepcy sa coraz mlodsi. Piecio- i osmiolatek niemal zatlukli szescdziesiecioletnia kobiete. Gdy wymiar sprawiedliwosci nie umie podniesc poczucia spolecznego bezpieczenstwa, demokracja slabnie. Czlowiek przestraszony wybierze sile przed wolnoscia. Wymiar sprawiedliwosci jest ogniwem w caloksztalcie wladzy. A ta jaka jest, kazdy widzi. Wyizolowana, zatopiona w personalnych swarach malo znanych, kanapowych partii. Ktoz z przechodniow rozszyfruje skrot: PPChD? A wywodzi sie z "obozu posierpniowego", ktory nabral obecnie satyrycznego wydzwieku. Gdzie sa chlopcy z tamtych lat...?

*

Zebractwo. Podobnie jak wszystko u nas, blyskawicznie przeksztalcilo sie z tabunow rumunskich Cyganek i Cyganiatek wygnanych z kraju - w zlota polska mlodziez. Dorodni chlopcy i dziewczeta przybieraja koslawe postawy i kalekim rytmem przesuwaja sie wzdluz korkow samochodow. Kazdy wstawia w okno zgrabna tekturke ze spisem biedy, ktora kierowca ma wesprzec. Nikt nie wspiera. Z posagowa twarza patrzy w przestrzen. Zebrzacy posuwaja sie dalej. Od czasu do czasu musza wyprostowac kark i wtedy widac, jacy sa zgrabni. Ludzie wiedza, ze oni "sciemniaja" (czyli oszukuja) i dlatego sa obojetni. Jednakze od czasu do czasu znajdzie sie ktos, kto dla swietego spokoju wyciagnie reke z datkiem. Statystyki mowia, ze zebracy lepiej zarabiaja niz gdyby pracowali przy sprzataniu ulic.

Niedawno wracalam z Krakowa pociagiem inter-city. Zblizajac sie do Centralnego, stanelam przy wyjsciu. Momentalnie wyrosl przede mna przemily, dobrze ubrany kilkunastolatek i grzeczna bezbledna polszczyzna wyrecytowal bardzo szybko potrzeby braciszka czekajacego na droga operacje. Tez trzymal przed soba tekturke z odpowiednia dokumentacja. Nie bylo w jego glosie jeku ani skargi, byl ujmujacy. Za ujmujacy! Ostatnie zdanie brzmialo: "Przeciez gdybym mowil nieprawde, nie wpuszczono by mnie do tego pociagu". Stalismy w kilka osob ze zwieszonymi glowami. Nie spojrzalam na niego, bylo mi glupio. "Owszem, mogl wsiasc na Dworcu Zachodnim", taka byla asekuracyjna mysl mojej obojetnosci.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail