PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przeglad Polski (8 wrzesnia 2000)


TERESA SIEDLAR-KOLYSZKO

Berdyczow i okolice

Ilekroc jade na Ukraine, ciagnie mnie zawsze do Berdyczowa. Tyle sie w nim i wokol niego wydarzylo! Tylu swietnych ludzi zwiazalo swoje imie z tym miastem i tylu jeszcze zyje w nim wspanialych Polakow, ze wizyta w Berdyczowie daje duzo radosci i zaspokaja ciekawosc, z ktora zawsze podrozuje po swiecie.

Tym razem umowilam sie z prezesem berdyczowskiego oddzialu Zwiazku Polakow na Ukrainie Feliksem Paszkowskim, dyrektorem szkoly nr 3, co z duma podkresla. Szkola jest ukrainska, ale ma tez gabinet jezyka polskiego, na scianach wiec i mapy Polski, i portrety slawnych Polakow. Na spotkanie przyszla rowniez "swiezo upieczona" nauczycielka po studiach w Polsce Helena Baczkowska, berdyczowianka z urodzenia. Oboje moi rozmowcy mowia piekna czysta polszczyzna, oboje sa mlodzi, wysocy i bardzo przystojni. Przyjemnie jest patrzec na nich jako przedstawicieli ocalalych tu po wszystkich rzeziach, rewolucjach i zsylkach dawnych Polakow.

Pan dyrektor z duma pokazuje mi napis na drzwiach pokoju: "Kolko milosnikow kultury polskiej" i drugi - "Redakcja gazety Mozaika Berdyczowska", a nastepnie opowiada pokrotce swoj zyciorys.

- Urodzilem sie w wiosce Gryszkowce, to niedaleko Berdyczowa, a w miescie mieszkam juz 40 lat. Jestem Polakiem z pochodzenia. Nigdy nie widzialem swoich dziadkow, jeden zmarl jeszcze w 1933 roku, byl to czas wielkiego glodu, a drugi dziadek zostal rozstrzelany za to, ze byl Polakiem.

Berdyczow ma 91 tysiecy mieszkancow, wedlug spisu z 1989 roku mialo byc 7,5 % Polakow. To wedlug oficjalnej statystyki, ale my wiemy, ze jest ich grubo wiecej. Wsrod 50 czlonkow Rady Miejskiej, do ktorej i ja zostalem wybrany, 10 to Polacy.

Pan Feliks mowi wyraznie, mocnym glosem, a pani Helenka - cichutko delikatnym glosem, prawie szeptem.

- Jestem filologiem jezyka ukrainskiego i rosyjskiego, ale teraz ucze w tutejszej szkole jezyka polskiego, ktory znalam z domu, a studiowalam go na kursach w Polsce. Wlasnie dwa dni temu wrocilam z Warszawy, z kursu wspolczesnej literatury polskiej i historii Polski. Jestem z pochodzenia Polka, dziadek moj mieszkal w okolicach Zytomierza, a potem rodzina przeniosla sie do Berdyczowa.

- Czy w Berdyczowie mozna porozumiec sie po polsku?

- Tak, naturalnie ze tak. Wprawdzie nie wszyscy mowia po polsku, ale z pewnoscia wszyscy zrozumieja o co chodzi. Jezyk polski na ulicach slychac bardzo czesto, bo przeciez sa tu dwie slawne swiatynie, do ktorych zjezdzaja, czy schodza sie patnicy. Mamy kosciol i klasztor karmelitow przepieknie z ruin odbudowany i malutki kosciol sw. Barbary. I jeszcze jest kapliczka polska, wszystkie swiatynie sa zawsze pelne. A kiedy obchodzilismy rocznice koronacji Matki Boskiej Berdyczowskiej, na uroczystosc przybylo okolo 10 tysiecy wiernych, glownie Polakow z samego Berdyczowa i pobliskich wiosek. Bo klasztor karmelitow i wizerunek w nim naszej Matki Bozej to jest taka nasza ukrainsko-polska Czestochowa czy Ostra Brama. Mamy w okolicy wiele wsi polskich. W Lesnej Slobodce 95 % mieszkancow to Polacy, a jeszcze Wielka Niezgorka, Gajcie, Hazyn - to wszystko polskie wsie. I w tych wioskach sa kapliczki, do ktorych dojezdzaja nasi ksieza. Odrodzenie polskosci na naszych terenach jest faktem.

- Przetrwala ta polskosc czasy terroru, to juz chyba nic jej nie grozi, Panie dyrektorze...

- Tak, modlimy sie po polsku, spiewamy polskie stare piesni, ktore zachowaly sie w wioskach. Bierzemy tez od paru lat udzial w festiwalu Kultury Polskiej "Tecza Polesia" w Zytomierzu. Zajelismy tam drugie miejsce wsrod mlodziezowych zespolow. Mamy dzieciecy zespol "Zrodelka" i zespol piesni religijnej przy parafii.

- A co z nauka jezyka polskiego?

- Jezyk polski jest wykladany w mojej szkole, a takze w trzech innych. Z tym ze ciagle jeszcze jako tzw. fakultatyw, czyli nadobowiazkowo. Jest takze nauczanie jezyka polskiego przy obu parafiach. Mamy w Berdyczowie trzy nauczycielki jezyka polskiego pochodzace z Berdyczowa: obecna tu pania Helenke Baczowska, pania Larysse Werminska, wicedyrektorke szkoly nr 3 i pania Janine Kolesnik. Natomiast obiecano nam w konsulacie, ze w tym roku przyjedzie do nas nauczycielka z Polski. W Berdyczowie przed wojna byly az trzy polskie szkoly, tylu tu mieszkalo Polakow. Nasza szkola w dalszym ciagu pielegnuje polskie tradycje. Mamy male muzeum, w ktorym zgromadzilismy wiele cennych darow i pamiatek.

Berdyczow byl miastem trzech kultur: polskiej, zydowskiej i ukrainskiej. Byly tu niegdys 83 synagogi, teraz jest jedna. Pogromy i wojna sprawily, ze ocalalo zaledwie 300-400 rodzin zydowskich.

Przy klasztorze Karmelitow istniala przez 70 lat drukarnia. Wydrukowano w niej ponad tysiac ksiazek. Wsrod nich szczegolna - Ozdoba ziemi ukrainskiej w obrazie Matki Bozej Berdyczowskiej. Sam obraz pochodzacy z czasow Turkow i Tatarow zaginal w okresie bezboznictwa sowieckiego. Na szczescie zachowaly sie liczne male kopie po domach katolickich i ostatnio artysta malarz w Krakowie wykonal obraz do zludzenia przypominajacy oryginal i tenze zostal w Krakowie przez Ojca Swietego koronowany.

Powodem do dumy Polakow berdyczowskich jest wychodzaca od kilku lat gazeta Mozaika Berdyczowska. Powstala w 1994 roku jako dodatek do gazety rejonowej w jezyku ukrainskim. Ale poniewaz daly sie slyszec glosy, ze po co polski jezyk w ukrainskiej gazecie, zdecydowalismy sie usamodzielnic. Stalo sie to mozliwe dzieki wsparciu Fundacji Rodacy Rodakom i Fundacji "Pomoc Polakom na Wschodzie". Mozaike redaguje zespol w calosci berdyczowski, sa to wszystko miejscowi mlodzi Polacy. A pomaga nam i jest redaktorem do spraw wydawniczych i programowych Piotr Kosinski, korespondent warszawskiej Rzeczpospolitej w Kijowie.

