MARIA KORNATOWSKA
38. Nowojorski Festiwal Filmowy
Chropawe zwierciadlo naszego czasu
W
Lincoln Center zakonczyl sie wlasnie doroczny przeglad swiatowej
kinematografii. Znamienny dla obrazu dzisiejszego kina.
Juz liczby mowia same za siebie. Na 25 filmow pelnometrazowych
8 zrealizowali rezyserzy z Azji. Reprezentacje Francji i
Stanow Zjednoczonych zajely liczbowo zaszczytne drugie i
trzecie miejsce. Reszta swiata praktycznie sie nie liczy.
Tegoroczne europejskie festiwale
konczyly sie z reguly przygniatajacym tryumfem Azjatow.
Wyglada na to, ze pograzone w kryzysie kino amerykansko-europejskie
i lekko znudzona widownia poszukuja gwaltownie egzotyki.
Nowych twarzy, nowej wizualnosci, nowych rytmow i nieco
odmiennych fabul. Poniewaz jednak zyjemy w rzeczywistosci
globalnej wioski, Azjaci maja swiadomosc oczekiwan swiatowej
publicznosci, gorliwie starajac sie wyjsc im naprzeciw.
Egzotyczne superprodukcje
Chunhyang, koreanska opowiesc
o milosci i spolecznych niesprawiedliwosciach w XVIII stuleciu,
w rezyserii najwybitniejszego filmowego tworcy tego kraju
Im Kwon Taeka (robi filmy od wczesnych lat 60. i ma na swoim
koncie powazny dorobek) jest efektowna i wysoce kosztowna
superprodukcja - 4 miesiace zdjec, 12 tysiecy kostiumow,
ponad 8 tysiecy statystow. Punktem wyjscia jest popularna
w Korei historia, wielokrotnie juz na literature i film
przerabiana. Tworcy nadali jej zrecznie stylizowany, niemal
operowy ksztalt, nasycajac tancem, spiewem i muzyka. Narratorem
i komentatorem jest pansori - charakterystyczny dla
koreanskiego folkloru spiewak-opowiadacz. Chwilami przypomina
chor z greckiej tragedii, starajac sie wydobyc filozoficzno-moralny
sens calej historii. Walory Chunhyang tkwia jednak
wylacznie w formie: w urodzie plastycznej, koncepcji barwy,
rytmie pracy kamery. Na naszych oczach rodzi sie nowa, egzotyczno-folklorystyczna
formula superprodukcji. Z szansami na swiatowy sukces.
Z podobnej formuly wyrasta kolejny
egzotyczno-folklorystyczny superspektakl. Crouching Tiger,
Hidden Dragon Anga Lee w nieslychanie atrakcyjny, wrecz
poetycki sposob pokazuje sztuke walki (martial art)
i jej legendarnych bohaterow. Basn o walce dobra i zla przybiera
postac kina akcji, jednak nie bez odniesien do filozofii
kontemplacji. Sila wewnetrzna, sila ducha przeklada sie
na niebywala sprawnosc fizyczna i to przeslanie spotka sie
niewatpliwie ze znacznym oddzwiekiem wsrod widzow amerykanskich.
Moda na wielkie widowiska ekranowe
trwa - trzeba przeciez konkurowac z potega telewizji. Szkoda
tylko, ze sa one w gruncie rzeczy dosc puste. Oglada sie
je z przyjemnoscia - jesli nie sa za dlugie - i natychmiast
zapomina.
Popularny w kregach postmodernistycznych
kinomanow Wong Kar-wai z Hongkongu zrobil tym razem film
mniej w duchu Godarda, a bardziej Antonioniego. In the
Mood for Love - historia dwojga ludzi, ktorzy nie moga
sie dogadac i rozmijaja wzajemnie, mimo wyraznej ku sobie
sklonnosci, opowiedziana zostala interesujacym filmowo jezykiem.
Polcieniami i podtekstami. "W domyslach i w mgle"
Kar-wai stworzyl niezwykle konsekwentna koncepcje przestrzeni
ekranowej, ktora stala sie nie tylko elementem stylu, ale
i jakby jedna z postaci. Film jest ciekawy jako pewien eksperyment,
ale dziwnie pusty i wtorny. Forma zdecydowanie dominuje
nad zawartoscia myslowa.
Iranczycy wciaz atakuja
Najciekawiej z Azjatow prezentuja
sie Iranczycy. Kino iranskie kwitnie. Opresja - jak widac,
sprzyja ekspresji. Wolnosc - zwlaszcza kiedy w gre zaczynaja
wchodzic pieniadze - okazuje sie zabojcza dla sztuki. Jednym
z najlepszych filmow NYFF byl The Circle Jafara Panahi,
wczesniej wyrozniony Zlotym Lwem na festiwalu w Wenecji. The Circle jest przede wszystkim znakomicie zrobiony.
Struktura dramaturgiczna uklada sie koliscie. Kamera zatacza
kregi wylawiajac na teheranskiej ulicy kolejne postaci i
ich historie. Panahi pokazuje Iran jako kraj kontrolowany
przez policje. Jej wszechobecnosc nadaje rzeczywistosci
kafkowskie pietno. Bohaterkami filmu sa kobiety, najtragiczniejsze
ofiary islamskiej opresji. Uciekaja z wiezienia, by na koniec
znow sie w nim znalezc. W swiecie przedstawionym przez Panahi
nie ma bowiem dla nich miejsca i nie ma tez ucieczki. Samotnosc
i opuszczenie tych kobiet przyprawia o bol. Jednoczesnie
sa one silne, zdesperowane i solidarne ze soba. Na przekor
wszystkiemu tkwi w nich zapowiedz buntu. To bardzo piekny
film. Powsciagliwy, wolny od sentymentalizmu i demagogii.
Madrosc starych kultur przebija ze Smell of Camphor, Fragrance of Jasmine Bahmana Farmanary,
mistrza iranskiego kina sprzed fundamentalistycznej rewolucji.
Farmanara zrobil film-esej o sobie jako rezyserze, ktory
z przyczyn politycznych przez 24 lata nie mogl tworzyc,
o smierci i leku przed smiercia, o sensie zycia, ktory objawia
sie w krotkich przeblyskach, w iluminacjach zmyslowo-metafizycznej
urody swiata. Farmanara pozostaje zreszta wyraznie pod urokiem
kultury europejskiej. Cytuje Kafke i Poego. I ten osobliwy
kolaz wschodniej i zachodniej tradycji niesie nowe wartosci,
a przynajmniej nowe bodzce.
Inna twarz Catherine Deneuve
Dancer in the Dark Larsa von
Triera, nagrodzony Zlota Palma w Cannes, juz na Croisette
wzbudzil rozliczne kontrowersje. Jedni wielbia film jako
kolejne objawienie geniuszu dunskiego mistrza, inni czytaja
go jako kolejna prowokacje i swiadectwo totalnej dezynwoltury.
Nie naleze do grona milosnikow tego dziela. Von Trier powtarza
schemat Breaking the Waves. Tam bohaterka poswiecala
zycie na oltarzu milosci do mezczyzny, tu robi to samo,
tyle ze dla uratowania wzroku syna. Milosc tym razem robi
mniejsze wrazenie, a cala historia wydaje sie zupelnie nieprawdopodobna,
jak z brukowej powiesci albo zgola soap-opery. Von Trier,
co musi budzic zastanowienie w przypadku tworcy Dogmy,
przyciska do dechy pedal melodramatyczny, manipulujac przesadnie
uczuciami widzow, wymuszajac emocjonalne reakcje. Catherine
Deneuve, pierwsza dama francuskiego kina w roli zgrzebnej
fabrycznej robotnicy, wyglada raczej smiesznie, gra Anity
Bjork sprowadza sie do trzech oczywistych min. Wstawki musicalowe
- niektore realizowano z pomoca stu cyfrowych minikamer,
co stalo sie glownym atutem reklamy filmu - odwoluja sie
raczej do sowieckiej awangardy niz do tradycji amerykanskiej,
choc niby wlasnie o to chodzi.
Paradoksalnie biorac, mozna by sie
w filmie von Triera doszukac akcentow antyamerykanskich
i kto wie, czy nie dlatego odniosl on sukces w Cannes.
Pod znakiem Kieslowskiego
Na 38. NYFF zabraklo filmow polskich.
Ale byl za to obecny duch Krzysztofa Kieslowskiego. Tajwanski
film Edwarda Yanga Yi Yi przypomina skrzyzowanie serialu
telewizyjnego z Dekalogiem. Wspomniany juz Dancer
in the Dark przywoluje Krotki film o zabijaniu.
Najpierw ogladamy pokazana z detalami dluga, sadystyczna
scene zabojstwa, a potem jeszcze bardziej sadystyczna egzekucje
naszej heroiny. Gdzies z ducha Kieslowskiego wywodzi sie
tez atmosfera filmu Kar-waia. Kieslowski uswiadomil nam,
ze zycie wielkomiejskich osiedli mieszkaniowych rodzi wlasne
dramaty, ze ludzie ocieraja sie o siebie w windach, klatkach
schodowych, spotykaja i mijaja. Wskazal tez, ze egzystencja
wspolczesnych bohaterow utkana jest z rzeczy malych, momentow
pozornie niewaznych, a przeciez znaczacych.
Artysci i kobiety
Amerykanie cenia nade wszystko kino
akcji. Na NYFF przewazaly wszakze filmy probujace raczej
wniknac w ludzkie charaktery. Portrety jednostek rzuconych
w okreslone srodowisko, szukajacych swego miejsca na ziemi,
spierajacych sie z wlasnym przeznaczeniem. Pollock,
debiut rezyserski znanego aktora Eda Harrisa, kresli portret
pelnego kompleksow, nekanego przyplywami autodestrukcji
artysty-outsidera, ktory oczywiscie jest geniuszem. Harris
konstatuje rzeczy banalne. Przeczytawszy pare ksiazek i
obejrzawszy pare filmow na rzeczony temat, wiemy wiecej
od niego. Ale film sie oglada, bo jako aktor Harris sprawdza
sie doskonale, a zycie bohemy zawsze budzi zainteresowanie.
Aktor zrobil film o malarzu, a malarz,
Julian Schnabel nakrecil Before Night Falls, film
o Reinaldo Arenasie, kubanskim pisarzu, typowym artyscie maudit, ktory wszedzie czul sie obcy, wszedzie byl
buntownikiem i zarazem ofiara, a w koncu popelnil samobojstwo.
Te portrety artystow, jakkolwiek by sie wydawaly wtorne
i powierzchowne, maja przeciez sens w epoce totalnej komercjalizacji
sztuki, kiedy to artysta sprzedaje nie tylko swoje dziela,
ale i wlasna dusze.
Wiele filmow koncentruje sie na postaciach
kobiet. Wspomniany juz iranski The Circle, The House
of Mirth angielskiego rezysera Terencea Daviesa
wedlug klasycznej powiesci Edith Wharton malujacej obyczaje
nowojorskiej socjety przelomu wiekow. Lily Bart (Gillian
Anderson), bohaterka The House of Mirth jest kobieta
piekna, pozadana, ale nie ma pieniedzy ani stosownych koneksji.
Staje sie latwa ofiara zawisci, uprzedzen, hipokryzji. Zostaje
odrzucona przez smietanke towarzyska, do ktorej - jak sie
jej naiwnie wydaje - przynalezy. Wierny powiesci, film znakomicie
rysuje obraz owej zadnej krwi, bezwzglednej w istocie spolecznosci
urzekajacych pozorow i wytwornych manier.
Znana bergmanowska aktorka Liv Ullmann
na podstawie scenariusza swego mistrza i bylego meza Ingmara
Bergmana zrobila Faithless, film o kryzysie wiernosci,
a scislej biorac - odpowiedzialnosci moralnej za swoje postepowanie.
Uleganie irracjonalnym impulsom staje sie znakiem naszego
czasu i malo juz kto zastanawia sie nad konsekwencjami tego,
co czyni. W Faithless to w gruncie rzeczy kobieta
(znakomita Lena Andre) - choc sama niewierna i egoistyczna
- ponosi ostateczna kleske. Film opowiada i zarazem komentuje.
Aktorzy wcielaja sie w postacie, ale jednoczesnie sa aktorami
pracujacymi nad rola. Zacieranie granic miedzy fikcja, sztuka
i zyciem nadaje filmowi Ullmann szczegolny ton i wymiar.
Z drugiej strony Faithless jest rowniez ciekawym
traktatem o aktorstwie. O zyciu jako grze.
Najlepszym, moim zdaniem, filmem
nowojorskiego festiwalu byl zrealizowany kamera cyfrowa
dokumentalny esej Agnes Vardy The Gleaners and I.
Rzecz fascynujaca z wielu wzgledow. Obiektywny zapis rzeczywistosci
i subiektywna impresja. Interesujaca, odkrywcza forma i
niebanalne, niekonwencjonalne spostrzezenia. Varda widzi
swiat, czyta go jak otwarta ksiege. Nie korzysta z "gotowcow".
Jej film iskrzy sie inteligencja i prawdziwymi emocjami.
Radoscia zycia i melancholia. Swiadomoscia wartosci istnienia
i smutkiem przemijania. Varda umie dostrzec urode swiata
i okrucienstwo ludzkiej kondycji. Potrafi znalezc wlasciwy
dystans do wszystkiego, co nam sie zdarza i co stanowi materie
kina.
Przeslanie
NYFF byl tym razem impreza nieco
nudnawa. Im rezyser ma mniej do powiedzenia, tym dluzsze
produkuje dziela, co krytykowi z trudem przychodzi znosic.
Kino wspolczesne - jak by powiedziala Agnes Varda - karmi
sie odpadkami. Odpadkami tradycyjnej kultury, dziel dawnych
mistrzow, cudzych mysli. Czuje sie w nim jakas konfuzje.
Chaos rzec by mozna. Brak kryteriow i okreslonych kierunkow.
Dazenie do hiperrealizmu z jednej strony, zamierzona teatralnosc
- z drugiej. Kino wspolczesne bladzi. Szuka po omacku. Nie
umie formulowac pytan. Brak mu odpowiedzi. Ale moze to wlasnie
my sami, z nasza wewnetrzna konfuzja, odbijamy sie w tym
krzywym, chropawym zwierciadle?
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |