PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (8 wrzesnia 2000)


MICHAL OKLOT

Zle przyrzadzone frykasy

Nie ulega watpliwosci, ze estetyka Przybyszewskiego sprzyjala niechlujstwu umyslowemu. Przy niej powstal stan rzeczy tego rodzaju, ze mozna bylo nie wiedziec, co sie chce napisac i nie tracic nadziei,
ze naga dusza vyviedet', jak powiadaja moskale.
Stanislaw Brzozowski

W rozdziale 6 Nie przypominam sobie pani czytamy: "… lecz myslom tym nie zdazyl nadac jakiegos sensownego ksztaltu. Postanowil dzialac". Tak tez uczynil autor Marek Karcerowicz. Postanowil dzialac… i napisal powiesc. Na ostatniej stronie wydawcy informuja nas, ze jest to ksiazka dla "wyrafinowanego, zlaknionego szkatulkowych powiesci czytelnika". Miast pisac szczegolowo o samej ksiazce, potraktujmy ja raczej jako szczegolny przypadek nalezacy do szerszego zjawiska pojawiajacego sie w od czasu do czasu w literaturze: zadziwiajacej latwosci pisania polaczonej z kleceniem zawilych poetyk. Nieopatrznie rozumiana estetyka postmodernizmu i wynalazek komputera stworzyly iluzje, ze pisanie prozy artystycznej jest niezwykle latwe. Klopot w tym, ze ciezko jest zapomniec o dwu radach Witolda Gombrowicza: 1) "Lepiej jadac skromnie, ale zdrowo, niz karmic sie frykasami zle przyrzadzonymi"; (2) "Jesli talenty maja wywierac wplyw kulturalny, musza byc kulturalne. A jesli maja byc kulturalne, powinny znac swoje granice".

"Powiesc szkatulkowa"

Na razie udajmy sie tropem pozostawionym przez wydawcow i zastanowmy sie, coz to takiego "powiesc szkatulkowa"? Najprawdopodobniej Marek Karcerowicz, mniej lub bardziej swiadomie stara sie nadazyc za tradycja arabeski, tj. konwencji powiesciowej, w ktorej stylistyka zajmuje miejsce nadrzedne. Opowiesc rozumiana jako nastepstwo zdarzen schodzi na drugi plan, a bogato zdobiona rama czy tez arabeska staja sie jedyna "trescia". Upraszczajac, powiesc taka skonstruowana jest wedle schematu wielokrotnych ram: opowiesci w opowiesciach, snow w snach, wielokrotnych mikronarracji, skojarzen rzadzonych niezaleznymi porzadkami czasowymi i przestrzennymi. I tak na przyklad Suka-sapati (siedemdziesiat opowiesci papugi), klasyczny tekst indyjski zaliczany do omawianej retoryki ramy, jest "historia" kobiety, ktora chce odwiedzic swego kochanka podczas nieobecnosci meza. Maz, by zapobiec zdradzie, zostawia zonie papuge. Kazdego wieczoru papuga recytuje swej pani inna opowiesc, zawsze jednak konczy tymi samymi slowami: "Dowiesz sie dalszego ciagu jutro, jezeli zostaniesz tej nocy w domu".

Technika ta, poza efektami czysto formalnymi zwiazanymi z konstrukcja powiesci, w pismach estetycznych wczesnego romantyzmu zyskuje wymiar filozoficzny. Owe burzace porzadek symboliczny "powiesci komponowane z niczego", "powiesci bez wszelkiej spojnosci", "arabeski" - uzywajac okreslen Schlegla - byly swoista metoda opisu swiata rozumianego jako chaos, ktory utracil wiez z absolutem. Zatem nonsens jako jedyna zawartosc tekstu na poziomie hermeneutycznym zyskuje sens i czytelnik jest w stanie wlaczyc sie w gre autora proponujac swe interpretacje.

W Europie technika arabeski byla juz widoczna w satyrze manipejskiej, w XVIII wieku stosowali ja miedzy innymi Sterne i Potocki; we wczesnym romantyzmie, arabeska zostala wzbogacona o wnioski plynace z trzeciej krytyki Kanta. Wiktor Szklowski, wybitny rosyjski humanista, doszukuje sie tej konwencji juz w Indiach, pokazujac, ze byla obecna niemal wszedzie w Panchatantra, Hitopadesa czy Vetalapanchavimsati. Zatem na poczatku XX wieku "opowiesc bez tresci" byla juz jedna z kanonicznych poetyk powiesciowych, w naszej literaturze praktykowanej np. przez Tadeusza Micinskiego. W ostatnich latach poetyka ta rymujac sie z nazwiskami paru filozofow kojarzona jest, w kawiarnianych dysputach, ze slowem: "postmodernizm" (ponowozytnosc). "Odlotowy" artysta Marek Karcerowicz wchodzi tedy na teren o dosc bogatej tradycji.

Ponczochy czy rajstopy?

Nie przypominam sobie pani jest katalogiem nieudanych wysilkow podazajacych za opisana stylistyka. Nie warto chyba streszczac poszczegolnych watkow i poszukiwac wszystkich tropow zgodnie z regula ekonomiczna znakomicie stosujaca sie takze do wszelkich przedsiewziec czytelniczych: zysk powinien byc co najmniej rowny inwestycji.

Zatem krotko. Znajdujemy tu "przedrozdzialy", sakramentalne: "dalszy ciag rozdzialu ostatniego (poniewaz rozstac sie nie umiem)", fikcyjne motta, odniesienia do estetyki kultury masowej. Bohater oczywiscie czegos szuka i jest, jakzeby inaczej, artysta zmagajacym sie z forma. W jednym z powiesciowych wnetrz czyni spostrzezenie: "Klimat na pograniczu Kafki i Witkacego, choc z pewnymi pretensjami do Andy'ego [sic!] Warhola lub Jaspera Johnsa" (28). Chyba raczej "na pograniczu" filmu Rejs. Namietna dziewczyna bohatera (oczywiscie urodziwa) kocha sie z nim po ciemnych zakamarkach, bodajze w windzie, uprzyjemniajac sobie w ten sposob ucieczke przed poscigiem zbirow, ktorzy osaczaja artyste; watki urywaja sie, pojawiaja sie nowe, opowiesci, sny, pamietnik (bynajmniej nie znaleziony w Saragossie, a szkoda), formy dramatyczne, poetyckie. Autor czuje sie sam nieco zagubiony w tych subtelnosciach konstrukcyjnych, podobnie zreszta i wobec konstrukcyjnych szczegolow kobiecego stroju, do ktorego co i rusz obsesyjnie powraca. Czytamy miedzy innymi: "Ma na sobie czerwona sukienke, jasnoszare ponczochy i gole stopy [sic!]" (s. 33); gdzie indziej, w trakcie wspomnianej sceny milosnej: "On pomaga jej zdjac ponczochy razem z bielizna" i pare linijek nizej, juz po milosnym uniesieniu: "...a Mlodsza Renata bedzie miala wilgotne od wewnatrz ponczochy" (s. 25).

Na poziomie jezyka autor usiluje, zgodnie z kanonami omowionej poetyki, parodiowac rozne stylistyki obecne w literaturze polskiej. Wlasnie ten ostatni pomysl pograza powiesc najglebiej. Stopien filologicznego przygotowania autora przeszkadza mu w prowadzeniu takich zabaw z wdziekiem. Przyjmijmy, ze odnosza sie one do Iwaszkiewicza, Prusa, moze Hlaski. Zwykle taka gra opiera sie na jezyku, na tworzeniu napiec miedzy slowami, zdaniami, akapitami. Tekst w ten sposob zyje, zdynamizowany roznorodnoscia stylow czy to na poziomie skladni, czy slownictwa. Niestety, nie tu. Jezyk Marka Karcerowicza jest plaski, monotonny, czesto nieporadny. Zatem pastiszowe wycieczki w kierunku prozy Jaroslawa Iwaszkiewicza sprowadzaja sie do fabuly, czyli tego, czego autor stara sie programowo unikac. Mamy tu wiec epizod na plebanii, spoleczny ostracyzm malego miasteczka, rozmowy z mlodym ksiedzem o milosc i smierci; obecnosc Boleslawa Prusa zas manifestuje sie w postaci ekscentrycznego uczonego z konca XIX stulecia konstruujacego tajemnicza machine. Miejski naturalizm u Karcerowicza to "silny kopniak" "zatrzymujacy napastnika", powtarzany wyraz "kurwa", obecnosc rumunskich prostytutek na Dworcu Centralnym w Warszawie (autor przytacza miedzy innymi mocno juz wytarta anegdote o tresci cennika uslug wiszacego na szyi jednej z prostytutek; tu jednak znowu poslizgnal sie, bowiem sens tej dosc karczemnej anegdoty opiera sie na chybionym podobienstwie polskiego i rosyjskiego, a nie rumunskiego). Oczywiscie nie moglo tez zabraknac "kwasnego smrodu potu wymieszanego ze zwietrzala pozostaloscia wody po goleniu".

Autor takze urozmaica swoj jezyk zgodnie z regulami wpojonymi na lekcjach polskiego. Sok wisniowy tedy, nalany przez pania Roze, ktora "emanowala pogodnym nastrojem", w szklance bohatera nie jest juz sokiem, a "ciemnobordowym plynem". Wiem, nie nalezy byc zlosliwym, ale prosze zobaczyc, jak autor wprowadza nas w tzw. realia lat 90.: "Krum Balaganow wyjmuje z torby podroznej laptopa. Za pomoca waskiego, szarego kabelka podlacza swoj modem do telefonu. […] Za chwile wchodzi do sieci, aby z 'ulubionych' wywolac przegladarke […] na bialym pasku pola wpisuje 'password' […] po czym naciska 'enter'" (s. 192). Grafomania nie jest choroba smiertelna, za to dosc uciazliwa i nieprzyjemna dla otoczenia.

Czy dezynwoltura formalna jest dla wszystkich?

Powiedza panstwo: po co pastwic sie, czy nie lepiej po prostu zaklasyfikowac ten tekst do, dajmy na to, "sylw ponowoczesnych" (termin Przemyslawa Czaplinskiego z jego eleganckiego przewodnika po wspolczesnej literaturze polskiej) oraz skonstatowac, ze wazna jest roznorodnosc, niech pisza , im wiecej tym lepiej, moze jaki talent sie wyloni sie z tej wesolej gromadki. Otoz nie. Etykietki "postmodernizm", "powiesc szkatulkowa", "art-ziny" i inne "trzecie obiegi" powoduja, ze czytelnicy przestaja krytycznie czytac literature, zwracac uwage na jezyk w mysl zasady, ze wszystko wolno, wszystko jest fikcja. Autor dzielka liczy sie z krytyka, bierze wiec swa ksiazeczke w cudzyslow fikcyjnej negatywnej recenzji: "Jednym slowem kapitalna klapa. Coz moge jeszcze dodac? Po prostu odradzam". Wszyscy pamietamy zapewne zakonczenie Ferdydurke (to o trabie i bombie), intuicja mowi mi jednak, ze taka "nihilistyczna" szczerosc znacznie lepiej brzmi w ustach Pisarza.

Kilka skojarzen… "szkatulkowych"

Autor konczy swa ksiazke trzema datami: "maj 1997 (kilka poprawek - maj 1998 i 1999)". Mysle sobie, co tez ja robilem w maju 1997 roku. Bylem na zeslaniu pomiedzy Dallas i Fort Worth. Nabokov, w roku 1941, wlasnie pomiedzy Dallas i Fort Worth, na stacji benzynowej zlapal do swej kolekcji cme. Wrocmy jednak do owego feralnego maja. Cmy nie zlapalem, natomiast pewnego poranka, nie zatrzymawszy sie na stacji benzynowej, trafilem do Einstein Bagels. Na scianie wisial kolorowy bohomaz, starannie oprawiony i opatrzony jakims komentarzem (takze w ramkach). Klienci bardzo sie nim interesowali, ze smiechem wymieniajac rozne uwagi. Niektorzy twierdzili, ze gdyby umieszczono ow obrazek w muzeum sztuki nowoczesnej i podpisano nazwiskiem jakiegos wzietego artysty, nikt nie zorientowalby sie w oszustwie. Otoz autorem dziela byl slon z pobliskiego zoo, ktoremu umazano trabe farba i podsunieto arkusz bialego papieru. Ja jednak, moze naiwnie, upieralbym sie, ze mozna odroznic obraz autorstwa slonia od obrazu namalowanego przez Pollocka czy De Kooninga. Zdanie konczace note o autorze informuje: "Obecnie Karcerowicz zajmuje sie przewaznie malarstwem sztalugowym".

---------------------------

Marek Karcerowicz, Nie przypominam sobie pani, Wydawnictwo Czarne, Wolowiec, Wydawnictwo Lampa i Iskra Boza, Warszawa 2000, s. 205, cena 11 dol. plus NY tax i 4.50 dol. porto w przypadku zamowienia z przesylka (do nabycia w Ksiegarni Nowego Dziennika).


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail