TERESA SIEDLAR-KOLYSZKO
Berdyczow i okolice
Ilekroc
jade na Ukraine, ciagnie mnie zawsze do Berdyczowa. Tyle
sie w nim i wokol niego wydarzylo! Tylu swietnych ludzi
zwiazalo swoje imie z tym miastem i tylu jeszcze zyje w
nim wspanialych Polakow, ze wizyta w Berdyczowie daje duzo
radosci i zaspokaja ciekawosc, z ktora zawsze podrozuje
po swiecie.
Tym razem umowilam sie z prezesem berdyczowskiego oddzialu
Zwiazku Polakow na Ukrainie Feliksem Paszkowskim, dyrektorem
szkoly nr 3, co z duma podkresla. Szkola jest ukrainska,
ale ma tez gabinet jezyka polskiego, na scianach wiec i
mapy Polski, i portrety slawnych Polakow. Na spotkanie przyszla
rowniez "swiezo upieczona" nauczycielka po studiach w Polsce
Helena Baczkowska, berdyczowianka z urodzenia. Oboje moi
rozmowcy mowia piekna czysta polszczyzna, oboje sa mlodzi,
wysocy i bardzo przystojni. Przyjemnie jest patrzec na nich
jako przedstawicieli ocalalych tu po wszystkich rzeziach,
rewolucjach i zsylkach dawnych Polakow.
Pan dyrektor z duma pokazuje mi napis na drzwiach pokoju:
"Kolko milosnikow kultury polskiej" i drugi - "Redakcja
gazety Mozaika Berdyczowska", a nastepnie opowiada
pokrotce swoj zyciorys.
- Urodzilem sie w wiosce Gryszkowce, to niedaleko Berdyczowa,
a w miescie mieszkam juz 40 lat. Jestem Polakiem z pochodzenia.
Nigdy nie widzialem swoich dziadkow, jeden zmarl jeszcze
w 1933 roku, byl to czas wielkiego glodu, a drugi dziadek
zostal rozstrzelany za to, ze byl Polakiem.
Berdyczow ma 91 tysiecy mieszkancow, wedlug spisu z 1989
roku mialo byc 7,5 % Polakow. To wedlug oficjalnej statystyki,
ale my wiemy, ze jest ich grubo wiecej. Wsrod 50 czlonkow
Rady Miejskiej, do ktorej i ja zostalem wybrany, 10 to Polacy.
Pan Feliks mowi wyraznie, mocnym glosem, a pani Helenka
- cichutko delikatnym glosem, prawie szeptem.
- Jestem filologiem jezyka ukrainskiego i rosyjskiego,
ale teraz ucze w tutejszej szkole jezyka polskiego, ktory
znalam z domu, a studiowalam go na kursach w Polsce. Wlasnie
dwa dni temu wrocilam z Warszawy, z kursu wspolczesnej literatury
polskiej i historii Polski. Jestem z pochodzenia Polka,
dziadek moj mieszkal w okolicach Zytomierza, a potem rodzina
przeniosla sie do Berdyczowa.
- Czy w Berdyczowie mozna porozumiec sie po polsku?
- Tak, naturalnie ze tak. Wprawdzie nie wszyscy mowia po
polsku, ale z pewnoscia wszyscy zrozumieja o co chodzi.
Jezyk polski na ulicach slychac bardzo czesto, bo przeciez
sa tu dwie slawne swiatynie, do ktorych zjezdzaja, czy schodza
sie patnicy. Mamy kosciol i klasztor karmelitow przepieknie
z ruin odbudowany i malutki kosciol sw. Barbary. I jeszcze
jest kapliczka polska, wszystkie swiatynie sa zawsze pelne.
A kiedy obchodzilismy rocznice koronacji Matki Boskiej Berdyczowskiej,
na uroczystosc przybylo okolo 10 tysiecy wiernych, glownie
Polakow z samego Berdyczowa i pobliskich wiosek. Bo klasztor
karmelitow i wizerunek w nim naszej Matki Bozej to jest
taka nasza ukrainsko-polska Czestochowa czy Ostra Brama.
Mamy w okolicy wiele wsi polskich. W Lesnej Slobodce 95
% mieszkancow to Polacy, a jeszcze Wielka Niezgorka, Gajcie,
Hazyn - to wszystko polskie wsie. I w tych wioskach sa kapliczki,
do ktorych dojezdzaja nasi ksieza. Odrodzenie polskosci
na naszych terenach jest faktem.
- Przetrwala ta polskosc czasy terroru, to juz chyba
nic jej nie grozi, Panie dyrektorze...
- Tak, modlimy sie po polsku, spiewamy polskie stare piesni,
ktore zachowaly sie w wioskach. Bierzemy tez od paru lat
udzial w festiwalu Kultury Polskiej "Tecza Polesia" w Zytomierzu.
Zajelismy tam drugie miejsce wsrod mlodziezowych zespolow.
Mamy dzieciecy zespol "Zrodelka" i zespol piesni religijnej
przy parafii.
- A co z nauka jezyka polskiego?
- Jezyk polski jest wykladany w mojej szkole, a takze w
trzech innych. Z tym ze ciagle jeszcze jako tzw. fakultatyw,
czyli nadobowiazkowo. Jest takze nauczanie jezyka polskiego
przy obu parafiach. Mamy w Berdyczowie trzy nauczycielki
jezyka polskiego pochodzace z Berdyczowa: obecna tu pania
Helenke Baczowska, pania Larysse Werminska, wicedyrektorke
szkoly nr 3 i pania Janine Kolesnik. Natomiast obiecano
nam w konsulacie, ze w tym roku przyjedzie do nas nauczycielka
z Polski. W Berdyczowie przed wojna byly az trzy polskie
szkoly, tylu tu mieszkalo Polakow. Nasza szkola w dalszym
ciagu pielegnuje polskie tradycje. Mamy male muzeum, w ktorym
zgromadzilismy wiele cennych darow i pamiatek.
Berdyczow byl miastem trzech kultur: polskiej, zydowskiej
i ukrainskiej. Byly tu niegdys 83 synagogi, teraz jest jedna.
Pogromy i wojna sprawily, ze ocalalo zaledwie 300-400 rodzin
zydowskich.
Przy klasztorze Karmelitow istniala przez 70 lat drukarnia.
Wydrukowano w niej ponad tysiac ksiazek. Wsrod nich szczegolna
- Ozdoba ziemi ukrainskiej w obrazie Matki Bozej Berdyczowskiej. Sam obraz pochodzacy z czasow Turkow i Tatarow zaginal w
okresie bezboznictwa sowieckiego. Na szczescie zachowaly
sie liczne male kopie po domach katolickich i ostatnio artysta
malarz w Krakowie wykonal obraz do zludzenia przypominajacy
oryginal i tenze zostal w Krakowie przez Ojca Swietego koronowany.
Powodem do dumy Polakow berdyczowskich jest wychodzaca
od kilku lat gazeta Mozaika Berdyczowska. Powstala
w 1994 roku jako dodatek do gazety rejonowej w jezyku ukrainskim.
Ale poniewaz daly sie slyszec glosy, ze po co polski jezyk
w ukrainskiej gazecie, zdecydowalismy sie usamodzielnic.
Stalo sie to mozliwe dzieki wsparciu Fundacji Rodacy Rodakom
i Fundacji "Pomoc Polakom na Wschodzie". Mozaike redaguje zespol w calosci berdyczowski, sa to wszystko miejscowi
mlodzi Polacy. A pomaga nam i jest redaktorem do spraw wydawniczych
i programowych Piotr Kosinski, korespondent warszawskiej Rzeczpospolitej w Kijowie.
Pan Paszkowski pokazal mi kilka numerow gazety, a ja z
przyjemnoscia zabralam Mozaike na druga polkule i
teraz, kiedy pisze ten artykul o Berdyczowie, czesto do
tych egzemplarzy zagladam. Z jednego z numerow dowiaduje
sie, ze w odnawianej ciagle jeszcze swiatyni oo. Karmelitow
odbylo sie pierwsze swiecenie mlodego karmelity, syna ziemi
berdyczowskiej. Igor Skomarowski pochodzi z polskiej rodziny,
zna tutejsze zycie i jego osobliwosci, nie zawsze zrozumiale
przez ksiezy z Polski. Na swiecenie przybyl ksiadz Jan Purwinski
z Zytomierza i spora grupa braci karmelitow z seminarium
w Krakowie. Na ostatniej stronie w tym samym numerze krotka
relacja z pobytu konsula RP w "perle polskosci wsrod lasow
i pol", czyli w Slobodce Lesnej. Na spotkaniu z konsulem
i wladzami Zwiazku Polakow na Ukrainie wszyscy starsi mieszkancy
wioski mowili pieknie po polsku!
Dwie srodkowe strony innego wydania zajmuje artykul "Pilsudski
w Zytomierzu i Berdyczowie", ilustrowany dwoma historycznymi
zdjeciami. Podpis pod pierwszym brzmi: "Po przyjezdzie do
Berdyczowa naczelny Wodz odebral raporty dowodcow, zapoznajac
sie z aktualnym polozeniem. W Berdyczowie udal sie do miejscowego
kosciola karmelickiego na nieszpory. U wejscia oczekiwali
Naczelnika Panstwa Jozefa Pilsudskiego miejscowi obywatele
z procesja. Po wysluchaniu nabozenstwa Jozef Pilsudski rozmawial
jeszcze z karmelitami informujac sie o losach swiatyni w
dniach pobytu bolszewikow". A pod drugim: "Po raz drugi
zawital Pilsudski do Berdyczowa 5 maja. Nieco pozniej przyjechal
tu ataman Petlura i udal sie do wagonu marszalka Pilsudskiego.
W tym miejscu nastapilo serdeczne spotkanie Wodzow, ktorych
zlaczyl pocalunek powitania".
Pismo berdyczowskich Polakow jest wedlug mnie dobrze redagowane
i bardzo ambitne - obejmuje nie tylko sprawy ziemi berdyczowskiej,
ale ogolnopolskie i ogolnoukrainskie, a takze - mozna powiedziec
- ogolnopolonijne. W jednym z numerow znalazlam artykul
o Polakach lotewskich, w innym krotki felieton nadeslany
z Kalifornii o Polakach w San Diego.
Wrocmy jednak do Berdyczowa. Pani Baczkowska dzieli sie
ze mna swoimi spostrzezeniami:
- Trzeba koniecznie powiedziec, ze na naszych terenach
nie bylo wasni miedzy Ukraincami i Polakami, nasze oba narody
zyly tutaj w zgodzie obok siebie. Nie bylo niecheci, nie
bylo walk. Kultury sie przenikaly i wzbogacaly wzajemnie.
- Najwyzszy czas - przerywa nam dyrektor - wyjsc z murow
szkoly i ruszyc do Wierzchowni Eweliny Hanskiej. Zanim jednak
tam pojedziemy, proponuje sfotografowac kosciolek sw. Barbary
i pamiatkowa tablice, ktora wmurowalismy dla przypomnienia
rocznicy slubu zawartego w tym kosciele przez Eweline Hanska
z Honoriuszem Balzakiem.
Robimy to zdjecie i juz zaraz pedzimy szerokim ukrainskim
traktem do Wierzchowni. Droga wiedzie, jak to sie pieknie
wyrazil Balzak, "przez chlebna pustynie". Pola, bezmiar
pol po horyzont. Jak okiem siegnac, czarnoziemna Ukraina.
Takie rozlegle, zyzne przestrzenie zobaczyc mozna jeszcze
tylko gdzies w Manitobie w Kanadzie lub w Stanach Zjednoczonych.
Jadac do majatku Hanskich nie sposob nie myslec o genialnym
pisarzu i az trudno sobie wyobrazic jego podroze, te setki
kilometrow pokonywane po rozmieklych drogach w trzesacym
sie powozie, a nieraz nawet zydowska furka.
We wspomnieniach o pierwszej podrozy do ukochanej (bylo
to juz po smierci pana Hanskiego) Balzak pisze: "Wsciekly,
ze stracilem dwie godziny (zatrzymal sie w Zytomierzu -
przyp. TS-K), podwoilem ekstra napiwki i robilem trzydziesci
szesc wiorst na godzine. Totez ujrzalem kolo poludnia wzgorze,
na ktorym miesci sie znamienite miasto Berdyczow".
Rzeczywiscie, z daleka z gorujaca na wysokim brzegu twierdza-klasztorem
i dzis Berdyczow robi niezapomniane wrazenie. Z bliska natomiast
bylo znaczniej gorzej.
W znakomitym Slowniku Geograficznym Krolestwa Polskiego
i Litwy czytamy o Berdyczowie: "Kilka okazalych budynkow,
do ktorych tula sie bezksztaltne, nedzne, jeden na drugi
tloczace sie zydowskie domy i chalupy". Taki wlasnie obraz
Berdyczowa zobaczyl Balzak: "Ujrzalem z nowym zdziwieniem
domy tanczace polke, to znaczy pochylone, jedne na prawym
biodrze, drugie na lewym, niektore jakby kiwajace nosem,
wiekszosc rozlazaca sie, niektore mniejsze od naszych bud
jarmarcznych, czyste jak chlewiki".
Musze powiedziec ze od tamtych czasow Berdyczow zmienil
swoje oblicze. Teraz jest to w miare czyste i porzadnie
zabudowane miasto.
Kiedy Balzak zajechal na rynek berdyczowski, na spotkanie
przybyszowi wypadl tlum Zydow. Pisze: "Cizba byla tak zbita,
ze moj powoz zaprzezony w szesc koni, mimo dzikich krzykow
pocztyliona, przebijal sie przez nia z wielka trudnoscia;
kiedy zas osie tracaly jakiegos gluchego, woznica troszczyl
sie o to bardzo niewiele".
Jakims cudem spotkal rodaka, francuskiego krawca osiadlego
w Berdyczowie. Wspominal: "Dzieki zaradnosci i uprzejmosci
autokraty kamizelek i dyktatora elegancji na Ukrainie, wyruszylem
w droge". Te droge - jeszcze kilkanascie kilometrow - przejechal
Balzak zydowska furka. "To co widzialem dotad to bylo nic
- relacjonowal swoje wrazenia po wyruszeniu z Berdyczowa.
- To jest pustynia, krolestwo zboza, preria Coopera i jej
cisza. Tam zaczyna sie gleba ukrainska, ziemia czarna i
tlusta na glebokosc piecdziesieciu stop a czesto i wiecej,
ktorej nie nawozi sie nigdy i gdzie wciaz sie sieje. Ten
widok wprawil mnie w oslupienie, zapadlem w gleboki sen".
A kiedy sie obudzil: "Ujrzalem maly Luwr, swiatynie grecka
ozlocona zachodem slonca, wznoszaca sie nad dolina, jaka
ogladalem od granicy".
W koncu i ja dojechalam do majatku Hanskich i choc wiele
od tego czasu zmienilo sie na gorsze i nic nie jest jak
przedtem, ocalaly z pogromow, rewolucji i wojen palac nawet
teraz robi duze wrazenie. Jest naprawde piekny. Przybywajacych
wita wspaniala kolumnada zwienczona fryzem objetym delikatnymi
festonami, a wyzej fronton z herbem. Wokol palacu szumia
stare drzewa, pozostalosc po niegdys wspanialym podobno
parku, mocno przetrzebionym, ale i teraz zabladzic mozna
w cienistych wawozach, natknac sie na dawna kaplice dworska
czy piwnice na wina.
Balzak przybywszy do Wierzchowni (niespodzianie, bo list
szedl dluzej niz trwala jego na owe czasy ekspresowa podroz)
otrzymal apartament w bocznym skrzydle palacu. Tak pisze
o nim w jednym z listow do siostry: "Mam rozkoszny apartamencik:
salonik, gabinet i sypialnie; gabinet z rozowego stiuku,
z kominkiem, wspanialymi dywanami i wygodnymi meblami, okna
cale ze szkla bez cynfolii, tak ze widze krajobraz na wszystkie
strony. Mozesz sobie wyobrazic co to jest za Luwr ta Wierzchownia,
gdzie jest piec czy szesc apartamentow tego rodzaju dla
gosci".
Wmurowana tablica przypomina pobyt Balzaka. W dawnym apartamencie
urzadzono niewielkie muzeum. Sa zdjecia rodzinne, mapy podrozy
(te robia na mnie najwieksze wrazenie Paryz - Wierzchownia!),
sa stare meble - stol i krzesla, ktorych uzywal pisarz.
Pozostalo ponad tysiac ksiazek z znakomitej niegdys biblioteki
Hanskich, wszystkie w jezyku francuskim. Balzak zapewne
nieraz z nich korzystal. Jest w pokoju pisarza stary swiecznik
i zatrzymany zegar z tamtych czasow. Zachowal sie takze
kominek, przy ktorym byc moze wiele godzin spedzil pisarz
podczas trudnej do zniesienia ukrainskiej zimy. Calosc robi
mile wrazenie, choc w przepieknej kreconej klatce schodowej
porecze i balustrady, wykonane kiedys pewnie z najlepszych
gatunkow drewna, pomalowano ukrainskim zwyczajem na niebiesko...
W palacu miesci sie dzis szkola rolnicza. Jej dyrektor
zaprasza nas do swego gabinetu i przyjmuje siedzac w czarnym
garniturze i takimz krawacie za ogromnym biurkiem (a za
oknem upal ukrainskiego lata). Po drodze do pokoju dyrektora
zwiedzamy obszerny okragly hol i sale balowa z antycznym
fryzem biegnacym pod calym sufitem. Ogladamy delikatne stiuki,
liczne zachowane zdobienia tej do dzis bardzo pieknej sali
(niestety, tez pomalowanej na niebiesko), w ktorej miesci
sie szkolna aula. Pan dyrektor opowiada o szkole i oczywiscie
o pani Hanskiej i Bazaku. Z biegiem lat chyba narasta legenda;
cos mi sie wydaje, ze wiekszosc opowiadania jest juz dorobiona
dla "upiekszenia"romansu.
W kazdym razie widac, ze dyrektor i cala Wierzchownia,
a z nia powiat berdyczowski, niezmiernie sa radzi, iz im
sie taka gratka trafila. Badz co badz wielki Balzak nie
tylko dokolatal sie w te strony, ale i ozenil sie z krajanka.
Znany z kapitalnego poczucia humoru pan Paszkowski robi
mine bardzo powazna, stosowna do czarnego garnituru i przepastnego
gabinetu, i od niechcenia pyta: "Kolego dyrektorze, tu przed
palacem stoi do dzis pomnik Lenina, czy nie mozna by Lenina
zdjac i na tym samym cokole umiescic kopie znanej rzezby
Balzaka jako Bachusa?".
Dyrektor zesztywnial, choc to przeciez juz wolna Ukraina
i glebokim barytonem, cedzac slowo za slowem powiedzial:
"Nie ja go stawialem i nie ja bede go zdejmowal".
Widzac, ze atmosfera stala sie smiertelnie powazna podziekowalismy
za przyjecie i wrocilismy do ogrodu. Siadlszy na laweczce
z widokiem na palac zaczelismy na glos czytac Balzaka, ktorego
Ukraina wrecz oszolomila ogromem, a sama Wierzchownia bogactwem:
"Majatek jest wielki jak u nas departament. Niepodobna sobie
wyobrazic obszaru i zyznosci tych ziem, ktorych nie nawoza
nigdy i gdzie sieja zboze co roku. Mimo ze mlody hrabia
i mloda hrabina maja we dwoje jakies dwadziescia tysiecy
dusz, trzeba by ich czterysta tysiecy, aby uprawic cala
te ziemie".
Rownoczesnie wiele rzeczy go zdumiewa, bo jest zupelnie
inaczej niz we Francji: "Ten kraj jest osobliwy w tym sensie,
ze obok najwiekszych wspanialosci brak najpospolitszego
komfortu. Ten majatek jest jedyny, ktory posiada lampe Carcel
i szpital. Sa tu lustra na dziesiec stop wysokie, a nie
ma obic na scianach. A i tak Wierzchownia uchodzi za najzbytkowniejsza
siedzibe na Ukrainie, ktora jest wielka jak Francja. Zazywa
sie tu cudownego spokoju. (...) Mimo zyznosci ziemi, przeobrazenie
zbiorow w pieniadze jest bardzo trudne, bo rzadcy kradna:
brakuje tez rak do mlocenia zboza, ktore mloci sie maszynami".
(...) "Palimy tutaj (a Wierzchownia to jest palac!) sloma:
spala sie w ciagu tygodnia w piecu wszystka slome, jaka
sie widzi na targu sw. Wawrzynca w Paryzu. Kiedys zaszedlem
w Wierzchowni na folwark, to jest miejsce, gdzie sie ustawia
stogi zboza, gdzie sie mloci zboze maszynami: bylo tam,
na te jedna wies, dwadziescia stogow trzydziesci stop wysokich
na piecdziesiat krokow dlugosci i na dwanascie krokow szerokosci.
Ale kradzieze rzadcow, koszta, uszczuplaja znacznie dochod.
Nie ma sie pojecia u nas o tym zyciu. W Wierzchowni trzeba
miec wszystkie przemysly u siebie w domu: cukiernik, krawiec,
szewc etc., przywiazani do domu. Rozumiem teraz trzystu
domownikow, o ktorych mowil mi w Genewie nieboszczyk p.
H., ktory mial na swoich uslugach cala orkiestre" (w Szwajcarii
Balzak spotkal sie z Ewelina Hanska i jej mezem - przyp.
TS-K). Pani Hanska pisala do swego brata Henryka Rzewuskiego
o tym spotkaniu: "Zawarlismy w Szwajcarii znajomosc, ktora
jestesmy oczarowani, z panem de Balzac, autorem Jaszczura i tylu innych przeslicznych ksiazek. Znajomosc ta przeksztalcila
sie w prawdziwa przyjazn, ktora mam nadzieje przetrwa do
grobowej deski... Balzac ogromnie mi Ciebie przypomina moj
Henryku; jest wesoly rozesmiany i sympatyczny jak Ty; ma
nawet w sobie cos z Twojej powierzchownosci, obydwaj zas
jestescie podobni do Napoleona... Balzac to istne dziecko.
Jesli kogos pokocha, oznajmi to z naiwna dziecieca szczeroscia...
W koncu patrzac na niego pojac trudno, ze tyle wiedzy i
wyzszosci umyslu mozna polaczyc z tak wielka swiezoscia,
wdziekiem, dziecieca naiwnoscia uczuc i duszy". List konczy
zdanie: "Nigdy w zyciu nie spedzilam jeszcze dwoch tak szczesliwych
i spokojnych miesiecy jak lipiec i sierpien w Neuchatel".
Zas Balzak zwierzyl sie w liscie do siostry: "Jestem szczesliwy,
bardzo szczesliwy, ale w myslach, bo wszystko jeszcze odbywa
sie z zachowaniem regul cnoty. Niestety przeklety maz przez
piec dni nie opuscil nas ani na sekunde. Krazyl miedzy spodnica
swojej zony a moja kamizelka. Neuchatel jest malym miastem,
gdzie kobieta, slawna cudzoziemka, nie moze ruszyc sie na
krok, zeby nie byc obserwowana. Bylem jak w piekle. Przymus
mi nie odpowiadal".
Czytamy te szwajcarskie wspomnienia pod palacem w Wierzchowni.
Zamyslam sie. Czy mogl wtedy w Szwajcarii Balzak przypuszczac,
ze tu dotrze, ze zostanie mezem pani Hanskiej, ze zamieszka
w Wierzchowni? Z jego wspomnien i listow wynika, ze chyba
polubil Wierzchownie, ze sie w niej zadomowil, ale ani rusz
nie mogl sie przyzwyczaic do ukrainskich mrozow i tamtejszego,
choc przeciez palacowego, jedzenia.
W jednym z listow pisze, ze uszyto dla niego "paltot podbity
syberyjskim lisem, z krajowego sukna, aby mogl przebyc zime
i to sukno nie gorsze jest od francuskiego". A wiec przed
mrozami ukrainskiej zimy jakos sie mozna obronic. Gorzej
bylo z jedzeniem, totez w liscie do siostrzenicy prosil
o przepisy na: "1. sos pomidorowy wymyslony przez wasza
matke i aby byl zupelnie taki jak ten, ktory sie jada u
was: 2. purée cebulowe, takie jakie robila Ludwika
babci, bo tutaj, widzicie, zyjemy niby w wielkiej pustyni
i aby przelknac kawalek wolu, ktory caly kosztuje tylko
100 frankow, oraz barana, trzeba wszystkich finezyj kuchni
paryskiej". A dalej z cala powaga pisze: "Badzcie dumne
Zosiu i Walentynko, ze czyniac to, bedziecie dobrodziejami
kraju calkowicie pozbawionego cielecia; to znaczy cielecia
jadalnego, bo krowy maja tu cieleta, jak wszedzie, ale te
cieleta odznaczaja sie republikanska chudoscia. Wol taki
jak go sie spotyka w Paryzu, jest mitem; wspomina sie go
we snie; w rzeczywistosci mamy tu mieso liczace dwadziescia
lat, lykowate, ktorym pomnaza sie pakiety konopi przeznaczone
na eksport. Pociesza sie czlowiek wyborna herbata, cudownym
nabialem. Co sie tyczy jarzyn, sa okropne; marchew smakuje
rzepa, brukiew nie smakuje niczym. W zamian za to odkryto
tu niezliczone odmiany kasz, robi sie kasze z prosa, z gryki,
z owsa, z jeczmienia etc. Gotowi ja robic z kory drzew".
W Wierzchowni Balzak byl nie tylko bacznym obserwatorem,
ten tytan pracy i tu pisal wiele, by za powrotem do Francji
wydac kilka powiesci. Wiele czasu tez spedzal z Ewelina
na spacerach w parku, a w dlugie jesienne wieczory przy
dajacym upragnione cieplo kominku. Ewelina napisala w jednym
z listow do brata: "Przepowiadales mi zawsze - przypominasz
sobie - ze bedzie jadl nozem i nos obcieral w serwete. Otoz,
jezeli nie dopuscil sie ostatniej zbrodni, to pewna, iz
stal sie winnym pierwszej. Oczywiscie to jest przykry widok
i nieraz, kiedy widzialam, jak popelnia to, co my nazywamy
bledami przeciw wychowaniu, mialam pokuse upomniec go, tak
jak upomnialabym Anne w podobnym razie. Ale to wszystko
jest 'powierzchnia'. Sam czlowiek ma w sobie cos, co jest
o wiele wiecej warte niz zle albo dobre formy: ma geniusz,
ktory elektryzuje i przenosi w najwyzsze sfery ducha, ten
geniusz, ktory czlowieka wyrywa z samego siebie, i ktory
pozwala ziscic i zrozumiec to, czego brakowalo naszemu zyciu".
Ciezko jest rozstac sie z Wierzchownia, jeszcze dlugo,
prawie do zmierzchu bladzimy po alejach parkowych, schodzimy
w mroczny wawoz, przekraczamy mostki, sluchamy szmeru bijacego
nieopodal zrodelka. W konarach poteznych drzew pamietajacych
zapewne codzienne spacery pisarza z pania Ewelina, w gestwinach
roznorakich krzewow rozspiewaly sie przed wieczornym spoczynkiem
ptaki. Z obory dobiega muczenie czekajacych na udoj krow.
Te naturalne odglosy poteguja jeszcze zalegajaca wokol nas
cisze. Cisze, ktora wypelnia bez reszty rozlegle przestrzenie
pol i pastwisk.
Taka cisza sprzyja tworzeniu, taka zywa cisza dobra jest
dla zakochanych. I kiedy wreszcie z zalem opuszczam Wierzchownie,
mysle ze tutaj otoczony przez ludzi mu zyczliwych, przy
boku kochajacej i podziwiajacej go kobiety, pozbawiony na
krotko codziennych trosk, mogl byc Balzak prawdziwie szczesliwy.
komentarze,
opinie, sugestie - kliknij
tu aby wyslac e-mail |