Pan Paszkowski pokazal mi kilka numerow gazety, a ja z przyjemnoscia zabralam Mozaike na druga polkule i teraz, kiedy pisze ten artykul o Berdyczowie, czesto do tych egzemplarzy zagladam. Z jednego z numerow dowiaduje sie, ze w odnawianej ciagle jeszcze swiatyni oo. Karmelitow odbylo sie pierwsze swiecenie mlodego karmelity, syna ziemi berdyczowskiej. Igor Skomarowski pochodzi z polskiej rodziny, zna tutejsze zycie i jego osobliwosci, nie zawsze zrozumiale przez ksiezy z Polski. Na swiecenie przybyl ksiadz Jan Purwinski z Zytomierza i spora grupa braci karmelitow z seminarium w Krakowie. Na ostatniej stronie w tym samym numerze krotka relacja z pobytu konsula RP w "perle polskosci wsrod lasow i pol", czyli w Slobodce Lesnej. Na spotkaniu z konsulem i wladzami Zwiazku Polakow na Ukrainie wszyscy starsi mieszkancy wioski mowili pieknie po polsku!

Dwie srodkowe strony innego wydania zajmuje artykul "Pilsudski w Zytomierzu i Berdyczowie", ilustrowany dwoma historycznymi zdjeciami. Podpis pod pierwszym brzmi: "Po przyjezdzie do Berdyczowa naczelny Wodz odebral raporty dowodcow, zapoznajac sie z aktualnym polozeniem. W Berdyczowie udal sie do miejscowego kosciola karmelickiego na nieszpory. U wejscia oczekiwali Naczelnika Panstwa Jozefa Pilsudskiego miejscowi obywatele z procesja. Po wysluchaniu nabozenstwa Jozef Pilsudski rozmawial jeszcze z karmelitami informujac sie o losach swiatyni w dniach pobytu bolszewikow". A pod drugim: "Po raz drugi zawital Pilsudski do Berdyczowa 5 maja. Nieco pozniej przyjechal tu ataman Petlura i udal sie do wagonu marszalka Pilsudskiego. W tym miejscu nastapilo serdeczne spotkanie Wodzow, ktorych zlaczyl pocalunek powitania".

Pismo berdyczowskich Polakow jest wedlug mnie dobrze redagowane i bardzo ambitne - obejmuje nie tylko sprawy ziemi berdyczowskiej, ale ogolnopolskie i ogolnoukrainskie, a takze - mozna powiedziec - ogolnopolonijne. W jednym z numerow znalazlam artykul o Polakach lotewskich, w innym krotki felieton nadeslany z Kalifornii o Polakach w San Diego.

Wrocmy jednak do Berdyczowa. Pani Baczkowska dzieli sie ze mna swoimi spostrzezeniami:

- Trzeba koniecznie powiedziec, ze na naszych terenach nie bylo wasni miedzy Ukraincami i Polakami, nasze oba narody zyly tutaj w zgodzie obok siebie. Nie bylo niecheci, nie bylo walk. Kultury sie przenikaly i wzbogacaly wzajemnie.

- Najwyzszy czas - przerywa nam dyrektor - wyjsc z murow szkoly i ruszyc do Wierzchowni Eweliny Hanskiej. Zanim jednak tam pojedziemy, proponuje sfotografowac kosciolek sw. Barbary i pamiatkowa tablice, ktora wmurowalismy dla przypomnienia rocznicy slubu zawartego w tym kosciele przez Eweline Hanska z Honoriuszem Balzakiem.

Robimy to zdjecie i juz zaraz pedzimy szerokim ukrainskim traktem do Wierzchowni. Droga wiedzie, jak to sie pieknie wyrazil Balzak, "przez chlebna pustynie". Pola, bezmiar pol po horyzont. Jak okiem siegnac, czarnoziemna Ukraina. Takie rozlegle, zyzne przestrzenie zobaczyc mozna jeszcze tylko gdzies w Manitobie w Kanadzie lub w Stanach Zjednoczonych. Jadac do majatku Hanskich nie sposob nie myslec o genialnym pisarzu i az trudno sobie wyobrazic jego podroze, te setki kilometrow pokonywane po rozmieklych drogach w trzesacym sie powozie, a nieraz nawet zydowska furka.

We wspomnieniach o pierwszej podrozy do ukochanej (bylo to juz po smierci pana Hanskiego) Balzak pisze: "Wsciekly, ze stracilem dwie godziny (zatrzymal sie w Zytomierzu - przyp. TS-K), podwoilem ekstra napiwki i robilem trzydziesci szesc wiorst na godzine. Totez ujrzalem kolo poludnia wzgorze, na ktorym miesci sie znamienite miasto Berdyczow".

Rzeczywiscie, z daleka z gorujaca na wysokim brzegu twierdza-klasztorem i dzis Berdyczow robi niezapomniane wrazenie. Z bliska natomiast bylo znaczniej gorzej.

W znakomitym Slowniku Geograficznym Krolestwa Polskiego i Litwy czytamy o Berdyczowie: "Kilka okazalych budynkow, do ktorych tula sie bezksztaltne, nedzne, jeden na drugi tloczace sie zydowskie domy i chalupy". Taki wlasnie obraz Berdyczowa zobaczyl Balzak: "Ujrzalem z nowym zdziwieniem domy tanczace polke, to znaczy pochylone, jedne na prawym biodrze, drugie na lewym, niektore jakby kiwajace nosem, wiekszosc rozlazaca sie, niektore mniejsze od naszych bud jarmarcznych, czyste jak chlewiki".

Musze powiedziec ze od tamtych czasow Berdyczow zmienil swoje oblicze. Teraz jest to w miare czyste i porzadnie zabudowane miasto.

Kiedy Balzak zajechal na rynek berdyczowski, na spotkanie przybyszowi wypadl tlum Zydow. Pisze: "Cizba byla tak zbita, ze moj powoz zaprzezony w szesc koni, mimo dzikich krzykow pocztyliona, przebijal sie przez nia z wielka trudnoscia; kiedy zas osie tracaly jakiegos gluchego, woznica troszczyl sie o to bardzo niewiele".

Jakims cudem spotkal rodaka, francuskiego krawca osiadlego w Berdyczowie. Wspominal: "Dzieki zaradnosci i uprzejmosci autokraty kamizelek i dyktatora elegancji na Ukrainie, wyruszylem w droge". Te droge - jeszcze kilkanascie kilometrow - przejechal Balzak zydowska furka. "To co widzialem dotad to bylo nic - relacjonowal swoje wrazenia po wyruszeniu z Berdyczowa. - To jest pustynia, krolestwo zboza, preria Coopera i jej cisza. Tam zaczyna sie gleba ukrainska, ziemia czarna i tlusta na glebokosc piecdziesieciu stop a czesto i wiecej, ktorej nie nawozi sie nigdy i gdzie wciaz sie sieje. Ten widok wprawil mnie w oslupienie, zapadlem w gleboki sen". A kiedy sie obudzil: "Ujrzalem maly Luwr, swiatynie grecka ozlocona zachodem slonca, wznoszaca sie nad dolina, jaka ogladalem od granicy".

W koncu i ja dojechalam do majatku Hanskich i choc wiele od tego czasu zmienilo sie na gorsze i nic nie jest jak przedtem, ocalaly z pogromow, rewolucji i wojen palac nawet teraz robi duze wrazenie. Jest naprawde piekny. Przybywajacych wita wspaniala kolumnada zwienczona fryzem objetym delikatnymi festonami, a wyzej fronton z herbem. Wokol palacu szumia stare drzewa, pozostalosc po niegdys wspanialym podobno parku, mocno przetrzebionym, ale i teraz zabladzic mozna w cienistych wawozach, natknac sie na dawna kaplice dworska czy piwnice na wina.

Balzak przybywszy do Wierzchowni (niespodzianie, bo list szedl dluzej niz trwala jego na owe czasy ekspresowa podroz) otrzymal apartament w bocznym skrzydle palacu. Tak pisze o nim w jednym z listow do siostry: "Mam rozkoszny apartamencik: salonik, gabinet i sypialnie; gabinet z rozowego stiuku, z kominkiem, wspanialymi dywanami i wygodnymi meblami, okna cale ze szkla bez cynfolii, tak ze widze krajobraz na wszystkie strony. Mozesz sobie wyobrazic co to jest za Luwr ta Wierzchownia, gdzie jest piec czy szesc apartamentow tego rodzaju dla gosci".

Wmurowana tablica przypomina pobyt Balzaka. W dawnym apartamencie urzadzono niewielkie muzeum. Sa zdjecia rodzinne, mapy podrozy (te robia na mnie najwieksze wrazenie Paryz - Wierzchownia!), sa stare meble - stol i krzesla, ktorych uzywal pisarz. Pozostalo ponad tysiac ksiazek z znakomitej niegdys biblioteki Hanskich, wszystkie w jezyku francuskim. Balzak zapewne nieraz z nich korzystal. Jest w pokoju pisarza stary swiecznik i zatrzymany zegar z tamtych czasow. Zachowal sie takze kominek, przy ktorym byc moze wiele godzin spedzil pisarz podczas trudnej do zniesienia ukrainskiej zimy. Calosc robi mile wrazenie, choc w przepieknej kreconej klatce schodowej porecze i balustrady, wykonane kiedys pewnie z najlepszych gatunkow drewna, pomalowano ukrainskim zwyczajem na niebiesko...

W palacu miesci sie dzis szkola rolnicza. Jej dyrektor zaprasza nas do swego gabinetu i przyjmuje siedzac w czarnym garniturze i takimz krawacie za ogromnym biurkiem (a za oknem upal ukrainskiego lata). Po drodze do pokoju dyrektora zwiedzamy obszerny okragly hol i sale balowa z antycznym fryzem biegnacym pod calym sufitem. Ogladamy delikatne stiuki, liczne zachowane zdobienia tej do dzis bardzo pieknej sali (niestety, tez pomalowanej na niebiesko), w ktorej miesci sie szkolna aula. Pan dyrektor opowiada o szkole i oczywiscie o pani Hanskiej i Bazaku. Z biegiem lat chyba narasta legenda; cos mi sie wydaje, ze wiekszosc opowiadania jest juz dorobiona dla "upiekszenia"romansu.

W kazdym razie widac, ze dyrektor i cala Wierzchownia, a z nia powiat berdyczowski, niezmiernie sa radzi, iz im sie taka gratka trafila. Badz co badz wielki Balzak nie tylko dokolatal sie w te strony, ale i ozenil sie z krajanka. Znany z kapitalnego poczucia humoru pan Paszkowski robi mine bardzo powazna, stosowna do czarnego garnituru i przepastnego gabinetu, i od niechcenia pyta: "Kolego dyrektorze, tu przed palacem stoi do dzis pomnik Lenina, czy nie mozna by Lenina zdjac i na tym samym cokole umiescic kopie znanej rzezby Balzaka jako Bachusa?".

Dyrektor zesztywnial, choc to przeciez juz wolna Ukraina i glebokim barytonem, cedzac slowo za slowem powiedzial:

"Nie ja go stawialem i nie ja bede go zdejmowal".

Widzac, ze atmosfera stala sie smiertelnie powazna podziekowalismy za przyjecie i wrocilismy do ogrodu. Siadlszy na laweczce z widokiem na palac zaczelismy na glos czytac Balzaka, ktorego Ukraina wrecz oszolomila ogromem, a sama Wierzchownia bogactwem: "Majatek jest wielki jak u nas departament. Niepodobna sobie wyobrazic obszaru i zyznosci tych ziem, ktorych nie nawoza nigdy i gdzie sieja zboze co roku. Mimo ze mlody hrabia i mloda hrabina maja we dwoje jakies dwadziescia tysiecy dusz, trzeba by ich czterysta tysiecy, aby uprawic cala te ziemie".

Rownoczesnie wiele rzeczy go zdumiewa, bo jest zupelnie inaczej niz we Francji: "Ten kraj jest osobliwy w tym sensie, ze obok najwiekszych wspanialosci brak najpospolitszego komfortu. Ten majatek jest jedyny, ktory posiada lampe Carcel i szpital. Sa tu lustra na dziesiec stop wysokie, a nie ma obic na scianach. A i tak Wierzchownia uchodzi za najzbytkowniejsza siedzibe na Ukrainie, ktora jest wielka jak Francja. Zazywa sie tu cudownego spokoju. (...) Mimo zyznosci ziemi, przeobrazenie zbiorow w pieniadze jest bardzo trudne, bo rzadcy kradna: brakuje tez rak do mlocenia zboza, ktore mloci sie maszynami". (...) "Palimy tutaj (a Wierzchownia to jest palac!) sloma: spala sie w ciagu tygodnia w piecu wszystka slome, jaka sie widzi na targu sw. Wawrzynca w Paryzu. Kiedys zaszedlem w Wierzchowni na folwark, to jest miejsce, gdzie sie ustawia stogi zboza, gdzie sie mloci zboze maszynami: bylo tam, na te jedna wies, dwadziescia stogow trzydziesci stop wysokich na piecdziesiat krokow dlugosci i na dwanascie krokow szerokosci. Ale kradzieze rzadcow, koszta, uszczuplaja znacznie dochod. Nie ma sie pojecia u nas o tym zyciu. W Wierzchowni trzeba miec wszystkie przemysly u siebie w domu: cukiernik, krawiec, szewc etc., przywiazani do domu. Rozumiem teraz trzystu domownikow, o ktorych mowil mi w Genewie nieboszczyk p. H., ktory mial na swoich uslugach cala orkiestre" (w Szwajcarii Balzak spotkal sie z Ewelina Hanska i jej mezem - przyp. TS-K). Pani Hanska pisala do swego brata Henryka Rzewuskiego o tym spotkaniu: "Zawarlismy w Szwajcarii znajomosc, ktora jestesmy oczarowani, z panem de Balzac, autorem Jaszczura i tylu innych przeslicznych ksiazek. Znajomosc ta przeksztalcila sie w prawdziwa przyjazn, ktora mam nadzieje przetrwa do grobowej deski... Balzac ogromnie mi Ciebie przypomina moj Henryku; jest wesoly rozesmiany i sympatyczny jak Ty; ma nawet w sobie cos z Twojej powierzchownosci, obydwaj zas jestescie podobni do Napoleona... Balzac to istne dziecko. Jesli kogos pokocha, oznajmi to z naiwna dziecieca szczeroscia... W koncu patrzac na niego pojac trudno, ze tyle wiedzy i wyzszosci umyslu mozna polaczyc z tak wielka swiezoscia, wdziekiem, dziecieca naiwnoscia uczuc i duszy". List konczy zdanie: "Nigdy w zyciu nie spedzilam jeszcze dwoch tak szczesliwych i spokojnych miesiecy jak lipiec i sierpien w Neuchatel".

Zas Balzak zwierzyl sie w liscie do siostry: "Jestem szczesliwy, bardzo szczesliwy, ale w myslach, bo wszystko jeszcze odbywa sie z zachowaniem regul cnoty. Niestety przeklety maz przez piec dni nie opuscil nas ani na sekunde. Krazyl miedzy spodnica swojej zony a moja kamizelka. Neuchatel jest malym miastem, gdzie kobieta, slawna cudzoziemka, nie moze ruszyc sie na krok, zeby nie byc obserwowana. Bylem jak w piekle. Przymus mi nie odpowiadal".

Czytamy te szwajcarskie wspomnienia pod palacem w Wierzchowni. Zamyslam sie. Czy mogl wtedy w Szwajcarii Balzak przypuszczac, ze tu dotrze, ze zostanie mezem pani Hanskiej, ze zamieszka w Wierzchowni? Z jego wspomnien i listow wynika, ze chyba polubil Wierzchownie, ze sie w niej zadomowil, ale ani rusz nie mogl sie przyzwyczaic do ukrainskich mrozow i tamtejszego, choc przeciez palacowego, jedzenia.

W jednym z listow pisze, ze uszyto dla niego "paltot podbity syberyjskim lisem, z krajowego sukna, aby mogl przebyc zime i to sukno nie gorsze jest od francuskiego". A wiec przed mrozami ukrainskiej zimy jakos sie mozna obronic. Gorzej bylo z jedzeniem, totez w liscie do siostrzenicy prosil o przepisy na: "1. sos pomidorowy wymyslony przez wasza matke i aby byl zupelnie taki jak ten, ktory sie jada u was: 2. purée cebulowe, takie jakie robila Ludwika babci, bo tutaj, widzicie, zyjemy niby w wielkiej pustyni i aby przelknac kawalek wolu, ktory caly kosztuje tylko 100 frankow, oraz barana, trzeba wszystkich finezyj kuchni paryskiej". A dalej z cala powaga pisze: "Badzcie dumne Zosiu i Walentynko, ze czyniac to, bedziecie dobrodziejami kraju calkowicie pozbawionego cielecia; to znaczy cielecia jadalnego, bo krowy maja tu cieleta, jak wszedzie, ale te cieleta odznaczaja sie republikanska chudoscia. Wol taki jak go sie spotyka w Paryzu, jest mitem; wspomina sie go we snie; w rzeczywistosci mamy tu mieso liczace dwadziescia lat, lykowate, ktorym pomnaza sie pakiety konopi przeznaczone na eksport. Pociesza sie czlowiek wyborna herbata, cudownym nabialem. Co sie tyczy jarzyn, sa okropne; marchew smakuje rzepa, brukiew nie smakuje niczym. W zamian za to odkryto tu niezliczone odmiany kasz, robi sie kasze z prosa, z gryki, z owsa, z jeczmienia etc. Gotowi ja robic z kory drzew".

W Wierzchowni Balzak byl nie tylko bacznym obserwatorem, ten tytan pracy i tu pisal wiele, by za powrotem do Francji wydac kilka powiesci. Wiele czasu tez spedzal z Ewelina na spacerach w parku, a w dlugie jesienne wieczory przy dajacym upragnione cieplo kominku. Ewelina napisala w jednym z listow do brata: "Przepowiadales mi zawsze - przypominasz sobie - ze bedzie jadl nozem i nos obcieral w serwete. Otoz, jezeli nie dopuscil sie ostatniej zbrodni, to pewna, iz stal sie winnym pierwszej. Oczywiscie to jest przykry widok i nieraz, kiedy widzialam, jak popelnia to, co my nazywamy bledami przeciw wychowaniu, mialam pokuse upomniec go, tak jak upomnialabym Anne w podobnym razie. Ale to wszystko jest 'powierzchnia'. Sam czlowiek ma w sobie cos, co jest o wiele wiecej warte niz zle albo dobre formy: ma geniusz, ktory elektryzuje i przenosi w najwyzsze sfery ducha, ten geniusz, ktory czlowieka wyrywa z samego siebie, i ktory pozwala ziscic i zrozumiec to, czego brakowalo naszemu zyciu".

Ciezko jest rozstac sie z Wierzchownia, jeszcze dlugo, prawie do zmierzchu bladzimy po alejach parkowych, schodzimy w mroczny wawoz, przekraczamy mostki, sluchamy szmeru bijacego nieopodal zrodelka. W konarach poteznych drzew pamietajacych zapewne codzienne spacery pisarza z pania Ewelina, w gestwinach roznorakich krzewow rozspiewaly sie przed wieczornym spoczynkiem ptaki. Z obory dobiega muczenie czekajacych na udoj krow. Te naturalne odglosy poteguja jeszcze zalegajaca wokol nas cisze. Cisze, ktora wypelnia bez reszty rozlegle przestrzenie pol i pastwisk.

Taka cisza sprzyja tworzeniu, taka zywa cisza dobra jest dla zakochanych. I kiedy wreszcie z zalem opuszczam Wierzchownie, mysle ze tutaj otoczony przez ludzi mu zyczliwych, przy boku kochajacej i podziwiajacej go kobiety, pozbawiony na krotko codziennych trosk, mogl byc Balzak prawdziwie szczesliwy.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail