PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (29 wrzesnia 2000)


"Dopominam sie
o szczescie komunikacyjne!"

Z profesorem Janem Miodkiem rozmawia Agata Klopotowska

Agata Klopotowska: - Panie Profesorze, podobno polski jest jednym z najtrudniejszych jezykow na swiecie?

Prof. Jan Miodek: - Jest z pewnoscia trudniejszy od angielskiego, dlatego ze ma rozbudowany system odmiany wyrazow przez przypadki. Jest jezykiem fleksyjnym, wiec relacje skladniowe sa bardziej skomplikowane. Cudzoziemiec musi np. pamietac, ze w odmianie rzeczownika piesek to e znika. A wiec jest to juz rzeczywiscie wyzsza szkola jazdy. Ale kazdy jezyk ma swoje biedy w postaci jakiejs trudniejszej kategorii gramatycznej. I ma tez elementy latwiejsze. Na pewno nalezy obalac mit o jakiejs wyjatkowej trudnosci polskiej ortografii, ktora - jesli mierzyc jej trudnosc konfliktem miedzy mowa a pismem - jest latwiejsza od ortografii angielskiej, francuskiej, niemieckiej, ze przywolam te najbardziej znane europejskie jezyki. Jesli sa jakies klopoty, to z konwencjonalnymi zasadami pisowni: razem czy osobno, duza litera czy mala. Ale te historyczne reguly (rz, z, o, na ktore wszyscy narzekaja) nie sa az takie trudne.

- W swoich rozwazaniach poswieconych roznorodnym dylematom wspolczesnej polszczyzny odkrywa Pan czesto, niczym detektyw, tajemnice zamierzchlych dziejow jezyka. To fascynujace historie, ale chwilami przytlaczajace, bowiem bardzo skomplikowane sa mechanizmy, ktorym polszczyzna ulegala na przestrzeni wiekow.

- Niestety, czlowiek uprawiajacy kulture jezyka musi czasami siegac do jego historii. Bo na przyklad ktos mnie pyta, czy mowimy: patrze swoimi oczyma czy oczami, robie rekoma czy rekami? Wyjasniam wtedy, ze oczywiscie czesciej mowimy dzis: rekami, oczami. Te warianty rzadziej stosowane to slad po dawnej kategorii gramatycznej - podwojnej liczbie. W jezyku nic nie znika z wtorku na srode. Czasem jakas kategoria od pieciuset lat juz nie istnieje, ale pozostaja po niej formy najczesciej uzywane. I dlatego nogoma, plecyma nie ma juz we wspolczesnym slowniku, ale jeszcze od czasu do czasu rekoma cos robisz i oczyma patrzysz.

Pewnych rzeczy nie da sie wyjasnic bez tych, w dziesiatki idacych, detali historyczno-jezykowych. I ja wtedy mowie telewidzom: "Dzisiejszy program bedzie troche trudniejszy, ale prosze sie nie przejmowac, to wszystko jest do pojecia".

- Ekspansja anglicyzmow i amerykanizmow, choc czesto irytujaca, a nawet niepokojaca, zdaniem Pana Profesora "to tylko faza dziejow naszego jezyka, a nie jego zmierzch".

- Po roku 1989 niepomiernie wzrosla liczba listow pisanych do mnie w tonie kasandryczno-piotrowoskargowo-rejtanowskim. Jako najwieksze zagrozenie naszej mowy wskazywany jest oczywiscie angielski. Szanujac te leki, nie moge z powodow obiektywnych - jako historyk jezyka - nie powiedziec, ze dzieje polszczyzny to historia nieustannie naplywajacych do niej zapozyczen i ze slownictwo rodzime, slowianskie stanowi znikomy procent naszego codziennego urobku komunikacyjnego. Tak jak poradzilismy sobie ze zlozem leksykalnym lacinskim, greckim, niemieckim, tureckim, tatarskim, wloskim, wegierskim, hiszpanskim czy francuskim, adaptujac je pod wzgledem fonetycznym i morfologicznym, tak samo poradzimy sobie z anglicyzmami.

- Nie nalezy wiec poddawac sie czarnowidztwu?

- Nie, absolutnie nie, natomiast pewne przerosty widac. Polskie spoleczenstwo grzeszy neoficka nadgorliwoscia. Ja do tego mam stosunek spokojny, wiec oczywiscie nie boje sie spolek joint ventures, leasingow, holdingow, marketingu, monitoringu, joystickow, skanerow. Wrecz tak jak sie ciesze z wolnej Polski, ktora nam nastala po 1989 r., tak sie ciesze z tych slow. Bo one sa dla mnie znakiem cywilizacyjnego, ekonomicznego normalnienia naszego kraju. Ale jesli sprawozdawca sportowy okresla pewien pojedynek mianem przyslowiowej walki Dejwida z Goliatem, to jest to paranoja! A i znany historyk sztuki potrafi w telewizji mowic o poecie rzymskim Werdzilim. Grecka bogini zwyciestwa to coraz czesciej Najki z Samotraki. Kiedys uslyszalem przy straganie prosbe o owoc kajlaj. Chodzilo o kiwi.

- Przeciez po angielsku wymawia sie "kili".

- No wlasnie. Mozna powiedziec zlosliwie: Anglik z Kolomyi. Widze te przerosty, ale tak jest ze spoleczenstwami na dorobku. Zjawisko przesadnej poprawnosci jezykowej jest stare jak swiat. Tylko ono sie kiedys ujawnialo na styku gwary i jezyka literackiego. Ktos mowil: syja, zyto, cysty, zaba. Zobaczyl, ze w jezyku literackim to jest szyja, zyto, czysty, zaba, no to sie biedaczysko nerwowo poprawial, ale tak sie bal kazdego s,z,c, ze zaczynal mowic o szynowskim obowiazku czy o Zofii. Z lobrozka czy lokna poprawial sie na obrazek, okno, ale za to lokiec i lopata byly w jego ustach okciem i opata. Dzisiaj malo kto mowi w Polsce gwara. Tego styku w zasadzie nie ma. I ja po 1989 r. widze, ze przecietny Polak bywa nadgorliwy w stosunku do angielszczyzny. Najbardziej mnie jednak zloszcza te anglicyzmy ukryte, ktore sa w gruncie rzeczy wredniejsze. Wiadomo, ze obce sa: leasing, monitoring, skaner, joystick. Ale slowa te ulegaja procesom wszechogarniajacej adaptacji. Joystick mozna juz pisac przez dz. Wyglada to troche glupio, ale swiadczy o tym, ze jest to wyraz oswojony. I to, ze teraz w mysl nowej ustawy o czystosci jezyka, trzeba by dla joysticka wymyslic cos nowego, to jest dla mnie idiotyczne. Wchodza natomiast w obieg semantyczne repliki. Nie musze przeciez pani mowic, ze Amerykanin czy Anglik przytakujac nie mowi tylko i wylacznie yes. Moze powiedziec exactly. I co sie robi? Tlumaczy sie owo exactly na dokladnie i ludzie mysla, ze to jest nasze, swojskie. Mozna zwariowac, bo to slychac od Przemysla po Szczecin, od Jeleniej Gory po Suwalki: Jurek sie zeni? - Dokladnie; Basia jedzie do Francji? - Dokladnie itd.

- Czy moze sie zdarzyc, ze los tych nowych kalk jezykowych bedzie taki sam jak np. zwrotu "rzecz w tym", wywodzacego sie z rosyjskiego "dielo w tom"?

- Kiedys madrze powiedzial profesor Lubas, jeden z polskich jezykoznawcow, ze ostatecznie nawet to, na co tak sie zzymamy, jakos nasz jezyk wzbogaca. Kluczem do rozwazan na ten temat jest frekwencja. Jesli ktos powie sobie raz na dzien dokladnie, nie widze w tym jakiegos zla. Cale zlo zaczyna sie w momencie, kiedy nie umiemy juz inaczej mowic. Jesli juz nikt nie powie, ze bylo wspaniale, cudownie, fantastycznie. Tylko powie: ekstra albo super, super albo ekstra. To jest kolejny przyklad zwrotow utrwalanych dzisiaj przez reklame. Kiedys wszystko bylo fajne. Dzisiaj jest super albo ekstra. Powtarzam az do znudzenia, ze najwieksza cudownoscia jezyka jest to, ze moge wypowiedzi przeplatac synonimami. I przeciwko takiemu czy innemu slowu nic nie mam. Te slowa same w sobie nie sa wrogiem polszczyzny. Reaguje na nie alergicznie w momencie, kiedy widze, ze z czyjegos jezyka znikaja okreslenia wariantywne, synonimiczne.

- Czy Pan Profesor przestrzegajac przed monotonia stylistyczna kieruje sie wylacznie troska o estetyke jezyka, czy jest w tym takze obawa przed zubozeniem naszego myslenia, bo przeciez jezyk jest nie tylko odbiciem rzeczywistosci, ale takze ksztaltuje te rzeczywistosc, a z nia nas samych.

- Kieruje sie zasadami teorii komunikacji. Tu na studiach polonistycznych mamy bardzo wazny, nowy przedmiot, zwany teoria komunikacji. Jest to dyscyplina, ktora uzmyslawia nam, ze powodzenie aktu komunikacyjnego, tzw. szczescie komunikacyjne (jest to termin naukowy, ale brzmi bardzo poetycko), to nie jest tylko gramatyka, ale jeszcze mnostwo dodatkowych czynnikow, np. gest, mimika. Zwalczajac dokladnie, super czy ekstra, dopominam sie o szczescie komunikacyjne odbiorcy takiego czy innego tekstu. Bo ten odbiorca, jesli tylko zauwazy, ze w czyims jezyku pojawia sie takie natretne slowo, to - i jest to nieuchronne zjawisko psychologiczne - zamiast sluchac tresci wypowiadanych przez rozmowce, czeka tylko na kolejne uzycie tego jezykowego natreta. W tym momencie szczescie komunikacyjne jest zburzone. Jak czasem odsluchuje siebie i zdarzy mi sie w ciagu minuty powiedziec piec razy prosze panstwa, to mialbym ochote chwycic popielniczke i trzasnac nia w ekran: ty idioto, dlaczego powtarzasz to "prosze panstwa"!

- A to przeciez jest niewinne.

- Jest niewinne, ale jesli ono sie powtorzy w ciagu minuty piec razy, to jest denerwujace. Upominajac sie o te wariantywnosc, o te przeplatanke slowna, robie to w imie zasad teorii komunikacji. Nie zapomne podrozy do rodzinnych Tarnowskich Gor z moja dawna studentka. Jakze sie ucieszylem, kiedy weszla do przedzialu. Pomyslalem: szybciej mi zleci ta podroz. Ale kiedy ona, dopytujac, co tam slychac na uniwersytecie, co u tego, co u tamtego, kazde moje doniesienie kwitowala nieszczesnym wow, na wysokosci Kluczborka mialem ochote powiedziec: "Dziewczyno, skonczmy te rozmowe albo ja wyjde, albo cie kopne, albo cie wyrzuce". No co to bylo? Ona zniszczyla szczescie komunikacyjne!

- Czy moda na luz, na tykanie...

- Jest sztuczna, jest potwornie sztuczna!

- Czy grozi nam zanik form "pan", "pani"?

- Mysle, ze nie. Oczywiscie, telewizja te wzorce lansuje w rozmaitych licencyjnych programach, z teleturniejami na czele, w ktorych nasi realizatorzy mysla, ze sa zobowiazani do tykania. To jest sztuczne, to jest jezykowy kicz! Przeciez ci ludzie widza sie raz w zyciu! Takim kiczem jest jakas "Randka w ciemno", w ktorej prowadzacy dwudziestoparolatek mowi Zosiu, Jadziu do siedemdziesiecioletniej pani.

- Kolejne wielkie zagadnienie - nazwy zawodowe, ktore ulegaja meskiej uniformizacji.

- To jest jedna z wiekszych niespodzianek, ze emancypacja - nazwijmy to rownouprawnienie kobiet - przejawia sie u nas w jezyku przez maskulinizacje form. Moge w tym momencie byc zlosliwy wobec jakze zasluzonych autorow klasycznego slownika ortograficznego Jodlowskiego i Taszyckiego, dwoch wielkich krakowskich jezykoznawcow. Gdyby zajrzec do pierwszych wydan tego slownika ze schylku lat 40. czy z poczatku lat 50., to mozna tam znalezc nastepujace passusy: W Polsce Ludowej, w ktorej kobiety osiagaja stanowiska zastrzezone tylko dla mezczyzn, nalezy sie spodziewac lawinowego przyrostu form typu: dyrektorka, profesorka, ministerka, dziekanka, inzynierka. Chcialoby sie powiedziec po 50 latach: a kuku! Jest na odwrot! Przecietna nauczycielka w Polsce, jezeli tylko pisze jakis urzedowy tekst, podpisuje sie Janina Kowalska, nauczyciel biologii. Nawet glowna ksiegowa chce byc glownym ksiegowym. Moj kolega profesor, przedstawiajac swoja asystentke na radzie wydzialu, nerwowo sie poprawia i mowi, ze to jest asystent Instytutu Filologii Polskiej, a nie asystentka. Kiedy chodzilem do szkoly sredniej mowilismy: pani profesorko. A dzis brzmi to wrecz lekcewazaco.

Wychodzi tutaj na pewno meskocentryzm. W spisach zawodow, funkcji, np. w drabince uniwersyteckiej nie ma form zenskich. Jest tylko: asystent, adiunkt, docent, profesor. I to tak trwa...

- Czy zgodnie z zasada, ze jezyk sie doskonali, ze usuwa balasty, mozemy sie spodziewac, ze tak jak "ta" zostalo juz zaakceptowane w jezyku mowionym, forma "poszlem" tez zostanie uznana za poprawna?

- Nie, nie! Nie wiem, co sie stanie za 100 lat, ale na razie nowy slownik Markowskiego nie dopuszcza poszlem.

- Czy mamy wreszcie spokoj z imieslowami przymiotnikowymi, z ich pisownia laczna badz rozlaczna?

- No, mamy spokoj. Ale widze, ze ludzie nie chca z tego uproszczenia korzystac.

- Czyli nawet o palaczu, ktory w danym momencie nie pali, bedziemy pisac lacznie: "niepalacy"?

- Lacznie, lacznie, zawsze lacznie. To naprawde bedzie lepiej. To byla bardzo trudna regula. Co to znaczy "stala cecha"? Kiedy zblizal sie koniec roku szkolnego, mysmy tu dostawali obledu. Dzwonily bez przerwy telefony i pytano nas, jak sie pisze: uczen nieklasyfikowany, niepromowany. Albo umowa na czas nieokreslony. Powiem szczerze, ze nawet jesli by po mnie nic nie zostalo, to fakt, ze wraz z Andrzejem Markowskim i Edwardem Polanskim nalezalem do najaktywniejszej grupy, ktora namawiala, zeby to uproscic, uwazam za jakis sukces.

- Pan Profesor namawia do uzywania jako synonimu "rabatu" formy "opust" zamiast "upust". Nie odwazylabym sie powiedziec "opust", obawiajac sie, iz naraze sie na smiesznosc, a nawet niezrozumienie.

- To pokazuje, jak straszliwa sila jest w jezyku frekwencja. W czasach Gierka nieustannie pokazywano nam w telewizji upust jakiejs tam surowki. W momencie, kiedy pojawila sie mozliwosc stosowania synonimicznych form wobec obcego rabatu, ludzie czesciej wola ten upust, choc jest to naprawde nielogiczne. Przeciez ktos, kto stosuje rabat, opuszcza cene. Tak wiec skoro on mi tej ceny nie upuszcza tylko mi ja opuszcza, jedyna poprawna forma jest opust. Oczywiscie stuprocentowa logika nie jest nigdy ostatecznym prawodawca jezykowym. Ale jesli cos jest in statu nascendi, bo to sa slowka zmagajace sie z soba dopiero od niewielu lat, to mysle, ze warto jeszcze powalczyc o logiczniejszy opust.

- Omawiajac modne ostatnio konstrukcje, opisuje Pan Profesor naduzywanie "tematu", przejawiajace sie w nieuzasadnionym semantycznie i stylistycznie rozszerzaniu znaczenia tego slowa. Pojawily sie bezsensowne i komicznie brzmiace zwroty: "W tym temacie chce powiedziec..." albo "Mam dzis do zalatwienia pare tematow".

- Niedawno jakis idiota powiedzial: "W tym temacie koledzy pojechali do ministerstwa". Napisalem wtedy felieton: "Zgadnijcie w czym pojechali koledzy do ministerstwa. W krawacie? W kalesonach? W koszuli? Nie. Pojechali w tym temacie".

- Krytykuje Pan rowniez nastepujace uzycie: "Stary, nie ma tematu. Zalatwie ci to". Jest to na pewno zwrot bardzo kolokwialny, moze nawet slangowy, ale slowo "temat" miesci sie tu, moim zdaniem, w ramach znaczenia okreslonego przez slowniki: temat wypowiedzi, rozmowy, dyskusji. "Stary, nie ma tematu" oznacza "nie ma o czym mowic; skonczmy o tym gadac; nie ma sensu dluzej sie nad tym rozwodzic; temat nie istnieje".

- Ja tam wole "nie ma problemu". Juz Doroszewski pisal, ze to, co jest przedmiotem pewnych roztrzasan, nie moze byc tematem. To jest problem, zagadnienie, jakies zjawisko. Moze byc temat rozmowy, temat lekcji, ale na tej lekcji juz sie nie roztrzasa tematu stosunkow polsko-niemieckich, ale problem tych stosunkow. Natarczywosc tematu jest wielka. Polacy, ktorzy wyjechali z kraju w 1968 r. dziwia sie, ze wszyscy mowia nie ma sprawy, bo jeszcze 30 lat temu tak sie nie mowilo. Ale teraz temat stal sie tak modny, ze niektorzy zamiast nie ma sprawy zaczeli mowic nie ma tematu.

- Jakie zjawisko we wspolczesnej polszczyznie niepokoi Pana Profesora najbardziej?

- Najsmutniejsza na pewno jest postepujaca wulgaryzacja polszczyzny codziennej. Gdy o tym mowie - ja, urodzony optymista, robie sie czlowiekiem smutnym...

- Jakiej rady zechcialby Pan Profesor udzielic czytelnikom "Nowego Dziennika", Polakom narazonym w szczegolny sposob na wplywy angielszczyzny?

- Zyczylbym im, zeby pozostali soba w jezyku, bo to jest gwarancja utrzymania ojczystej mowy przez cale zycie. Sadze, ze przecietnie inteligentny czlowiek nie bedzie mial z tym klopotow. Nigdy nie uwierze, ze ktos po pieciu czy dziesieciu latach zycia za granica zapomina np. polskie nazwy drzew: klon, kasztan, swierk czy sosna...

Chcialbym zaapelowac do rodzicow. I mowie to naprawde dosyc ostro i stanowczo. Kochani rodzice, nie wyglupiajcie sie, bo nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak jestescie groteskowi, kiedy do swoich dzieci, ktore juz chodza do amerykanskiego przedszkola albo szkoly, mowicie po angielsku. A one, te dzieci, sie z was smieja. Mam za duzo znajomych rodzin, chociazby w Niemczech, zebym tego nie widzial. Rodzice, i jest to calkowicie falszywe mniemanie, chca tym swoim dzieciom pomoc, ulatwic zycie. A one i tak po trzech tygodniach zabawy w piaskownicy z calego waszego domu beda najlepiej poslugiwaly sie jezykiem, ktory wy do konca zycia w jakims stopniu bedziecie kaleczyc. Mowcie, na mily Bog, do nich w domu po polsku! Nie marnujcie szansy! Wasze dzieci moga byc cudownie dwujezyczne! Chcecie dopiero przy okazji wyjazdu do Polski, do babci czy dziadka, uczyc je nerwowo? Po co? Kiedy mozna bez obaw mowic w domu jedynie po polsku, a dzieci i tak w tej piaskownicy poznaja perfekt jezyk angielski.

- Bardzo dziekuje Panu Profesorowi za rozmowe.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail