Szanowny i Drogi Panie Redaktorze!
Trudno oswoic sie z mysla, ze Jerzy Giedroyc nie zyje. Trudno uwierzyc, ze
nie bedzie juz Kultury. Przez tyle lat wszystko, co dzialo sie w polskim
swiecie, co dotyczylo polskich spraw, mialo jakby swoja miare w Maisons-Laffitte.
Wraz ze smiercia wielkiego Redaktora tej miary zabraklo.
Zawazyl na zyciu nas wszystkich, nawet tych, ktorzy Kultury nie czytali,
ktorzy nie interesowali sie Jego koncepcjami i osiagnieciami. Moja polka z wydawnictwami
Instytutu Literackiego nie jest kompletna. Do emigracji dolaczylam dopiero w
1970 r. i przez wiele lat nie stac mnie bylo na kupowanie ksiazek. Ale przeciez
nie mozna sobie wyobrazic dzis naszej swiadomosci bez Gombrowicza, Milosza,
emigracyjnego Hlaski, Marka Nowakowskiego z lat 80., Solzenicyna, Siniawskiego
i Pasternaka po polsku, i tylu innych dziel, ktorych bez Giedroycia bysmy po
prostu nie znali, bo nawet gdyby powstaly, nigdy by do nas nie dotarly. Nie
ma w polskim swiecie czlowieka, ktory bylby tak niepodwazalnym autorytetem ze
wzgledu na swa niezwykla wizje, nieugiety charakter i niespotykane samozaparcie.
Taka pozycje zdobyl sobie wsrod zwolennikow i przeciwnikow. Nie wyobrazalam
sobie, aby w kraju, ktorego wolna czastke stanowil i kultywowal przez pol wieku
zniewolenia, nie ogloszono zaloby narodowej i nie opuszczono flag. Jezeli takie
honory przysluguja tylko mezom stanu, to byl nim Giedroyc. W 1980 roku w wywiadzie
dla Wolnej Europy Czeslaw Milosz nazwal Instytut Literacki "rodzajem panstwa
niezawislego, niepodleglego". To wlasnie byla ta Archimedesowa piedz ziemi,
ktora posluzyla antykomunistycznej opozycji od lewicy do prawicy do podwazenia
systemu. Oczywiscie w pelni docenic to moze tylko ktos, kto posiada zmysl formatu,
wyjatkowego formatu osobowego, jaki reprezentowal Jerzy Giedroyc.
Moje zwiazki z Kultura nigdy nie byly tak silne i wielostronne jak z
londynskimi Wiadomosciami, ktore na emigracji staly sie moja duchowa
przystania. Niemniej jednak w teczce z napisem Kultura uzbieralo sie
niemalo kopert z charakterystycznym nadrukiem INSTITUT LITTÉRAIRE. Czesc
krociutkich "komunikatow" Jerzego Giedroycia pisana na maszynie, te od Gustawa
Herlinga-Grudzinskiego - recznie. W wiekszosci tych listow na papeterii malego
formatu znajduje sie zazwyczaj jedno zdanie: ten wiersz przyjalem, tamten zwalniam,
nie odmowi mi pani napisania o tym i o tym, niestety nie podoba mi sie to, niestety
nie drukuje sie polemik z recenzjami. Wazne jest jednak, ze zaden list nie pozostawal
bez odpowiedzi. To tez jest miara klasy, jaka juz nie istnieje.
Oto probka takiego listu z 12 wrzesnia 1996 r.:
Droga Pani,
Dziekuje za przeslany program sesji poswieconej Jozefowi Wittlinowi. Wyglada
bardzo ciekawie. Na tym tle analogiczna sesja w Muzeum Literatury w Warszawie
wyglada dosyc blado. O sesji nowojorskiej obiecala mi napisac do KULTURY Jadwiga
Maurer.
Zalaczam liscik, ktory przez pomylke wlozyla Pani do programu.
Lacze najlepsze pozdrowienia.
Bardziej osobista wymiane listow spowodowal Wladyslaw Broniewski, moja pierwsza
poetycka milosc. Broniewski nie mial dobrej prasy z roznych powodow, dla awangardy
byl zanadto romantyczny i sylabotoniczny, dla emigracji politycznej zaprzedany
komunizmowi, nawet w moich oczach byl juz tylko wspomnieniem poetyckich wzruszen
sprzed lat. I nagle w Biografii na cztery rece przeczytalam, ze Giedroyc
niezmiennie zachowal dla Broniewskiego, poety i czlowieka, dawny sentyment.
Zapytany o to w liscie, napisal: Do Broniewskiego rzeczywiscie mialem duzo
sentymentu. Kiedy w Przegladzie Polskim ukazal sie tekst sugerujacy,
ze Wladyslaw Broniewski byl zwiazany z tzw. dwojka, Jerzy Giedroyc przyslal
faks:
Droga Pani, bardzo mnie poruszyla insynuacja Y, ze Broniewski byl w tzw.
dwojce. Jest to kompletna bzdura. Moge to kompetentnie stwierdzic. Byl to
chyba najdluzszy i najbardziej emocjonalny list, jaki otrzymalam od Redaktora.
Kiedy na poczatku lat 70. po raz pierwszy chcialam napisac do Kultury,
zapytalam znajomego, do kogo mam zaadresowac przesylke. "Jak to do kogo, do
Giedroycia" - padla odpowiedz. Przyzwyczajonej do wieloosobowych, wieloodzialowych
redakcji w kraju, nie chcialo mi sie wierzyc, ze z kazda sprawa trzeba sie zwracac
do Giedroycia, a przeciez przez dziesiatki lat robil wszystko, od mycia naczyn
po obiedzie po korekte. Ale przede wszystkim nakrecal sprezyny dziejowych zegarow,
z ktorych jedne pekaly od razu, inne - pokonawszy pietrzace sie przeszkody -
sprawnie tykaja do dzis. Naturalnie zaplacil za to wysoka cene, byla nia rezygnacja
z zycia i szczescia osobistego.
Tylko raz bylam w Maisons-Laffitte. Latem 1985 roku podczas pobytu w Paryzu
skorzystalismy z mezem z milego zaproszenia. Redaktor wytlumaczyl nam dokladnie,
jak dojsc ze stacji, aby nie zabladzic. To tez On. W trakcie rozmowy na tematy
nowojorskie nie omieszkal zapytac o moja tworczosc. Po jakims czasie przeprosil,
bo wlasnie drukowany byl numer i musial jechac do drukarni. Mial wowczas prawie
osiemdziesiat lat i wciaz tam jezdzil dogladac druku Kultury, i wciaz
na list odpisywal przynajmniej jednym zdaniem. Na tym wlasnie polega wielkosc,
ze jest sie wielkim i w rzeczach wielkich, i w malych. Wielkosc Giedroycia polegala
nie na tym jedynie, ze potrafil stworzyc najznakomitszy w drugiej polowie XX
wieku osrodek kultury polskiej z niczego, ale na tym, ze jak sam powiedzial,
umial "zachowywac zasady i zmieniac poglady". Stac przy zasadach, nie obsesjach,
co tak czesto spotykamy w zyciu politycznym, stawiac na wartosci. Natknawszy
sie w jakiejs ksiazce krytycznoliterackiej na nie dosc dokladnie sprawdzone
przez autorke stwierdzenie, ze Maria Kuncewiczowa byla na "czarnej liscie" Kultury,
napisalam z prosba o wyjasnienie do Redaktora. Po kilku dniach otrzymalam faks:
Droga Pani
Nigdy nie bylo u nas zadnej czarnej listy jesli idzie o pisarzy. Zawsze stalem
na stanowisku, ze wazna jest ksiazka a nie czlowiek (przyklad - St. Brzozowski).
Dowodem, jak nieugiecie trwal przy swoich zasadach, bylo bolesne dla obu przyjaciol
zerwanie z Gustawem Herlingiem-Grudzinskim. A najlepszy przyklad, jak zawsze
byl otwarty na rzeczywistosc, mamy z naszego nowojorskiego podworka. Przez wiele
lat Giedroyc nie dowierzal intencjom redaktora i tworcy Nowego Dziennika Boleslawa Wierzbianskiego i slady tego niedowierzania znalezc mozna w roznych
wyborach opublikowanej korespondencji. Jednak kiedy zobaczyl ogromny sukces Nowego Dziennika i role, jaka to pismo odegralo w dziejach Polonii amerykanskiej,
potrafil w pelni i publicznie docenic osiagniecia Wierzbianskiego.
Nowy Dziennik Redaktor czytal regularnie. Kiedy w ostatnich latach nie
byl juz w stanie czytac gazety na biezaco poprosil, aby przysylano mu ciekawsze
wycinki. Robila to Zarema Bau, ktorej zmarly kilka lat temu maz Zdzislaw Bau,
znakomity dziennikarz, "Bob" i "Zek" z Nowego Dziennika, byl przez lata
amerykanskim korespondentem Kultury. Giedroyc niezwykle cenil Przeglad
Polski Julity Karkowskiej. Popieral tez inne ambitne inicjatywy nowojorskie
- wychodzacy tu w latach 80. Tygodnik Nowojorski oraz pozniejszy biuletyn
grupy dyskusyjnej Krzysztofa Klopotowskiego.
Byl tez Giedroyc wzruszajaco opiekunczy w stosunku do swoich stalych wspolpracownikow.
Na jeden z moich krytycznych listow do Redakcji otrzymalam elegancka reprymende: Obawiam sie, ze Pani jest dosc niesprawiedliwa jesli idzie o korespondencje
X. (...) W oczekiwaniu na obiecany artykul lacze najlepsze pozdrowienia.
O Giedroyciu pisalam kilkakrotnie, rowniez na tych lamach, recenzujac wybory
korespondencji. Jedna z tych recenzji Redaktor skwitowal w liscie do redaktorki Przegladu Polskiego: Dziekuje za przyslanie doskonalego artykulu p.
Frajlich.
Ukazalo sie juz wiele ksiazek i materialow, ktore przyblizaja nam te niezwykla
postac. Moim zdaniem do najlepszych naleza: Biografia na cztery rece w opracowaniu Krzysztofa Pomiana, Giedroyc i "Kultura" Andrzeja Stanislawa
Kowalczyka, doskonaly wywiad w fascynujacych Portretach paryskich Renaty
Gorczynskiej. A jednak, aby naprawde zblizyc sie do Giedroycia, trzeba siegnac
do serii epistolograficznej, do jego korespondencji z Gombrowiczem, Mieroszewskim,
Jelenskim, Stempowskim, Bobkowskim. Tam odnajdziemy intymny portret wlasny tego
niezwyklego czlowieka. Poniewaz - jak pisalam kiedys na tych lamach - mitem
"okazuje sie spotykany tu i owdzie poglad, jakoby Jerzy Giedroyc nie pisal.
Okazuje sie, ze pisal bardzo wiele - listow. Listy te daja nam rzadka sposobnosc
wejrzenia w jego warsztat. Obladowany praca nieustannie inspiruje innych, poddaje
pomysly, naciska, zabiega o stypendia dla swych autorow, ktorych traktuje z
zyczliwoscia i szacunkiem. Nawet za cene przesuniecia tekstu do nastepnego numeru
prosi o zezwolenie na 'retusze' lub zmiany, slowem - redaguje pismo, ale nie
teksty pisarzy. Potrafi dojrzec wartosc pisarza poza slabostkami czlowieka,
stad cenne sa jego charakterystyki Milosza, Gombrowicza, Czapskiego, Hlaski".
Chetnie i szybko zapominamy to, co bylo. Juz minela pierwsza dekada Polski
niepodleglej, temu ciezkiemu okresowi Giedroyc sekundowal swymi Notatkami
Redaktora. Gorzkie to byly uwagi, ale jakze pelne glebokiej troski o racje
stanu, trzezwosci i odwagi w formulowaniu programu, a przede wszystkim pelne
tego, czego brakuje zarowno politykom jak i mediom - wizji, nie oszolomowego
wizjonerstwa, ale zdyscyplinowanej wizji.
Parafrazujac zdanie Kafki chcialoby sie powiedziec, ze nawet najdluzsze zycie
to tylko ludzkie zycie i ono musi dobiec konca. Rok temu w odpowiedzi na pewna
moja skarge Redaktor napisal: Przepraszam za balagan w KULTURZE. W wielu
rzeczach nawalamy po prostu dlatego, ze jestesmy zawaleni robota, chorobami
i zalewem ludzi. To wszystko pracy nie ulatwia.
Szanowny i Drogi Panie Redaktorze!
Na pytania, ktorych Panu nie zdazylam zadac, nikt juz nie potrafi odpowiedziec.
Anna Frajlich
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |